czwartek, 20 lipca 2017

Laure Eve: Urok Grace'ów

Autor: Laure Eve
Tytuł: Urok Grace'ów
Stron: 408
Wydawca: Feeria Young
Premiera: 19.07.2017






River jest nowa w mieście. Jest tak zwyczajna, jak tylko może być współczesna dziewczyna. Niepozorna z wyglądu, mól książkowy, z nieciekawym drugim śniadaniem, miejscem zamieszkania i mamą, z którą nie umie się porozumieć. W tle majaczy ojciec, który niespodziewanie odszedł i inne problemy, o których na razie bohaterka tylko napomyka półgębkiem.

Całe miasto równie mocno jak podziwia i zazdrości, tak mocno żyje życiem najbogatszej rodziny nazwiskiem Grace. Wszyscy chcieliby się z nimi przyjaźnić, u nich bywać, przez nich być zauważonym lub choć trochę popławić się w blasku ich glorii. 
Bliźnięta Thalia i Fenrin oraz ich młodsza siostra Summer to szkolni celebryci. Uczniowie albo ich kochają albo nienawidzą, nie ma opcji pośredniej. Młodzi Grace'owie żyją niczym bogowie, poza granicą wszelkich norm społecznych i obyczajowych. Wszystkich to oburza i bulwersuje, ale nikt nie potrafi być wobec tego obojętny. River także nie jest. Bardzo chciałaby zostać przez Grace'ów zauważona, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma nic co by ją wyróżniało, a patentami wzdychania i uwieszania się (tak jak u innych) nie chce się posługiwać). I oto zdarza się istny cud. River zaprzyjaźnia się z Grace'ami zaczyna bywać u nich w domu, poznawać ich sekrety i ich samych. Chce odkryć magię, którą jak sama wierzy, bohaterowie się parają, a przy tym sama stać się jej częścią. 
Czy nad rodem Grace faktycznie ciąży stara klątwa? Co takiego ukrywa River, dziewczyna o zmienionym imieniu? I czy naprawdę magia istnieje? Czy to może tylko kwestia woli i intencji?
Autorka, jakby na przekór, bardzo długo nie daje czytelnikowi jednoznacznej odpowiedzi i chyba to jest najlepsze w całej powieści. Ta dusząca niepewność.

Gdyby natomiast odstawić otoczkę grozy i paranormalności, historia przestawiona w tej książce mogłaby być odbiciem problemów współczesnych młodych ludzi. Samotność, zagubienie, pragnienie akceptacji i rozpaczliwie poszukiwanie swojego miejsca w świecie. Z tym boryka się wielu nastolatków. Grace'owie są może i piękni i bogaci, ale gdy oczyma głównej bohaterki przyjrzymy się im z bliska, zobaczymy, że pomimo zewnętrznego blasku, wcale nie są tacy szczęśliwi, ani cudowni, jak o nich myślą mieszkańcy. Uważny czytelnik wyłapie te problemy, co tylko będzie dodatkowym smaczkiem podczas czytania. Zaburzenia jedzenia, odmienna orientacja, stalking, nadużywanie alkoholu, brak granic stawianych przez dorosłych. Grace'owie są żywym dowodem na to, że pieniądze i pozycja nie dają szczęścia. Wiele ułatwiają, to fakt, ale równie skutecznie odgradzają człowieka od prawdziwego życia. 

Urok Grace'ów nie jest jednak dramatem obyczajowym, ten rozgrywa się w tle. Równie mocno zaakcentowany jest tutaj wątek czarów i czarownic. Główna bohaterka tak mocno wierzy w niezwykłość rodzeństwa, że z rozdziału na rozdział trudno oprzeć się gęstniejącej atmosferze. Podskórnie czujemy też, że River szuka magii nie tam, gdzie faktycznie się ona znajduje i dlatego zakończenie tej historii tak zaskakuje. Odkryte sekrety i odmieniona River wgniatają w fotel.

No cóż, dałam się zwieść. Spodziewałam się kolejnego romansu z wątkiem paranormalnym, a tymczasem dostałam niesamowity thriller z pogłębioną analizą psychologiczną. Co z tego wyniknie? Otóż, doczytałam na Goodreads, że istnieje część druga tej historii i zastanawiam się, o czym będzie oraz jak przerwane wątki będą kontynuowane. Autorka zaczęła opowieść z bardzo wysokiego pułapu i moje wymagania czytelnika są teraz dość duże. Czy im sprosta? Nie będę się martwić na zapas. 

Jeśli zaś idzie o część pierwszą to Urok Grace'ów niewątpliwie może pretendować do wakacyjnego top 10, ma bowiem wszystko, czego tylko można oczekiwać od takiej historii: ciężki od sekretów i niedomówień klimat, bieżące, aktualne problemy współczesnych nastolatków, zaskakujące tajemnice i magię. Jestem bardzo mile zaskoczona. Polecam. Wreszcie coś ożywczo nowego!

 Dziękuję!

wtorek, 18 lipca 2017

Brandon Mull: Tkacze Śmierci

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Tkacze Śmierci
Seria: Pięć Królestw, t.4
Stron: 512
Wydawca: EGMONT Polska







Nastoletni Cole Randolph wspólnie z towarzyszami podróży: bratem, przyjaciółmi starymi i nowymi, kontynuuje podróż przez krainę Pięciu Królestw. 
W tomie czwarty cyklu (ach zbliżamy się do smakowitego finału!) nasi bohaterowie trafiają do krainy zwanej Necronum, skojarzenia ze śmiercią, jak najbardziej poprawne. 
Stworzenie Necronum dało autorowi ogromne pole do popisu. Miejsce to zamieszkują bowiem zjawy, już nie ludzie, bo umarli, ale nie do końca duchy, bo jakoś zbyt żywotne. Prawda miesza się tu z ułudą i trzeba bardzo uważać, z kim się rozmawia i co komu obiecuje, bo skutki mogą być katastrofalne. Cole boleśnie przekonuje się o tym na własnej skórze, a jego za jego naiwność sowicie zapłaci cała drużyna. 
Cole'a czeka wyprawa do Zaświatów, po części by uratować przyjaciół, po części po nowe informacje na temat ich zaciekłego wroga Nazeema. 
Fabuła części czwartej to taka trochę przypominajka i podsumowanie tego, co już było, ale jednocześnie spora garść informacji na temat historii powstania Pięciu Królestw i tego, co legło u podstaw drążącej je obecnie wojny. Brandon Mull historię dokładnie przepracował i widać, że każdy, nawet najdrobniejszy szczegół jest uzasadniony i przemyślany.

W tej części autor zastosował  bardzo ciekawy zabieg. Pozbawiony wsparcia przyjaciół w zaświatach Cole spotyka tam dwóch sojuszników, którzy przez pewien czas będą mu pomagać i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzą oni z trylogii Pozaświatowcy. Jeden z nich jest nasiennikiem, drugi rozsadnikiem i bardzo ciepło wspominają dwoje dzieci z Ziemi: Jasona i Rachel.  To bardzo miły akcent dla czytelników znających poprzednią trylogię autora. Ma się dzięki temu wrażenie, że światy te łączą się ze sobą, mają spójność. 

Czwarta część jest tak naprawdę przygotowaniem bohaterów i czytelników do finałowej, piątej. 
Cole, jak w czasach swoich początków, musi się zmierzyć z wątpliwościami różnej natury, Zaświaty podsyłają mu bowiem wiele pokus, które, gdyby im uległ, mogłyby wszystko zmienić. Misja, z którą podróżuje Cole, nie jest ani łatwa, ani lekka. Komu powinien pomóc najpierw: starym czy nowym przyjaciołom? Czy w ogóle można tu mówić o jakimś pierwszeństwie? Czy w perspektywie uszkodzonej mocy chłopca, ta wyprawa ma  jakikolwiek sens? Dylematy głównego bohatera mają może i fantastyczną oprawę, ale biorąc pod uwagę ich uniwersalną treść, mogą być bliskie wielu rówieśnikom Cole'a. Chłopcu nie jest łatwo, bardzo tęskni za domem i dawnym życiem, ale rozumie, że zbyt wiele zobowiązań ma tutaj, by bez słowa odejść. Właśnie te wnioski, do których dochodzi są oznaką jego ogromnej dojrzałości. 

Podróż przez pustynne Zaświaty, dość powszechny motyw w literaturze, to także okazja do oczyszczenia i odnalezienia w sobie wewnętrznej siły. U Cole'a jest ona uszkodzona. Czy istnieje możliwość naprawienia jej? To się okaże i odbędzie w bardzo interesujących okolicznościach. 
Powieść kończy się dość niespodziewanie, przed nami oczekiwanie na cały, zapewne dość obszerny tom i mam szczerą nadzieję, że dużo się w nim wydarzy. Jednego można być pewnym: Brandon Mull z pewnością zadba o to, aby czytelnik się nie nudził. 
Polecam i niecierpliwie czekam na tom piąty.

Dziękuję!

piątek, 14 lipca 2017

Kawalerska wyprawa czyli Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów

Tytuł: Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów
Reżyseria: Steve Martino, Mike Thurmeier 
Scenariusz: Michael Berg, Jason Fuchs
Czas trwania: 88 min.
Wytwórnia: 20 thCentury Fox







Obsesyjne działania Scrata na punkcie żołędzia doprowadzają do kolejnego pęknięcia w lodzie.  Sytuacja jest bardzo poważna. Rozpoczyna się wędrówka kontynentów. 


Od chwili, gdy widzieliśmy naszych bohaterów, minęło trochę czasu. Ten upływ widać głównie po osobie Brzoskwinki, córki Mańka i Eli. Młoda mamutka to już nastolatka, której najbardziej zależy na akceptacji grupy innych młodych mamutów, a nie jest to łatwe, gdy w rodzinie ma się oposy, przyjaźni się z jeżokretem i ma się własne oposowe nawyki. 

Gdy lód zaczyna pękać, nasza grupa się rozdziela. Zwierzęta z doliny pod wodzą Eli ruszają w stronę przesmyku. Tymczasem Maniek, Sid i Diego dryfują na krze na pełne morze. Tam spotykają piratów i tak zaczyna się wielka przygoda, która trochę mi się skojarzyła z kawalerską wyprawą. Gdy bohaterów było tylko trzech i żaden nie miał zobowiązań. 
Tym razem nasi bohaterowie nie są sami. Towarzyszy im zbzikowana babcia Sida, cuchnąca jeszcze bardziej niż nasz leniwiec. 

Czwarta część cyklu nie straciła pazura i podobała mi się dużo bardziej niż część trzecia. 
Tym razem jest to przygoda na pełnym morzu w typowo marynarskich klimatach. Są piraci, przewrotny kapitan Flak, są nawet marynarskie szanty. A drugim oficerem na pirackim okręcie jest przepiękna biała tygrysica Shirra... 
Kolorytu i zabawnych momentów dodaje babcia Sida, która ciągle wzywa jakiegoś Skarbusia; oczywiście nikt nie traktuje tego serio. Ogromny plus dla twórców filmu, że ten Skarbuś jednak nie był tylko wyimaginowany. 

Nasi bohaterowie dorośli i zmądrzeli. Nadal jednak mocno wierzą w wartość stada, co kilkakrotnie się podkreśla. Najbardziej mentorski jest w tej roli Diego i przyznam, że bardzo to do niego pasuje. Maniek jest świetny w roli nadopiekuńczego ojca dorastającej córki, a Sid jak zwykle jest sobą. 
Przyjemnie i z zainteresowaniem ogląda się morskie potyczki i do samego końca niczego nie można być pewnym.

Nie zabrakło także Scrata, którego sensem życia nadal jest pogoń za żołędziem, choć trochę smutne jest to, że w jego przypadku ważniejsze jest mieć, a nie być. 
Wędrówka kontynentów to dobra rozrywka dla całej rodziny. Akcja nie stoi w miejscu, tak samo bohaterowie, ciągle dowiadujemy się o nich czegoś nowego. Jest zabawnie, swojsko i miło. Polecam.

środa, 12 lipca 2017

Mariette Lindstein: Sekta z Wyspy Mgieł

Autor: Mariette Lindstein
Tytuł: Sekta z Wyspy Mgieł
Stron: 544
Wydawca: Bukowy Las










Powieść Mariette Lindstein ma bardzo chwytliwy tytuł, wszak nie od dziś tematyka sekt i ruchów zrzeszających ludzi w zamknięte wspólnoty, elektryzuje, fascynuje i skłania do dysput i analiz.
To dlatego, podejrzewam, niejeden czytelnik skuszony tematyką, ilustracją okładkową i być może osobą autorki,  sięgnie po tę właśnie powieść.


Główna bohaterka Sofia Bauman, właśnie skończyła studia i w niezbyt przyjemnych okolicznościach zerwała z dotychczasowym chłopakiem. Gdy wspólnie z koleżanką wybiera się na odczyt charyzmatycznego Franza Oswalda, nic nie zapowiada zmian, które nastąpią w jej życiu. Mężczyzna bowiem proponuje jej pracę. Oto na owianej złą sławą Wyspie Mgieł, gdzieś u wybrzeży Norwegii, zakłada wspólnotę ludzi. Inspiracją i duchowym kluczem ma być dla nich stworzona przez niego nauka ViaTerra, a wszystko ma się opierać na bliskości natury, silnym związku z ekologią i odrzuceniu zdobyczy współczesnej cywilizacji. Ruch dopiero raczkuje, jednak już przyciąga pierwszych celebrytów i ludzi sławy. 
Sofia jedzie na wyspę i pierwsze wrażenia ma jak najbardziej pozytywne; wszędzie panuje ład, porządek, a członkowie wspólnoty są zadowoleni i sympatyczni. Kiedy Franz proponuje Sofii założenie w ośrodku biblioteki, kobieta zgadza się i przyjmuje ofertę pracy. Na początku oczywiście przechodzi cały program i wtedy zabiera się do pracy. 
Zmiany zachodzące w założycielu ruchu oraz kilka negatywnych recenzji w prasie, sprawiają, że życie na wyspie zaczyna przypominać koszmar, w którego człowiekowi trudno się obudzić. To co miało być piękną i niewinną ideą prostego życia, zmienia się w przymusowy obóz pracy, w którym ludzie się upokarzani, głodzeni i gnębieni na wiele różnych sposobów. Wkrótce Sofia zdaje sobie sprawę, że odejście ze wspólnoty nie będzie łatwe, o ile w ogóle możliwe. 

Autorka książki przez ćwierć wieku była członkiem ruchu, który każe się nazywać Kościołem Scientologicznym. Trafiła tam, podobnie jak Sofia, jako młoda dziewczyna i dobrze poznała panujące tam zasady. Nietrudno się domyślić, że książka ma być w pewnym sensie odbiciem jej przeżyć, przemyśleń i refleksji dotyczących tego, co tam przeżyła. 
Fabuła powieści skupia się głównie na osobie założyciela ruchu Franzu Oswaldzie. Oczami Sofii oglądamy go jako przywódcę, który potrafi być dowcipny i zabawny, a w chwilach, gdy traci nad sobą panowanie każe ludziom skakać z urwiska do lodowatej wody lub przez długie tygodnie pracować ponad siły i jeść o wiele poniżej normy. 
W serwowanych powoli retrospekcjach śledzimy losy młodego chłopaka, dziecka z nieprawego łoża, jak nietrudno się domyślić to właśnie Franz w młodości, który ma niebezpieczne upodobania i uwielbia manipulować ludźmi, zmuszać ich do uległości i robienia rzeczy, które jemu za bardzo ubrudziłyby ręce. 
Zaskakuje, jak grupa dorosłych przecież, kilkudziesięciu osób, pokornie znosi złe traktowanie, upokorzenia, głodzenie i mieszkanie w koszmarnych warunkach, podczas gdy Franz niczym basza żyje ponad stan. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by się postawić, czy spróbować ucieczki. Każdy, nawet najbardziej okrutny, czy graniczący z głupotą wymysł, jest traktowany jak boska wola i pokornie zostaje wprowadzany w życie. 

Wszystko wydaje się ok, czegoś mi tu jednak zabrakło. Miałam takie wrażenie, jakby autorka w snuciu swojej opowieści bała się posunąć dalej, przekroczyć pewne granice. Zastanawia mnie też informacja, że na jednej powieści historia się nie skończy i planowana jest trylogia. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Niedomówienia są dobre, ciągnięcie historii dalej już nie. Moim zdaniem lepiej byłoby zostawić historię w tym właśnie miejscu, tym bardziej, że epilog już nam wszystko wyjaśnia. 

Sektę z Wyspy Mgieł faktycznie czyta się jak przyjemny thriller z dużą dozą dreszczyku i jeśli nie wymagać więcej, książka okaże się dobrą lekturą na deszczowe popołudnie.

Dziękuję!

wtorek, 11 lipca 2017

W czasie podróży dobrze mieć ten brulion ze sobą...

Tytuł: Brulion zabaw w podróży
Stron: 96
Wydawca: Wilga








Brulion zabaw w podróży, jak sama nazwa wskazuje, to najnowsza propozycja wydawnictwa Wilga. 
Ten zeszyt to zbiór znanych i lubianych, klasycznych już dziś, można powiedzieć,  zabaw, na których wychowują się i kształcą kolejne pokolenia. 

W dzisiejszych czasach, gdy nasze życie biegnie tak szybko i brakuje czasu na odpoczynek, spędzenie czasu razem, czy choćby wzięcie głębszego oddechu, Brulion z zestawem zabaw na podróż jest bardzo dobrym pomysłem. 
Sprawi, że nie tylko oderwiemy się od smartfona, słuchawek czy tabletu, ale przede wszystkim pokaże, że są inne sposoby na dobrą zabawę, rozmowę z członkami rodziny i zwyczajną interakcję, której brak jest ogromną bolączką czasów współczesnych. 
Co zawiera? 
Znajdziemy w nim tradycyjne łączenie kropek, gry w kółko i krzyżyk czy irytujące niektórych labirynty. 
Propozycja gry w Państwa Miasta wciągnie każdego bez względu na wiek, a głuchy telefon doprowadzi do wielu zabawnych nieporozumień słownych. 
Znajdziemy tu także grę w Bystre oko, proste origami, czy poszukiwanie  mijanym otoczeniu przedmiotów na wybraną literę. To jednak nie wszystko, a dopiero początek całego zestawu kształcących i rozwijających myślenie gier. 
Część z nich nie wymaga tłumaczenia zasad, instrukcje do pozostałych znajdują się wewnątrz okładki.  Ale jak mówi motto samego brulionu zasady są po to, by je łamać i kto powiedział, że nie można ich modyfikować wedle uznania i potrzeb podróży. 

Na uwagę i pochwałę zasługuje wydanie, przypominające broszurową oprawę, taką jaka kiedyś byłą dla uczniów chlebem powszednim i nikomu się nawet nie śniło, że zeszyt może mieć krzykliwie kolorową okładkę, czy lśniąco białe kartki. Dla współczesnego odbiory ta niepozorność może być wadą, dla ludzi mojego pokolenia ma przyjemny urok czasów, które bezpowrotnie minęły. 
Część zadań można wykonywać od razu w zeszycie, można też porobić kopie xero, w przypadku gdy podróżująca grupa jest większa liczebnie. Pewne jest jedno: po początkowych oporach podróż z cichej konferencji z tabletami może się zmienić w naprawdę przyjemny czas spędzony wspólnie, na aktywnym rozwiązywaniu zagadek i dokładniejszym poznawaniu towarzyszy podróży. Tego ostatniego nie da nam żadne urządzenie elektroniczne. 

Dlatego polecam. Wartościowa pozycja.

Dziękuję!

sobota, 8 lipca 2017

Budowlaniec czy Indiana Jones czyli Tedi i poszukiwacze zaginionego miasta

Reżyseria: Enrique Gato
Scenariusz: Jordi Gasull, Neil Landau, Ignacio del Moral, Javier Lopez Barreira, Gorka Magallon
Produkcja: Hiszpania
Czas trwania: 90 min.









Tedi Stones to zwykły budowlaniec, przeciętny zarówno z umiejętności jak i z wyglądu. Nieprzeciętne ma  jednak marzenia, od dziecka bowiem pragnie dokonać wielkiego odkrycia w dziedzinie archeologii. Jak na razie jednak nie ma na tym polu znaczących osiągnięć, a pracę traci już po raz siódmy. Cóż, życie marzyciela nie jest łatwe. 
Dlatego gdy zabawnym zbiegiem okoliczności Tedi zostaje wzięty za profesora archeologii i ma wyjechać na poszukiwania legendarnego Miasta Inków, bohater nie waha się długo i z właściwą sobie wdzięczną niezdarnością przystępuje do gry o skarb. A może przy okazji wygra coś więcej i jego nudne dotąd życie się odmieni?

Z nowo poznanymi na miejscu przyjaciółmi Sarą i Freddym, bohater będzie musiał wymknąć się przestępcom także czyhającym na skarb, rozwiązać kilka starożytnych wskazówek oraz zdecydować czy szuka się skarbu dla samego dreszczu poszukiwania i satysfakcji że się miało rację czy też może ważniejsze są splendor i rozgłos.

Film ogląda się bardzo dobrze i z przyjemnością, bo takie historie zawsze się dobrze ogląda, głównie ze względu na tematykę. Klimaty Indiany Jonesa są chwytliwe i dobrze się sprzedają, pod warunkiem, że twórcy choć odrobinę się przyłożą do swojej pracy. Trochę sensacji, atmosfera zagrożenia ze strony czarnych charakterów i napięcie towarzyszące rozwiązywaniu wskazówek dotyczących odkrywania skarbu. Całość jest okraszona dość przystępnym dowcipem, a bohaterów nie da się nie lubić. Tedi jest sympatyczny i taki swojski, a Freddy przemawia głosem Cezarego Pazury. Sfiksowana mumia - strażnik miasta świetnie dopełnia całości obrazu.  Nie wolno zapomnieć o wybitnie zabawnej papudze Belzonim, która wygląda jak żywcem wzięta z Angry Birds. 

Dużym atutem historii jest fakt, że z Tediego żaden super odkrywca czy awanturnik. To swój chłopak, przede wszystkim niezdarny i tak zwykły, że aż czasem boli, ale co ważne ma serce na właściwym miejscu i nie jest zmanierowany. To dlatego tak łatwo go polubić. Bohater nie ma w sobie ani krztyny głupiomądrości czy snobizmu. A to, że czasem potyka się o własne nogi czyni go tylko prawdziwszym. 

Tedi i poszukiwacze zaginionego miasta to dobry pomysł na seans dla całej rodziny. Świetnie umili czas i pozostawi o sobie bardzo przyjemne wrażenie. Polecam.

środa, 5 lipca 2017

Sebastien de Castell: Ostrze zdrajcy

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Ostrze zdrajcy
Seria: Wielkie Płaszcze, t.1
Stron: 420
Wydawca: Insignis






Takich kłopotów Falcio, Kest i Brasti jeszcze nie mieli. Nie dość, że należą do otoczonego obecnie niechlubną sławą oddziału króla, to jeszcze ich obecny pracodawca ginie, zamordowany we własnym łóżku. Przypadek czy spisek?
Tego na razie nie wiadomo, jedno jest pewne: trzeba zwijać manatki i uciekać, zanim bohaterowie będą musieli zapłacić własnym głowami za zaniedbanie wobec klienta. 
W takim oto klimacie zaczyna się debiutancka powieść Sebatiana de Castella, prywatnie prawdziwego człowieka renesansu: archeologa, nauczyciela, choreografa walk, muzyka i kierownika projektów. 

Ostrze zdrajcy to taka mieszanka powieści spod znaku płaszcza i szpady z dodatkiem wątków i postaci magicznych. Członkowie rozwiązanych tragicznie, Wielkich Płaszczy bardzo przypominali mi muszkieterów, którzy bez poczucia misji i możliwości służby królowi, skapcanieli i niemal zapomnieli o dawnych ideałach. Okazuje się jednak, że wystarczy drobna iskra, dowód na to, że jest jeszcze o co walczyć i sobą reprezentować, a Falcio i jego kompani wskakują na właściwe tory. Bo czymże jest życie bez ideałów?

Zanim zorientowałam się, że fabuła zawiera dwie płaszczyzny czasowe, lektura szła mi dość mozolnie. Komentując obecne wydarzenia, Falcio często wraca do tego, co już było i tak poznajemy historię młodzieńca, który marzył o życiu rolnika u boku ukochanej żony, a straciwszy wszystko co kochał, został głównym gwardzistą króla, którego zresztą wcześniej chciał zabić. Takich smaczków w tej powieści jest o wiele więcej. Stara kobieta zwana Krawcową nie jest tylko zwariowaną staruszką, a młoda dziedziczka tronu może być zupełnie kimś innym. Dziki koń, mimo zadanego mu cierpienia może być udanym wierzchowcem, a na bliznach starych ran może wykwitnąć coś zupełnie nowego. Oprócz tego na porządku dziennym są rozmaite trucizny, na drodze czai się mnóstwo zdrajców, piękna nierządnica może być wybawicielką, a przebrzydły kat okazać łaskę. 

Autor powieści stale gra czytelnikowi na nosie i chyba w tym właśnie tkwi cały urok powieści. Zupełnie nie idzie się tu domyślić, kto kogo zdradzi, ani jak zakończą się perypetie bohaterów, bo w pewnym momencie całość przybiera tak beznadziejny obrót, że trudno się domyślić, jakie może być wyjście z sytuacji. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to imię głównego bohatera; Falcio brzmi dla mnie niepoważnie i dziecinnie. Ale może to tylko moje odczucia. 

Ostrze zdrajcy to historia o tym, jak w człowieku rodzi się poczucie misji i obowiązku. Ktoś pozornie zwykły, może  w sobie odkryć zadatki na bohatera, obrońcę ginących ideałów, a wiadomo, że muszą być takie jednostki. 
Powieść z pewnością spodoba się miłośnikom powieści przygodowych  z mnóstwem pojedynków, dużą ilością komizmu słownego i intrygujących rozwiązań. Polecam. Bardzo przyjemna lektura.

Dziękuję!