poniedziałek, 26 listopada 2018

Luca D'Andrea: Lissy

Autor: Luca D'Andrea
Tytuł: Lissy
Stron: 430
Wydawca: WAB








Piękna i młoda Marlene, pozornie spełniona żona i bizneswoman, decyduje się na radykalny krok. Postanawia uciec od męża gangstera, kradnąc mu przy okazji z sejfu cenne kamienie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku w zimowej aurze, kobieta traci panowanie nad pojazdem i zjeżdża z drogi. Życie ratuje jej samotnik Simon Keller. Ten, na oko, prosty i zwyczajny człowiek może się okazać dla Marlene cennym sojusznikiem lub największym zagrożeniem, gorszym nawet od mściwego męża lub nasłanego przez niego zabójcy.

 Historia zaczyna się niepozornie.  Oto młoda żona miała dość życia u boku zaborczego męża gangstera i zdecydowała się z tym skończyć. Miała misternie ułożony plan, który jednak nie udał się w pełni z powodu wypadku kobiety. Równolegle poznajemy przeszłość i życiowe drogi męża Marlene, Herr Wegenera oraz Zaufanego Człowieka, zabójcę wysłanego przez Konsorcjum w ślad za uciekinierką. To jednak nie jest cała historia. Można powiedzieć, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. 

Sporym zaskoczeniem była dla mnie tożsamość tytułowej Lissy. Świnie nie są zbyt częstym motywem w literaturze, a jeśli już, tak jak to było w jednej z powieści autora Milczenia owiec, są one przedstawiane jako krzykliwe, brutalne, groźne dla człowieka, jako marionetka w rękach innego człowieka. 
Wniosek jest jeden. Każda istota żywa, nie będąca człowiekiem, staje się taka, jak ją człowiek uwarunkuje. Traktowana okrutnie, będzie okrutna i złośliwa. Jednak świnie starego Simona mają w sobie coś bardzo niepokojącego. Wyglądają jak świnie, jednak zachowują się jakby napędzała je prastara, pierwotna moc, która jedyne, czego łaknie, to krew. 

Lissy L. D'Andrei to niepokojąca historia o ludzkim szaleństwie, rodzącym się w wypaczonym umyśle, który to szaleństwo pielęgnuje, a po wielu latach już nie jest w stanie wyjść z jego labiryntu. Opowiadana przez autora historia jest niepokojąca, tak bym to nazwała jednym słowem. Wszechogarniająca zima w odciętych od świata górach, osamotnione gospodarstwo i ogarnięty religijnym szałem główny bohater, popychany do działania, zewnętrznym głosem.  Czyim? Tego nie wiemy. Czy to Bóg, zmarła siostra, sumienie, czy jeszcze coś innego? 

Zakończenie to starcie dwóch sił, żywiołów równie niszczących co negatywnych. Żadnemu się nie kibicuje, bo nie o to w tym chodzi. Można się jedynie zastanawiać, jak się to dla bohaterów skończy. I z jakim bilansem wyjdzie z tego Marlene?

Przyznam, że po lekturze mam mieszane uczucia.  Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Ma w sobie coś, co przykuwa uwagę czytelnika, jednocześnie sam aspekt psychologiczny jest tak mocno zaakcentowany, że trudno oczekiwać tutaj jakichś sensacyjnych rozwiązań. Prawda jest taka, że jeśli bohater wygra ze swoim szaleństwem to takie też będzie zakończenie. Jeśli mu ulegnie, to również wpłynie to na finał historii.

Mimo to Lissy to dobra opowieść na zimne, jesienne popołudnie. Jej pierwotna siła i mroczna, niepokojąca atmosfera na długo zapadną w pamięć. 


Dziękuję!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Erin Hunter: Sfora. Opuszczone miasto

Autor: Erin Hunter
Tytuł: Sfora. Opuszczone miasto, t.1
Wydawca: Nowa Baśń
Stron: 309









Świat ludzi ogarnęła katastrofa. Nastąpiło Wielkie Warczenie. Długonodzy w pośpiechu opuścili swoje siedziby, ale, z niewiadomych przyczyn, swoich zwierząt nie zabrali ze sobą. Dlatego dla czworonogów nadszedł czas wielkiej, życiowej próby. Oto psy do tej chwili uważające się za domowe, teraz muszą przetrwać bez pomocy i opieki ludzi. Czy nawykłe do wygód, regularnego karmienia i czułej opieki, dadzą sobie radę na wolności? Oddzielnie może nie. Ale gdyby utworzyły stado...
Fuks, złotowłosy mieszaniec goldena i oczawarka szetlandzkiego woli być sam. Nie czuje się dobrze w sforze i nie ma ambicji, aby być jej członkiem. Kiedy jednak spotyka na swojej drodze siostrę z miotu Bellę oraz jej przyjaciół, postanawia choć na jakiś czas przewodzić sforze, aby nauczyć ją podstawowych umiejętności przetrwania. 
Sfora początkowo nie budzi nadziei na to, by przetrwać. Psy są skrajnie różne od siebie, okazuje się jednak, że każdy z nich posiada umiejętności niedostępne dla pozostałych. Marta nowofunlandka świetnie pływa, mieszaniec owczarka niemieckiego i chow chowa, Bruno jest duży i chętnie uczy się polować. Border Collie Miki jest pomysłowy i przejmuje inicjatywę. Maltańczyk Promyk, choć malutka, ma sobie bojowego ducha, podobnie jak równie mała Stokrotka, będąca Jack Russel Terrierem. Buldog Alfik jest wesoły i pełen życia, a siostra Fuksa, Bella ma zadatki na dobrego przywódcę.

Pierwsza część cyklu o psich przygodach trafiła w moje czułe punkty zadeklarowanego psiarza. Czytając, nie mogłam się pozbawić przyjemności, aby wracać do niektórych fragmentów, a co ważne koniecznie pogłaskać mojego pupila. Podoba mi się pomysł, według którego jest skonstruowana fabuła powieści. Wszystko odbywa się na psim poziomie mentalnym i psich możliwości. Co za tym idzie nie ma tu cudownych zwrotów akcji i niewytłumaczalnych rozwiązań. Psy radzą sobie tak, jakby to zrobiły w rzeczywistości, czytelnik zaś otrzymuje cenny wgląd w ich uczucia, starania, psie lęki i emocje. To naprawdę niesamowite popatrzeć na świat oczyma psa. Ludzie są tu nazywani Długonogimi, a samochody Warczącymi Pudłami. Psy mają nawet coś w rodzaju swojej mitologii; wszelkie zjawiska przyrody, takie jak burza, czy błyskawice, deszcz, wschód słońca są dla psów bóstwami i należy je darzyć szacunkiem, a wtedy ześlą pomyślność. 

Opuszczone miasto to historia o tym, jak formuje się stado. Psy do tej pory należące do ludzi i mocno z nimi związane, muszą się nauczyć samodzielności i odrzucić zachowania, które mieszkanie z ludźmi w nich wykształciło. Słowem, muszą zdziczeć. Nie jest to łatwe, bo nasza sfora bardzo kocha swoich ludzi i wierzy, że opiekunowie po nich wrócą. Sposób, w jaki zwierzęcy bohaterowie wyrażali się o swoich ludziach, chwytał za serce. Wiodący bohater Fuks, musi natomiast dorosnąć do roli alfy sfory. Podświadomie cały czas boi się zobowiązań, wciąż powtarza, że to tymczasowe i w końcu odejdzie. Wiemy jednak, że to nie nastąpi i tym przyjemniej obserwuje się jego dojrzewanie i kiełkujące w nim zarzewie odpowiedzialności za stado, które bez niego nie da sobie rady. Z nim jednak, mogą zajść bardzo daleko. 

Jednym słowem, jestem książką zachwycona i chętnie sięgnęłabym po kolejny tom, gdyby był. Myślę, że Sfora spodoba się młodym czytelnikom; historia uczy empatii i budzi poczucie odpowiedzialności za naszych podopiecznych. Czytelnicy nieco starsi także mogą spokojnie po książkę sięgnąć. Fabuła jest tak zbudowana, że i dorosły znajdzie tu wiele dla siebie, zwłaszcza główkując, co mogło się stać ze światem ludzi i co sprawiło, że tak nagle i masowo odeszli. 

Sfora. Opuszczone miasto to bardzo dobra powieść z elementami przygody i podróży, w trakcie której bohaterowie dojrzewają i zmieniają się w prawdziwe stado. Już czekam niecierpliwie na drugą część. Polecam!


Dziękuję!

piątek, 2 listopada 2018

Joseph Delaney: Aberracje. Bestia się budzi

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Aberracje. Bestia się budzi, t.1
Stron: 343
Wydawca: Jaguar








Ciemność jest nieprzewidywalna. W Ciemności czają się potwory...
Nastoletni Colin, zwany Sprytkiem, od roku tkwi ukryty w piwnicy rodzinnego domu. Jego matka i dwaj bracia nie żyją. Ci ostatni są jedynie szeptami w głębi ziemi. Ojciec pracuje jako królewski kurier i na długo znika bez wieści. Na zewnątrz nie jest bezpiecznie. Świat pogrąża się w mroku, plamie czerni zwanej Szolem (skojarzenie z biblijnym Szeolem, jak najbardziej prawidłowe), która w niekontrolowany sposób przesuwa się w ludzkim świecie. Szol zmienia krajobraz i geografię kraju, ale przede wszystkim istoty żywe. Wszystko, co pochłonie, zmienia się w żądne krwi stworzenia. 

Któregoś dnia Sprytek zostaje przyjęty do zamku. Od tej pory będzie Czerwiem, czyli pomocnikiem baromanty, maga, który za pomocą specjalnego portalu, może zajrzeć do Szolu i badać go. Życie czerwia nie jest proste, bo, mimo że jest ich mało, nikt w zamku nie szanuje nastolatków pełniących tę funkcję. Jeśli w trakcie badań Szolu czerw zostanie ranny lub zginie, nikt po nim nie płacze. Sprytek przekonuje się o tym szybko i boleśnie. 

Okazuje się, że w Szolu żyje wiele przerażających stworów, a w samym zamku są tacy, którzy zafascynowani mrokiem Szolu i możliwością przemiany, tworzą nowy rodzaj kultu. Życie Sprytka i jego nowych przyjaciół jest zatem w niebezpieczeństwie. A w dodatku ojciec chłopca, świetny kurier, zaginął gdzieś w mroku.

Bestia się budzi to moje pierwsze spotkanie z twórczością Josepha Delaneya. O Kronikach Wardstone oczywiście słyszałam, ale jakoś nie było okazji ich przeczytać. Początek powieści jest trochę mylący i skojarzył mi się, nie wiedzieć czemu, ze Zwiadowcami. Oto chłopiec sierota, trafia do zamku, gdzie, być może, jego los się odmieni. Na tym jednak podobieństwa się kończą. To, co uznałam, za powieść dla młodszego czytelnika, szybko zmienia się w ciekawą, ale i krwawą historię o walce z Szolem, tworzącym przeróżne monstra. Plama czerni wciąż się przesuwa, chłonąc świat ludzi. Dlaczego tak się dzieje, nikt nie wie. 
Bardzo prawdopodobne, że te monstra nie są jednak najgorszym, co można spotkać w Szolu. Tam, głęboko, kryje się coś jeszcze. To coś znacznie gorszego, dysponującego ogromną siłą mentalną, zdolną czynić z ludzi bezwładne marionetki.

Sprytek będzie się musiał zmierzyć nie tylko z mniejszymi stworami. Gdy jego ojciec zaginie, zechce ruszyć mu na ratunek, ale gdzie szukać? 

Muszę przyznać, że powieść czytało się dobrze, choć nie wiem, czy poleciłabym ją młodszym czytelnikom. I nie chodzi tu o same opisy potworów, ale o brutalność i prostotę opisu. Bohaterowie niemal na każdym kroku doznają tu uszczerbku na zdrowiu i życiu, dość dokładnie opisuje się egzekucje i zranienia. Na mnie nie robi to już takiego wrażenia, bo jestem dorosła, ale czy na 10 -latku nie zrobi? Historia jest naprawdę ciekawa i barwna. Trudno tu o nudę, bo ciągle się coś dzieje, a intencje bohaterów nie są oczywiste. Autor raczy także czytelnika ciekawymi rozwiązaniami, takimi jak książę przemieniony w drzewo, czy wojownicza Królowa Bagien. Aberracje to dopiero wstęp do cyklu, ale trzeba przyznać, że zapowiada się ciekawie i chętnie sięgnę po kolejny tom, gdy tylko się pojawi.

Dziękuję!

niedziela, 28 października 2018

Jessica Sorensen: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena
Seria: Coincidence, t. 6
Stron: 260
Wydawca: Zysk i S-ka









Gdybym miała wymienić jeden, godny uwagi, cykl young adult, to byłby to bez wątpienia Coincidence. Po lekturze pierwszej części, zakochałam się w nim bez pamięci. Niecierpliwie czekałam na część drugą, a potem równie mocno przeżywałam perypetie Luke'a oraz Violet. Ci bohaterowie po prostu mają w sobie coś, co sprawia, że czytelnik nie jest w stanie przejść obok nich obojętnie. Z fascynacją i bijącym sercem śledzi się ich poczynania i desperacką walkę o normalność i miłość. 

Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena obudziło we mnie całą gamę ciepłych uczuć. Nie wątpiłam, że tej dwójce się powiedzie i jest im pisany happy end, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po tę książkę. 
Od wydarzeń z tomu poprzedniego minął rok. Callie i Kayden są o krok od zamieszkania razem, choć obaw mają mnóstwo. Trzecia część ich życiowych zmagań przynosi jednak kolejny kryzys. Do Kaydena niespodziewanie odzywa się matka z informacją, że jego ojciec znajduje się w stanie ciężkim w szpitalu. Chłopak staje przed wyborem; czy odciąć się od przeszłości, czy po raz ostatni się z nią spotkać, celem zamknięcia pewnych kwestii. Nie jest to dla niego łatwe, dlatego pokusa, by znowu się okaleczać staje się groźnie realna. Na szczęście obok jest Callie, czujni przyjaciele, a nawet rodzina, której oboje, jak dotąd, nie brali pod uwagę. Po raz pierwszy w życiu nie są sami z problemami. To dla nich nowe i bardzo nieoczekiwane.

Finałowa część cyklu nie jest obszerna. Te 260 stron polskiego wydania czyta się lekko i szybko. Nie przewidujemy tu żadnych niebezpieczeństw i strasznych wydarzeń. To po prostu kolejne miesiące z  życia Callie, Kaydena i ich przyjaciół. Weszli w dorosłość i próbują sobie z nią radzić na co dzień. Ogółem nie jest źle, ale, gdy przeszłość puka do ich drzwi, wiedzą, że muszą stawić jej czoło. W przeciwnym bowiem razie, ich przyszłość jest zagrożona. Nie istnieje nic takiego jak szczęśliwe zakończenia od teraz. Sytuację I żyli długo i szczęśliwie bohaterowie muszą sobie sami wypracować. Wymaga to nie tylko podjęcia pewnych decyzji, ale też rozprawienia się z przeszłością, bo inaczej ciągle będzie się odbijać nieprzyjemną czkawką. Callie stanie oko w oko ze swoim gwałcicielem, zaś Kayden stanie przed perspektywą spotkania ze swoimi rodzicami. Jak to wpłynie na naszą dwójkę?

Jessica Sorensen ma talent do opisywania uczuć. Między Callie i Kaydenem wciąż iskrzy i czuje się tę chemię podczas czytania. A jednocześnie z rozrzewnieniem czyta się o miłości, którą darzą się na co dzień, o mnóstwie drobnych gestów, które sprawiają, że wiemy bez żadnych wątpliwości, że to jest właśnie miłość i nie ma innej opcji. 
Kocham tę historię i tych dwoje. Słodką, lecz dojrzałą Callie i pogubionego, a jednocześnie tak opiekuńczego Kaydena. Żal się z bohaterami rozstawać. Jednak zostawiam ich ze spokojem w sercu, wiedząc, że nic złego ich już nie spotka. Przeciwnie. Będzie już tylko lepiej. 

Polecam fanom cyklu Coincidence, dla nich to będzie prawdziwa, słodka perełka. Pozostałym czytelnikom polecam cały cykl, łącznie z historią Luke'a i Violet, to naprawdę jeden z lepszych w tej kategorii. Z głowy nie wychodzą mi Seth i Grayson. Mam cichutką nadzieję, że i ta opowieść pojawi się na naszym rynku. 

Dziękuję!

niedziela, 21 października 2018

Rhys Bowen: Milczysz, moja śliczna...

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Milczysz, moja śliczna...
Seria: Molly Murphy, t.7
Stron: 461
Wydawca: Noir Sur Blanc








Grudzień 1902 roku. Nowy Jork został przysypany śniegiem. Z jednej strony ma to swoje plusy, bo tworzy to klimat do zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Można też wybrać się z ukochanym na ślizgawkę. Jednak z drugiej strony tuszuje to wiele zbrodni i utrudnia poszukiwania, już nie wspominając o tym, że mróz jest srogi. A w pracy detektywa taka pogoda nie jest ułatwieniem. W końcu Molly Murphy nie potrafi siedzieć bezczynnie. Tak oto w skrócie zaczyna się siódma już przygoda z rudowłosą Irlandką, która postanowiła przecierać szlaki w trudnej drodze kobiet do emancypacji i samodecydowania o życiu. 

Tytuł siódmej części zaczerpnęła autorka z broadwayowskiej musicalu Florodora. Milczącą ślicznotką jest tajemnicza dziewczyna, którą Molly i Daniel znajdują na wpół zmarzniętą w śnieżnej zaspie w Central Parku. Kim jest i dlaczego nic nie mówi? Sprawa okaże się dość skomplikowana i zawiedzie wścibską Molly nie tylko do dzielnicy sycylijskich gangów, ale nawet do obrośniętego złą sławą Ward's Island, na której znajduje się szpital dla umysłowo chorych. Ale to nie wszystko. 
Po miesiącach zaciskania pasa w zawodzie detektywa, wreszcie coś rusza i oto zlecenia sypią się jak z rękawa. Molly musi nie tylko sprawdzić reputację pewnego młodego kandydata na męża. W nowojorskim teatrze Casino ponoć zadomowił się duch, który utrudnia aktorom pracę i dybie na osobę gwiazdy wodewili Blanche Lovejoy. Rudowłosa śledcza będzie musiała sprawę zbadać i wcielić się w rolę pilnej uczennicy. Pozna też smak rywalizacji w środowisku tancerek oraz odczuje na własnej skórze działanie tremy. Jakby tego było mało, do Molly odezwie się panna Van Woekem z prośbą o rozwiązanie zagadki posądzonego o rozbój siostrzeńca. Czy Molly nie bierze na siebie zbyt wiele? A może te wszystkie sprawy połączone są niewidzialnymi nićmi i mają jakiś punkt wspólny? 

Jedno jest pewne: z Molly Murphy nie można się nudzić i nudno nie będzie. Mogłoby się wydawać, że to już siódmy tom i autorce wyczerpią się pomysły na kolejne intrygi. Nic z tych rzeczy. Próg XX wieku i tworząca się społeczność Nowego Jorku to kopalnia inspiracji i pomysłów. Rhys Bowen sięga do autentycznych wydarzeń i postaci, dzięki czemu cała historia jest tak wiarygodna, że ciężko się od niej oderwać. Gdy zaczynałam lekturę tomu siódmego wydawało mi się, że autorka tym razem za dużo umieściła w fabule. Tu rosnące w siłę gangi i walka o wpływy, tam środowisko nowojorskiego wodewilu. W tym wszystkim milcząca nieznajoma, badania hipnozą, bo już zaczyna się mówić o wadze podświadomości i leczeniu umysłu, napad rabunkowy i na okrasę duch w teatrze. Okazało się jednak, że każdy wątek miał swoje zaplanowane wcześniej miejsce i każdy szczegół składał się na przemyślaną i wciągającą historię kryminalną. Jednym słowem, po siedmiu częściach cykl o Molly Murphy nadal jest tak samo dobry, a nawet lepszy z tomu na tom. Jak zawsze przy powieściach tej autorki, czyta się szybko, jest zabawnie i barwnie, a jednocześnie ma się świadomość, że to czasy tak odległe, że nie da się uchronić przed sentymentalnym myśleniem. 

Trochę drażnił mnie wątek Daniela Sulivana, który straciwszy stanowisko kapitana policji, obecnie jest bez pracy i stracił pazur. Mężczyzna bez zajęcia bywa uciążliwy, to fakt. Jednak miała wrażenie, że autorce skończyły się pomysły na tę postać. Jednocześnie jego podejście do pracy Molly i traktowanie nie do końca poważnie, sprawiały, że coraz mniej go lubiłam. Zakończenie powieści odsłania nowe widoki na losy tej postaci. Być może na pracy w policji świat się nie kończy, ale to się jeszcze okaże. 

Bardzo podobała mi się kolejna część cyklu. Świat Molly Murphy jest uroczy i fascynujący, a tworząca się na oczach czytelnika XX-wieczna Ameryka ma w sobie coś uwodzicielskiego. Z pewnością życie nie było wtedy proste, a już dla kobiet w szczególności, niemniej jednak te początki mają w sobie niezaprzeczalny magnetyzm historii. 
Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na dalsze losy Molly i jej przyjaciół. Oby nie za długo. 

 Dziękuję!

wtorek, 16 października 2018

L. M. Montgomery: Ania z Wyspy Księcia Edwarda

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł; Ania z Wyspy Księcia Edwarda
(lub też Spełnione marzenia)
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Literackie






Przede wszystkim zacznę od tego, że umieszczone na okładce zdanie, jakoby miał to być niepublikowany wcześniej tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza, wprowadza w błąd. Książka nie opisuje dalszych losów Ani i jej bliskich. 
Jest to zbiór opowiadań, których akcja toczy się w Glen St. Mary. 
Czytelnik mógłby się poczuć oszukany. Gdyby nie to, że ten zbiór jest trochę inny od reszty opowiadań Montgomery, co sprawia, że jest to trochę na plus i trochę na minus, że się tak wyrażę. 

Z bardzo interesującego posłowia wynika, że zbiór ten nie ujrzał światła dziennego przed śmiercią autorki. Montgomery napisała blisko 500 opowiadań, z których większość powstawała na zamówienie do kanadyjskich gazet. 
Spotkamy tu już znane i bawiące nas w twórczości pisarki motywy; są więc spotkania po latach, odzyskana na nowo miłość, czy tak typowe dla autorki późne małżeństwa. Ale są też i takie, które zasmucają. Oto kobieta marnuje życie swoje i członków rodziny, przywiązując ich do siebie udawanym kalectwem. Dlaczego? Bo czując się gorsza, zawsze chciała nimi rządzić i tak ma ku temu okazję. Inna bohaterka przez całe życie nienawidziła kobiety, która w jej mniemaniu ukradła jej ukochanego i jątrzyła się tą nienawiścią całe swoje życie. Bogaci krewni chcą przygarnąć sierotę, licząc tylko na jej spadek. Takie historie smucą i przerażają. 
Są jednak i takie, zupełnie jakby dla zachowania równowagi, które rozbawią i wzruszą, zwłaszcza te o zdobywaniu miłości w nieco starszej młodości. 

Zbiór jednak ma jeszcze jedną wartościową cechę. Po pierwsze mamy coś w rodzaju interludiów, wieczorków poetyckich, na których Ania czyta bliskim wiersze swoje i nieżyjącego syna Waltera. To sposób, by uczcić jego pamięć i zachować go jak najdłużej w pamięci rodziny. Po drugie lepiej poznajemy Anię i jej bliskich, widzimy, jak radzą sobie ze stratą i zmieniającymi się czasami. 

Podobnie jest w opowiadaniach. Blythowie są powszechnie znani na Wyspie. Może dlatego, że wówczas lekarz był bardziej cenionym zawodem niż dziś i lekarzy było mniej. Niemniej jednak każdy z bohaterów opowiadań zna tę rodzinę. Ania jest uważana za interesującą i mądrą kobietę, zdolną swatkę, a Gilbert za dobrego lekarza, dla którego liczy się dobro pacjenta, a nie nabicie sobie portfela. Blythowie są lubiani (przeważnie), ich dom jest wzorem domu, a rodzina wzorem rodziny. Zdarzają się także niepochlebne komentarze, ale to jak wszędzie. Ludziom ust nie zamkniesz, a zgorzkniali zawistnicy są wszędzie. Mimo to ciekawie tak o Blythach posłuchać z ust innych, to tak jakby trochę ich podglądać przez dziurkę od klucza. 

Zbiór ten różni się od swoich poprzedników, zwłaszcza klimatem i podejściem do wielu spraw. Jest więcej goryczy, zazdrości, trwania w zapamiętałym gniewie. Są też jednak i dobre, jasne strony życia. Ktoś odnajdzie miłość z marzeń lub dzieciństwa, ktoś odejdzie z satysfakcją spełnienia w życiu, ktoś jeszcze inny znajdzie dom i rodzinę, jak to u Montgomery.

sobota, 13 października 2018

Sabrina Jeffries: Stare panny ze Swan Park

Autor: Sabrina Jeffries
Tytuł: Stare panny ze Swan Park
Seria: Stare panny Swanlea, t.1
Stron: 416
Wydawca: BIS






Polubiłam książki Sabriny Jeffries, głównie ze względu na prezentowaną obyczajowość i sympatyczne postaci. Dlatego po przeczytaniu cyklu Diablęta z Hallstead Hall, sięgnęłam po inny, zatytułowany Stare panny Swanlea

Już samo określenie stara panna, a mamy rok 1815, jest zabawne w naszym rozumieniu. Współcześnie, biorąc pod uwagę styl życia ludzi, trudno kogokolwiek nazwać starą panną czy starym kawalerem. W czasach, gdy dzieje się akcja opowiadanej przez autorkę historii, główne bohaterki mają 23-24 lata i już są starymi pannami. Chodzi tu nie tyle o ich wiek; określenie to sugeruje raczej ich pozycję społeczną. Stara panna to kobieta, której nikt nie chce pojąć za żonę, jest więc uważana za brzydką i nieatrakcyjną, taką, z którą coś jest nie w porządku. To okropne i bardzo krzywdzące, jeśli pozna się bliżej siostry Swanlea. Są one mądre i kochające, każda jednak ma coś, co sprawia, że są społecznie niechciane. Średnia z sióstr Rosalind ma zbyt pełną figurę i zbyt niewyparzony język, a najstarsza Helena utyka, jest więc kaleką, do niczego niezdatną. 
Dziś może się nam to wydawać niewiarygodne lub nawet śmieszne, ale wtedy była to naprawdę poważna sprawa. 
Siostry Swanlea starają się nie przejmować etykietkami, które nadało im społeczeństwo, zdają sobie jednak sprawę, że któraś z nich będzie musiała wyjść za mąż, aby ocalić rodzinny majątek. Nie mają brata, który odziedziczyłby wszystko i zabezpieczył ich przyszłość. Zgodnie z panującym wtedy prawem dziedzicem jest najbliższy krewny w linii męskiej. Najlepiej byłoby gdyby wybrał za żonę jedną z sióstr. A co, jeśli nie? 

Griffin Knighton jest właśnie wyżej wspomnianym kuzynem. Najbardziej na świecie pragnie pozbyć się etykietki bękarta, za co wini hrabiego Swanlea, który kiedyś ukradł jego rodzicom akt ślubu. W efekcie ich małżeństwo uznano za nieważne, a Griffina okrzyknięto bękartem. Generalnie dałoby się z tym żyć, jednak naszemu bohaterowi zależy na uznaniu społecznym i naprawie reputacji, aby móc wprowadzić swoją firmę na azjatycki rynek. To dlatego udaje się do Swan Park, uprzednio zamieniwszy się rolami ze swoim asystentem i pomocnikiem Danielem. Chce w ten sposób odszukać żądany dokument i odzyskać, to co mu się prawnie należy. Jednak na miejscu poznaje średnią siostrę Swanlea, Rosalind i przekonuje się, że bogactwo owszem jest potrzebne do życia, ale ważne są też inne sprawy. 

Pierwsza część cyklu jest utrzymana w tonie bardzo rubasznym i mocno nawiązuje do sztuk Szekspira, którego Rosalind i Griffin co rusz cytują. Tych dwoje połączy głęboka namiętność, czemu autorka da wyraz w  scenach erotycznych. 
Przyznam szczerze, że trochę się przywiązałam do Diabląt i trudno było mi się przestawić. Polubiłam konkretną i obcesową Rosalidn, która nie bała się mówić tego, co myśli. Griffin natomiast okazał się typowym mężczyzną, który na widok damskich bioder i biustu myśli tylko o jednym.
Znacznie bardziej spodobała mi się najstarsza z sióstr, Helena, której ma być poświęcona druga część serii. Helena utyka, co sprawia, że nie jest dobrą kandydatką na żonę, zupełnie jakby chora noga sprawiała, że kobieta ma amputowany mózg, albo co gorsza jest niepłodna. 
Niemniej jednak pierwsza część cyklu jest przyjemna w odbiorze i zabawna. Jeśli tylko przymknąć oko na wszechobecny erotyzm, da się ją przetrawić.