sobota, 14 października 2017

Priorytet: Orzeszki! czyli Gang Wiewióra

Reżyseria:  Peter Lepeniotis
Scenariusz: Lorne Cameron, Peter Lepeniotis
Wytwórnia:  Gulfstream Pictures
Czas trwania: 86 min.








Tytułowy Wiewiór to mistrz w zdobywaniu orzechów. Nie tylko nie ma skrupułów w ich kradzieży z ulicznych budek, ale przede wszystkim skutecznością i pomysłowością dorównuje Tomowi Cruise w Mission Impossible. Wiewiór, pomimo oczywistych zalet i wiewiórczej charyzmy, ma jednak wady, mianowicie nie lubi się dzielić, ani robić czegoś dla dobra ogółu. I nawet nie chodzi tu o gołym okiem widoczny egoizm, ale o brak autorefleksji. Kiedy bowiem w wyniku nieudanej akcji podprowadzenia orzechów, zniszczeniu ulega drzewo - spiżarnia należąca do wszystkich zwierząt w parku, Wiewiór nie ma sobie nic do zarzucenia. 
Decyzją ogółu zostaje wygnany poza granice parku. Na przedmieściach przypadkiem trafia na magazyn pełen orzechów i zaczyna planować skok. Nietrudno się domyślić, że do ogromnej partii orzechów znajdzie się więcej chętnych. Czy Wiewiór przyjmie pomoc innych zwierząt i czy nauczy się, że warto jednak czasem zrobić coś dla innych?

Jak sugeruje tytuł filmu, twórcy chcieli zrobić komedię sensacyjną i trzeba przyznać, że im się udało. 
Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, które zgodnie się przeplatają, ale żyją własnym życiem. 
Działania zwierząt to jedno. Wiadomo. Jest dużo orzechów, trzeba je tylko stamtąd wydobyć i przetransportować do parku. 
Ale worki z orzechami pełnią także istotną rolę w planie trzech rabusiów planujących skok na bank. Starania opryszków, kopiących tunel i plany Wiewióra często wchodzą ze sobą w kolizję, prowadząc do zabawnych sytuacji. Zabawne jest też to, że niezbyt inteligentni złodzieje, traktują zwierzęta jak szkodliwe gryzonie, zupełnie nie mając pojęcia o celowości ich działań. Wie o tym tylko widz i to właśnie w całym seansie jest najprzyjemniejsze. 

Na uwagę zasługują także bardzo sympatyczne, choć mało rozgarnięte, postaci zwierząt. Sunia, która tylko chciałaby wąchać i lizać, Trybsyn, który może jest i przystojnym wiewiórem, ale jest zwyczajnie głupiutki, Szczurek, który, choć nic nie mówi, jest wierny i zaradny, czy kilka innych pomniejszych postaci. Najlepsze jest jednak to, że działając razem zwierzęta mogą osiągnąć naprawdę wiele. 

Film przypadnie do gustu widzom w każdym wieku. Młodszych zachwycą zwierzęta, starszych rozbawią dialogi i aluzje językowe. Jasno i klarownie pokazano także aspekt dydaktyczny. Bez przyjaciół i stada trudno przeżyć, bo zawsze potrzebujemy tej drugiej osoby, by nas wspierała i nam pomagała. Oczywiście należy się także dzielić, bo co to za przyjemność mieć dużo i nie dać nic od siebie? Bardzo podobało mi się, że twórcy scenariusza pozwolili zachować Wiewiórowi jego rys charakterystyczny. Przeszedł przemianę i wiele zrozumiał, ale zupełnie stadny jednak się nie zrobił i to było fajne. 
Gang Wiewióra to dobra komedia dla całej rodziny. Polecam.

poniedziałek, 2 października 2017

Jim Butcher: Pełnia księżyca

Autor: Jim Butcher
Tytuł: Pełnia księżyca
Seria: Akta Harry'ego Dredesna #2
Stron: 400
Wydawca: MAG






Harry Dresden nadal ciężko przędzie. Porucznik Murphy przestała się do niego odzywać odnośnie konsultacji, a po mieście chodzą słuchy, że Harry pozostaje na usługach lokalnego mafiosa Johna Marconiego. Nie przysparza to magowi sympatii ani od magicznych ani od niemagicznych istot. Zła passa musi się kiedyś skończyć i oto wreszcie odzywa się Murphy wzywając maga na miejsce zbrodni, jeszcze bardziej krwawej niż ta z początku pierwszego tomu. Ofiarę wręcz rozszarpano, a wszystkie ślady wskazują na dzikie zwierzę, bo przecież tylko racjonalne wyjaśnienie są w stanie przyjąć ludzkie, policyjne umysły, czyż nie? 

Tytuł drugiej części dobitnie sugeruje nam, z jaką grupą magicznych istot będziemy mieć tym razem do czynienia. Oczywiście chodzi o wilkołaki. 
Makabrycznych zbrodni jest znacznie więcej, a zbliża się kolejna pełnia. Harry z pomocą zamieszkującego czaszkę ducha zwanego Bobem, przy asyście wścibskiej dziennikarki Susan oraz grupy młodych wilkołaków staje w obliczu poważnego zagrożenia. Pisarska fantazja Jima Butchera kazała mu stworzyć kilka rodzajów wilkołaków, z których jeden jest znacznie gorszy od drugiego. Dzięki temu akcja jest znacznie bardziej dynamiczna, a fabuła bardziej krwawa. Wilkołaki to tak naprawdę żądne krwi potwory, które pragną tylko zabijać i pożerać. Przed Harrym i jego przyjaciółmi trudny orzech do zgryzienia, tym bardziej, że ludzka część społeczeństwa wykazuje się ogromną ignorancją w stosunku do zjawisk paranormalnych. Wygląda to trochę tak, jakby ludzki mózg nie był w stanie pojąć tego co widzi, a więc upraszcza to sobie, tak by móc to jakoś przyswoić.

W moim odczuciu druga część cyklu o przygodach jedynego maga Chicago jest ciekawsza niż pierwsza. Znamy już część bohaterów,  a naczelną zasadą takich cykli jest to, że ci bohaterowie zazwyczaj wracają. Oprócz tego dowiadujemy się nowych rzeczy na temat głównego bohatera, a zwłaszcza jego przeszłości, która nawet dla niego samego pozostaje dużą niewiadomą. Okazuje się też, że jest to jego słabość, w sumie zrozumiała, bo kto nie chciałby się dowiedzieć czegoś na temat własnej matki, której osobę okrywają mgły niepamięci.  Mam nadzieję, że kolejne tomy będą rzucać coraz więcej światła na pochodzenie maga i osoby z nim blisko związane. 

Jeśli idzie o głównego bohatera, to nadal zbiera cięgi i ledwie zaleczy rany, już wpada w kolejne, bolesne i skutkujące siniakami, tarapaty. Kiedy trzeba, posiłkuje się uwarzonym eliksirem lub różdżką, generalnie jednak, żaden z niego macho ani super bohater. Może to być drażniące, ale w sumie dzięki temu Harry jest bardziej ludzki i prawdziwszy. Ma także duże problemy z obdarzeniem zaufaniem czy to Susan czy Murphy, bo niełatwo opowiadać o magicznych sprawach zwyczajnym śmiertelnikom. Oprócz tego reakcje Harry'ego na miejsca zbrodni, bohater odczuwa lęk, wręcz przerażenie, pokazują, jak wiele emocji w sobie kryje. Tak naprawdę zachowuje się bardziej jak człowiek niż jak potężny czarodziej.
Warto dodać, że mocne i obfitujące w zaskakujące wydarzenia zakończenie naprawdę nie pozwala się oderwać od książki.

Z zadowoleniem zauważam tendencję rosnącą, fabuła się rozkręca i wszystko idzie ku lepszemu, a zatem chętnie w najbliższym czasie sięgnę po tom trzeci.

czwartek, 28 września 2017

V.E. Schwab: Zgromadzenie cieni

Autor: V.E. Schwab
Tytuł: Zgromadzenie cieni
Seria: Odcienie magii t. 2
Stron: 530
Wydawca: Zysk i S-ka





Zgromadzenie cieni to kontynuacja Mroczniejszego ocienia magii, powieści, która skradła moje serce, głównie za sprawą motywów równoległych Londynów, w których magia ma różną postać i barwę. Książka spodobała mi się głównie z powodu gaimanowskiego klimatu oraz dwójki głównych bohaterów: władającego żywiołami Kella, na co dzień adoptowanego królewskiego syna oraz sprytnej złodziejki Lili, zdradzającej objawy magiczności, choć pochodzącej z krainy zupełnie magii pozbawionej. W tomie pierwszym ta dwójka uratowała Londyn i brata Kella, po czym każde poszło w swoją stronę.
Minęły cztery miesiące. Lilla spełniła swoje marzenie i została piratką, spotkała też utalentowanego maga, który nauczył ją jak korzystać z magii żywiołów. Szybko okazało się, że nasza irytująca złodziejka ma w sobie olbrzymi potencjał. Kell jest w nieco gorszej sytuacji. Nie dość, że stracił zaufanie wszystkich, w tym królewskich rodziców, zakazano mu swobodnych podróży między światami, to jeszcze związał życie swoje z życiem brata, przez co właściwie tkwi w impasie. Każde odczucie, zwłaszcza ból bracie teraz dzielą, co się dzieje z jednym, dzieje się też z drugim. Żyjąc wspólnym życiem, tak naprawdę stoją w miejscu, bo okazuje się, że Rhy też źle się z tym czuje. 
Tymczasem trwają przygotowania do turnieju magów, bardzo prestiżowego wydarzenia na skalę światową. To nie tylko wiele wydarzenie towarzyskie i rozrywkowe, ale też polityczne. Który mag okaże się najsilniejszy i okryje sławą swoje królestwo? To się okaże.

Przez dość długi czas akcja toczy się dość wolno, co mnie trochę zirytowało, ponieważ mylnie zakładałam, że intryga powinna się rozwiązać w tej samej książce. Na niedługo przed końcem zorientowałam się, że wszystko, co w drugim tomie miałam okazję śledzić jako czytelnik było tak naprawdę dopiero wstępem do wydarzeń w tomie trzecim. To typowy zabieg dla środkowych części trylogii, ja jednak okazałam się taką czytelniczą gapą. 

Pomijając wolne tempo rozwoju historii, ogromny plus należy się książce za barwny świat przedstawiony, zabawne, błyskotliwe dialogi oraz wyraziste niejednoznaczne postaci. Nikt tu nie jest jednokolorowy, tylko dobry albo tylko zły. Bohaterowie mają własne interesy, powiązania, pragnienia, które często pakują ich w kłopoty lub wręcz im szkodzą. Każda decyzja, najczęściej magiczna, ma swoje poważne konsekwencje nie tylko dla nich samych, ale też dla całych Londynów. Przykładowo: Lilla nie jest zła, ale dobra też nie. Skryta i przewrotna, pcha się ta gdzie jej nie chcą, często dyskredytując po drodze innych. Krwi co prawda nie przelewa, ale jest tego bliska, czegoś chce, to sobie to bierze nie bacząc na to, że jest to czyjaś własność, nie ma wyrzutów sumienia ani skrupułów. Nie polubiłam tej bohaterki, ale jednocześnie wiem, że tak ją uwarunkowały przeżycia z przeszłości, dlatego jest taka a nie inna. Podobnie jest z Kellem, Emerym, czy Hollandem. Każdy z nich ma swoją jasną i mroczną stronę, a złożyło się na to wiele czynników. To dlatego bohaterowie są tak intrygujący i nietuzinkowi. 

Jak już wspomniałam, druga część to preludium do części trzeciej. Jak ułożą się losy równoległych Londynów? Czy Kell zdoła wrócić do domu? A może tym razem to dzielna piratka uratuje jego, księcia w opałach? 
Niecierpliwie czekam na finał trylogii, a Was zachęcam gorąco do wycieczki do magicznych Londynów. Ta niezwykła marszruta z pewnością się Wam spodoba!


Dziękuję!

niedziela, 24 września 2017

Najmądrzejszy pies na świecie czyli Pan Peabody i Sherman

Tytuł: Pan Peabody i Sherman
Reżyseria: Rob Minkoff
Scenariusz: Craig Wright
Czas trwania: 92 min.
Wytwórnia: Dream Works







Często tak bywa, że gdy poznajemy postać książkową lub filmową okazuje się, że wcale nie jest ona taka młoda. Jest to sporym zaskoczeniem. Podobnie jest z panem Peabody.
Ten uroczo powolny pies, którego poznajemy w filmie, tak naprawdę ma już grubo ponad pół wieku. Początkowo stworzono go jako bohatera animowanego dla serialu telewizyjnego, w którym podróżując wehikułem czasu, bohater poznawał osoby cenne dla ludzkości.
Kim jest pan Peabody? Zapewniam Was, że nie przypomina on żadnego z psów, z którymi mieliście do czynienia. Jest ponadprzeciętnie inteligentny i bardzo uzdolniony czego dowodem są dwa medale olimpijskie i nagroda Nobla. Zna chyba wszystkie języki obce, potrafi grać na każdym instrumencie, tańczy, uprawia jogę, świetnie gotuje, zna sztuki walki. Wszystko, czego by się nie dotknął, wychodzi spod jego łapek idealne i bez skazy. Pan Peabody jest nawet doradcą samego prezydenta. Wybitność nie uchroniła go jednak przed samotnością. To dlatego, gdy Peabody znajduje w starym kartonie na ulicy małego chłopca, postanawia ... go adoptować. 

Sherman wyrasta na grzecznego i sympatycznego chłopca. Zupełnie nie przeszkadza mu, że wychowuje go pies. Zresztą choć są ze sobą bardzo zżyci, chłopiec nie nazywa go tatą. Największym osiągnięciem pana Peabody jest stworzenie wehikułu czasu. Dzięki niezwykłej maszynie mogą poznać osobiście Jerzego Waszyngtona, Leonarda da Vinci, Szekspira czy Robespierre'a. Kłopoty zaczynają się, gdy Sherman idzie do szkoły, gdzie podpada koleżance Penny. Ta publicznie go szykanuje i poniża, dochodzi do bójki, czego efektem jest wezwanie do szkoły rodziców i kuratorki, która bez ogródek oznajmia, że zrobi wszystko, by sąd zabrał psu chłopca. 
Nie może być gorzej? Oj może. Sherman pokaże Penny wehikuł i wtedy zaczną się prawdziwe kłopoty. 

Podróże w czasie oraz ingerencja w przeróżne wydarzenia doprowadzą do nie lada zamieszania. Przeszłość i teraźniejszość nie powinny się ze sobą mieszać, pan Peabody dobrze o tym wie, ale kiedy w historię zacznie ingerować dwoje ośmiolatków... Awantura będzie wręcz kosmiczna. 

Warto zwrócić uwagę na aspekt edukacyjny filmu. Młodzi widzowie mogą się dowiedzieć z niego czym był koń trojański, jaki było największe marzenie mistrza da Vinci i jak wyglądało życie żony faraona w Egipcie. Muszę przyznać, że te momenty filmu są bardzo wartościowe. Nienachalnie podane informacje iskrzą też dowcipem, dzięki czemu tak dobrze się ich słucha. 
Druga sprawa to kwestia buntu i dorastania. Sherman był grzeczny i posłuszny, dopóki był tylko z opiekunem. Poznając Penny zaczyna się buntować i robić pewne rzeczy po swojemu. Peabody jest tym zatrwożony, próbuje zakazów, Sherman buntuje się jeszcze bardziej. Znamy to? Myślę, że każdy mógłby tu coś dorzucić od siebie. 

Pan Peabody mówiący głosem Artura Żmijewskiego jest obłędny, kuratorka przerażająca a Grecy z Agamemnonem na czele niezbyt mądrzy. Jednym słowem Pan Peabody i Sherman to doskonała rozrywka dla całej rodziny. Polecam.

środa, 20 września 2017

Elizabeth Chadwick: Serce królowej

Autor: Elizabeth Chadwick
Tytuł: Serce królowej
Trylogia o Eleonorze Akwitańskiej, t.2
Stron: 464
Wydawca: Prószyński i S-ka







Serce królowej to kontynuacja powieści zatytułowanej Pieśń królowej. Obie książki są częścią trylogii, snującej opowieść o barwnych losach Eleonory Akwitańskiej, jedynej kobiety w średniowiecznej Europie, która była najpierw królową Francji, a potem Anglii. 
Gdy w finale pierwszej części czytelnik rozstawał się z Alienor, jej przyszłość rysowała się naprawdę obiecująco. Księżna Akwitanii uwolniła się z okowów nieszczęśliwego małżeństwa z Ludwikiem, połączyła się za to z młodym Henrykiem Plantagenetem, mężczyzną o wielkich apetytach politycznych, jak i łóżkowych. Alienor była pełna nadziei na to, że jej życie wreszcie się odmieni, że stworzą z Henrykiem zgodne stadło i będą dla siebie partnerami, a nie tylko mariażem o znaczeniu politycznym.

Gdy spotykamy młodą królową w tomie drugim wszystko zapowiada się bardzo obiecująco. Henryk wojuje i zdobywa kolejne ziemie, zaś Alienor rodzi synów i córki oraz pod nieobecność męża sprawnie rządzi Anglią. 
Z biegiem lat jednak staje się jasne, że Henryk nie chce słuchać rad żony i sprowadza jej rolę jedynie do dawania mu dzieci, które w przyszłości pomogą w zawieraniu korzystnych sojuszy politycznych. Początkowo Alienor kobiecą dyplomacją wpływa na króla i jego decyzje, z czasem jej wpływ maleje. Henryk nie chce z nikim dzielić się władzą, oddala się od żony, którą podejrzewa o zdradę stanu, konfliktuje się z synami i Kościołem. 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła drugiej części trylogii. 

Biorąc po uwagę dość skąpe źródła o tamtych czasach, należy przyznać autorce, że zrobiła naprawdę kawał dobrej roboty. Z wdziękiem i bez nachalnej i niewiarygodnej fikcji, uplotła historię kobiety, która zdecydowanie przerastała swoją epokę, była inteligentna, rozważna i unikalna. Być może losy Anglii i tej części Europy potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby tylko Henryk zechciał czasem posłuchać żony? Tak sądzę.

Mimo że pozornie w powieści nie dzieje się zbyt dużo, a partie opisowe przeważają nad dialogowymi, książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn czy tanich rozważań, czyta się z zaciekawieniem, a prosty sposób opowiadania sprawia, że fakty i relacje same wchodzą do głowy. Taki sposób poznawania historii uważam za najlepszy, bo bezbolesny i długofalowy. 

Serce królowej to świetna powieść dla kobiet, ale nie tylko. Powinna się także spodobać miłośnikom historii średniowiecza. Polecam. Bardzo przyjemna lektura. 

Dziękuję!


sobota, 16 września 2017

Pierwsze buty, selfie i popcorn? Tylko z Krudami!

Tytuł: Krudowie
Reżyseria: Chris Sanders, Kirk De Micco
Scenariusz: Chris Sanders, Kirk De Micco
Czas trwania: 98 min.
Wytwórnia: Dream Works






Naczelna zasada Krudów brzmi Nigdy się nie nie bój. W praktyce oznacza to, że wszystko co nowe jest złe, ciekawość jest zła i ogólnie powinno się siedzieć w jaskini. Na kupie, jak to sama czasem mówię.  Do tej pory ta zasada się sprawdzała. Sześcioosobowa rodzina Krudów siedziała głównie w jaskini i nawet by jej przez myśl nie przeszło choćby zerknąć, co jest gdzieś poza nią. 
Wszystko jednak ulega zmianie, gdy wchodząca w buntowniczy wiek dojrzewania Ip, poznaje samotnie wędrującego Guya, który nie tylko pokazuje jej jak działa ogień, ale też oznajmia jej, że zbliża się koniec świata i trzeba iść stąd jak najdalej. Dla Ip to brzmi wiarygodnie, ale jak przekonać do tego rodzinę?

Krudowie należą do moich ulubionych bajek. Plasują się bardzo blisko Jak wytresować smoka i Zaplątanych. Bajka promuje wartości rodzinne i to, jak nieuchronne są zmiany, na które rodzina jest narażona, przez co trudno tę rodzinę razem utrzymać. 
Prości w swej budowie Krudowie wszystkiego się boją, generalnie na niczym się nie znają i są naiwni jak dzieci. Mimo to, oprócz głowy rodziny Gruga, są chętni poznawać wszystko co napotykają na swej drodze, co ma swoje dobre i mniej dobre strony. Dobre, bo dzięki podróży, w którą się udadzą wiele zyskają, od butów począwszy, przez własne zwierzątka domowe, na lepszej miejscówce do życia skończywszy. Mniej dobre, bo bywają momenty, gdy poprzez  nieostrożne obchodzenie się z ogniem, mogą doprowadzić do spopielenia całej sawanny, wynajdując przy tym popcorn. 

Krudowie to zabawna i bijąca w oczy kolorami historia, którą aż się chłonie, być może dlatego, że traktuje o wielu współczesnych problemach, pomimo jaskiniowej szaty. Odwieczne i na czasie są konflikty pokoleń czy to ojca z dorastającą córką, czy to zięcia z teściową. Uniwersalne jest pragnienie poznania tego co nowe, co kryje się za horyzontem, bo może jest lepsze, cieplejsze, przyjemniejsze. No bo w końcu, ile można siedzieć w zimnej, ciemnej i zatęchłej jaskini? 
Rozczulające i przezabawne są próby ojca rodziny, by nadal być dla swoich bliskich autorytetem, gdy na horyzoncie pojawia się ktoś bardziej kompetentny. Wbrew pozorom wyhodowanie we własnej głowie dobrego pomysłu nie jest łatwe, no chyba że goni cię stado krwiożerczych, skrzydlatych odpowiedników piranii. 

Słowem Krudów nie da się nie lubić. Mogą być tępawi, niezbyt czyści i nie wiedzieć co to ogień, ale są zgrani i przeważnie pozytywnie nastawieni na nowości. 
To świetna komedia dla całej rodziny i w takim składzie najlepiej ją oglądać. Będzie kolorowo, wzruszająco i zaskakująco zabawnie. Polecam. To jedna z lepszych animacji ze stajni Dream Works. 
Doczytałam się ostatnio, że na rok 2017 jest planowana kontynuacja. Czy można dopisać kolejny rozdział do ich historii? Pożyjemy, to zobaczymy, a na razie póki co możemy cieszyć się częścią pierwszą.

niedziela, 10 września 2017

Jerzy Eisler: Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL

Autor: Jerzy Eisler
Tytuł: Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL
Stron: 464
Wydawca: PWN







PRL to temat rzeka. Na ten temat powstają liczne prace, artykuły, do realiów z tamtych lat odwołują się nasi rodzice, współczesne skecze kabaretowe, a nawet demotywatory w Sieci. 

Autor tej książki to znawca dziejów PRL, ale nie tylko. Jerzy Eisler od blisko 20 lat jest dyrektorem Oddziału IPN w Warszawie, a od 40 lat jest związany z Instytutem Historii Polskiej Akademii Nauk. W swoim dorobku naukowym ma prawie 30 książek dotyczących dziejów Polski po roku 1945. 
Przyczynkiem do napisania tej książki było zebranie, napisanych na przestrzeni lat i opublikowanych w różnych periodykach, tekstów na temat właśnie PRL-u. 

W 16 rozdziałach autor wnikliwie opisuje czasy powojenne w Polsce, losy żołnierzy AK, życie codzienne w Warszawie w czasach planu sześcioletniego. Wiele miejsca poświęca pojęciu stalinizmu, jego cechom oraz osobie samego Stalina. Szczegółowo przedstawia dwie wizje Polski związane z osobami Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomułki. W książce znajdziemy też artykuły dotyczące wydarzeń z roku 1968 oraz 1989. 
Najciekawsze dla mnie osobiście były rozdziały na temat mitów i stereotypów PRL-u, obrazu MO  w w filmach sensacyjnych l. 60 oraz dziedzictwa PRL. Przyznam, że przy niektórych się roześmiałam, a czasami uśmiechnęłam, bo przywołało to wspomnienie czegoś, o czym mówiło się u mnie w domu, gdy byłam młodsza. 

Niniejsza pozycja z pewnością jest cennym źródłem wiedzy na temat tamtych, dziś już dla wielu mitycznych, czasów. Obecnie wiele się mówi, że moda na PRL wraca. Ponieważ, moim zdaniem, trudno mówić o modzie na cokolwiek, bez znajomości tematu, polecam zajrzeć do tego opracowania i zapoznać się nie tylko z realiami tamtych czasów, ale też sytuacją obywateli, czy poszczególnymi dziedzinami społeczeństwa. Wchodzącemu w życie młodemu pokoleniu trudno jest dziś uwierzyć, że czegoś mogło zwyczajnie nie być, albo że w społeczeństwie było tak, a nie inaczej. A przecież PRL  to nie tylko historia braku czegoś w sklepach. 

Polecam. Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL to wartościowa pozycja nie tylko dla miłośników historii. Każdy, kto choć trochę mieni się miłośnikiem tego okresu w dziejach Polski, czy zwyczajnie chciałby pogłębić swoją wiedzę, powinien do tej książki zajrzeć.



Dziękuję!

środa, 6 września 2017

Frances Hardinge: Drzewo kłamstw

Autor: Frances Hardinge
Tytuł: Drzewo kłamstw
Stron: 456
Wydawca: Czarna Owca







Najniebezpieczniejsze kłamstwa to te, które nie odbiegają daleko od prawdy. Dlaczego? Ponieważ powtarzane przez setki ust, potrafią się rozrosnąć do kolosalnych rozmiarów i doprowadzić do katastrofy. Ten temat podejmuje Frances Hardinge w swojej książce Drzewo kłamstw. Warto przy okazji wspomnieć, że powieść otrzymała nagrodę Costa Book Award w kategorii literatura dziecięca za 2015 rok. 

Pastor Erasmus Sunderly, zapalony przyrodnik i archeolog, wraz z rodziną przeprowadza się na wyspę Vane. Jego nastoletnią córkę Faith bardzo dziwi ta nagła decyzja, do czasu, gdy z rozmów dorosłych wyłania się rewelacja. Otóż w środowisku naukowym wybuchł skandal związany z odkryciami pastora. Jedyne wyjście w obecnej sytuacji, to przeczekać burzę na uboczu, z dala od wścibskich oczu i ust. 
Nie jest to łatwe i rodzinie nie jest dane zaznać spokoju, bo niedługo po przyjeździe, pastor umiera. Zrozpaczona i pewna, że ojciec miał mnóstwo sekretów, Faith decyduje, że je odkryje.

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że książka tak mnie wciągnie. Zaczyna się w sumie niepozornie, ot pastor z rodziną, chcąc przeczekać skandal związany z jego osobą, przyjmuje posadę na małej wyspie Vane. Niedługo potem mężczyzna ginie w niejasnych okolicznościach, a jego córka Faith, nie wierząc w przypadkowość jego śmierci, postanawia wszelkimi sposobami dociec prawdy. Początkowo sądziłam, że Faith za mocno uczepiła się całej sprawy, że szuka dziury w całym, jednak z czasem  wszystko zaczyna się układać w całość. Żeby sprowokować do działania domniemanego zabójcę, Faith zaczyna rozpuszczać drobne plotki. Ku jej i czytelnika zaskoczeniu, niczym toczące się z góry kule śniegowe, plotki nie tylko obrastają w kolejne domysły i spekulacje, ale czynią krzywdę wielu ludziom. 
Kłamstwo, choćby wypowiedziane w dobrej wierze, może zrujnować czyjeś plany, doprowadzić do choroby, a nawet uszczerbku na zdrowiu. Kłamstwo zmienia też tego, kto je wypowiada. Płonąca gniewem i pragnąca zemsty Faith, kłamiąc i widząc tego efekty, czuje się silna, ważna, mocna. Z czasem dostrzega też, że nie poznaje już samej siebie, że stała się drażliwa, niecierpliwa, nieostrożna. Co zrobić, gdy wszystko zaczyna się sypać na łeb na szyję? Powiedzieć prawdę? Ale czy ludzie faktycznie jej chcą? Jedno jest pewne. Łatwe to nie będzie. 

Drzewo kłamstw to świetnie napisana historia, którą polecam zarówno nastolatkom, jak i tym nieco starszym czytelnikom. Świetnie pokazuje mechanizm kłamstwa i to, jak wpływa ono na ludzi. To także historia o tym, że każdy człowiek pragnie uznania innych i często robi dziwne lub głupie rzeczy, by na nie zasłużyć. Gdyby tylko ludzie ze sobą więcej rozmawiali, wszystko byłoby znacznie prostsze.

PAPIEROWE MOTYLE
Dziękuję!

poniedziałek, 4 września 2017

Trawiasta przygoda w wersji mini czyli Artur i Minimki

Reżyseria: Luc Besson
Scenariusz: Luc Besson
Czas trwania: 102 min.
Produkcja francuska






10 -letni Artur to chłopiec niezwykle żywotny i ciekawy świata. Z zaangażowaniem śledzi i słucha o odkryciach i podróżach swojego dziadka Archibalda; chce tak jak on podróżować, poznawać nowych ludzi, rzeczy i tworzyć nowe wynalazki. 
Artur jest dzieckiem i zwyczajem dzieci nie dostrzega, że  dziadek od trzech lat nie daje znaku życia, bo zaginął, dom jest tak zadłużony, że niebawem komornik eksmituje babcię chłopca, a zbyt zajęci sobą rodzice Artura, obijają się gdzieś po świecie, zamiast opiekować się synem. To ta trochę bardziej mroczna strona historii. 
Faktem jest jednak, że eksmisja staje się coraz bardziej realna i tylko nagły powrót dziadka oraz odnalezienie skarbu, mogą sytuację uratować. 

Dlatego Artur, kierując się wskazówkami pozostawionymi przez dziadka, trafia do świata, w którym żyją przezabawne i bardzo sympatyczne Minimki, małe istoty przypominające trolle, mieszkające pod ziemią, nikomu nie wadzące. No może z wyjątkiem jednego M...
Czy Arturowi uda  się odnaleźć skarb i uratować krainę nowych przyjaciół? Czy odnajdzie dziadka? Czy zdąży na czas?

Artur i Minimki  to bardzo sympatyczna, kolorowa i pełna niespodziewanych zwrotów akcji historia. Trochę tu klimatów rodem z Indiany Jonesa, trochę romansu i dużo praktycznego dowcipu słownego.
Film różni się od innych tego typu historii dla dzieci. Po pierwsze dlatego, że zaczyna się jak film fabularny z prawdziwymi aktorami i nawet po przejściu Artura do świata Minimków, mamy możliwość śledzić, co podczas jego nieobecności dzieje się na farmie. Rzadko trafia się takie połączenie. Luc Besson już nieraz udowodnił, że jego wyobraźnia jest bardzo rozległa i nie ma sobie równych. Po drugie takie przenikanie się światów daje odbiorcy do zrozumienia, że jeśli coś jest małe i nie widać goły okiem, to nie znaczy, że nie ma prawa istnieć. Okazuje się bowiem, że obydwa światy mocno na siebie oddziałują i zmiana w jednym, pociąga za sobą zmiany w drugim. 

Długo odkładałam seans Artura i Minimków, teraz widzę, że niepotrzebnie. Może zabrzmi to dziwnie, ale zniechęcały mnie głównie fryzury Minimków oraz ich nieco dziwaczny wygląd. Nic bardziej błędnego; Minimki są przemiłe, film zabawny i uroczy, a fabularny wygląd prowincji zachwyca. 
To dlatego z chęcią zasiądę do seansu części drugiej. Polecam obejrzeć film wspólnie z dzieckiem.

piątek, 1 września 2017

Lavie Tidhar: Stacja Centralna

Autor: Lavie Tidhar
Tytuł: Stacja Centralna
Stron: 320
Wydawca: Zysk i S-ka





W odległej przyszłości świat mocno poszedł do przodu. Właściwie spełniło się wszystko, to o czym S. Lem czy P. Dick mogli tylko marzyć.  
Świat, właściwie wszechświat stał się wielką, globalną wioską, której spoiwem jest strumień danych, przenikających wszystko. Nie ma już konieczności męczenia się z życiem w realu: teraz można cały czas spędzać w wirtualnej rzeczywistości, niemal gnijąc w kapsule, jak to oglądaliśmy w filmie Matrix czy innych wizjach przyszłości tego typu. Człowiek może być po części cyborgiem, a robot mieć ludzkie uczucia. Zaś najbardziej pożądaną rzeczą przez wampira, obecnie nie jest już krew, a dane, miliony danych. Taki oto świat wykreował w swojej powieści Lavie Tidhar, pisarz izraelskiego pochodzenia, obecnie mieszkający w Londynie. 

Akcja nominowanej do nagrody Locus oraz nagrodzonej Campbellem powieści Stacja Centralna toczy się na pograniczu Izraela i Arabii w mieście przyszłości. Tradycja zderza się tu z nowoczesnością, bogactwo i bieda są wręcz skrajne, a dookoła króluje cyfrowa świadomość Innych. 
Boris Chong, lekarz z przeszłością wraca po latach do Tel Awiwu z Marsa. To, co tu zastaje wygląda teraz zupełnie inaczej niż wtedy, gdy kilkanaście lat temu wyjeżdżał. Była kochanka prowadzi miejscowy bar i wychowuje chłopca, który jest, delikatnie mówiąc, dziwny. Kuzynka potajemnie spotyka się z robotnikiem cyborgiem, uzależnionym od narkotyków, a inny kuzyn wdał się w romans z kobietą wampirem, łasą na dane. Czy w takim świecie jest jeszcze szansa na normalność? 

Stacja Centralna jest książką urokliwą, która wciąga nawet jeśli  nie przepada się za klimatami science fiction. Z fascynacją czyta się o robocie, pełniącym rolę duchowego pasterza swojej trzódki, czy też świadomej windy, która marzy, by w kolejnym życiu być robotem kuchennym. Takich smaczków jest tu mnóstwo i łapiemy je na każdym kroku.

Kolejne rozdziały przedstawiają perspektywę innego bohatera, dlatego początkowo książkę czyta się jak zbiór opowiadań. Dopiero z czasem wątki i postacie zaczynają się łączyć i czytelnik otrzymuje szerszy obraz całości. 
Wbrew naszym oczekiwaniom nie dostajemy finalnego zakończenia, ale może to i dobrze. W końcu życie jest strumieniem drobnych wydarzeń i nie ustaje nagle, tylko dlatego, że przewracamy ostatnią stronę. Ono toczy się dalej i tylko w gestii naszej wyobraźni jest domyślić się, co też może jeszcze się wydarzyć. Jedno jest pewne: czy to na Ziemi czy w kosmosie każda istota marzy o miłości i o tym, by kogoś kochać. To się nie zmienia nawet w scenerii science fiction.


Dziękuję!

wtorek, 29 sierpnia 2017

Sophie Kinsella: Miłość w stylu retro

Autor: Sophie Kinsella
Tytuł: Miłość w stylu retro
Stron: 464
Wydawca: Świat Książki








Książki Sophie Kinselli można lubić albo nie. Do takiego wniosku dochodzę, czytając recenzje innych czytelników. Jeśli idzie o mnie i sporą grupę moich koleżanek z pracy, książki Kinselli są przez nas wręcz uwielbiane i nie mam tu na myśli serii o zakupoholiczce. Powieści Noc poślubna, Mam twój telefon i Nie powiesz nikomu? to zestaw przezabawnych, uroczych powieści dla młodych kobiet, szukających dla siebie lekkiej, ale i niegłupiej lektury. 
Miłości w stylu retro szukałam bardzo długo i już właściwie się poddałam. Wydana także jako audiobook, w wersji papierowej była nie do dostania i w końcu dałam sobie spokój. 
O przeczytaniu powieści zadecydował przypadek, bo też i przypadkowo na nią natrafiłam. Przeczytałam w dwa dni i jestem oczarowana. Wiem, że poprzednimi powieściami autorki też zachwycałam się w podobny sposób, ale teraz już wiem, że Miłość w stylu retro to jej najlepsza i najmądrzejsza życiowo książka.  

Główna bohaterka, Lara przechodzi obecnie ciężkie chwile. Z niewiadomych dziewczynie przyczyn zerwał z nią jej chłopak Josh, z którym wiązała wielkie plany.  Działalność świeżo założonej firmy kuleje, bo wspólniczka Lary, Natalie wyjechała sobie na Goa i chwilowo nie zamierza wracać. W dodatku Lara zostaje zmuszona przez rodziców do udziału w pogrzebie ciotecznej babki, której nigdy w życiu nie widziała. Czy może być gorzej? Może. Bo oto w trakcie nabożeństwa żałobnego uaktywnia się duch zmarłej Sadie i zaczyna się domagać wstrzymania ceremonii do czasu odnalezienia jej naszyjnika. Ku rozpaczy głównej bohaterki, duch jest widoczny i słyszalny tylko dla Lary, która zakrzyczana przez dziarską duszyczkę, robi z siebie wariatkę, byle tylko nie doszło do kremacji. 
Jak nietrudno się domyślić duch zmusi Larę do poszukiwań naszyjnika, ale to nie wszystko.  Mimo że duch i niematerialny, Sadie jest żądna rozrywek i życia, domaga się więc od Lary chodzenia na tańce, umawiania się z pewnym przystojnym Amerykaninem oraz ubierania się i malowania tak jak to czyniły dziewczęta w l.20 XX wieku. Przygnieciona przez własne problemy Lara dwoi się i troi, byle tylko sprostać wymaganiom krzykliwego i przemądrzałego ducha, jednocześnie starając się utrzymać na rynku biznesowym firmę oraz odzyskać Josha. Z czasem jednak przekonuje się, że być może to za czym tak goniła, nie jest jej właściwym celem. 

Gdyby powieść traktowała tylko o kontakcie z duchem, wyszłaby dość słabo. Autorka jednak nakreśliła świetne tło obyczajowe, doskonale odmalowała klimat minionych lat 20 oraz stworzyła zabawne i interesujące postaci drugoplanowe, a zwłaszcza wuja Billa, specjalisty od interesu zapoczątkowanego przez dwie monety. 
Bardzo zabawne jest zderzenie mentalności Lary, dziewczyny na wskroś współczesnej oraz Sadie, zbuntowanej bon vivantki, zakochanej w charlestonie i papierosach. Bardzo interesujące są poszukiwania naszyjnika oraz historia obrazu, zaś sama historia miłosna (nie mam tu na myśli Lary i Eda) po prostu chwyta za serce. 

Motyw przewodni? Chciałoby się rzec: spieszmy się kochać ludzi..., ale myślę, że w tym przypadku bardziej pasowałoby stwierdzenie, żeby nie oceniać nikogo po pozorach. Larze wydawało się, że zmarła w zapomnieniu cioteczna babka, nie dokonała nic na tyle ważnego, aby ją pamiętać. Nic bardziej mylnego. Historia Sadie ma więcej głębi, niż się początkowo wydaje. 
Miłość w stylu retro to urocza, zabawna i mądra książka, która przyjemnie umili wakacyjne popołudnie. Polecam.

sobota, 26 sierpnia 2017

Tomasz Żaglewski: Kinowe uniwersum superbohaterów. Analiza współczesnego filmu komiksowego.

Autor: Tomasz Żaglewski
Tytuł: Kinowe uniwersum superbohaterów.
Analiza współczesnego filmu komiksowego.
Stron: 350
Wydawca: PWN







Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej publikacji, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Każde ludzkie zainteresowanie prędzej czy później zacznie potrzebować fachowej teoretycznej podbudowy, źródła, które usystematyzuje naszą wiedzę, do którego będzie można się odwołać i wyjaśnić dręczące nas wątpliwości. Z tego właśnie powodu sięgnęłam po książkę o kinowym uniwersum i jego superbohaterach.

W początkowych rozdziałach autor wstępnie charakteryzuje współczesne kino komiksowe i mówi o tym, jakie wydarzenia we współczesnym świecie przyczyniły się do renesansu tego typu obrazów.  Sporo miejsca poświęca fikcyjnym uniwersom, by następnie przejść do nietoperzy, wampirów i pająków filmowych. Dla mnie osobiście najciekawszym rozdziałem był ten poświęcony Batmanowi (sentyment do Bruce'a Wayne'a mam od dzieciństwa i czasów emitowanego na TVP 2 filmu animowanego) zarówno filmom z lat 90. jak i mrocznej trylogii Christophera Nolana. 
Autor pisze przystępnie, odwołuje się do początków istnienia danej postaci, by następnie szczegółowo omówić, jak ewoluowała i wpływała na świadomość kolejnych odbiorców. 

Uważam, że fachowa publikacja ma w sobie to coś czyli jest fachowa właśnie wtedy, gdy podczas oglądania filmu człowiek łapie się na niezwykłej myśli, że to właśnie to i że o tym czytał. Tak było ze mną podczas seansu trylogii o Batmanie Christophera Nolana. Właściwie to ta książka obudziła we mnie apetyt na ponowne obejrzenie filmów o człowieku nietoperzu i dzięki niej było to oglądanie bardziej świadome, bo zwracałam uwagę na wszystkie rzeczy, o których autor pisał i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Okazuje się bowiem, że współczesne obrazy filmowe są nie tylko utworami samymi w sobie, przeniesieniem na ekran zmagań superbohaterów ze złem. To także fenomen kulturowy, który zapisuje się na stałe w świadomości odbiorców oraz krytycznie odzwierciedla wiele zjawisk współczesnego świata. W tym momencie film przestaje być tylko filmem oglądanym dla efektów specjalnych czy kreacji aktorskich, a staje się krytyką rzeczywistości, być może receptą, wskazówką. 

Kinowe uniwersum... skłoniło mnie do bardziej świadomego odbioru, wytłumaczyło sprawy, których do tej pory ze sobą nie wiązałam, wskazało też kierunek, w jakim podążają współcześni twórcy filmów o Supermanie, Avengersach czy Spidermanie. 
Książka jest pozycją wartościową nie tylko dla tych, którzy zawodowo zajmują się tą tematyką. Powinni ją przeczytać także ci, który mówią o sobie, że się tym interesują; w takim przypadku znacznie pogłębią swoją wiedzę, być może zwrócą uwagę na coś, co do tej pory wydawało się im błahe lub bez znaczenia. 
Jeśli o mnie chodzi czuję się wzbogacona intelektualnie i wiem na pewno, że nie raz do tej pozycji wrócę. Polecam. Wartościowa treść, w której, na każdej stronie, czuć pasję autora.


 Dziękuję!

środa, 23 sierpnia 2017

Sophie Kinsella: Spójrz mi w oczy, Audrey

Autor: Sophie Kinsella
Tytuł: Spójrz mi w oczy, Audrey
Stron: 320
Wydawca: Media Rodzina








Sophie Kinsella słynie z zabawnych powieści dla kobiet, dlatego mile się zaskoczyłam, gdy dowiedziałam się, że napisała też powieść dla młodzieży.  Ciekawiło mnie, jak też się sprawdzi w tematyce młodzieżowej, tym bardziej, że na warsztat wzięła temat coraz bardziej powszechnej wśród dorastających ludzi, fobii społecznej. 

14-letnia Audrey nie wychodzi z domu już od kilku miesięcy, a nawet będąc w domu nie zdejmuje z oczu ciemnych okularów. Sama myśl o kontakcie z drugim człowiekiem, nawet z kimś z rodziny, jest dla niej nie do zniesienia. To traumatyczne wydarzenia w szkole spowodowały, że dziewczynka jest w takim stanie. Co tak naprawdę się stało, dowiadujemy się stopniowo i ze szczątków wypowiedzi bohaterki. 
Obecnie Audrey chodzi na terapię, przyjmuje leki i jest na dobrej, choć długiej, drodze do wyzdrowienia. 

Powieść napisana w narracji pierwszoosobowej przypomina trochę pamiętnik. Oczami Audrey śledzimy codzienne życie rodziny Turnerów: zapracowanego taty, trochę pantoflarza; mamy, która z powodu choroby córki musiała zrezygnować z pracy i walczącej z uzależnieniem syna od gry internetowej, starszego brata Audrey, Franka, walczącego z mamą o możliwość grania w ukochaną Ziemię Zdobywców oraz malutkiego 4-letniego Felixa. Dodatkowo w ramach terapii dziewczynka kręci kamerą film, utrwalający scenki z życia rodziny, co tylko dodaje historii uroku i dowcipu. 
Poważny przełom w chorobie Audrey następuje, gdy dziewczynka zaprzyjaźnia się z kolegą brata, Linusem. Chłopak w sympatyczny, nienachalny sposób zaczyna z nią rozmawiać i pomału wyciągać ją na świat. 

Audrey z dużym dystansem podchodzi do swojego stanu i widać, że zapewne niebawem wyzdrowieje. Duża w tym zasługa rodziny i kompetentnej terapeutki, która potrafi rozmawiać z dziewczynką i podsuwać jej wiele nowych wyzwań, których realizacja ma na celu wyzdrowienie. 

Historia Audrey i jej rodziny jest zabawna i wzruszająca. Życie toczy się swoim trybem, nikt na Audrey nie naciska, nie wymaga na siłę i dzięki temu proces zdrowienia postępuje. Choć z drugiej strony bardzo podobały mi się wyzwania dr Sarah i Linusa rzucane Audrey, w końcu konfrontacja z własnymi lękami też wspomaga wyzdrowienie. Oczywiście wyzdrowienie nie następuje w cudowny sposób, jednak Audrey czując się kochana i wspierana odnajduje w sobie siły, by walczyć z chorobą i, jak sama to nazywa, swoim gadzim mózgiem. 

Spójrz mi w oczy, Audrey to dobrze napisana książka. Fajnie zrealizowany pomysł, który choć poważny, został przedstawiony w sposób prosty i bardzo przystępny. Sophie Kinsella ponownie udowodniła, że potrafi tworzyć dobre, życiowe historie. Polecam książkę czytelnikom w każdym wieku. Naprawdę fajna i pouczająca lektura.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Elisabeth Herrmann: Opiekunka do dzieci

Autor: Elisabeth Herrmann
Tytuł: Opiekunka do dzieci
Seria: Joachim Vernau, t.1
Stron: 542
Wydawca: Prószyński i S-ka







Młody, ambitny prawnik Joachim Vernau już niebawem osiągnie życiowy sukces. Żeniąc się z Sigurn, niesłychanie zapracowaną panią polityk, zostanie jednocześnie partnerem w kancelarii adwokackiej jej ojca. Dwa w jednym, już lepiej być nie może.
Zupełnie niespodziewanie w domu rodziny Ziernikov pojawia się Ukrainka z dokumentem i prośbą, by głowa rodziny go podpisała. Ma to być poświadczenie, że w latach II wojny światowej rodzina zatrudniała do opieki nad dzieckiem robotnicę przymusową. Ten podpis zagwarantowałby jej odszkodowanie. Pan domu jednak wszystkiemu zaprzecza, a niedługo potem Ukrainka zostaje znaleziona martwa.
Joachim nie potrafi zostawić sprawy tak sobie, choć tym samym ryzykuje własną przyszłość i idealny związek z Sigurn.
Co zadecyduje? Ciepłą, bezpieczną stabilizację życiową czy też totalną zmianę życiowego kierunku u progu 40-tki?

Nie przeczytałam uważnie opisu treści i mylnie założyłam, że książka jest trzecią częścią przygód Saneli Beary. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w początkowych rozdziałach narratorem okazał się mężczyzna! To zabawne i sama z siebie jeszcze długo się śmiałam. Historia nie jest tak wciągająca, jak poprzednie powieści autorki, jednak ma kilka innych zalet.
Przede wszystkim główny bohater; to zwykły człowiek. Wykształcony prawnik, to fakt, ale przez swoje wścibstwo co rusz pakuje się w kłopoty i ktoś mu obija twarz i nie tylko. 
Oprócz tego bardzo zabawne są jego relacje (jako już zupełnie dorosłego syna) z mamą emerytką i jej przyjaciółką. Przyznam, że te fragmenty, takie właśnie obyczajowe, czytało mi się najlepiej. 
Joachim nie ma zadatków na detektywa, sprawa, którą prowadzi wyszła na wokandę całkowicie przypadkowo, jednak książka jest dobrym początkiem kolejnych powieści z udziałem tego bohatera. Duża w tym zasługa bohaterów drugoplanowych oraz tła obyczajowego, dzięki temu historię, choć może nie wciąga jakoś szczególnie mocno, naprawdę przyjemnie się czyta.

Plusem jest także nawiązanie do okresu wojennego i tragicznych losów robotnic przymusowych zatrudnianych w prywatnych domach bogatych Niemców, odniosłam jednak wrażenie, że autorka chciała z tym motywem zrobić więcej, a wyszło nieco blado. Z pewnością w niejednej rodzinie ukrywają się takie właśnie tajemnice, jednak czy dziś w XXI wieku na młodym pokoleniu coś tak odległego robi wrażenie? Sądzę, że nie tak mocne jak przed 20-30 laty.

Jak już wspomniałam książka ma swoje plusy, jednak czytelników, którym baaardzo podobały się Wioska morderców i Śnieżny wędrowiec może ona nieco zawieść. To nie ten sam klimat opowiadania i trochę inna rzeczywistość. Niemniej jednak Opiekunka do dzieci pozostaje na tyle przyzwoitym poziomie, by polecić ją jako lekturę na deszczowe, wakacyjne popołudnie. Czyta się szybko i bywa zabawnie, czego chcieć więcej.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rhys Bowen: Dublin, moja miłość

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Dublin, moja miłość
Seria: Molly Murphy, t.6
Stron: 488
Wydawca: Noir sur Blanc







W życiu Molly Murphy, butnej, samozwańczej detektyw, chwilowo zapanowała stagnacja. Trudno o nowe zlecenia, a czekający na wyjaśnienie swojej sprawy Daniel, swoim postępowaniem skłania bohaterkę do zastanawiania się, czy oby faktycznie jest on tym jedynym. Gdy więc nadarza się okazja wyjazdu, mimo że chodzi o Irlandię, do której Molly miała nigdy nie wracać (bo przecież stamtąd dwa lata temu uciekła), dziewczyna decyduje się przyjąć intratne zlecenie od zamożnego impresario i odszukać jego siostrę. 
Jednak już na statku, którym płynie bohaterka, sprawy zaczynają się gmatwać. Najpierw znana artystka prosi Molly, by zamieniła się z nią na kajuty, a potem zostaje zamordowana młoda dziewczyna. A miała to być nudna i spokojna podróż. 
Po zejściu na ląd Molly musi zatem nie tylko współpracować z policją, ale też prowadzić własne poszukiwania. Szybko przekona się, że prawa i możliwości młodych kobiet są tak samo ograniczane w Irlandii, jak i w Ameryce, pod tym względem oba kraje są bardzo podobne. Molly jednak nie podaje się i z właściwą sobie rezolutnością stara się rozwiązać powierzoną jej sprawę, pakując się przy tym w niejedne tarapaty.

Szósty tom jest, w moim odczuciu, najmniej kryminalny, a bardziej społeczno-obyczajowy. Prowadzona przez bohaterkę sprawa co prawda łączy się z wątkiem głównym, ale rozwiązuje się dość szybko. Więcej miejsca za to poświęciła autorka ukazaniu Dublina w czasach, gdy panowali w nim Anglicy, a miejscowa ludność traktowana była jak aparat rewolucyjny i przestępczy. Widać, że gdyby miasto dostało szansę, rozwinęłoby się w szybkim tempie i prędzej czy później to nastąpi, ale krewkich Irlandczyków czeka jeszcze bardzo długa i krwawa walka o niepodległość. Oczami Molly, Irlandki wychowanej jak Angielka obserwujemy starania irlandzkich organizacji o zachowanie języka, tradycji, literatury, teatru i poezji. W walkę tę włączają się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Molly ma zatem okazję, by nie tylko odkryć swoje korzenie, ale też zastanowić się, czy los samotnej, samodzielnej kobiety jest jej prawdziwym pragnieniem. A co wtedy z Danielem? 

Jedno jest pewne. Autorce udało się ukazać niesamowity klimat Dublina początków wieku oraz utrzymać napięcie, do samego końca bowiem nie mamy pewności, jak zakończą się intrygi Molly oraz jej nowopoznanych sojuszników. Książkę można czytać bez znajomości poprzednich części, to duża zaleta cyklu, zachęcam jednak do zapoznania się z całą serią o przygodach rudowłosej Irlandki detektyw. Uroczy klimat retro i pełna tupetu bohaterka od razu chwycą czytelnika za serce. 
Polecam. Seria godna uwagi.

Dziękuję!

środa, 16 sierpnia 2017

Rachel Hartman: Łuska w cieniu

Autor: Rachel Hartman
Tytuł: Łuska w cieniu
Seria: Serafina t.2
Stron: 480
Wydawca: MAG








Świat ludzi i smoków stoi na skraju wojny. Młodziutka królowa Gisselda wraz z narzeczonym Lucianem oraz doradczynią Serafiną próbują jej zapobiec, działając dyplomatycznie. Tym samym próbują odkryć przysypane kurzem przeszłości prastare tajemnice pochodzenia ludzkich i smoczych hybryd, co znacząco może wpłynąć na przebieg wojny lub spowodować, że być może do niej nie dojdzie.

Łuska w cieniu to kontynuacja losów Serafiny, dziewczyny o smoczym pochodzeniu, utalentowanej muzycznie oraz zdolnej telepatki, potrafiącej  siłą umysłu łączyć się ze swoimi pobratymcami. 
W drugiej części historii Serafina wyrusza w podróż, jako wysłanniczka królowej. Chcąc zapobiec wojnie, postanawia odszukać realne osoby, których awatary ukrywa w swoim umyśle. Ma nadzieję, że jeśli skłoni je do współpracy, być może pokonają wspólnie stare, dążące do eksterminacji ludzi smoki. Sprawę mocno utrudnia fakt, że wśród mieszańców znajduje się Jannoula, wyjątkowo silna półsmoczyca, umiejąca przejmować umysły innych smoków oraz wpływać na umysły ludzi. By ją pokonać, Serafina będzie musiała zgłębić sekrety pochodzenia półsmoków oraz otworzyć się na własną moc, którą z nieznanych sobie powodów, zablokowała gdzieś w zakamarkach własnego umysłu. 

Jakie sekrety ukrywają smoczy Cenzorzy? Do czego tak naprawdę dąży Jannoula? Czy Serafina zdąży odkryć wszystkie sekrety smoczych świętych, zanim na ludzi spadnie smoczy ogień? I czy główna bohaterka doczeka się happy endu z ukochanym Lucianem? Odpowiedź na to ostatnie pytanie może nieco zaskoczyć czytelnika.

Powieść czyta się powoli. Nie można powiedzieć, że nie jest ciekawie, bo czytałam z zainteresowaniem, ale trudne nazwy, trochę rozwlekłe rozmyślania głównej bohaterki sprawiają, że lektura całości zajmie trochę dłużej, niż się początkowo zakładało. Ogólnie jednak zastosowanie przez autorkę rozwiązania się zadowalające i ogromny plus dla niej, że (prawdopodobnie, bo kto tam może być pewien na sto procent) historia kończy się na dwóch tomach. Rozwlekanie tego do rozmiarów trylogii byłoby już grubą przesadą. A tak jest sensowne zakończenie, układają się losy bohaterów, a co do reszty no cóż, bohaterowie są młodzi i dalszy ciąg ma napisać samo życie. Bardzo mi się podoba takie podejście. 

Historia Serafiny i jej smoczych pobratymców powinna się spodobać wielbicielom dragońskich motywów w literaturze, nie spodziewajcie się jednak scen rodem z latającymi i ziejącymi ogniem bestiami jak w Grze o tron. Smoków jako takich mamy tu w sumie niewiele, myślę, że autorce bardziej chodziło o pokazanie hybryd, czyli mieszańców powstałych z połączenia smoków i ludzi. W kreowaniu wyglądu i charakterów tych ostatnich pomysłów autorce nie brakuje. Dlatego, jeśli ktoś decyduje się na lekturę Serafiny musi być świadom, że wersja smoków proponowana przez Rachel Hartman jest nieco inna od tej oficjalnej i ogólnie znanej. 
Jeśli o mnie idzie powieść podobała mi się. Trochę średniowieczny klimat świata przedstawionego, zaskakująco oryginalne stworzenia i na wskroś dobra smocza muzyczka sprawiły, że historię oceniam na plus. 
Pozycja godna uwagi.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Nicholas Monsarrat: Okrutne morze

Autor: Nicholas Monsarrat
Tytuł: Okrutne morze
Stron: 704
Wydawca: Bellona






Ernest Hemnigway w swoim noblowskim opowiadaniu Stary człowiek i morze ustami starego Santiago powiedział, że morze jest jak kobieta podatna na wpływ zmiennego księżyca; potrafi być źródłem wielu łask, ale może być też okrutne i wiele człowiekowi zabrać. Nie można go za to winić, po prostu ono inaczej nie umie. 
Podobnie jest w bestsellerowej powieści Nicholasa Monsarrata Okrutne morze. Jak powiedział krótko sam autor jest to historia dwóch okrętów, 150-osobowej załogi i wojny. I tak można by w jednym zdaniu streścić całą książkę. 
Wybucha II wojna światowa. Polem okrutnej walki między nazistami i aliantami staje się Atlantyk, wszak droga morska jest miejscem i sposobem na podróż i transport. Oczami dwóch żołnierzy marynarzy Ericsona i Lockahrta śledzimy przygotowania do eskortowania statków z różnymi ładunkami. Wspomnieni wcześniej bohaterowie znajdą się w składzie załogi statku, należącego do eskorty, innymi słowy będą zapewniać bezpieczeństwo statkom płynącym przez Atlantyk. 

Przyznaję, że trochę ociągałam się z lekturą tej książki. W pierwszej kolejności przeczytał ją mój mąż i dopiero pod wpływem jego namów, zabrałam się do czytania. Okazuje się bowiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż dyskusja o przeczytanej książce z drugą osobą, zwłaszcza odmiennej płci. 

Od razu powiem, że książka nie spodoba się każdemu, albo inaczej; nie każdy odbiorca znajdzie w niej to, czego się spodziewa. Nie jest to historia obfitująca w tanią, wymyślną sensację, do jakiej przyzwyczaiły nas współczesne historie o konfliktach zbrojnych, gdzie bohaterowie są na siłę heroiczni, w pojedynkę ratują świat, wygłaszając przy tym łzawe kwestie. To nie to. 
Okrutne morze to książka napisana trochę jak reportaż, trochę jak kronika wydarzeń. Autor nie sili się na jakiś wymyślny ton, po prostu bez fałszywego mądrzenia się opowiada rok po roku historię ludzi, którym przyszło brać udział w wojnie. Najpierw śledzimy przygotowania statku, potem załogi, pierwsze miesiące i lata wojny na Atlantyku, straty w ludziach, uzbrojeniu, okrętach oraz prywatne straty psychiczne. Dramatyczny zwrot akcji w jednym momencie ma uświadomić czytelnikowi, że niczego na wojnie nie można być pewnym i że śmierć czai się za każdą falą. Prosty, swojski sposób prowadzenia narracji sprawia, że Okrutne morze czyta się naprawdę dobrze, mimo że sporo tu fachowych nazw i marynistycznych zwrotów. Jeśli jednak przebrnie się przez spokojny wstęp, w którymś momencie czytelnik zdaje sobie sprawę, że polubił załogę Compass Rose i Saltash, że z zaciekawieniem śledzi ich zmagania i trudną, wojenną codzienność. 

Okrutne morze to nie zwykła, sensacyjna historia o wojnie. To kronika wydarzeń dziejących się na rozległym Atlantyku. Wiele pisze się o wojnie na lądzie, stosunkowo mało wiemy jednak o wojnie prowadzonej na morzu czy w powietrzu i dlatego książka Monserrata jest pozycją tak wartościową. Czytając Okrutne morze dowiadujemy się o rzeczach, o których większość z nas zapewne nie ma pojęcia; jest to ten sposób zdobywania wiedzy, która właściwie przyswaja się sama, bo jest podana w tak atrakcyjny, bezpretensjonalny sposób. Oprócz tego nie można pominąć tak ważnego szczegółu jak życiorys autora. Wszak Nicholas Monsarrat brał udział w morskiej wojnie i przeszedł przez wszystko to, o czym sam pisze, dam głowę, że przeżycia kapitana Ericsona oraz jego podwładnych są przeżyciami samego Monsarrata, a przecież wiarygodność i oparcie na faktach to rzecz, którą najbardziej cenimy w podawanych nam dziś historiach. Książka powstała w roku 1951, a więc autor nie tylko część rzeczy zdążył uporządkować we własnej głowie, ale na tyle odetchnąć przez te kilka lat od zakończenia wojny, aby na wiele spraw spojrzeć bardziej z dystansem i krytycznie. 

Okrutne morze to pozycja niezwykle wartościowa i pouczająca. Jak już wspomniałam, zazwyczaj unikam takich pozycji, ale do tej będę mieć szczególny sentyment. Oto historia o okrutnym morzu i okrutnych czasach napisana przez człowieka morza, który był bezpośrednim uczestnikiem tych wydarzeń. Tak naprawdę to ostatnie to najlepszy argument, by po tę pozycję sięgnąć. 
Książka nie tylko dla miłośników historii wojny. Polecam.


Dziękuję!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nieoczekiwana zamiana czyli Wilk w owczej skórze

Reżyseria: Andrey Galat, Maxim Volkov
Scenariusz: Maxim Sveshnikov
Czas trwania: 84 min.








Szary jest młody, pełen życia i uwielbia dobrą zabawę. Ani mu w głowie przejmowanie przywództwa w rodzinie czy żeniaczka z piękną Bianką. Brzmi znajomo? Z pewnością bardzo ludzko, tymczasem Szary jest wilkiem, synem przywódcy wielkiej watahy i w sumie nie traktuje swojej pozycji zbyt serio. Niecierpliwi to zarówno ojca młodzieńca, jak i czekającą na oświadczyny ukochanego Biankę. 

Dlatego Szary postanawia się zmienić, ponieważ jednak jest zwolennikiem szybkiego działania, naiwnie sądzi, że jeśli wypije miksturę, to zaoszczędzi sobie czasu. Tymczasem bohater budzi się w owczej skórze. Czy zrozumie swoje błędy, a tym samym ocali oba stada: owcze i wilcze? To się okaże. 

Historia miała potencjał, właśnie dlatego po nią sięgnęłam. Motyw zmiany bohatera w kogoś innego, jest wszak gwarantem dobrej zabawy. Chodzi w końcu o to, by zrozumiał on swoje błędy i zmienił postępowanie, ratując tym samym bliskich. 
Tymczasem tutaj tego nie ma. Szary podlega przemianie w owcę, choć jak słusznie zauważył mój bystry małżonek, nie dostaje runa, a tylko kopytka i rogi, poza tym w ogóle nie przypomina owcy. Zrozumienie spływa na niego nagle, nie pod wpływem ważnych wydarzeń, tylko tak po prostu. Zmienił się i już rozumie, teraz pozostaje mu tylko dążyć do powrotu do własnej postaci. 

Z przykrością stwierdzam, że historia jest nudna i jakby na siłę. Bohaterowie dwoją się i troją, korzysta się z typowych motywów i gagów słownych, a jednak jest po prostu drętwo. Sam sposób powrotu bohatera do wilczej postaci winien być spowodowany ważkim czynem, a nie drobnym szczegółem, z czego po pewnym czasie autorzy scenariusza się wycofali. 
Nie czuje się konfliktu między owcami i wilkami, wydaje się jakby te dwie grupy nie miały ze sobą nic wspólnego. 

To dlatego, dooglądawszy z dużym trudem, nie polecam. Lepiej poświęcić ten czas na inne, lepsze animacje. 
Szkoda, bo potencjał był spory.

piątek, 4 sierpnia 2017

Mary E. Pearson: Fałszywy pocałunek

Autor: Mary E. Pearson
Tytuł: Fałszywy Pocałunek
Seria: Kroniki Ocalałych, t.1
Stron: 432
Wydawca: INITIUM






17-letnia księżniczka Lia z domu Morrighan szykuje się do zamążpójścia, które właściwie zaraz się odbędzie. Mariaż ten to sprawa polityczna, ma połączyć ze sobą dwa królestwa i zapobiec wojnie. 
Lia jednak nie chce wychodzić za mąż z powodów politycznych za kogoś, kogo nie zna, dlatego decyduje się na ucieczkę. 
W odległej, spokojnej wsi ma zamiar rozpocząć nowe życie. Czy zmyli licznych łowców?

Historia z pewnością spodoba się młodszym, nastoletnim czytelniczkom, które będą się identyfikować z rozterkami uczuciowymi Lii oraz wątpliwościami dotyczącymi życiowych decyzji. 
Starsi, bardziej wymagający czytelnicy, mogą być nieco zirytowani powolnym tempem narracji oraz brakiem bardziej radykalnych rozwiązań. W trakcie czytania miałam takie wrażenie, że wszyscy bohaterowie są jakby za dobrzy, nawet ci źli, innymi słowy nie czułam grozy sytuacji. Być może młodsi czytelnicy tego nie wyczują. 

Książka dzieli się właściwie na dwie części. Pierwsza opowiada o ucieczce głównej bohaterki od rodzinnego przeznaczenia, a pobyt w spokojnej osadzie z dala od domu nie obfituje w zbyt wiele wydarzeń. Lia wciela się w nową rolę dziewczyny służącej, uczy się pracować i sama na siebie zarabiać. Oczywiście taka historia nie może się obyć bez wątku romansowego. Wokół Lii zaczynają się kręcić dwaj przystojni młodzieńcy: Raffe i Kaden. Jeden z nich to niedoszły przyszły mąż, a drugi wysłany zabójca. Który jest który? Autorka stara się mylić tropy i przez pewien czas się jej to udaje. Dla którego z nich serce księżniczki zabije mocniej? Hmmm, tego nie zdradzę, powiem tylko, że obydwaj panowie mają wiele przymiotów. 

Druga część powieści to podróż, w trakcie której Lia dowiaduje się więcej na temat swojego daru, poznaje też lepiej krainy na obrzeżach swojego królestwa. Z bezbronnej dotąd dziewczyny rodzi się wojowniczka, na którą trzeba będzie uważać, nie jest bowiem tak łagodna, na jaką do tej pory wyglądała. 

Czy Lia odkryje swoje przeznaczenie? Czy pozna prawdę na temat starych manuskryptów? Z kim zwiąże swoje życie: dzielnym, upartym księciem czy gburowatym, odważnym zabójcą? 
Fałszywy pocałunek to miła i sympatyczna pozycja na wakacje. Jeśli szukacie dla siebie historii o księżniczce w opałach, przystojnych konkurentach o jej względy, prastarym  królestwie z bogatą tradycją oraz naturalnych magicznych darach, to powieść M. E. Pearson Fałszywy pocałunek powinna Wam się spodobać!

Dziękuję!

środa, 2 sierpnia 2017

Wakacyjne i dinozaurowe klimaty czyli Wyspa dinozaura

Reżyseria: Reinhard Klooss, Holger Tappe
Scenariusz: Reinhard Klooss, Oliver Huzly, Sven Severin
Czas trwania: 87 min.
Wytwórnia:  produkcja niemiecka







Wyspa dinozaura to film, który powstał na motywach książek niemieckiego pisarza Maxa Kruse. 
Na samym środku oceanu na pięknej tropikalnej wyspie mieszka sobie, nieco zbzikowany Profesor w towarzystwie grupki gadających  ludzkim głosem zwierząt. Są tu więc pingwin Fraczek, który sepleni, jaszczurka Mundek, ciamajdowaty Dziubas, który raz po raz zderza się z jakąś skałą lub drzewem, pesymista Cienki, choć w talii grubawy, bo to lew morski oraz zrzędliwa świnka Frania z kompleksem idealnej pani domu.

Sielskie życie mieszkańców zupełnie się zmienia, gdy pewnego dnia morze wyrzuca na brzeg jajo, z którego niebawem wykluje się prawdziwy dinozaur. Mały Dyzio nie tylko postawi życie mieszkańców na głowie, ale też ściągnie na wyspę króla Pomopniusza, marzącego o kolejnym trofeum myśliwskim na swoją ścianę. Co z tego wyniknie? Cała masa komplikacji i przygód. 

Od pierwszych chwil filmu dokładnie widać, że jest on skierowany do najmłodszej widowni. 
Po pierwsze sam Dyzio swoim zachowaniem i mentalnością bardzo przypomina małe dziecko. Jest po dziecięcemu szczery, powtarza po dorosłych to co mówią, bardzo lubi się przytulać do mamy i myśli tylko o zabawie. Zaś wszystkie polecenia wykonuje na swój sposób, tzn. jeśli każą mu się nie ruszać z miejsca, to on nie zmieniając postawy ciała przesuwa się w wybranym przez siebie kierunku, jednocześnie powtarzając głośno: "nie ruszać się z miejsca, nie ruszać się z miejsca". 
Po drugie wszystkie postaci są kolorowe i mają takie owalne kształty, chyba po to, żeby dobrze się kojarzyły, w końcu kanty i  ostre rogi nie są dla dzieci. 
Przyjemne wrażenie sprawia sama wyspa, słoneczna, ciepła, przypomina wielką piaskownicę. 

W filmie umieszczono też kilka wątków dydaktycznych. Przede wszystkim należy mówić proszę i dziękuję, tego mały widz uczy się razem z Dyziem. Koniecznie też trzeba się dzielić zabawkami z przyjacielem, bo samolubów w przedszkolu czy na placu zabaw nikt nie lubi. No i oczywiście najważniejsza dla malucha jest mama, to życiowe marzenie małego Dyzia i tylko posiadanie mamy sprawi, że bohater zaśnie szczęśliwy. 

Przyjemny dla ucha jest polski dubbing, pingwin uroczo sepleni, a świnka jest taka władcza.
Wyspa Dinozaura to dobry film do obejrzenia razem z dzieckiem i to nawet w kilku podejściach. 

niedziela, 30 lipca 2017

Jennifer Probst: Dotyk miłości

Autor: Jennifer Probst
Tytuł: Dotyk miłości
Seria: Searching for, t.1
Stron: 416
Wydawca: Akapit Press






Na lekturę książki Dotyk miłości zdecydowałam się będąc trochę na fali innego cyklu tej autorki zatytułowanego Marriage to a billionaire. Spodobał mi się lekki styl pisania J. Probst, kreacje sympatycznych bohaterów i to, że książki pochłaniało się właściwie jednym tchem. W ten sposób trafiłam na Dotyk miłości. 

Krótko na temat fabuły. 
Kate Seymour prowadzi małe biuro matrymonialne. Wspólnie z dwiema przyjaciółkami Kennedy i Arilyn łączy ze sobą ludzi, wzmacniając ich pewność siebie i budując w nich poczucie własnej wartości. Jest w tym odrobina magii, Kate posiada bowiem dziedziczony w jej rodzinie dar dotyku, który pozwala jej rozpoznawać, czy dane osoby do siebie pasują. Kobieta jest w tym świetna, jednak sama jeszcze nie spotkała swojego wybranka. Jak to mówią, szewc bez butów chodzi.

Slade Montgomery to wygadany prawnik i nadopiekuńczy starszy brat. Nie wierzy w miłość, stałe związki, ani żadną magię. Ponieważ jednak obawia się o swoją młodszą siostrę, która właśnie została klientką biura, postanawia zdemaskować, jak sądzi, cyniczne naciągaczki i sam też zostaje klientem Kate i jej przyjaciółek.

Książka jest zabawna, naprawdę zabawna i to w bardzo zwyczajny, prosty sposób. Bawią bohaterowie i ich przemyślenia, a kolorytu całości dodają męski punkt widzenia Slade'a oraz mama głównej bohaterki, która jest wyzwoloną seks terapeutką i ostatnią wielką hippiską Nowego Jorku.

Za serce chwycił mnie także wątek niepełnosprawnego psa Kate, uratowanego od śmierci Roberta. Starania Kate, by utrzymać psa w dobrym zdrowiu oraz jej zaangażowanie nieraz wyciskały mi łzy z oczu. Najciekawsze jest jednak to, że prawdziwy Robert istnieje naprawdę, a jego zdjęcia można obejrzeć na Fb pod adresem RobertPetsAlive.

W trakcie lektury okazało się, że cykl jest właściwie spin-offem serii Marriage to a billionaire. Pojawiają się tutaj nie tylko znani już z poprzedniego cyklu bohaterowie: Aleksa, Karina, Maggie, Michael i Nick. Jedna z postaci drugoplanowych Gen, okazuje się młodszą siostrą Aleksy. Obecnie Gen to już kobieta po studiach, zaangażowana w pracę lekarza. Dowiedziałam się też, że to jej i Wolfowi (uratowanemu życiowo przez Sawyera Wellsa) będzie poświęcony kolejny tom serii, co bardzo mnie ucieszyło, bo widać, że te dwie postaci mają potencjał i głębię. Uwielbiam takie nawiązania i połączenia.
W miejscowej taniej księgarni Kate znajduje też znaną nam już fioletową książkę i postanawia z niej skorzystać. Miło wiedzieć, że tomik znów trafia do obiegu i pomoże zyskać wiarę w siebie kolejnym zagubionym kobietom. Swoją drogą tak mi przyszło teraz do głowy, że fajnie byłoby gdyby tomik trafił kiedyś w ręce zagubionego pana, bo kto powiedział, że panowie nie mogą rzucać czarów i szukać swojej bratniej duszy? 

Książka, krótko mówiąc, jest super. Romantyczna, zabawna i wzruszająca. Polecam. To idealna lektura na upalne lato, w końcu każdy potrzebuje w życiu trochę magii.

sobota, 29 lipca 2017

Rozprawa z Bogiem czyli recenzja filmu Chata

Reżyseria: Stuart Hazeldine
Scenariusz: John Fusco,
Obsada: Sam Worthington, Octavia Spencer, Radha Mitchell, Aviv Alush, Sumire i in.
Czas trwania: 127 min.






Film powstał na podstawie powieści Williama P. Younga pod tym samym tytułem. Od razu przyznam, że nie czytałam książki, choć rzecz jasna z grubsza wiedziałam czego dotyczy. Pamiętam lata, gdy święciła triumfy na blogach, zbierając wiele pozytywnych recenzji. Nie przyciągnęła mnie wówczas do siebie i dopiero teraz po seansie filmu, jestem skłonna do niej zajrzeć. 

Główny bohater tej historii Mack zawsze był trochę na bakier z Bogiem. Chodził co prawda z rodziną do kościoła i odmawiał z dziećmi wieczorny pacierz, ale nie robił tego z sercem. Mocno skrzywdzony w dzieciństwie, był raczej człowiekiem skrytym i dość zachowawczym w kontaktach z ludźmi. Mimo to jego rodzina miała się dobrze i była szczęśliwa. Wszystko uległo zmianie, gdy na campingu zupełnie niespodziewanie zaginęła najmłodsza córka Macka, Missy. Dziewczynki nigdy nie odnaleziono, jedynym śladem, jaki po niej pozostał, była jej czerwona sukienka. Przytłoczona ogromem tragedii rodzina nawet nie mogła wyprawić dziecku godnego pogrzebu, bo przecież nie znaleziono ciała. 
Rok później rodzina Macka jest na skraju rozpadu. Mack izoluje się od bliskich,  dorastające dzieci są osamotnione w swoim cierpieniu i tylko żona Macka, Nan stara się jakoś trzymać rodzinę w normalności. To właśnie wtedy Mack dostaje list z zaproszeniem na rozmowę. Nie ma podpisu nadawcy, ale wszystko wskazuje na to, że list napisał sam Bóg. Zdesperowany mężczyzna zabiera ze sobą broń i wyrusza w podróż. Co go czeka na jej końcu? 

Film oglądałam z mężem i generalnie podobał nam się bardzo, choć jednocześnie wiem, że nie każdemu przypadnie on do gustu i nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest wierzący czy nie. 
Powolne tempo narracji może być plusem i minusem. Plusem, bo pozwoli skupić się na drobnych wydarzeniach, napawać się wagą wypowiedzianych słów i pięknem plenerów, a minusem, bo osoby przyzwyczajone do szybszego tempa może zwyczajnie znużyć. 
W klasycznym rozumieniu dziania się, dzieje się mało. Mack przybywa do Chaty, gdzie będzie musiał zmierzyć się ze swoim cierpieniem i przeżytym koszmarem i albo mu się to uda i pójdzie dalej, albo po prostu wypali się jako człowiek i będzie wrakiem. Najpierw jednak bohater musi zrozumieć, jaką rolę w tym wszystkim pełni Bóg, jakie jest miejsce jego jako człowieka i czy potrafi wybaczać czy może powinien osądzać. 

Jeśli pogodzić się ze spokojnym tempem narracji, przyjąć za dobrą monetę piękne krajobrazy i miejsca oraz delektować się drobnymi czynnościami takimi jak przygotowanie posiłku, pielęgnowanie ogrodu czy oglądanie nieba nocą, a także uważnie wysłuchać dysput Macka z obliczami Boga, film nie tylko okaże się piękny i magiczny, ale też wyciśnie sporo łez z oczu. 

Umiejętnie i z wyczuciem obsadzono role w filmie. Sam Worthington z oddaniem gra zrozpaczonego ojca, a Octavia Spencer swoim spokojnym uśmiechem bardzo przypominała mi inny, kultowy już jak dla mnie serial o anielskiej tematyce, pt. Dotyk Anioła. Oczarowała mnie także Sumire w roli Sarayu. 

Dlatego podkreślam raz jeszcze, że decydując się na seans filmu trzeba być świadomym, że jest to obraz dość specyficzny.  Inny niż wiele hollywoodzkich produkcji; z klimatem, refleksyjny, spokojny i skłaniający do myślenia. 

Dziękuję!

środa, 26 lipca 2017

Jennifer Probst: Układ doskonały/Małżeńska pułapka/Gra o miłość/Małżeńska fuzja

Tytuł: Układ doskonały,
Seria: Marriage to a billionaire, t.1
Stron: 266
Wydawca: Akapit Press






Czas urlopu sprzyja czytaniu romansów. Tym razem recenzja zbiorowa bardzo sympatycznego cyklu autorstwa Jennifer Probst. Zbiorowa, gdyż powieści nie są na tyle długie co by pisać o nich oddzielne, długaśne epistoły. 

Część pierwsza zatytułowana Układ doskonały przedstawia losy dwójki charyzmatycznych ludzi. 
Temperamentna Aleksa jest właścicielką księgarni, kocha psy, drużynę Meetsów i jeść. 
Zachowawczy i zdystansowany Nick, nie wierzy w idee małżeńskiego stadła, musi się jednak ożenić, aby wypełnić testament stryja. 
Aleksa i Nick zawierają zatem układ doskonały. Wezmą ślub, spędzą ze sobą rok, a potem każde pójdzie w swoją stronę. Co z tego wyniknie i czy faktycznie układ jest tak idealny, jako początkowo zakładali? To się okaże. 
Historia jest lekka, zabawna i nie dłuży się. 250 stron to idealna ilość stron w książce, która jest romansem. Autorka bardzo fajnie pisze o więzach rodzinnych i o tym, co w życiu ważne. Izolując się od ludzi, pozbawiamy się wielu wartościowych przeżyć. Czy Nick wreszcie to zrozumie? 
Powieść na jedno popołudnie z kawą i ciastem. 

Tytuł: Małżeńska pułapka
Seria: Marriage to a billionaire, t.2
Stron: 336
Wydawca: Akapit Press



Druga część serii przedstawia losy siostry Nicka Maggie i poznanego w tomie 1 Michaela, w dodatku hrabiego, bardzo uroczego Włocha.
Nasi bohaterowie zostają wmanewrowani w  sytuację, w której, dla szeroko pojętego dobra rodziny, muszą udawać małżeństwo. Motyw może i ograny, ale bardzo sympatycznie zrealizowany.

Ogólnie część druga jest, moim zdaniem, lepsza niż pierwsza.
Akcja toczy się w egzotycznych Włoszech, w typowej włoskiej rodzinie, która jest uczuciowa, głośna i bardzo, bardzo tradycyjna. Maggie i Michael to dwa przeciwne żywioły, charaktery pozornie nie do pogodzenia, dlatego sytuacje, w których mają okazję się przekonać, że jednak do siebie pasują są dowcipne, zabawne i wzruszające.

W przeciwieństwie do części pierwszej, postacie mają więcej głębi, co czyni je prawdziwszymi. Większa liczba bohaterów drugoplanowych sprawia, że historia jest ciekawsza.
Wyłania się także wspólny motyw cyklu, mianowicie fioletowa książka o magii natury, z instrukcją jak zdobyć wymarzonego wybranka za pomocą prostego zaklęcia.
Ogólnie bardzo na plus. Czy Maggie zdoła się otworzyć i zrozumie, że bliskość drugiej osoby jest najcenniejsza? Czy łagodny włoski tyran zdoła przebić się przez mur obronny pięknej pani fotograf?
Nie zdradzę, choć myślę, że nietrudno się domyślić odpowiedzi.


Tytuł: Gra o miłość
Seria: Marriage to a billionaire, t.3
Stron: 308
Wydawca: Akapit Press






Bohaterami trzeciej części są średnia z sióstr Conte, Karina oraz przyjaciel Michaela, Max.
Karina kocha się w przyjacielu starszego brata od zawsze. On traktuje ją jak młodszą siostrzyczkę, potem jak rozwydrzoną małolatę i ku rozpaczy Kariny, nie dostrzega w niej kobiety.
Trzy lata po zakończeniu części drugiej, Karina przyjeżdża do Ameryki, by rozpocząć staż w rodzinnej firmie. Ma to być dla niej czas samodzielności i poszukiwań własnej drogi, a przede wszystkim udowodnienia sobie samej, że choć kiedyś się w Maxie durzyła, to teraz już nie budzi on w niej aż takich emocji.
Jednak Max ma być bezpośrednim przełożonym Kariny i jest takim samym, a może jeszcze większym ciachem niż kiedyś. Czy wreszcie dostrzeże, że Karina nie jest już histerycznym podlotkiem, a żądną przygód i doznań kobietą? Z pewnością. Ale nie będzie tak łatwo, jak się wydaje.

Trzecia cześć cyklu jest zabawna i namiętna, więcej tu scen erotycznych oraz marzeń bohaterów.
W tle, co jest bardzo fajne dla serii, śledzimy sceny z życia Aleksy i Nicka oraz Maggie i Michaela. Lubię, gdy autorka nie porzuca w cichości poprzednich bohaterów wiodących.
Podobała mi się Karina szukająca własnej drogi życiowej wbrew rodzinnej tradycji, a jej upodobanie do ekscentrycznych szpilek wiele mówi o samej autorce.
Po raz kolejny podkreślono tu wagę więzi rodzinnych oraz przezwyciężania przykrych przeżyć z młodości.
Pojawił się także bohater wiodący części czwartej i od razu go polubiłam, natomiast w ogóle nie było do tej pory mowy o najstarszej z sióstr Conte, której będzie poświęcona ostatnia część. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.


Tytuł: Małżeńska fuzja
Seria: Marriage to a billionaire, t.4
Stron: 401
Wydawca: Akapit Press





Małżeńska fuzja przedstawia historię romansu najstarszej z sióstr Conte, Julietty z rekinem branży hotelarskiej Sawyerem Wellsem.
Początkowo nie byłam przekonana do tej historii i trochę mi się dłużyła. Niezbyt wiarygodny wydawał mi się romans oparty na zniewoleniu i dominacji. No cóż, zależy co się lubi.
Julietta jest pracowita i ambitna, jednak sprawia wrażenie wyniosłej i oziębłej i tak też o sobie myśli. Zafascynowany nią Sawyer proponuje jej erotyczny układ. Co z tego wyniknie? Trudno powiedzieć, jedno jest pewne: Mama Conte tak tego nie zostawi.

W czwartej części cyklu podobał mi się za to zupełnie inny aspekt. Otóż autorka bardzo dużo pisze o obawach i lękach bohaterów pojawiających się w chwili bliskości z drugą osobą: o wstydzie, zahamowaniach, strachu przed odrzuceniem.
Drugi wartościowy wątek to historia młodego Wolfa, którego Sawyer, widząc podobieństwo do siebie sprzed lat, nieformalnie adoptował.

Pojawiają się także bohaterowie poprzednich części i ku zadowoleniu Mamy Conte, rodzina coraz bardziej się rozrasta.

                                                                              ************

Polecam cykl o miłosnych perypetiach rodziny Conte. Jest zabawnie i sympatycznie oraz pikantnie i erotycznie.
Mnie najbardziej podobała się część druga, ale sądzę, że to akurat kwestia preferencji.
Cykl Marriage to a billionaire to idealna seria na wakacje, zwłaszcza te deszczowe. Rozgrzeje serce i rozbawi do łez.