niedziela, 14 stycznia 2018

Pamiętajmy o bliskich czyli Coco

Reżyseria: Lee Unkrich,  Adrian Molina
Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich
Czas trwania: 128 min.
Wytwórnia: Disney - PIXAR








12-letni Miguel ma miłość do muzyki we krwi. chciałby śpiewać i swoim śpiewem radować serca innych. Wygląda jednak na to, że nic z tego nie będzie. Od kilku pokoleń rodzina Riviera to szewcy. Całe swoje życie robią buty, a w ich domu, nigdy się ani nie śpiewa ani nie gra. 
Jednak Miguel bardzo, bardzo pragnie śpiewać i grać. Zbliża się Święto Zmarłych, a z nim konkurs wokalny na rynku miasteczka. Babcia Elena kategorycznie zabrania chłopcu udziału, twierdząc, że ten wieczór spędza się w domu z rodziną, a gra i występy estradowe to zajęcie dla próżniaków. Rozgoryczony Miguel ucieka z domu i wykrada gitarę z grobowca znanego w miasteczku śpiewaka Ernesta de la Cruz. Tym samym trafia do Krainy Zmarłych, gdzie pozna resztę swojej rodziny oraz zgłębi rodzinny sekret. Czy niepoznany nigdy pradziadek, czarna owca rodziny, naprawdę wyrzekł się żony i córeczki w zamian za sławę i uwielbienie tłumów?

Tym, co bardzo zaskakuje widza i pozostaje w pamięci na długo, jest obraz meksykańskiego święta zmarłych, tak inaczej obchodzonego niż to nasze rodzime. 
W Meksyku to czas nie tylko spędzany z rodziną i dla rodziny i nie tylko czas wspominania bliskich, którzy już odeszli. To także bardzo radosne święto w odróżnieniu od naszego. Jest zaprawione goryczą i łza się kręci w oku, gdy bohaterowie patrzą na zdjęcia zmarłych bliskich, ale to nie wszystko. Cmentarze toną w kwiatach, światełkach i stołach uginających się od jedzenia. Świat żywych w niesamowity sposób łączy się ze światem spoza zasłony. Jest to cudowne. Bohaterowie z czułością wspominają nieżyjących krewnych, pieczołowicie przechowują ich zdjęcia i pamiętają. Pamięć jest tutaj kluczowa, bo dopóki się o zmarłych pamięta, dopóki oni żyją tam w zaświatach. I z tym należy się zgodzić. Że zapomnienie to najgorsze, co może spotkać ludzi. Chodzi przecież o nasze korzenie, tradycję i kulturę. Bez tego nie mielibyśmy pojęcia kim jesteśmy, ani dlaczego akurat tacy jesteśmy. Kto wie? Być może nasze upodobania i zdolności to spuścizna po mniej znanych krewnych? 

Film jest barwny, rozśpiewany i magiczny. Z tego względu na pewno spodoba się młodemu widzowi. Przezabawni są także nieżyjący krewni, którym temperament co prawda pozostał ten sam, ale sztywny, szkieletowy chód jest nie do podrobienia przez żywych. Przepiękne i barwne są zwierzęta, jakby malowane henną, będące strażnikami i przewodnikami dusz. 
Klimat całej historii w polskim dubbingu nadają także hiszpańskie wtrącenia, takie jak dziękuję, rodzina, serce i innych kilka łatwych nie wymagających tłumaczenia słów. 
Urzekł mnie także odtwórca polskiej roli Miguela Michał Rosiński. Ten młody wokalista ma naprawdę piękny głos i z dużą zwadą nadał postaci Miguela swój wokalny rys. 

Starsi widzowie docenią z pewnością bardzo czytelny przekaz, że najważniejsza jest rodzina i że starszych trzeba szanować. Relacja dorastającego Miguela z nestorką rodu prababcią Coco, wyciska łzy z oczu. Kto z nas dziś miał szansę poznać własnych pradziadków? Z pewnością nieliczni. 

Film Coco zawojował moje serce i jestem pod wielkim wrażeniem. To bardzo wzruszająca i ciepła opowieść o tym, co naprawdę ważne w życiu. 
Polecam i dużym i małym.

czwartek, 11 stycznia 2018

Brandon Mull: Smocza straż

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Smocza straż t.1
Stron: 385
Wydawca: WAB







Brandon Mull jest jednym z najbardziej pracowitych pisarzy, jakich znam.  Autor zasłynął bestsellerowym cyklem dla młodzieży pt. Baśniobór o magicznym rezerwacie, w którym żyją niezwykłe, baśniowe stworzenia. 
Niedługo potem wydał udaną trylogię Pozaświatowcy, potem zabrał się za pisanie kolejnego cyklu pt. Pięć Królestw, jednocześnie cały czas zapowiadając, że wróci do Baśnioboru i opowie nowe przygody bohaterów. Jak widać słowa dotrzymał i tej jesieni na półkach księgarń zagościł pierwszy tom Smoczej straży, nowej serii o przygodach Kendry i Setha. 

Po wojnie z demonami nastał kruchy spokój. Kruchy, bo poznane w poprzedniej serii smoki, chcą się wydostać z magicznych rezerwatów. Tajemniczy władca smoków Celebrant dąży do otwartej wojny i bezczelnie kwestionuje ustalone zasady.
Niespodziewanie Kendra i Seth otrzymują propozycję posady w Smoczym Azylu. Czy dwoje tak młodych ludzi nadaje się na tak odpowiedzialne stanowisko? 

Miło było ponownie odwiedzić Baśniobór i spotkać się z bohaterami. Kendra nadal jest tą rozważną, Seth ryzykuje, a dwaj zwariowani satyrowie nad życie kochają swój telewizor. 

Generalnie dałoby się czytać książkę bez znajomości serii Baśniobór, ale myślę, że odbiór tej historii byłby wtedy o wiele uboższy. Kendra i Seth tyle już przeszli, że choć wydają się w pełni ukształtowanymi przez doświadczenia młodymi ludźmi, to widać, że wiele jeszcze przed nimi. Zwyczajną czytelniczą ignorancją byłoby nie wiedzieć, jakie przygody spotkały młodych Sorensonów w przeszłości. 
Pierwsza część nowego cyklu zapowiada się obiecująco. Spotykamy starych, dobrze już znanych bohaterów, a żeby nie było zbyt nudno, pojawiają się nowe postacie, zarówno typowo ludzkie, jak i takie stricte magiczne. 
W warstwie wizualnej (tu obudziły się we mnie stare sentymenty) pod względem czcionki i małych ilustracji pod tytułami rozdziałów, książka bardzo przypominała mi pierwsze polskie wydanie serii o Harrym Potterze. W sumie niby to drobiazg, ale ten drobiazg sprawiał, że bardzo dobrze mi się czytało. Szybko i sprawnie. 
Powieść nie jest duża objętościowo, jednak dzięki temu akcja jest skondensowana i nie ma niepotrzebnych dłużyzn. Kendra i Seth podejmują szybkie, często  kontrowersyjne dla innych bohaterów decyzje, ale o dziwo, wszystko to wychodzi sprawie na dobre. Lektura jest przyjemnością i myślę, że każdy młody miłośnik fantastyki i serii Baśniobór powinien po Smoczą straż sięgnąć.

Papierowe Motyle. 
Dziękuję!

niedziela, 7 stycznia 2018

Jeszcze dźwięczniej czyli Pitch perfect 2

Reżyseria: Jason Moore
Scenariusz: Kay Cannon
Obsada:  Anna Kendrick, Rebel Wilson, Britanny Snow, Alexis Knapp i in. 
Czas trwania: 112 min.






Od wydarzeń z części pierwszej minęły 3 lata. 
Bellas z Barden osiągnęły szczyt mistrzostwa. Są najlepsze, rozchwytywane i kochane.  
Wszystko jednak się kończy. Jeśli wydawało się, że nic nie pobije wpadki Aubery z części pierwszej...
No cóż... brak bielizny Grubej Amy w Centrum Kennedy'ego zdziała cuda.
Z dnia na dzień dziewczyny z samego szczytu spadają na błotniste dno. Zespół zostaje zawieszony w prawach do występów i traci możliwość udziału w kolejnych konkursach wokalnych. 
Haczyk w treści zawieszenia pozwala jednak na udział w mistrzostwach świata. Wygrana pozwoliłaby reaktywować zespół, jednak zdecydowanym faworytem konkursu jest niemiecki zespół Das sound machine, grupa cyborgów, właściwie nie do pokonania. Generalnie są świetni, ale tak perfekcyjni, że aż bezuczuciowi. 
Przed Bellas trudne zadanie. Muszą stworzyć numer, który nie tylko przebije Niemców, ale przede wszystkim pogodzić się same ze sobą, bo trochę już zapomniały jak się pracuje zespołowo. Być może powrót do korzeni i tradycji Bellas byłby dobrym pomysłem? 

Trochę się obawiałam. Z sequelami różnie bywa. Niepotrzebnie jednak. Druga część perypetii Bellas jest świetna i chyba nawet lepsza niż pierwsza. Zabawna, żywiołowa i taka jak powinien być film muzyczny.

Muzyka jest genialna, skoczna, energetyczna, wspaniałe mash-up'y podrywają do tańca i podrygiwania. 
Dziewczyny nadal są freakami i sypią gagami jak z rękawa. Niektóre z nich mogą się wydawać niesmaczne lub nietaktowne, widocznie dla kogoś takiego ten film nie jest odpowiedni. 
Mnie się podobało baaardzo. Uwielbiam dowcip Grubej Amy, odchyły Lily czy imigranckie aluzje Loli. Numer z prezydentem Obamą i Grubą Amy - bezbłędny.
Dodatkowym smaczkiem jest mały epizod z nagrywającym świąteczny album Snoop Dogiem, który, nie da się nie zauważyć, ma w sobie talent komediowy. 

Chyba jestem bezkrytyczna, ale jak ja kocham takie filmy. 
Pitch perfect to idealna pozycja na wieczór dla wielbicieli Glee. Covery są świetne, akcja nie nudzi i szczerze bawi, a dziewczyny są megawybuchowe. 
Polecam.

wtorek, 2 stycznia 2018

Jessica Sorensen: Przyszłość Violet i Luke'a

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Przyszłość Violet i Luke'a
Seria: Coincidence, t. 4
Stron:
Wydawca: Zysk i S-ka








Od wydarzeń z części pierwszej minęło kilka miesięcy. Przez ten czas Luke i Violet nie spotkali się ani razu. Odkąd wyszło na jaw, że matka Luke'a była zamieszana w morderstwo rodziców Violet,  drogi bohaterów rozeszły się. Violet zamieszkała znowu u Prestona, który bez skrupułów wykorzystuje ją fizycznie i psychicznie. Przygnieciona ogromem i okrucieństwem faktów, Violet nie umie się wydostać z zamkniętego kręgu. Sądzi, że jest sama i nie ma dokąd pójść. Może też po części karze się za to, co się stało i za własne uczucia? Luke natomiast coraz więcej pije, nie zważając na swoją cukrzycę, a także wikła się w hazardowe długi. Gdy zostaje przyłapany na oszustwie karcianym, dostaje ultimatum. Musi w szybkim czasie oddać pieniądze, bo inaczej źle się to dla niego skończy. 
Jedynym wyjściem wydaje się wyjazd do jaskini hazardu Las Vegas, gdzie chłopak ma  szansę się odegrać. Zdesperowana Violet postanawia jechać z nim. Czy podróż ta pomoże im osiągnąć porozumienie?

W sumie w drugiej części nie dzieje się zbyt wiele. Raz, że książka nie jest zbyt obszerna, dwa fabuła toczy się dość spokojnie. Luke i Violet próbują się odnaleźć na nowo, bo, pomimo tego, co ich dzieli, łączy ich jeszcze więcej, a poza tym mają tylko siebie.  
Dopiero końcowe rewelacje policjanta prowadzącego sprawę zabójstwa rodziców Violet ożywiają trochę fabułę, sugerując, że sprawa zabójstwa jest bardziej skomplikowana niż się początkowo mogło wydawać. Do tej pory myślałam, że był to przypadkowy mord pod wpływem narkotyków, teraz wygląda na to, że raczej były to porachunki, a może i coś więcej. 

Polubiłam bohaterów na tyle, by kontynuować czytanie ich historii, jednak muszę przyznać, że część pierwsza dotycząca Luke'a i Violet podobała mi się bardziej. Ta druga to trochę takie odwlekanie ostatecznego rozwiązania, tego co i tak musi nadejść. Mam nadzieję, że trzecia część spełni moje romansowe i sensacyjne oczekiwania. 
Książkę polecam tylko miłośnikom serii, znającym poprzednie części. Przypadkowy czytelnik niech nie zaczyna od  środka, bo historia będzie dla niego niejasna i niezrozumiała.

niedziela, 31 grudnia 2017

Czysto a capella czyli Pitch Perfect

Reżyseria: Jason Moore
Scenariusz: Kay Cannon
Obsada: Anna Kendrick, Skylar Astin, Rebel Wilson, Alexis Knapp, Anna Camp, Brittany Snow
Czas trwania: 112 min.





Uwielbiam chóry. Serio. Uważam, że w tak wykonywanej zespołowo pracy tkwi ogromna siła. 
Jeszcze bardziej kocham covery, które, wykonane w nowoczesny sposób, często okazują się lepsze od oryginału. Dlatego, gdy zobaczyłam kinowy trailer do trzeciej części filmu Pitch perfect oraz przeczytałam, że nie dość, że tam śpiewają, to jeszcze jest to historia utrzymana w klimatach uwielbianego przeze mnie Glee, nie wahałam się długo i obejrzałam. 
I się zakochałam. 
Film jest świetny. Oczywiście pod warunkiem, że się takie filmy lubi. 

Becca (w tej roli nieco jak dla mnie neurotyczna Anna Kendrick) rozpoczyna studia. Szukając przynależności, zapisuje się do żeńskiego zespołu Słowiki, śpiewającego a capella. W poprzednim sezonie śpiewaczym Słowiki zaliczyły mega wpadkę, oprócz tego potrzebują świeżej krwi, bo byłe członkinie pokończyły już studia. Dlatego do nowego składu trafiają totalne indywidua: wyszczekana Gruba Amy (rewelacyjna Rebel Wilson), nimfomanka Stacie, hazardzistka Cynthia, milcząca Azjatka Lilly i kilka innych równie zakręconych dziewczyn. 

Tak dobrane bohaterki staną przed typowymi dla takich historii problemami. Każda jest inna, więc muszą się dotrzeć. Przewodząca zespołowi Aubrey ma parcie na sukces i jest despotką, co źle wróży przestarzałemu repertuarowi grupy, a co za tym idzie szanse na udział w regionalnych i konkurowanie z dotychczasowymi zwycięzcami - w oryginale Troublemakers, przetłumaczeni jako Dyszkanciarze - drastycznie maleją. 

Film jest przede wszystkim zabawny. Gruba Amy jest po prostu obłędna, a jej teksty i nieco obleśne ruchy (chyba w zamyśle miały być kocie) wymiatają. Sztywniacka Aubrey i jej przeciwwaga spokojna i ciepła Chloe to takie typowe chude wydry, choć jak stwierdza Amy, mają grube serca. Do tego odjechana Stacie, cicho mówiąca Lilly czy hałaśliwa Cynthia. 
Anna Kendrick świetna w roli samozwańczej didżejki. 
Nie można nie wspomnieć o grupie Dyszkanciarzy, którzy świetnie śpiewają, świetnie się ruszają i ogólnie są przezabawni. 
Całość jest okraszona coverami znanych przebojów zremiksowanymi na współczesną, ale przystępną modłę. 

Przyjemnie się ogląda, jeszcze przyjemniej słucha, a nóżka sama wybija takt. 
Mega komedia. Polecam.

czwartek, 28 grudnia 2017

Świetlisty (Bright)

Reżyseria: David Ayer
Scenariusz: Max Landis
Obsada: Will Smith, Joel Edgerton
Produkcja: Netflix
Czas trwania: 117 min.




Wszechobecne i natrętne zwiastuny filmu na Fb skłoniły mnie do świątecznego seansu, do którego namówiłam też nie przepadającego za fantasy męża. 
Efekt?  No zaskakująco miły i przyjemny w odbiorze, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że to dopiero preludium do historii Warda, Jakoby'ego i społeczności żyjącej w magiczno-technologicznym świecie. 

Czasy współczesne, albo jak kto woli alternatywna rzeczywistość. Ludzie, elfy, orki, skrzaty i inne magiczne stworzenia dzielą ten sam świat. Nierówność społeczna jest ogromna. Nietolerancja i różnoraki rasizm są jeszcze większe. Na szczycie drabiny są Elfy. Są nie tylko piękne, ale też bogate i mają władzę. Orkowie to przeważnie społeczny margines, zaś ludzie są gdzieś pośrodku. 

Prezentowana historia to opowieść policyjna w klimacie urban fantasy. Mamy dwóch policjantów: człowieka i orka, którzy podczas nocnego patrolu miasta wplątują się w poważną kabałę. Przypadkiem wchodzą w posiadanie różdżki, która, w niepowołanych rękach, stanie się bronią masowej zagłady. Policjanci muszą także chronić młodą elfkę, którą znaleźli na miejscu zbrodni. 

Nietrudno się domyślić, że różdżkę chcą wszyscy: ludzie, orkowie, gangi, wydział magiczny, a przede wszystkim elfka Leilah, mająca w planie powołanie do życia Władcy Ciemności. Fabuła będzie zatem obfitować w strzelaniny, bójki, pościgi i rozbłyski magiczne. Zdarzy się nawet kilka zabawnych scen, głównie za sprawą orka Jakoby'ego.

Bright ogląda się dobrze i przyjemnie, naprawdę. I nawet ktoś, kto nie przepada za fantasy, zdoła przełknąć trochę magicznych stworzeń o egzotycznym, niecodziennym wyglądzie. Ten film to takie skrzyżowanie Bad boys (Will Smith nieustannie kojarzył mi się z tą rolą, nawet mówił podobnie) z Dniem próby i ciągłym nawiązywaniem do Władcy Pierścieni. 
Tego wow jednak nie ma i chyba nawet wiem dlaczego. 

Prezentowane w filmie wydarzenia to ledwie epizod z tego bardzo bogatego przecież świata. Nic tu się w sumie nie kończy. Współpraca Warda i Jakoby'ego wreszcie wchodzi na drogę światła, co może tylko pomóc obu rasom. 
Wątek Świetlistego to sugerowany potencjał, który można by nieźle wykorzystać w kolejnej części filmu, albo odcinkach serialu. I taką właśnie mam tezę. Być może Netflix sugerując się tym, jak przyjmie się film, zrobi z tym coś więcej? Może to wstęp, taki dłuższy pilot? Jak już powiedziałam, potencjał jest i przyjemnie byłoby zobaczyć, nieco fajtłapowatych, człowieka i orka, w nowych wyzwaniach. 

Obraz można by krytykować, ale chyba nie po to się ogląda takie historie. 
Oglądając Bright nie nudziłam się ani przez chwilę. Miło poznać urban fantasy w wersji filmowej, a nie tylko czytać o niej w książkach. I takim czytelnikom-widzom polecam ten film.

piątek, 22 grudnia 2017

Wesele w obliczu końca świata czyli Epoka lodowcowa 5: Mocne uderzenie

Reżyseria: Mike Thurmeier
Scenariusz: Michael J. Wilson, Michael Berg, Yoni Brenner
Czas trwania: 88 min.
Wytwórnia: 20th Century Fox






Twórcy Epoki lodowcowej nie pozwalają swoim bohaterom przejść na emeryturę. O sielskim odpoczynku wśród lodowców nie ma mowy. Chociaż gdyby wysłać Scratta na terapię, może o całym zamieszaniu nie byłoby mowy. 

Od poprzedniego spotkania widza z nietypowym stadem minął jakiś czas. Brzoskwinka, córka Mańka i Eli, nie jest już kochliwą nastolatką. Młoda mamutka wydoroślała i szykuje się do zamążpójścia za fajtłapowatego, choć sympatycznego Juliana. O ile Ela jeszcze jakoś daje sobie w tym radę, o tyle Maniek już nie za bardzo. Opiekuńczemu ojcu trudno wypuścić spod swoich skrzydeł ukochaną jedynaczkę. 
Generalnie jednak życie mieszkańców doliny układa się dobrze. Ela i Maniek mają świętować rocznicę ślubu, Diego i Shira też dobrze się dogadują i nawet rozmawiają o potomstwie. Sid natomiast jak zwykle buja w obłokach, choć nie ukrywa, że i on chciałby się zakochać. 
Świętowanie rocznicy Eli i Mańka przerywają spadające z nieba kawałki meteorytów. Czyżby nadszedł koniec i nasi bohaterowie mieli wymrzeć w kwiecie wieku? 

No cóż, jak do tego doszło zdradzać nie będę, powiem tylko, że swój lwi udział ma w tym Scratt, który goniąc za ukochanym orzechem, niemało namiesza. 
W piątej części ponownie zawitamy do enklawy dinozaurów i spotkamy Bucka, zbzikowaną łasicę, który pomimo oczywistego bzika, wykaże niezłą pomysłowość, jeśli idzie o ratowanie świata. 
Pojawią się też niezbyt inteligentne i krwiożercze dinoptaki, będące doskonałym przykładem rodziny dysfunkcyjnej oraz groteskowe stadko zwierząt, którym udało się zachować wieczną młodość.
Nie zabraknie oczywiście babci Sida, na horyzoncie pojawi się też urocza i mądra (!!!) Lenia. J
Będzie uroczo, kolorowo i swojsko. 

Myślę, że dzieciom animacja przypadnie do gustu. Miło jest spotkać swoich ulubionych bohaterów w nowych odsłonach. 
Jednak dorosłych, przyzwyczajonych do aluzji i dowcipu językowego, piąta część trochę zawiedzie, bo zwyczajnie tutaj tego nie mamy, a jeśli, to tak mało, że musiałam tego nie wyłapać. Ogląda się fajnie, ale tego wow, do którego nas przyzwyczaiły poprzednie części już nie ma. Pazur gdzieś znikł. 
Gdyby jakość kolejnych części cyklu mierzyć częstotliwością ich ponownego oglądania, to część piąta uplasowałaby się na szarym końcu, bo mimo iż było całkiem miło, to na replay nie mam chęci.