niedziela, 17 marca 2019

Niania Matylda w akcji


Na cykl o znanej niani składają się trzy, niewielkie objętościowo książki: Niania Matylda (128 str.), Niania Matylda idzie do szpitala (122 str.) i Niania Matylda w mieście (122 str.). Ich autorką jest brytyjska pisarka Christianna Brand, która także pisała historie kryminalne. Filmowa adaptacja przygód niezwykłej niani, każe ją nazywać Nianią McPhee i taką pozostała ona w mojej pamięci. 

Państwo Brown mają dużo dzieci. Właściwie to mają ich tak wiele, że nie są w stanie się ich doliczyć i dla ułatwienia dzielą je na grupy wiekowe: Starszaki, Średniaki, Maluchy i Szkraby. Jest jeszcze Bobas, który, paradoksalnie, jest najbardziej spostrzegawczy ze wszystkich dzieci. 
Powiedzieć, że Browniątka są łobuzami, to stanowczo za mało. To diabły wcielone, których obawiają się wszyscy. Żadna niania nie utrzyma się w tej pracy zbyt długo i powoli  kończy się lista możliwych kandydatek. 

Wtedy do akcji wkracza Niania Matylda. Jest brzydka: ma wystający ząb, kartoflowy nos, brodawki i zaniedbaną suknię. Niania zawsze zachowuje spokój i tylko obserwuje rozwój wypadków. Nie krzyczy, nie biega, nie zapobiega, stoi z boku i patrzy. Oczywiście jest czarodziejką, która, gdy stuknie laską, zaprowadza porządek. Wkracza, gdy sytuacja osiąga katastrofalne rozmiary. Jej misją jej nauczyć dzieci proszę i dziękuję, grzecznego jedzenia, kładzenia się spać i prostego posłuchu. Gdy się jej to udaje, stopniowo pięknieje. A wtedy odchodzi. Gdy dzieci się do niej przywiązują, tak naprawdę już nie jest im potrzebna, bo swoją rolę spełniła. 

Liczebność dzieci była dla mnie dodatkową zagadką podczas czytania części pierwszej; spisywałam sobie imiona dzieci na ostatniej, wolnej stronie. Doliczyłam się 40 gagatków. 
Bardzo podobał mi się układ części pierwszej; dzieci łobuzowały, niania obserwowała i wkraczała w odpowiednim momencie. Gdy łobuzy pojęły lekcję, wtedy wszystko wracało na swoje miejsce. 
Mój odbiór drugiej i trzeciej części nie był już tak entuzjastyczny. W drugiej części dzieci trafiają do szpitala, który stawiają na głowie,  a w trzeciej jadą nad morze i też je wywracają do góry nogami. Nianię mgliście pamięta już tylko Bobas, który wie, że trzeba powiedzieć proszę; pozostałe dzieci już o niej zapomniały. Odniosłam wrażenie, że w kontynuacjach autorka zrezygnowała z pierwotnej koncepcji. Dzieci psocą na potęgę, ocierając się o złośliwość i i czasem okrucieństwo. Zajmuje się nimi panna Krewetka, guwernantka ich kuzynki Eweliny, a niania pojawia się sporadycznie. Przyznam, że bez niej historia traciła swój urok, a sama lista dziecięcych wyskoków nabierała cech bezsensownego bałaganu. 
Nie podobało mi się także, że Ewelina zaadoptowana przez ciotkę Adelajdę, niegdyś skromna i miła, zmieniła się w  złośliwą i paskudną dziewczynę, której dzieci tylko stale robiły na złość. 

Podsumowując. Pierwsza część o niani Matyldzie jest ciepłą, mądrą historią i czyta się ją bardzo przyjemnie. Przy pozostałych dwóch miałam już przesyt i miejscami żałowałam, że zaczęłam je czytać. Za mało było niani, a za dużo dzieci psujących wszystko, co spotkają na swojej drodze.
Niemniej jednak jest to klasyk literatury dziecięcej i warto mieć tę świadomość. 

piątek, 8 marca 2019

Kasie West: Dziewczyna, która wybrała swój los

Autor: Kasie West
Tytuł: Dziewczyna, która wybrała swój los
Seria: Pivot Point, t.1
Stron: 376
Wydawca: Feeria Young








Życie  ludzkie składa się z decyzji; takich mniejszych i takich większych. Rozum podpowiada, by przed podjęciem każdej zastanowić się choć chwilę i pomyśleć o konsekwencjach. Codzienność pisze jednak różne scenariusze i bywa, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich skutków swoich decyzji. To trochę tak jak z teorią, że ruch skrzydeł motyla w Ohio może wywołać burzę w Teksasie. Czynników zewnętrznych jest tyle, że nigdy na sto procent nie wiemy, czy dobrze postąpiliśmy. A gdyby tak można na próbę zajrzeć w swoją przyszłość i pomóc sobie w podjęciu decyzji?  Czy byłoby łatwiej czy trudniej? 

Powieść Dziewczyna, która wybrała swój los to moje pierwsze spotkanie z twórczością Kasie West. Główna bohaterka jest częścią świata, w którym może takiego sprawdzenia dokonać. Kolonia to miasto zamieszkiwane przez ludzi o nadnaturalnych zdolnościach. Są tu więc tacy, którzy wpływają na nastrój człowieka, na jego przekonania, na pamięć, a nawet na masę przedmiotów. Addison ma dość rzadką zdolność. Ma możliwość zajrzeć w swoją przyszłość, zobaczyć różne jej wersje i wybrać tę najlepszą dla siebie. Ponieważ jest dość uporządkowaną osobą i takie ma życie, rzadko z tej zdolności korzysta. Gdy jednak jej rodzice podejmują decyzję o rozwodzie, Addie staje przed jeszcze poważniejszą. Musi wybrać z kim zamieszka; z mamą czy z tatą. Jeśli wybierze mieszkanie z mamą, pozostanie w Kolonii, nie będzie musiała zmieniać szkoły i nadal będzie miała pod ręką najlepszą przyjaciółkę Lailę. Jeśli wybierze tatę, z którym dogaduje się lepiej, będzie musiała wyjechać i rozpocząć wszystko od nowa w świecie bez parapsychicznych umiejętności, w świecie Naturalsów. 

W kolejnych rozdziałach powieści naprzemiennie śledzimy skutki obu prawdopodobnych decyzji. Kojarzyło mi się to trochę z alternatywną wersją rzeczywistości, bo choć oba życia Addison były różne, to miały też sporo punktów wspólnych, zupełnie jakby dwie połówki dążyły do tego, aby się na nowo połączyć w całość. 
Wyjeżdżając z tatą, bohaterka zaczyna życie w zwykłym świecie, bez udogodnień. Poznaje nowych znajomych, w tym sympatycznego Trevora. Przekonuje się też, że jej życie w Kolonii ma wpływ na obecne wydarzenia. 
Pozostając z mamą Addie też nie może narzekać na nudę. Staje się obiektem zalotów czarującego Duke;a oraz próbuje pomóc przyjaciółce, której ojciec uwikłał się w długi. 
Która z tych opcji będzie lepsza i co wybierze Addison?

Gdyby powieść opierała się tylko na wątku romansowym, byłoby nudno. Autorka wprowadza jednak motyw rodem z fantastyki. Stworzenie świata, ukrytego przed wiedzą i wzrokiem zwykłych ludzi,  z nadnaturalnymi mieszkańcami, było bardzo dobrym pomysłem. Addie wrzucona do zwykłego świata popełnia czasem zabawne gafy, co dodatkowo zwiększało kontrast między dwoma rzeczywistościami.  Oprócz tego autorka zgrabnie wprowadza wątek sensacyjny, który spaja oba światy i nadaje fabule klimatu niepokoju i zagadki. 

Przygody Addie i jej przyjaciół nie kończą się na jednym tomie. Trochę podchodzę do tego faktu z obawą, jednak bardzo polubiłam jednego z bohaterów i liczę, że autorka da mu szansę w kontunuacji. 
Dziewczyna, która wybrała swój los to lekka i oryginalna historia. Czyta się szybko i przyjemnie, a po zakończeniu lektury pozostaje z przyjemnym uczuciem czytelniczego spełnienia.

wtorek, 5 marca 2019

Jay Kristoff: Głosząca kres

Autor: Jay Kristoff
Tytuł: Głosząca kres
Seria: Wojna lotosowa, t. 3
Stron: 608
Wydawca: Uroboros






Od momentu, gdy nikomu nieznana dziewczyna oswoiła legendarnego Tygrysa Gromu i zabiła despotycznego  cesarza Yoritomo, nie minęło wcale tak wiele czasu.  Niespełna dwa lata wystarczyły, aby rebelia ogarnęła całe wyspy Shima. Czy spełnią się stare przepowiednie? Czy świat zatruty czarnym lotosem jeszcze zobaczy błękitne niebo? A może Gildia zwycięży i nastąpi koniec wszystkiego? 

Trzecia część trylogii o Wojnie Lotosowej nosi intrygujący tytuł Głosząca Kres. W świecie Wysp Shima jest to bogini Izanami, uwięziona w podziemiach, opuszczona przez swego małżonka i nienawidząca wszystkiego co żywe. Co ta bogini ma wspólnego z walką o niepodległość? 
Przyznam, że początkowo założyłam, że to Yukiko będzie ramieniem tej bogini, że pokona uzurpatora Hiro i rozgromi Gildię, w której panoszy się dewocja i zakłamanie. Myliłam się. Okazało się, że autor miał znacznie głębszy zamysł i nawet jako zadeklarowany miłośnik tej historii, nie byłam w stanie przewidzieć jej zakończenia. 

Tom trzeci jest naprawdę epicki. Walka o wolność toczy się tutaj na tylu obszarach, że przy nieuważnym czytaniu łatwo się pogubić. 
Członkowie rebelii Kage podzielili się. Yukiko uznając, że należy wejść we współpracę ze spiskowcami w Gildii, zabrała wszystkich którzy przyjęli jej wizję. Postanowiła też, że skłoni do pomocy ludziom pozostałe Tygrysy Gromu. Będzie to wiązać się z powrotem do ojczyzny Buruu. Stado początkowo nie jest chętne do współpracy, a do pomocy ludzkim małpom już w ogóle. Okazuje się, że są czarne i białe Tygrysy, co jest zasadniczą linią podziału, zaś sama ich historia i rola Buruu są bardzo interesujące. 

Yukiko nie jest obecnie jedyną Tancerką Burzy. W tej roli świetnie sprawdza się młodziutka Hana, a dorasta do niej buntowniczy Yoshi. Pochodzenie rodzeństwa i ich pokrewieństwo z gajinami też znacząco wpłynie na losy tej wojny. 

Równie interesujący, co dramatyczny jest wątek Kina, który wrócił do Gildii, z piętnem zdrajcy Kage, do którego na chwilę przystąpił. Obecnie chłopak znajduje się w sercu Inkwizycji i ma konkretne plany co do machiny zwanej Miażdżycielem. 

Mnogość wątków wpływa znacząco na długość książki; jest to najgrubsza część z całej trylogii. Jednocześnie zwyciężenie armii Hiro nie jest największym z kłopotów rebeliantów. Wychodzi na jaw, że Gildia, a konkretnie ród Węży, miał zupełnie inne plany wobec Wysp Shima, a bogini Izanami ma w tych planach odegrać znaczącą rolę. 

Jedno trzeba Jayowi Kristoff przyznać. Nie tylko wykonał ogrom pracy nad fabułą, ale celująco zrealizował pomysł na intrygę. Gdyby tylko chodziło o wygranie wojny, historia przypominałaby wszystkie inne, podobne tematycznie. On zaś poszedł znacznie dalej, dramatyzując tym akcję. Muszę przyznać, że finałowe rozwiązania doprowadziły mnie do łez i chyba nigdy się z nimi nie pogodzę. A potem, na samym końcu, autor znowu zrobił coś i ponownie się popłakałam. 

Co tu dużo mówić. Trylogia Wojna Lotosowa utrzymana w klimacie azjatyckiego steampunku jest prześwietna. To intrygujące i niekiedy pozytywnie irytujące połączenie magii i nauki, świata ludzi i pradawnych stworzeń, wciąga i nie pozwala się od siebie oderwać. Chce się po prostu więcej. To przepiękna historia o wierności danym przyrzeczeniom i walce o lepszy świat, o więziach na całe życie i o miłości, która każe dokonywać trudnych wyborów. 
Polecam gorąco lekturę powieści Jaya Kristoff. To prawdziwa perełka literatury fantasy.

piątek, 1 marca 2019

Jessica Sorensen: Niepewność Violet i Luke'a

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Niepewność Violet i Luke'a
Seria: Coincidence, t.5
Stron: 260
Wydawca: Zysk i S-ka






Piąta część serii Coincidence to jednocześnie zakończenie historii Violet i Luke'a. Tych dwoje połączonych tragicznym i dziwacznym zbiegiem okoliczności odnalazło w sobie wsparcie i miłość. Były chwile, że było krucho i z nimi i z tym, co ich łączy. Dzięki uporowi i wsparciu oddanych przyjaciół  na szczęście Luke'owi i Violet  udało się przetrwać. 

Pamiętam, że gdy zaczynałam czytać pierwszą część dotyczącą tej dwójki, byłam oczarowana. Było to tuż po zachłyśnięciu się Callie i Kaydenem i mam takie wspomnienie, że Luke' którego już zdążyłam polubić, bo wydał mi się w porządku i ta dziwaczna, tajemnicza Violet to była zupełnie nowa jakość. Ich historia wydawała mi się  taka niepokojąca i mroczna. Luke miał wiele problemów, których źródłem była po części jego własna matka. Chłopak zmagał się z alkoholizmem, co przy cukrzycy jest ogromnym narażeniem zdrowia i życia. Do tego należy dodać skłonność do agresji oraz upodobanie do hazardu. Rozchwiana emocjonalnie i niepozbierana życiowo Violet, uzależniona od adrenaliny i zaplątana w narkotykowe sprawki z bagażem rodzinnej tragedii pojawiła się w jego życiu dość nagle. To znaczy znali się wcześniej, przez Callie i Kaydena, ale nic nie zapowiadało, że połączy ich coś więcej. Byłaby to para antyidealna. 

Tymczasem okazało się, że dwoje życiowych rozbitków dryfuje w podobnym kierunku i może sobie nawzajem pomóc. 

W tomie trzecim historia naszych bohaterów zmierza do finału. 
Co do Luke'a to widać, że się pozbierał. Założył, że już nie będzie pił i skupi się na sporcie. Chłopak odnawia także kontakty z tatą oraz troskliwie trwa przy Violet. 
Jeśli idzie o Violet, to jeszcze nie do końca pogodziła się że śmiercią rodziców, co w jej przypadku jest kluczowe. Dziewczynę męczą koszmary, co utrudnia jej otworzenie się przed Lukiem. Bohaterka sama nie wie, czy nie lepiej byłoby samej męczyć się ze wszystkim. Niepokoi ją też fakt, że przy każdym problemie i lęku chce się zwrócić właśnie do Luke'a. Obawia się też zależności. Jakby tego było mało aresztowana zostaje matka Luke'a, a Preston wciąż nie pozwala  sobie zapomnieć. 

Myślę, że tę część najlepiej traktować jak nowelę, nie jak powieść. Jest krótka i niewiele się tu dzieje. Momentami miałam wrażenie, że historia bohaterów jakby nieco straciła pazur. Czytało się przyjemnie, nie przeczę, ale nie było takich fajerwerków, jak przy części pierwszej. Mimo to dobrze było poznać historię do końca. Miło było także ponownie spotkać Callie oraz Setha i Greysona. 
Książka dla fanów zaznajomionych z poprzednimi częściami.

środa, 27 lutego 2019

Holly Black: Zły król

Autor: Holly Black
Tytuł: Zły król, t. 2
Stron: 388
Wydawca: Jaguar




Książkę przeczytałam wczoraj. Wciągnęła mnie w swój świat na całe sobotnie przedpołudnie. Gdybym od razu po skończeniu lektury zabrała się za pisanie recenzji, wyglądałaby ona tak:

Zaszokowana. 
Roztrzęsiona. 
Zauroczona. 
Rozbita. 
Zaczarowana. 
Z niedosytem. 
Rozgoryczona. 
Pragnąca więcej. 
Zła. 
Z natłokiem myśli w głowie. 

No cóż. Moje wrażenia zawierałby się tylko w takiej formie, bo, uwierzcie, naprawdę już dawno, żadna książka tak nie wstrząsnęła mną jako czytelnikiem jak to zrobił Zły król. Ostatnio czułam się tak chyba w roku 2003, gdy przyszło mi czekać na 5 i kolejne tomy przygód Harry'ego Pottera. Ukazywały się one rok po roku i czekanie oraz towarzyszące mu spekulacje były istną torturą, tym większą, że kolejny tom, dopóki nie ukazał się ostatni, pozostawiał czytelnika w jeszcze większym niedosycie, niż przed jego przeczytaniem. Teraz jest tak samo. Zasiadłam do czytania i początkowo wszytko wydawało się iść dobrze. 

W królestwie Elfów doszło do przewrotu na szczeblach władzy. Cała rodzina królewska została brutalnie zamordowana na oczach dworu. Ocalał jedynie książę Cardan oraz małoletni Dąb, syn króla z nieprawego łoża. Główna bohaterka powieści, śmiertelniczka Jude, dokonała niemożliwego. Z ogromną determinacją wprowadziła w życie bardzo karkołomny plan. Spętała zaklęciem posłuszeństwa księcia Cardana i uczyniła go królem. Tylko tymczasowo. Plan Jude zakłada bowiem, że na tronie faerie zasiądzie jej młodszy braciszek Dąb, gdy dorośnie. Póki co władzę ma sprawować arogancki i lekkomyślny Cardan, który przez rok i jeden dzień ma być posłuszny Jude. Co po upływie roku? Tego jeszcze nasza bohaterka nie dopracowała.

Rzadko się zdarza, aby drugi tom trylogii był tak spektakularny i poruszający. Zazwyczaj trzyma poziom, bywa, że jest słabszy, jakby miał wziąć czytelnika na przetrzymanie, bo kulminacja ma nastąpić w tomie trzecim. Tym razem jednak Holly Black zrobiła coś naprawdę niezwykłego. I doprawdy nie mogę sobie wyobrazić, po pierwsze jak się jej to udało, a po drugie, jak z tak wysoką poprzeczką poprowadzi fabułę tomu trzeciego. 

Tom drugi wprowadza czytelnika w kulisy władzy w królestwie zamieszkałym przez elfy. Po koronacji Cardana wcale nie nastąpiło uspokojenie i stabilizacja. Spiski i przetasowania sił stronnictw trwają. Nowy król jest na oczach wszystkich i wszyscy próbują go wyczuć; na ile mogą sobie pozwolić. Zewsząd płyną prośby o posłuchanie, propozycje, a nawet groźby. Zagrożeniem dla lądowego królestwa staje się wodna kraina Toni. W między czasie trwa nieprzerwany, już od pół roku, karnawał zabaw, przyjęć i wszelakiej rozpusty. Ale przecież Cardan jest tylko marionetką. Bo faktyczną władzę sprawuje Jude Duarte, jego seneszal i szara eminencja, prywatnie śmiertelniczka, której od lat dokuczał, którą dręczył i która w niezrozumiały i znienawidzony dla niego sposób, bardzo go fascynuje i pociąga. Relacje Cardana i Jude i rosnący między nimi magnetyzm są jednym z wątków tej historii, ale nie głównym. Bo głównym jest walka o władzę i jest to walka bezkompromisowa i bardzo brutalna. W jednej z rekomendacji przeczytałam, że wiele rzeczy jest tu podobnych do Gry o tron G.Martina. Zgodzę się z tym. Jednak tutaj walka ta jest trudniejsza, bo w świecie elfów istnieje magia, a każde najdrobniejsze zobowiązanie, nieopatrzna obietnica może zmienić wszystko. 

Czytając Złego króla naprawdę nie można się nudzić. Te czterysta stron śmiga jak z bicza trzasnął i nim się człowiek obejrzy już czyta Epilog. I tutaj doznaje niespodziewanego bólu. Nie spodziewałam się słodkiego happy endu, jestem realistką. Ale nie spodziewałam się też tego nagłego zwrotu, który autorka nam zaserwowała. Ból jest tym większy, że finałowa część jest zaplanowana na rok 2020. Ponad rok przyjdzie mi czekać na odpowiedzi, których mój umysł pragnie już teraz. Co dalej z bohaterami? Co zrobi Jude i dlaczego Cardan postąpił tak, a nie inaczej? Myślę o tym od wczoraj i im dłużej się nad tym zastanawiam, tym do smutniejszych wniosków dochodzę. Bo jeśli porównanie do Gry o tron jest trafne,  to z pewnością nie będzie nam dane zaznać szczęśliwego zakończenia z gatunku takich, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni przez wiele innych historii. Jedno jest pewne; nie będzie nudno. 

Bardzo intrygujący i niejednoznaczni są bohaterowie. Trudno jednoznacznie powiedzieć o kimś, ze jest dobry lub zły. Te czasy takiego kategoryzowania bohaterów już minęły bezpowrotnie. Faktem jest, że gdyby ktoś robił wszystko uczciwie i z honorem, długo by w tym świecie nie pożył. Jude wie o tym doskonale. Paradoksalnie, będąc człowiekiem, ma w sobie więcej z elfa niż niejeden tubylec, czy jej elfia siostra Vivi. Bohaterka wspięła się bardzo wysoko, ciężko zresztą na to pracowała i teraz musi tylko się na tym szczycie utrzymać. Jestem romantyczką i przyznam, że jej relacje z Cardanem burzyły we mnie krew. Sceny przedstawiające ich rozmowy, w których więcej się sugeruje niż mówi, czy też czyny świadczące o uczuciu, uznaję za jedne z najlepszych w literaturze tego gatunku. Jestem czytelniczo pokonana.

To dlatego, po wylaniu większości emocji, które wciąż we mnie buzują, stwierdzam, że Zły król jest książką, która potrafi zauroczyć czytelnika do tego stopnia, że tak jak Jude spętała Cardana na rok i jeden dzień, tak i my czytelnicy pozostajemy na ponad rok spętani zaklęciem oczekiwania na barwny i zaskakujący finał.



Dziękuję!

niedziela, 24 lutego 2019

Ruth Ware: Gra w kłamstwa

Autor: Ruth Ware
Tytuł: Gra w kłamstwa
Stron: 464
Wydawca: Prószyński i S-ka









Nie każdy potrafi kłamać. Jedni rumienią się na samą myśl, co zdradza ich już na starcie. Inni plączą się w zeznaniach lub są za mało wytrwali. Jeszcze inni zwyczajnie się tym brzydzą, bo są prawdomówni z natury. 
Są jednak i tacy, dla których kłamstwo jest jak oddychanie i potrafią to robić bez mrugnięcia okiem, bo im się to opłaca, bo sytuacja tego od nich wymaga, albo zwyczajnie ich to bawi. Ten ostatni powód sprawił, że główne bohaterki zaczęły kłamać dla zabawy, czyniąc z oszukiwania innych mistrzowską grę.

Kłamstwo uczyniła głównym motywem swojej powieści Ruth Ware, brytyjska pisarka, autorka takich powieści jak W ciemnym, mrocznym lesie i Dziewczyna z kabiny nr 7. Gra w kłamstwa to jej trzecia powieść wydana w Polsce. 

Akcja powieści toczy się po części w Londynie, ale przeważnie w małej nadmorskiej wiosce o nazwie Salten. To tam w szkole z internatem poznały się  bohaterki powieści: Thea z tendencjami do samoagresji, Fatima opuszczona przez rodziców przebywających na drugim końcu świata, Isa osierocona przez matkę i jedyna miejscowa, Kate. Trudne przeżycia i wzajemne różnice sprawiły, że dziewczęta zbliżyły się do siebie i stworzyły klikę szkolnych zołz. Ich główną rozrywką było kłamanie na potęgę; im bardziej oryginalne i wiarygodne kłamstwo udało się im wymyślić i sprawić, by w nie uwierzono, tym więcej punktów się za nie zdobywało. Nie muszę mówić, że taka postawa nie przysporzyła im przyjaciół i sympatii miejscowych. Póki nikomu nie dzieje się realna krzywda, póty kłamstwa jeszcze mogą uchodzić płazem. Jednak prędzej lub później ktoś poczuje się dotknięty na tyle mocno, że zapragnie odwetu, a wtedy biada autorowi rozpuszczonego bezmyślnie łgarstwa. 

W pewnym momencie kłamstwa przestają być zabawą, a bohaterki zdają sobie sprawę, że muszą kłamać dalej, by ocalić własną skórę. By przetrwać. Co więcej ich dalsze życie już na zawsze będzie naznaczone obawą, że kiedyś prawda wyjdzie na jaw, a wtedy wszystko co przez lata budowały będzie zagrożone. 

Dorosłe już Isa, Thea i Fatima otrzymują od Kate wiadomość o treści: Potrzebuję Was.  Ten krótki komunikat wywraca życie bohaterek do góry nogami. Oczami narratorki powieści, Isy, świeżo upieczonej matki, zawodowo prawniczki, śledzimy kryminalną historię znalezionych na moczarach ludzkich szczątków. Najgorszy jest fakt, że kobiety zdają sobie sprawę, że będą musiały dalej kłamać. Tym razem mają jednak dużo więcej do stracenia. I chyba któraś z nich nie mówi przyjaciółkom całej prawdy...

Powieść jest ciekawie napisana. Isa, narratorka, wraca wspomnieniami do czasów, gdy była nastolatką i gdy potrzeba akceptacji i bliskości była dla niej i jej koleżanek czymś najważniejszym. Z ogromnym sentymentem przypomina sobie chwile spędzone w domu Kate i stwierdza, że tylko tam była naprawdę szczęśliwa. Konfrontacja z obecną rzeczywistością wyzwala w Isie skrywane przez 17 lat obawy, teraz tylko dodatkowo wzmożone przez więź z nowo narodzoną córeczką Freyą. Kobieta zdaje sobie sprawę, jak wiele ma do stracenia i jak trudne było jej codzienne życie, gdy musiała pewne sprawy utrzymywać w zamknięciu. Rzutowało to na jej kontakty z ludźmi, a zwłaszcza na relację z partnerem i ojcem Freyi, Owenem. 
W pewnym momencie bohaterki z bólem stwierdzają, że muszą dotrzeć do prawdy, w przeciwnym razie pożrą je ich własne kłamstwa.

Gra w kłamstwa to dobra, klimatyczna historia. Atmosfera nadmorskiej mieścinki, krzywe spojrzenia miejscowych i sekrety na każdym kroku. Kłamstwa mają to do siebie, że powtarzane przez wiele ust stają się pozorem prawdy. W takim przypadku bardzo trudno między nimi manewrować i sama skrucha nic tu nie zmieni. Jedynie szczera prawda może człowieka wyzwolić. Ale czy na pewno?





 Dziękuję!

czwartek, 21 lutego 2019

B. A. Paris: Pozwól mi wrócić

Autor: B. A. Paris
Tytuł: Pozwól mi wrócić
Stron: 319
Wydawca: ALBATROS







Finn i Layla wracają z wakacji we Francji. Gdy nocą zatrzymują się na parkingu, a Finn idzie do toalety, Layla znika. Zdesperowany i zrozpaczony mężczyzna długo szuka narzeczonej, jednak ani jego starania ani działania policji, nie przybliżają się do odnalezienia Layli żywej lub martwej. Finn przechodzi przez etap oskarżenia i przesłuchiwań, a z czasem wraca do swojego życia w Londynie. 

Mija 12 lat. 

Finn ułożył sobie życie. Odbył żałobę, pogodził się z faktem, że Layla nie żyje lub nigdy nie wróci. Finansowo stoi całkiem nieźle, całkiem niedawno zamieszkał z ilustratorką Ellen, nawet planują ślub. I właśnie wtedy ktoś zaczyna przysyłać anonimowe maile oraz zostawiać małe, drewniane laleczki. Finn nie rozumie, kto chce zburzyć jego, tak z trudem odbudowany, spokój. Zazdrosna ex-dziewczyna, kolega z pracy, a może sama Layla? 

Kolejne rozdziały pokazują miotającego się Finna i  sypiącą się w gruzy stabilizację życiową mężczyzny. Layla była miłością jego życia i bohater zdaje sobie sprawę, że nic to jest teraz, nie jest w stanie jej zastąpić. Miota się więc po miejscach, które kiedyś były dla niego i Layli ważne, a w domu zupełnie oddala się od narzeczonej.

Bardzo miłą odmianą jest fakt, że tym razem bohaterem wiodącym jest mężczyzna. Przyjemnie było śledzić akcję z innego, niekobiecego punktu widzenia. Finn nie jest płytką postacią. Poznajemy go jako sympatycznego, opiekuńczego faceta. Z czasem okazuje się, że jego przeszłość ma mroczne zakamarki, których wyjście na światło dzienne sprawia, że do samego końca nie ma pewności, że albo czegoś przypadkiem nie zrobił, albo co jeszcze może zrobić. Możliwe, że ciągłe napięcie, w którym żyje, brak snu i miotanie się z kąta w kąt, sprawiają, że i bohaterowi i czytelnikowi coś umyka? 

Powieść dzieli się na trzy krótkie części. Autorka oddała także narrację Layli, dzięki czemu mamy okazję poznać całą historię z drugiej strony.  Historia jest przeznaczona dla uważnego czytelnika. Istotne są tu szczegóły z przeszłości Layli i Ellen, ale też przedmioty, a nawet to, jak bohaterowie nazywają pewne sprawy. Jeśli się je sprytnie wyłapie podczas lektury, łatwiej będzie domyślić się zakończenia, jeśli nie, cóż, czytanie z uczuciem niepewności, też jest przyjemne.

I tym razem autorka mnie nie zawiodła. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam; solidną dawkę napięcia, intrygujący sekret, którego mogłam się domyślać i dramatycznych, ludzkich bohaterów. Bardzo cieszy mnie to, że kolejny pomysł na powieść okazał się trafiony i tak dobrze poprowadzony. Oby autorka nie zwolniła tempa i wciąż darzyła nas tak dobrymi historiami. 

Polecam. Bardzo dobra powieść w sam raz na nudne, spokojne popołudnie przy kominku.

środa, 20 lutego 2019

Ruta Sepetys: Sól morza

Autor: Ruta Sepetys
Tytuł: Sól morza
Stron: 409
Wydawca: Nasza Księgarnia






Przy pierwszym spojrzeniu okładka książki nie zachęca do lektury. Przy kolejnych jej magia zaczyna działać i odnosi się wrażenie, że jednak coś w tym wzburzonym morzu jest. 

Zima 1945 roku. Do końca wojny zostało tak niewiele czasu, ale przecież żyjący wtedy ludzie nie mogli tego wiedzieć. 
Do serca Europy nadciąga Armia Czerwona. Uciekinierzy ze wschodu szukają ratunku przed okrucieństwem żołnierzy. 
Zupełnie przypadkiem skrzyżują się losy trojga młodych ludzi, z których każde zmaga się z własnym bólem i błędami przeszłości. Równolegle z biegiem akcji czytelnik ma możliwość czytania listów młodego marynarza do ukochanej. I ten bohater weźmie udział w wydarzeniach i odegra w nich jedną z kluczowych ról. 

Narracja jest prowadzona z czterech perspektyw, co nieco utrudnia zrozumienie fabuły, a gdy dochodzą jeszcze listy czwartego bohatera, robi się trudniej. Z czasem jednak coraz więcej elementów składa się w logiczną całość. 
Młodziutka 15-letnia Polka Emilia, charakterystyczna ze względu na swoją różową czapkę, skrywa w sobie bolesny sekret. Przed osunięciem się w szaleństwo chroni ją wspomnienie ukochanego Augusta. 
Florian, pruski konserwator sztuki, zrobił coś, co sprawiło, że ścigają go zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Młodzieniec nie chce nikomu zaufać i pilnie strzeże swoich sekretów.
Litwinka Joana to pielęgniarka, która z grupą uchodźców zmierza do Gdyni, nazywanej tu Gotenhafen, bo z tego właśnie portu mają odpłynąć statki z ewakuowanymi ludźmi. 
Autor listów do dziewczyny, Alfred jest marynarzem na statku o nazwie Wilhelm Gustloff. Szybko przekonujemy się, że ten z pozoru sympatyczny i usłużny człowiek, jest paskudną kanalią i socjopatą i nic z tego, co mówi i pisze, nie jest prawdą. 

Sól morza bardzo się Rucie Sepetys udała. Autorka znakomicie odmalowała nie tylko klimat zimy i beznadziejnej sytuacji uciekinierów, zmuszonych do zmagania się z zimnem, głodem oraz wszechobecną śmiercią. Sięgnęła także po dwa, obecnie już kultowe motywy, które sprawiły, że powieść okazała się tak frapująca. 

Pierwszym jest statek, na który trafiają bohaterowie. MS Wilhelm Gustloff. Był to piąty co do wielkości niemiecki okręt pasażerski. W kolejnych latach pełnił funkcje wycieczkowe, szpitalne, pomocnicze oraz do transportu wojska. 30 stycznia 1945 roku jednostka wyruszyła w swój ostatni rejs, a na jej pokładzie znajdowało się 173 członków załogi, 918 oficerów i marynarzy z II dywizji szkolnej okrętów podwodnych 373 kobiety z pomocniczego korpusu Kriegsmarine, które były wojskowymi telefonistkami, telegrafistkami, maszynistkami, kreślarkami czy pielęgniarkami, 162 rannych żołnierzy Wermachtu oraz 4424 uciekinierów. O godzinie 21.16 okręt został trafiony 3 radzieckimi torpedami. Zatonął w ciągu godziny.Niemieckim jednostko ratowniczym udało się wydobyć z wody 1215 żywych osób, większość pasażerów zmarła w lodowatej wodzie.  W 1994 roku Polska uznała wrak MS Wilhelm Gustloff za mogiłę wojenną, w związku z czym zakazane jest nurkowanie na wrak i w promieniu 500 m od niego. 
Drugi motyw to legendarna, burząca krew w żyłach wszystkim poszukiwaczom skarbów Bursztynowa Komnata, która jakoby miała być na Gustloffie przewożona.  Z tym motywem świetnie autorka powiązała losy Floriana, jednego z bohaterów fikcyjnych. 

Sól morza przeczytał także mój mąż i był zachwycony. Autorka zrobiła tutaj mały pomost między swoimi książkami. Litwinka Joana jest kuzynką Liny, bohaterki powieści pt. Szare śniegi Syberii. 
Pomimo smutnej wymowy, powieść zasługuje na uwagę. Ma wszystko, co może być dziś wartościowe dla młodego czytelnika: bohaterów w podobnym wieku, kawałek cennej historii, którą warto znać i niesamowity klimat.
Polecam lekturę Soli morza. Naprawdę warto jej poświęcić zimowe popołudnie. 

Dziękuję!

czwartek, 14 lutego 2019

Już nie tak bajkowo, czyli...Valenitina Fast: Korona ze stali

Autor: Valentina Fast
Tytuł: Korona ze stali
Seria: Royal, t.4
Stron: 272
Wydawca: Media Rodzina








Czwarta część serii Royal odkrywa przed czytelnikiem kolejne sekrety Vittery, królestwa pod kopułą. Dziewcząt - kandydatek zostało raptem tylko kilka. Jedne są mniej, inne bardziej zdeterminowane. Chwila, w której wszyscy poznają tożsamość księcia, zbliża się wielkimi krokami. 

Póki co jednak przed wszystkimi moment wytchnienia. Kandydatki ruszają w turnee po królestwie. Czekają je wywiady, wspólne zdjęcia, autografy, podziw i uwielbienie poddanych. 

Dla Tani to trudny czas. Bohaterka jest rozdarta. Już nie chce tak mocno wracać do domu. Jednak i w pałacu nie czuje się dobrze. Sprawcą tego całego sercowego zamieszania jest, rzecz jasna, Phillip, który oscyluje między Charlotte a Tanią, trzymając obie w niepewności i burzy uczuć. 
Rozsądek podpowiada Tani, że lepszym, bezpieczniejszym wyborem byłby dla niej Henry, którego bardzo polubiłam. Miałam nadzieję, że to on okaże się księciem. Serce zaś rwie się do Phillipa, narażając Tanię na kolejne łzy i rozczarowanie. Mimo rad przyjaciół i własnego rozsądku, Tatiana wikła się w kolejne sytuacje, które nie poprawiają jej uczuciowego stanu. 

Myślę, że rozterki głównej bohaterki są bliskie kobietom w każdym wieku. Każda z nas marzy o porywającym uczuciu do mężczyzny, dla którego będziemy tą jedyną i traktowaną jak księżniczka. Walcząc ze zdrowym rozsądkiem, podejmujemy decyzje, które narażają nas na cierpienie i łzy. Potem zadajemy sobie pytanie; czy warto było? Jeśli z danego wydarzenia w naszym życiu potrafimy wyciągnąć naukę na przyszłość lub też mamy choć jedno dobre wspomnienie, to niewątpliwie tak. W końcu każde życiowe doświadczenie nas kształtuje i sprawia, że dojrzewamy. 
Nikt nie wątpi, że Tania zostanie królową. Prawdopodobnie takiej właśnie władczyni potrzebuje Vittera, a stal jak wiadomo mocno uciska skroń, która ją nosi. Tania musi więc udowodnić, że udźwignie stal, z której korona jest wykonana. Żywię też ogromną nadzieję, że bohaterka znajdzie w sobie stanowczość i siłę, bo na chwilę obecną nie radzi sobie najlepiej.

Historia, która zaczęła się tak sielsko i słodko, nagle zmienia swój klimat, co uważam za duży plus.  Rywalizacja wkracza na nowe, niebezpieczne tory. Jasnym staje się, że za kulisami tej pięknej, posągowej oprawy toczy się polityczna gra, której nie jesteśmy świadomi. Być może cała sprawa z wyborem kandydatki na królową to tylko zasłona dymna? Wspólnie z Tanią boleśnie przekonujemy się, że gdy w grę wchodzi władza, znikają wszystkie sentymenty i miłe uśmiechy. 
Jakie tajemnice kryje w sobie Vittera?  Czym jeszcze zaskoczy nas autorka? 

Czwarta część serii, podobnie jak jej poprzedniczki, jest bardzo miła i przyjemna w odbiorze. Daje chwilę wytchnienia i jest naprawdę słodką odskocznią od codzienności. Okazuje się, że prawdziwe księżniczki wcale nie mają łatwego życia, w końcu na szczytach władzy nigdy nie jest ciepło..., jak pisał w Cesarzu mistrz Kapuściński. Mimo to kibicuję Tani i czekam niecierpliwie na jej dalsze przygody. 

Polecam!









Dziękuję!

wtorek, 12 lutego 2019

Rosie Blake: Tylko Ty

Autor: Rosie Blake
Tytuł: Tylko Ty. Jak (w końcu) poznać fajnego faceta
Stron: 363
Wydawca: WAB







Dobiegająca trzydziestki Nicola jest generalnie zadowolona ze swojego życia. Ma własne mieszkanie, dobrą posadę sekretarki w małej agencji aktorskiej, jest samodzielna i poukładana. Przykładowo: jeśli na kolację ma być łosoś, to, choćby brat upiekł pizzę, łosoś nie może się zmarnować. A jeśli w harmonogramie dnia jest, że bułeczkę zjada się o 13.15, to zje się ją o tej godzinie i ani wcześniej ani później. Takie życie jest bardzo bezpieczne, przewidywalne i pozwala uniknąć kłopotów i zranień. Bohaterce raz się to przydarzyło i nie zamierza narażać się na to ponownie. 

Dla otoczenia jednak Nicola, choć sympatyczna i miła, jest sztywniacką nudziarą. Nie chodzi na randki, nie jest spontaniczna, tylko kurczowo trzyma się własnych nawyków. Wszystko zmienia się, gdy w grudniu Caroline, koleżanka z biura, rzuca Nicoli wyzwanie: ma zacząć chodzić na randki i do Walentynek znaleźć sobie mężczyznę. Początkowo bohaterka nie jest przekonana do tego pomysłu. Stopniowo jednak dochodzi do wniosku, że od kilku lat faktycznie nieco stoi w miejscu, jeśli idzie o sprawy damsko-męskie. Dlatego zabiera się do realizacji wyzwania, jak do każdej sprawy w swoim życiu: metodycznie, zgłębiając literaturę fachową oraz robiąc tabelki. Z czasem jednak okazuje się, że nie wszystko w życiu da się skatalogować i oznaczyć, a już na pewno nie przewidzieć. 

Spotykając się z proponowanymi jej przez znajomych i rodzinę mężczyznami, Nicola przeżyje kilka traumatycznych randek, z każdej jednak postara się wyciągnąć jakąś nauczkę. Czy bohaterka w końcu wyjdzie ze swojej skorupy?

Potrzebowałam takiej książki. Naprawdę dobrze jest od czasu do czasu przeczytać coś typowo babskiego, spod znaku Bridget Jones i tak zwyczajnie czytelniczo się odprężyć. Dlatego bardzo się cieszę, że powieść Tylko ty do mnie trafiła. 
Rosie Blake ma talent do kreowania zabawnych postaci oraz pakowania swojej bohaterki w zaskakujące i owocujące jeszcze bardziej zaskakującymi puentami. Czy mroźną randkę polegającą na pływaniu kajakiem w morzu da się przeżyć, unikając amputacji kostek? Czy jeśli facet nie chce w kinie poczęstować cię swoimi cukierkami, to powinno się go skreślić? Czy znerwicowany nauczyciel jest materiałem na chłopaka? 
Trzeba przyznać Nicoli, że bardzo dzielnie podeszła o wyzwania i starała się nie zmarnować ani jednej okazji. Bohaterka Tylko Ty jest zupełnie zwyczajna, taka everymenka, z którą mogą się identyfikować kobiety. Pomimo własnych, często dziwacznych nawyków oraz manii czystości, każdemu mężczyźnie dawała szansę, pomimo że groziło to jej dziwacznym zakończeniem dnia. Bardzo polubiłam Nicolę i kibicowałam jej do końca, choć przyznam, że dość szybko udało mi się wytypować dla niej Tego Jedynego.

Powieść jest przezabawna, głównie dzięki postaciom Caroline, zwariowanej matki dwójki małych dzieci oraz Markowi, bratu Nicoli, zadeklarowanemu miłośnikowi nietoperzy i wchodzenia do mieszkania siostry bez zapowiedzi czy choćby pytania o zgodę.

Doszukałam się, że Rosie Blake napisała jeszcze dwie powieści z serii Jak znaleźć... i mam ogromną nadzieję, że wydawnictwo podejmie się ich wydania.  Jeśli ich bohaterki będą choć w połowie tak pozytywnie zakręcone życiowo jak Nicola i jej przyjaciele, to już mamy zagwarantowaną czytelniczą zabawę. 

Tylko Ty to dobra lektura nie tylko na zbliżające się Walentynki, wszak nie tylko wtedy człowiek powinien szukać miłości i drugiej połowy.  To ciepła i mądra historia o tym, że każde spotkanie i nawet drobne wydarzenie jest dla nas szansą na coś nowego w życiu. Zapisująca się na zajęcia stolarstwa Nicola jest najlepszym tego dowodem. 


Dziękuję!

niedziela, 10 lutego 2019

Dan Pearson: Rok w ogrodzie

Autor: Dan Pearson
Tytuł: Rok w ogrodzie
Stron: 419
Wydawca: Wydawnictwo Literackie









Z ogrodnictwem jest jak z każdą inną pasją. Gdy się złapie bakcyla, to już na stałe. Zaczyna się od jednej kwiatowej grządki, a z czasem co roku człowiek wydaje krocie na kolejne cebule kwiatowe, rośliny ogrodowe, sadzonki krzewów i drzew. Żadne hobby nie jest tanie, to fakt. Ale za to satysfakcja, gdy patrzy się na to, co się wysiało i ta radość, że rośnie, kwitnie, wydaje owoce, jest bezcenna.
To dlatego z chęcią i zaciekawieniem sięgnęłam po pozycję Rok w ogrodzie autorstwa Dana Pearsona. Tytuł obudził skojarzenia z programem, który kiedyś bardzo dobrze mi się oglądało w sobotnie poranki. 


Dan Pearson to ogrodnik z powołania, człowiek o zielonych palcach, jak sam nazywa miłośników ogrodnictwa. Zawodowo jest projektantem ogrodów, bardzo cenionym i wielokrotnie nagradzanym. Pisze książki, artykuły do gazet, prowadzi programy botaniczne oraz wspiera akcje sadzenia i ochrony drzew. Tę pasję i umiłowanie przyrody bardzo dobrze widać w niniejszej książce. 

Rok w ogrodzie nie jest pozycją dla wszystkich. Z pewnością spodoba się miłośnikom ogrodów i roślin. Sama obrałam taką metodę czytania, że za każdym razem, gdy trafiałam na nieznaną mi nazwę, po prostu sprawdzałam jej wygląd w Internecie. Klimat Anglii jest bardzo podobny do naszego i szybko okazało się, że autor i ja lubimy te same rośliny. Dan Pearson jest wielkim fanem tulipanów, lilii oraz dalii i już tym zdobył moje czytelnicze serce. 
Dla osoby postronnej te wynurzenia mogą być nudne, ja z przyjemnością przewracałam kolejne strony i czytałam o planowaniu grządek, zbieraniu owoców z przydomowych zbiorów, czy poszukiwaniu odpowiedniego miejsca dla wymagających mieszkańców ogrodu. Zachwyciła mnie anegdota o kilkusetletnich ziarnach fasoli czy małych lisach demolujących ogród. 

Bardzo logiczny jest także układ książki. Jak sam tytuł sugeruje, rok ma 12 miesięcy i z tylu rozdziałów, po jednym na każdy miesiąc, składa się ta książka. Można więc tu śledzić zimowe zmagania i oczekiwanie na przebudzenie do wiosny, pełnię rozkwitu i owocu wiosną i latem, a także jesienne szykowanie się do odpoczynku jesienią i zimą. 
Oprócz leniwych rozważań na temat ulubionych roślin, Dan Pearson podaje w swojej książce mnóstwo praktycznych porad dotyczących pracy w ogrodzie, doboru stanowiska dla danej rośliny. Wszystko to sprawia, że lektura jest przyjemnością dla kogoś, kto lubi pracę w ogrodzie, nie boi się pobrudzić sobie rąk i lubi pielić. 
Teraz, gdy za oknem okres przejściowy i jeszcze na dobrą sprawę nie wiemy czy wróci zima czy już wyglądać wiosny, Rok w ogrodzie był dla mnie wspaniałą, podnoszącą na duchu lekturą. Przypomniał mi, dlaczego tak lubię ogrodnictwo i sprawił, że zatęskniłam już za świeżością wiosny i pełnią lata. 

Tak jak napisałam powyżej; jeśli ktoś lubi tematykę roślinną i kocha wszelkie działania ogrodowe, to Rok w ogrodzie jest pozycją dla niego. Wywoła uśmiech na twarzy, uspokoi, rozweseli. Przywoła wspomnienie lata i pomoże przygotować się do kolejnej wiosny. 
To naprawdę idealna pozycja dla miłośników ogrodnictwa i bardzo się cieszę, że się na nią natknęłam. 

Polecam!


Dziękuję!

piątek, 1 lutego 2019

Simone St. James: Złamane dusze

Autor: Simone St. James
Tytuł: Złamane dusze
Stron: 369
Wydawca: NieZwykłe










Bardzo lubię historie, które dzieją się na przestrzeni wielu lat. Po pierwsze dlatego, że historia ma wtedy głębię, a po drugie dlatego, że taka zagadka jest bardziej zawikłana i misterna. Lubuję się w stopniowym odsłanianiu tropów, poszlak i nowych aspektów sprawy. To dlatego bardzo zależało mi na przeczytaniu Złamanych dusz. Tak swoją drogą oryginalny tytuł Broken girls także jest świetny.

Vermont w latach  50 ubiegłego wieku i współcześnie w roku 2014. 
Wtedy była tu szkoła z internatem dla dziewcząt. Tych niechcianych, z niewłaściwą pozycją społeczną, sprawiających kłopoty, z którymi nie chciano lub nie umiano sobie poradzić. Surowa dyscyplina i spartańskie warunki miały właściwie ukształtować charaktery uczennic. Za każdą z tych dziewczyn stoi dramatyczna, bolesna historia. Każda chce przetrwać, a w głębi duszy marzy tylko o odrobinie miłości i dobrym słowie. Władcza Katie, gadatliwa Cece, milcząca Roberta i cichutka Sonia są tak różne, że aż nieprawdopodobne że się ze sobą zaprzyjaźniły. A jednak. Każda z nich ma swoje sekrety i marzenia, które w obecnych warunkach wydają się niemożliwe do spełnienia. Obecnie dziewczyny nastawiają się na przeżycie, bo gdy po szkole snuje się duch młodej dziewczyny, Mary Hand nie jest to łatwe. Być może nie wszystkie dotrwają do końca szkoły.

Obecnie Idlewild Hall jest ruiną. Gdy zjawia się inwestor, który chce odrestaurować budynek i ponownie otworzyć  w nim szkołę, Fiona Sheridan jest wstrząśnięta. To na tym boisku 20 lat temu znaleziono ciało jej siostry Deb. Zabójca co prawda siedzi w więzieniu, ale śmierć siostry i towarzyszące jej okoliczności nie dają Fionie spokoju. 
Odbudowa szkoły jest dla kobiety okazją, by nie tylko napisać na ten temat artykuł, ale i zrozumieć pewne sprawy, które cieniem położyły się na dorosłym życiu Fiony.

Przyznam, że atmosfera szkoły dla dziewcząt bardzo mi się podobała. Takie historie nigdy mi się nie znudzą. Autorka wspaniale wykreowała postaci dziewcząt, ale za serce chwyciła mnie zwłaszcza Sonia, która  w tak młodym wieku przeżyła już tak wiele. Aż żałuję, że rozdziałów o starym Idlewild Hall nie było więcej. 

Równie ciekawie jest zbudowana współczesna zagadka śmierci siostry Fiony oraz jej powiązania z wydarzeniami sprzed ponad pół wieku. Do której z dziewcząt należą znalezione w starej studni szczątki? Czy zabił ją mściwy duch, czy człowiek? 
Kim dziś są Katie, Roberta, CeCe i Sonia? 

Trzeba bez bicia przyznać autorce, że świetnie wykreowała gotycką, ponurą i przejmującą zimnem do szpiku kości atmosferę miasta i terenu szkoły. Do samego końca nie mogłam się domyślić, czy zawiniła strona nadprzyrodzona czy ludzka, realna. Także Fiona ze swoim maniackim uporem w dążeniu do prawdy może śmiało służyć za wzór płaskim i banalnym bohaterkom. Bo Fiona absolutnie taka nie jest. A na deser jest jeszcze Jamie.

Złamane dusze to bardzo dobra, klimatyczna i zapadająca w pamięć historia. Gdy za oknem niepogoda jest idealną propozycją lektury. Pozwoli zapomnieć o codzienności i z wypiekami na twarzy śledzić rozwiązywanie zagadki.



Dziękuję!

niedziela, 27 stycznia 2019

Donato Carrisi: Trybunał dusz

Autor: Donato Carrisi
Tytuł: Trybunał dusz
Cykl: Marcus, t.1
Stron: 496
Wydawca: Albatros






Moja znajomość z autorem zaczęła się od seansu filmu "Dziewczyna we mgle". Film przykuł nas do ekranu na bite dwie godziny i był to bardzo dobrze spędzony czas. Misternie ułożona fabuła, logika oraz spójność sprawiły, że do dziś wspominam film z dużym sentymentem. Był tak oryginalny i zaskakujący. Potem dowiedziałam się, że za scenariusz był odpowiedzialny sam autor książki i zapragnęłam poznać jego inne tytuły. 
Mój wybór padł na pierwszą część Trybunału dusz, tytuł zakupiony na biedronkowej wyprzedaży. Przeczytałam i przepadłam. Ten autor jest kopalnią pomysłów i jeszcze w dodatku umie je zgrabnie zrealizować. 

Powieść składa się z kilku wątków i początkowo trudno się w nich zorientować, tym bardziej, że osoba głównego bohatera też jest bardo tajemnicza. 

Trybunał Sumienia to tajna organizacja Kościoła. Posiada ona największe na świecie, oczywiście też tajne, archiwum dotyczące wszelkiego zła. Archiwum to jest prowadzone niemal od tak dawna, jak stary jest Kościół, a informacje są pozyskiwane w trakcie spowiedzi, więc raczej wiarygodne. 
Marcus, katolicki ksiądz, jest agentem Trybunału. Kolejna sprawa, którą zlecają mu przełożeni, dotyczy zaginięcia, a raczej porwania młodej studentki, Lary. Dziewczyna zniknęła z własnego mieszkania, a jakichkolwiek śladów brak. Marcus podejrzewa, że sprawa ta może mieć związek z innymi zaginięciami kobiet, do których dochodziło na przestrzeni lat i za którymi może stać ten sam człowiek. Podejrzanym jest Jeremiah Smith, który obecnie leży nieprzytomny w jednym z włoskich szpitali. W jego domu znaleziono mocne dowody na to, że jest poszukiwanym seryjnym zabójcą. 

Drugą bohaterką, która początkowo nie ma nic wspólnego z Marcusem jest policyjna fotografka Sandra Vega. Kobieta jeszcze nie uporała się z żałobą po śmieci męża. Bieżące wydarzenia przekonują ją, że być może nie był to zwyczajny wypadek, a pozostawione przez niego rzeczy tylko utwierdzają ją w tym przekonaniu. 

Tymczasem w różnych okolicznościach giną ludzie mający na sumieniu stare zbrodnie. Jak to wszystko się ze sobą łączy?

Narracja jest prowadzona z kilku perspektyw, nie tylko Marcusa i Sandry, ale też na przykład tajemniczego Myśliwego. 
Całość może sprawiać wrażenie nieco chaotycznej, ale jeśli tylko da się tej historii szansę i popłynie się z prądem wydarzeń, będzie się zadowolonym. 

Czy w każdym człowieku tkwią pokłady zła? Czy dobro pociąga za sobą zło? Czy zawsze musi dojść do dramatycznego wyboru? A czy jeśli nie pamięta się o wyrządzonym złu, to jest się rozgrzeszonym?
Autor bardzo ciekawie kreuje strukturę Trybunału Sumienia oraz Marcusa. Mężczyzna ma amnezję i nie pamięta wielu wydarzeń ze swojej przeszłości. Być może nie jest tak kryształowym rycerzem dobra, jak początkowo wygląda. Przyznam, że kwestia jego tożsamości była dla mnie dużym zaskoczeniem. 

W książce znajdziemy także nawiązanie do innego cyklu autora, którego bohaterką jest policjantka Milla Vasquez. Bardzo lubię takie pomosty, daje mi to poczucie, że świat wykreowany przez autora jest wiarygodny i pełny. 

Bardzo spodobała mi się ta historia. Dziewczyna we mgle i Trybunał dusz to dwa mocne dowody na to, że warto zapoznać się z twórczością tego autora, bo jego książki nie pozostawiają czytelnika obojętnym.

wtorek, 1 stycznia 2019

Jo Nesbo: Pierwszy śnieg

Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Pierwszy śnieg
Stron: 432
Wydawca: Dolnośląskie





Najpierw obejrzałam film. I szczerze mówiąc choć historia zapowiadała się nieźle, to wyszło słabo. Było nudno i bez napięcia, a sam główny bohater zachowywał się jakby nie miał w sobie odrobiny iskry. Ponadto, tu zgodzę się z innymi widzami, w filmie pojawiały się wątki i postaci, które nie miały logicznego uzasadnienia, by w ogóle tam być. Oprócz tego niemal od początku dało się rozgryźć tożsamość mordercy i aż dziw, że głównemu bohaterowi udało się to dopiero w ostatnich minutach filmu. 
Po seansie byłam pełna niedowierzania. 
Poczytałam recenzje widzów, a także czytelników. Wniosek był jeden. Podobno książka miała być dużo lepsza. Musiałam się na własnej skórze o tym przekonać i dlatego sięgnęłam po książkę. 
Trochę zmartwiło mnie, że to środkowa część cyklu o komisarzu Harrym Hole'u, no ale cóż. Chciałam się dowiedzieć, jak ta historia wygląda w literackiej wersji. 
Od razu mogę powiedzieć, że książka okazała się dużo lepsza niż film. Myślę, że gdybym nie oglądała filmu w ogóle, to wydałaby mi się super. Sama wiedza, kto jest Bałwanem sprawiała, że prowadzone śledztwo nie budziło we mnie takich emocji. Ale i tak  książka uzyskała znacznie wyższe noty, niż wersja filmowa. 

Harry Hole to genialny śledczy. Jest błyskotliwy i pomysłowy, ma także za sobą specjalne szkolenie w  FBI. Pracownikiem jest niezłym. Prywatnie jednak, i często rzutuje to na jego zachowanie w pracy, jest trudny. Nadużywa alkoholu i papierosów, co nie podoba się jego przełożonym, a przed wyrzuceniem z pracy ratuje go tylko niesamowity zmysł do rozwiązywania śledztw. 

Powieść pod tytułem Pierwszy śnieg to siódma część cyklu o przygodach Harry'ego. Swoją drogą polska wersja tytułu tłumaczy go tylko symbolicznie, nawiązując do pory, w której morderca atakuje. Oryginalnie tytuł oznacza Bałwana i wolałabym, aby takie dano mu brzmienie. Ale przecież wszyscy wiemy, jak to bywa z tłumaczeniami. 

W Oslo i okolicach ktoś zabija kobiety. Dokładniej mówiąc najpierw rodzina zgłasza zaginięcie, a potem zostaje znaleziona część ciała, bo całe raczej nie.  Charakterystycznym motywem dla miejsca zaginięcia jest ulepiony ze śniegu bałwan, który z czasem staje się przydomkiem zabójcy. Harry Hole wspólnie z nową pracownicą wydziału, Katerine Bratt zaczyna skomplikowane śledztwo, które wykaże powiązania z nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. 
Równolegle ze sprawami zawodowymi podglądamy życie prywatne bohatera; jego próby, aby zerwać z nałogiem alkoholowym, a także trudną relację z byłą partnerką Rakel i jej nastoletnim synem Olegiem.

Jo Nesbo ma ciekawy sposób opowiadania. Dokładnie opisuje środowisko, w którym toczy się akcja historii. Daje czytelnikowi kilka oddzielnych wątków i całkiem sporo postaci, które początkowo wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Dopiero  z czasem okazuje się, że wszystko zgrabnie się łączy. Gdy już wydaje się, że odkryto tożsamość zabójcy, a sprawcę ujęto, autor gra na nosie czytelnikom i wprowadza nowe poszlaki, które ponownie oddalają nas od rozwiązania zagadki. 
Główny bohater nie jest taki zimny i obojętny, jak to go pokazano w filmie. Niepozbierany życiowo, w duchu przyznaje, że miesiące spędzone z Rakel i jej synem były najlepszymi w jego życiu. Czy już za późno, aby tych dwoje się na nowo połączyło? Doprawdy nie wiem, jak autor poprowadzi ten wątek. 

Jednym z głównych wątków powieści jest kwestia ojcostwa i fakt, że bardzo duży odsetek dzieci jest wychowywany przez mężczyzn, który nawet nie mają pojęcia, że nie są biologicznymi ojcami dzieci, które mają za swoje. Oczywiście to nie ich wina, a niewiernych żon i tym tropem pójdzie całe śledztwo. Bardzo podobała mi się relacja Harry'ego z Olegiem, synem Rakel. Mimo że dorośli nie są już razem, a Harry nie jest przecież biologicznym ojcem chłopca, Oleg bardzo liczy się ze zdaniem mężczyzny i to jego uważa za swojego ojca. Posłuch, który Oleg ma wobec Harry'ego w pewnym momencie uratuje chłopcu życie. 

Po zakończeniu lektury powieści staję przed decyzją, czy kontynuować znajomość z Harrym Hole, czy zostawić sprawę jak jest. Początek był w miarę udany. No cóż, czas pokaże.