wtorek, 23 sierpnia 2016

Sarah Waters: Ktoś we mnie

Autor: Sarah Waters
Tytuł: Ktoś we mnie
Stron: 600
Wydawca: Prószyński i S-ka







Po raz kolejny Sarah Waters zabrała mnie w podróż do Anglii początków XX wieku. Wróciłam z niej trochę zasmucona, z głową pełną wątpliwości i domysłów. 
Rodzinna, wiekowa rezydencja rodziny Ayresów jest cieniem dawnej siebie. Niegdyś pełna życia, licznej służby, urządzona z niesamowitym przepychem, była doskonała i całą sobą aż krzyczała o świetności epoki i zamieszkującego ją rodu. Dziś,  opuszczona i zaniedbana, chyli się ku upadkowi; wionie chłodem i wilgocią nieogrzewanych pomieszczeń, pustką pozamykanych pokoi, ciszą spowodowaną brakiem służby i smutkiem ostatnich swoich mieszkańców, którzy nie chcą/nie umieją dopasować się do nowych postfeudalnych czasów. 

Do tego właśnie domu, wezwany do chorej służącej, trafia doktor Faraday, czterdziestolatek, wywodzący się z biedy, człowiek nieżonaty, który nie dorobił się majątku, gdyż jak na tamte czasy, jak na lekarza przystało, moim zdaniem miał za dobre serce. Ta właśnie wizyta zapoczątkuje znajomość doktora z ostatnimi żyjącymi Ayresami: zdziwaczałą panią Ayres i jej dziećmi: byłym pilotem wojskowym Roderickiem i ekscentryczną, niezamężną córką Caroline. Pomimo oczywistego ubóstwa i wiszącej nad farmą groźby bankructwa, Ayresowie starają się z godnością żyć i mieszkać w Hundreds Hall. Doktor interesuje się stanem zdrowia rodziny i wkrótce staje się ich naczelnym lekarzem i przyjacielem. Nie bierze pod uwagę krążących o rodzinie plotek. 

Z czasem jednak w rezydencji zaczynają się dziać rzeczy, które trudno wyjaśnić logiką i które zaczynają jeżyć włos na głowie. Początkowo wszyscy składają to na karby choroby Rodericka, jednak stopniowo staje się jasne, że nie wszystko to może być sprawką tego młodego człowieka. Sceptyczny, bo przecież jest człowiekiem nauki, doktor Faraday, stara się wszystko wyjaśnić rozumowo, przyczyn upatrując w chorobowych stanach umysłu członków rodziny, jednak po pewnym czasie sam już nie jest pewien, co uznać za pewnik i fakt, a co za wynurzenia zagubionego umysłu. 

Sarah Waters mistrzowsko i z klimatem przedstawiła upadek dawnej świetności rodu. Wyniszczony dom, o który nie ma kto zadbać, bo już nie ma na to środków. Bankrutująca farma, na której nie ma kto pracować i która nie przynosi żadnego dochodu. Ogromny areał, który trzeba sprzedać i pogodzić się z jego rozparcelowaniem. I rodzina, która co prawda nie jest niczemu winna, a znajduje się w sytuacji bez wyjścia: starzejąca się matka, coraz bardziej żyjąca przeszłością, znerwicowany syn, z traumą pourazową z wojny i nieco zdziwaczała córka, już przez wszystkich uznana za starą pannę. Faraday stara się im pomóc, służy radą, wsparciem i pomocą, jednocześnie zakochując się w Caroline. Czy kobieta odwzajemni jego uczucia? 

Ciekawym zabiegiem było uczynienie głównym bohaterem mężczyzny i oddanie mu roli narratora. Dotychczas w przeczytanych przeze mnie powieściach S. Waters były to kobiety i przyznam, że naprawdę była to miła odmiana. 
Napięcie w powieści budowane jest stopniowo i bez pośpiechu, autorka miała naprawdę dużo pomysłów, dzięki czemu dom i jego zakamarki przypominały mi gotycką budowlę. Drzwi, które nie chcą się otworzyć, choć klamka działa, dzwonki, które same natrętnie dzwonią, szepty, które rozbrzmiewają w ścianach, zimne powiewy, napisy na ścianach. To wszystko zdrowego człowieka doprowadziłoby do nerwicy, a co dopiero kogoś, kto jest bardziej podatny, bo wiele już przeżył. Stopniowo robi się coraz bardziej groźnie i czytelnik sam już nie wie, czy faktycznie coś złego zalęgło się w murach domu, czy to klątwa zaciążyła nad Ayresami, czy ktoś umyślnie robi te wszystkie rzeczy. 

Dużym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie i choć nie jestem na sto procent pewna, obstawiałabym jednak czynnik ludzki w tym wszystkim. 
Tak czy siak, jestem bardzo zadowolona z lektury. Przyjemnie było dać się porwać gotyckim klimatom i pozwolić sobie na chwilę refleksji nad ideałami, które odeszły, bo zmieniła się epoka. Sarah Waters jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Polecam powieść miłośnikom pisarki oraz cierpliwym czytelnikom, dla których niejednoznaczność fabuły, jest powodem do długich rozmyślań.

 Dziękuję!

niedziela, 21 sierpnia 2016

Czas na safari czyli Madagaskar odsłona druga

Tytuł: Madagaskar 2
Reżyseria: Eric Darnell, Tom McGrath
Scenariusz: Tom McGrath, Eric Darnell, Etan Cohen
Czas trwania: 89 min.
Wytwórnia: Dream Works







Wesołe stadko z Aleksem na czele, po wyremontowaniu starego samolotu, postanawia wrócić do Nowego Jorku. Niniejszą eskapadę chcą potraktować jako bonusowe wakacje. Teraz już naprawdę bardzo chcą wrócić do swojego życia w zoo. Do samolotu wsiadają również Pingwiny pod wodzą Skippera, dwa cyniczne szympansy oraz król Julian z Morrisem. Lemurzy władca uznał, że czas na podbój świata. 
Na skutek awarii nasi bohaterowie lądują w rezerwacie (daleko nie ulecieli), gdzie będą musieli się zmierzyć z nowymi wyzwaniami. Wyjdzie także na jaw kilka starych sekretów. Tak w skrócie prezentuje się fabuła drugiej części animacji Madagaskar. 

Tym razem akcję umiejscowiono w Afryce, gdzie ku zdziwieniu naszych bohaterów, żyje cała masa zebr, lwów, hipopotamów, żyraf i innych. Jest tu tego całe zatrzęsienie, więc trudno tu o indywidualność. 
Przyznam, że byłam nastawiona nieco sceptycznie do kontynuacji, ale okazało się, że naprawdę niepotrzebnie. Druga część jest równie zabawna, jak pierwsza, a może nawet bardziej. 
Lwi celebryta Alex sięgnie do swoich korzeni i będzie musiał przejść rytuał, co zaowocuje przewrotem, a potem jeszcze jednym. 
Zebra Marty zacznie się zastanawiać, czy w stadzie tylu zebr wyróżnia się czymś jeszcze oprócz blizny na pośladku po ugryzieniu kumpla lwa? Jego przyjaźń z Alexem będzie musiała przejść kolejną próbę. 
Hipopotamica Gloria postanowi zacząć randkować. Czy atrakcyjny Moto Moto będzie tym jedynym? 
Tymczasem rozczulający i rozbrajający swoją hipochondrią żyrafa Melman wejdzie w zupełnie nową rolę, a także przyzna się do czegoś bardzo ważnego. 

Swoje trzy grosze dorzucą do wszystkiego Pingwiny, a także Julian. Znalazło się też miejsce dla szalonej babuni, która jest nie do pobicia, jeśli idzie o stawianie lwów do pionu. 
Druga część serii jest zabawna, obfituje w znane nam, kultowe już dziś teksty, zaskakuje rozwiązaniami, ma także ważne przesłanie. Okazuje się, że w tak trudnym do życia miejscu największym skarbem jest...woda. Bo woda to życie. 
Oczywiście, gdy już ma się wodę, warto zatroszczyć się o rodzinę i przyjaciół, którzy niekoniecznie muszą być połączeni z nami więzami krwi, czy być tego samego gatunku. 

Podczas oglądania drugiej części nie można się nudzić, aż do ciekawie skonstruowanego finału, a przecież to jeszcze nie koniec perypetii szalonej czwórki z zoo z Central Parku. 
Dlatego jeśli ktoś jeszcze nie widział, w co wątpię, bo w sumie to już niemal klasyk, to zachęcam do obejrzenia. I to jak najszybciej. 
Jak to powiedział król Julian: Szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu. 
Polecam. Fajna zabawa i miłe, przyjemne odmóżdżenie.

piątek, 19 sierpnia 2016

Eve Chase: Tajemnica Black Rabbit Hall

Autor: Eve Chase
Tytuł: Tajemnica Black Rabbit Hall
Stron: 430
Wydawca: Świat Książki







Uwielbiam historie o starych domach i rodzinnych tajemnicach z posmakiem gotyckiego klimatu. Myślę sobie, że gdyby stare mury mogły mówić, opowiedziałby to i owo, ale że nie mogą, no cóż. W tym  miejscu musi wkroczyć pisarska wena, która odda głos nielicznym żyjącym świadkom, starym listom i dokumentom.

O czym cicho szepcą mury Black Rabbit Hall? Czy też może raczej Pencraw Hall? Kim były dzieci, których imiona wyryto na starym drzewie? Dlaczego ten wielki, stary dom, kiedyś tak piękny i pełen życia, dziś sprawia wrażenie przeklętego?

Kornwalia, koniec lat 60 XX wieku. Sielankowe życie rodziny Altonów przerywa nagła, tragiczna śmierć Nancy Alton, ukochanej żony i matki czwórki dorastających dzieci. Oczami najstarszej córki Nancy, Amber śledzić będziemy stopniowy rozpad rodziny, która pozbawiona opieki i czujnej ręki matki, zaczyna dryfować, niczym dziurawa łódź. Ojciec rodziny Hugo, pogrążony w żałobie, nie potrafi się zająć dziećmi. Dorastający syn Toby, nie radzi sobie z wybuchami agresji i z fanatyzmem apokaliptycznego proroka oczekuje katastrofy. Małoletni Kitty i Barney wciąż potrzebują dużo uwagi i czułości, którą w tej chwili daje im tylko gosposia Peggy. Głębokie rany może z czasem by się zagoiły, gdyby nie decyzja ojca rodziny o powtórnym ożenku. I tak, gdy w życie rodziny wkracza Caroline, zła macocha niczym w bajce dla dorosłych, Altonowie tracą te nieliczne szanse na powrót do normalności. 

30 lat później, poszukująca lokalu na wesele Lorna, przypadkiem trafia na ogłoszenie, w którym oferuje się salę balową Pencraw Hall. Zafascynowana domem i miejscem, które wydają się jej znajome i niewytłumaczalnie bliskie, Lorna udaje się w podróż do Kornwalii, by odkryć nie tylko tajemnicę domu, ale też i sekret własnego pochodzenia. 

Debiutancką powieść Eve Chase czyta się z zapartym tchem i doprawdy trudno się od niej oderwać. Niesamowita atmosfera tamtego roku w Black Rabbit Hall, dotkliwość straty, która u każdego objawia się inaczej, czar pierwszej, młodzieńczej miłości z zakazanym posmakiem oraz kłamstwo, które położyło się cieniem na życiu całej rodziny na długie lata. Wszystko to sprawia, że powieść zyskuje nieco mroczny, gotycki klimat, którego dopełnia osoba stojącej na progu śmierci Caroline Alton. Z wielką przyjemnością gubiłam się w domysłach i tak jak Toby niecierpliwie oczekiwałam zapowiadanej katastrofy. 

Tajemnica Black Rabbit Hall to wciągająca i pełna magnetyzmu historia, która mimo swojej mroczności ma wiele jasnych punktów, takich jak osoba Nancy, miłość Amber i Luciana, czy postać wspaniałego, kochającego Jona. To właśnie dzięki temu połączeniu powieść staje się taka niezwykła. Jestem doprawdy zauroczona i wzruszona. 
Polecam historię Black Rabbit Hall wielbicielom prozy Kate Morton i Sarah Waters. Pozycja godna uwagi.


Dziękuję!

środa, 17 sierpnia 2016

Jessica Sorensen: Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha.
Stron: 304
Wydawca: Zysk i S-ka







Powieściami o Callie i Kaydenie Jessica Sorensen nie tylko mocno zaostrzyła apetyty czytelnikom, ale też sobie postawiła dość wysoką poprzeczkę. Historia o dwójce skrzywdzonych przez ludzi i los nastolatków, dla których jedynym ratunkiem jest właśnie ta druga osoba, chwyciła ze serce wielu czytelników. Obie części pochłonęłam w dwa popołudnia i naprawdę, naprawdę długo nie mogłam o nich zapomnieć. To właśnie Coincidence zachęciło mnie do sięgnięcia po książkę, o której chcę napisać dziś kilka słów. 

Ella i Micha razem dorastali, a ponieważ wychowali się w małej, zapyziałej i zapomnianej przez ludzi i Boga mieścinie, byli dla siebie jedynym, solidnym oparciem. Zanim jednak długoletnia przyjaźń zdążyła przerodzić się w miłość, w dramatycznych okolicznościach umarła matka Elli, co skłoniło dziewczynę do porzucenia domu i bliskich i wyjazdu na drugi koniec kraju. Ella robi to bardzo niechętnie, ale nie ma innego wyjścia. 

Po skończeniu lektury lubię czasem zajrzeć na LC, zwłaszcza w przypadkach, gdy nie jestem pewna, co mam o danej książce myśleć. Fakt, niby o gustach się nie dyskutuje, ale wiadomo, że nietrudno znaleźć maniaka książkowego podobnego do siebie. 
Po co tym razem tam zajrzałam? Bo niby mi się książka podobała, ale coś mi w całej tej historii nie grało. Poczytałam opinie innych czytelników i już wiem, w czym rzecz. Odczucia mam dokładnie takie same, jak moi czytelniczy pobratymcy z LC.
W książkach o Callie i Kaydenie autorka drobiazgowo i skrupulatnie opisała nie tylko wychodzenie bohaterów z traumy, ale przede wszystkim dobitnie zarysowała wszystkie okoliczności jej towarzyszące. To dzięki temu historia była tak prawdziwa i tak mocno przemawiała do wyobraźni. 
Tymczasem problem zawarty w Nie pozwól mi odejść został zarysowany i potraktowany gorzej niż po macoszemu. Pomysł był świetny, ale z jego wykonaniem już gorzej. 

Choroba dwubiegunowa to przypadłość, która zbiera coraz większe żniwo, zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, ludzi zwykłych czy też bardzo sławnych. Ponieważ wiadomo o niej jeszcze stosunkowo niewiele, a leczenie nie należy do łatwych, temat ten można określić mianem rzeki. Rodzina Elli staje w obliczu tej choroby, a ponieważ ważnym czynnikiem jest podłoże genetyczne, bohaterka obawia się, że ona także może być tą chorobą obciążona. Obserwując jej zachowanie, czy słuchając o minionych wyczynach, wydaje się, że jej obawy są całkiem słuszne. Straszne jest to, że dziewczyna nie ma wsparcia ani w ojcu alkoholiku,  ani w bracie, który po prostu się zwinął i ma wszystko gdzieś. 
Jest jeszcze Micha. Pozornie fajny, choć nieco zwichrowany chłopak. Nie widzę go jednak w roli wsparcia dla Elli, skoro stale myśli tylko o tym, jak zaciągnąć przyjaciółkę do łóżka, przy tym wierząc, że jednym wyznaniem miłości rozwiąże wszystkie jej problemy. 

Gdyby autorka bardziej skupiła się na problemie choroby i zagrożenia nią, mogłaby z tego wyjść naprawdę dobra historia. Kiedy jednak problemy psychiczne spycha się na dalszy plan, a wątkiem głównym stają się pożądliwe słowa, czyny i gesty bohaterów, to wychodzi z tego zwykły tani romans, z nieustannie wzdychającymi bohaterami. To właśnie dlatego historia Elli i Michy nie robi takiego wrażenia, jak jej wielka poprzedniczka. Czyta się owszem całkiem przyjemnie, momentami bywa nawet zabawnie, ale na tym koniec. Brakuje tu głębi i doprawdy trudno dociekać dlaczego tak się stało.  

Po genialnej i wzruszająco-wstrząsającej historii Callie i Kaydena oczekuje się takich samych, jeśli nie równie dobrych historii.  Absolutnie nie zniechęca mnie to do sięgnięcia po inne książki tej autorki, gdy tylko się pojawią, jednak trochę mi żal potencjału, jaki kryła w sobie ta powieść. 
Dlatego, jeśli ktoś tak jak ja pokochał początek serii Coincidence, niech nie nastawia się tym razem na zbyt wiele. Ten sam poziom to to nie jest. 

O wiele lepsze tej autorki: 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Jenny Rogneby: Leona. Kości zostały rzucone

Autor: Jenny Rogneby
Tytuł: Leona. Kości zostały rzucone
Seria: Leona, #1
Stron: 400
Wydawca: Marginesy







Już w trakcie lektury, gdzieś tak po jednej trzeciej książki, zdałam sobie sprawę, że napisanie recenzji tej powieści nie będzie łatwe. Dlaczego? 
Ponieważ napisanie choćby o jedno słowo za dużo, grozi zdradzeniem potencjalnemu czytelnikowi zbyt wielu szczegółów. A lektura tej książki ma właśnie polegać na samodzielnym odkrywaniu sekretów głównej bohaterki. Po raz pierwszy cieszę się, że opis wydawcy był tak skąpy.

Powieść Leona. Kości zostały rzucone to literacki debiut Jenny Rogneby, otwierający jednocześnie trylogię o tej bohaterce. Autorka dała swojej bohaterce trochę z siebie samej, ponieważ z wykształcenia jest kryminologiem i przez pewien czas, tak jak Leona, pracowała jako śledcza w Sztokholmie. Mam nadzieję, że tylko to, gdyż pozostałe cechy Leony już tak pozytywne nie są. 

Współczesny Sztokholm. Opinią publiczną i policją wstrząsa brawurowo dokonany napad na bank. Mała, zakrwawiona dziewczynka wchodzi w biały dzień do banku, a następnie puszcza taśmę z instrukcją. Po chwili wychodzi z banku z kilkoma milionami koron i, dosłownie, zapada się pod ziemię. Policja przydzielona do tej sprawy nie ma żadnych poszlak, ani świadków, toteż można by myśleć, że prowadząca śledztwo Leona Lindberg, sprawę położy. Ale nie. Wieloletnie doświadczenie i predyspozycje powinny jej w tym pomóc. 
I to niestety tak naprawdę wszystko co mogę powiedzieć na temat fabuły powieści. 

Za to z taką bohaterką z literaturze jeszcze się nie spotkałam. Jednocześnie będąc po lekturze, zastanawiam się, co ona jeszcze nawyczynia w dwóch kolejnych tomach. 
Leona to specyficzny typ. Prywatnie żona i matka dwójki małych dzieci. Kiedy jednak przyjrzeć się jej rodzinnemu życiu, nietrudno na nim dostrzec pewną rysę, zwłaszcza w kontaktach kobiety z rodzicami i braćmi. Być może skąpo ujawniane szczegóły z jej dzieciństwa choć trochę przyczynią się do wyjaśnienia jej chłodu emocjonalnego i braku zaangażowania. 
Ale nawet to nie jest całą Leoną. Bo Leona ma mnóstwo sekretów i planów, które mogłyby nie tylko narazić na szwank jej reputację czy życie zawodowe oraz rodzinne. Leona po prostu jest inna niż wszystkie bohaterki, jakie do tej pory znałam.

Dzięki takiej konstrukcji bohaterki powieść czyta się po pierwsze z dużym zaskoczeniem, które wcale nie maleje z rozdziału na rozdział a wręcz przeciwnie. Czytając, zastanawiałam się, co też jeszcze Leona wymyśli i w jakie kłopoty wpadnie. Ta historia to istna ruletka. Kiedy już wydaje się, że wiemy wszystko, nagle dochodzi do czegoś takiego, że aż się człowiekowi oczy otwierają ze zdziwienia. 
Zakończenie powieści jest otwarte, w końcu przed nami jeszcze dwa tomy i muszę przyznać, że czekam na nie bardzo niecierpliwie. Nie to, żebym kibicowała Leonie, w końcu to bohaterka negatywna, jednak bardzo chcę się dowiedzieć, jakie będą jej dalsze losy i finał tej powieści. Mam jednocześnie nadzieję, że autorka nie spuści z tonu i zachowa klimat oraz tempo akcji obfitujące w liczne zaskoczenia i zwroty. 

Polecam pierwszą część trylogii o Leonie Lindberg miłośnikom misternie zbudowanych historii kryminalnych, w których moralność bohaterów stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Dziękuję!

niedziela, 14 sierpnia 2016

Zielony, opryskliwy i ... jak cebula czyli Shrek

Tytuł: Shrek
Reżyseria: Andrew Adamson, Vixky Jenson
Scenariusz: Joe Stillman, Roger S.H. Schulman, Ted Elliott, Terry Rossio
Czas trwania: 90 min.
Wytwórnia: Dream Works





Kiedy wiosną 2001 roku na ekranach kin pojawił się Shrek, był to początek końca tradycyjnego postrzegania bajek.  Od tej pory każda historia mogła się co prawda zakończyć happy endem, ale przewrotnym, kpiarskim i puszczającym oczko do widza. 
Tego roku filmowy Shrek obchodzi swoje 15 urodziny. Kto by pomyślał, że historia zielonego ogra i jego przyjaciół nie tylko doczeka się czterech części, ale też stanie się filmem kultowym, kochanym przez widzów na całym świecie. 

Akcja filmu dzieje się w baśniowym świecie. To tyle, jeśli idzie o tradycję. Cała reszta to już novum. Główny bohater jest ogrem; jest zielony, gburowaty i lubi mieszkać na swoim bagnie. Sam. Wszystko jednak się zmienia, gdy lord Farquaad zaczyna ścigać przeróżne baśniowe stworzenia, a ze zdobytego mówiącego zwierciadła dowiaduje się, że gdyby się ożenił z królewną, zostałby królem. Wybór pada na zamkniętą w wieży, strzeżonej przez smoka, królewnę Fionę.  
Kiedy na bagnie Shreka zaczyna się robić tłoczno, poirytowany ogr idzie z lordem na układ. Dostarczy mu uratowaną z wieży królewnę, a w zamian chce bagno tylko dla siebie. W drogę wyrusza z poznanym wcześniej gadatliwym i irytującym Osłem, który nie chce się odczepić. 
Tak zaczyna się podróż, podczas której mamy okazję obserwować, jak twórcy filmu zagrali na nosie tradycyjnym bajkom. I co tu dużo mówić udało im się to koncertowo! 

Po raz pierwszy obejrzałam Shreka na studiach, na komputerze u koleżanki i do dziś część pierwsza z tamtym seansem mi się kojarzy. Tak sobie myślę, że dziś widzów Shreka można z grubsza podzielić na dwie grupy. 
Pierwsza, wiekowo bliższa mnie, traktuje film nie tylko jak świetną komedię pełną dowcipów, aluzji i nawiązań, ale też coś co na stałe wrosło do kultury popularnej. Pamiętam dobrze, jak zachwyciła nas Fiona walcząca z Robin Hoodem i ta sekwencja, gdy bohaterka przez ułamek sekundy wisi w powietrzu, zanim odda kluczowy cios; fani Matrixa i Neo dobrze wiedzą, o czym mówię. Oczarował nas gadatliwy Osioł, który flirtował ze Smoczycą, rozczulił torturowany Ciastek, śmieszył lord Farquaad, niewątpliwie mający jakiś kompleks. Oglądanie Shreka i wyłapywanie wszystkich aluzji i nawiązań było dla nas jak dobre ćwiczenie, jak swoista gra. 
Druga grupa to pokolenie, które dorastało wraz z pojawianiem się kolejnych części Shreka, ale nie znało tego, co było przed nim. Dla tego pokolenia Shrek jest po prostu bajką, obfitującą w ciekawe stworzenia, ociekającą dowcipami fizjologicznymi i ... to chyba wszystko. 

Kiedy ostatnio powiedziałam moim uczniom, że Shrek jest ich rówieśnikiem prawie nie chcieli wierzyć. Zresztą, czy w epoce, gdy tego typu animacji mamy istny zalew, Shrek może być konkurencyjny? Myślę, że tak, bo po pierwsze przetarł szlaki, po drugie naprawdę moim zdaniem jest już klasyką, a klasykę warto znać. I nie mam tu na myśli samej tylko fabuły. Kultowe stały się kwestie z filmu.  Skopać schodom poręcz, teoria o tym, że ogry są jak cebula, czy też informacja, że Żwirek kręci z Muchomorkiem. To było takie odkrywcze, zabawne, świeże.

Nie można nie wspomnieć o genialnym polskim dubbingu. Osioł już zawsze będzie dla mnie mówił głosem Jerzego Stuhra, a Shrek kpiącym tonem Zbigniewa Zamachowskiego.

Oprócz tego, pomijając niekiedy głupawy klimat, film jest naprawdę mądry. Przyjaciele wspierają i wybaczają, mówi wkurzony Osioł do Shreka i ma rację. Przyjaciele, jakby pozornie wydawali się niedobrani, pójdą za nami wszędzie, nie opuszczą w potrzebie, gdy trzeba powiedzą przykrą prawdę, a potem pomogą ocalić księżniczkę i zawalczyć o szczęśliwe zakończenie. Najwspanialsze jednak jest to, że piękno nie musi być takie wyraziście piękne i na wierzchu. Bardzo często, to co piękne jest ukryte i niedostrzegalne na pierwszy rzut oka. Piękno nie musi być klasyczne i mieć idealnych wymiarów Kopciuszka czy Śnieżki. Może mieć okrągłą, zieloną buzię, miły uśmiech i głos oraz dobre, uczciwe spojrzenie Fiony. Bo to co obdarzamy uczuciem, staje się piękne. I to jest właśnie główne przesłanie tego filmu.