sobota, 24 czerwca 2017

Wyścig po baletki czyli Ballerina

Reżyseria: Eric Summer, Eric Warin
Scenariusz: Eric Summer, Carol Noble, Leuretn Zeitoun
Wytwórnia: Quad Productions
Czas trwania: 90 min.








11-letnia Felicia wychowuje się w sierocińcu na francuskiej prowincji.  Dziewczynka marzy o tym, aby zostać tancerką baletową.

Gdy nadarza się okazja wraz z przyjacielem Wiktorem, Felicja ucieka do Paryża. To tutaj dwójka przyjaciół postanawia spełnić swoje marzenia. Felicja szczęśliwym zbiegiem okoliczności poznaje tajemniczą Odette, która obiecuje nauczyć ją techniki, co zaowocuje tym, że dziewczynka będzie mogła powalczyć o wymarzone miejsce w szkole, a może nawet i o cenną rolę. Wiktor tymczasem spełni swoje marzenia o skonstruowaniu samolotu. Nie będzie to jednak takie proste, jak się wydaje. Bo przecież o marzenia trzeba powalczyć.

Największą rywalką Felicji okaże się jej własny brak samodyscypliny, a także ambitna Camille, która wydaje się pewna, że otrzyma wymarzoną rolę.

Przepięknie jest tutaj pokazany Paryż. Tło muzyczne, typowe dla kina francuskiego (trochę jak w Amelii) dodatkowo dodaje czaru. Jeszcze bardziej magicznie jest dzięki temu, że wieża Eiffela dopiero powstaje i jeszcze nikomu się nawet nie śni, że stanie się ona symbolem Francji. Natomiast słynna dziś Statua Wolności szykuje się do podróży do Ameryki.

Relacja Felicji i Odetty trochę przypomina wątki z filmów Karate Kid. I tam i tu mistrz każe uczniowi robić rzeczy, pozornie bez związku i wpływu na daną umiejętność, gdy tymczasem szybko okazuje się, że w jest w tym metoda. Felicja jest może i utalentowana, ale brakuje jej pokory i jest zbyt samowolna. Czy posłucha wskazówek Odetty i nauczy się pokory? A może nie będzie jej dane zostać Klarą w Dziadku do orzechów? 

Ballerina jest magiczna i ogląda się ją z wielką przyjemnością. Seans polecam przede wszystkim dziewczynkom i ich ambitnym mamom. Ten drugi wątek świetnie reprezentuje chorobliwie zawzięta i ambitna mama Camilli. 
Polecam. Ciepła, mądra i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść.

wtorek, 20 czerwca 2017

Platte F. Clark: Miły ogr

Autor: Platte F. Clark
Tytuł: Miły ogr
Seria: Zły jednorożec t. 3
Stron: 376
Wydawca: CzyTam





Jednego nie można Platte F. Clarkowi odmówić, a mianowicie bujnej pisarskiej wyobraźni. Choć z drugiej strony, przy siódemce dzieci to bardzo przydatna umiejętność. Słuchające bajań taty dzieci z pewnością wiele wybaczą i na wiele rzeczy nie zwrócą uwagi. Nie będzie ich razić brak logiki, albo nazwijmy to inaczej, bajkowa logika rządząca się zupełnie innymi prawami. Jednak marzącego o zakończeniu historii czytelnika takie rzeczy mogą już nieco drażnić. 

Historia Maxa Spencera i jego przyjaciół mogła spokojnie zakończyć się na drugim tomie. Chłopiec i jego przyjaciele wrócili bezpiecznie do domu, po uprzednim rozprawieniu się ze złem w krainie Magrusu. Okazuje się jednak, że Max po powrocie do normalności, nie umie sobie znaleźć miejsca. Tam był kimś, synem najpotężniejszego czarnoksiężnika w dziejach, posiadaczem magicznej Księgi, którą tylko on mógł odczytać. W gimnazjum jest tylko Maxem Spencerem, który nawet po gimnastycznej linie wspiąć się nie potrafi. Nic więc dziwnego, że gdy nadarza się okazja do powrotu, bo przecież nie wszystkie drzwi pozamykano, Max bez zastanowienia wciąga przyjaciół w portal, co prawdopodobnie grozi im utratą życia.

Pierwsza część trylogii zatytułowana Zły jednorożec była rewelacyjna. Przewrotna historia o zjadającej baśniowe stwory sfiksowanej i złośliwej księżniczce skrzyła humorem, dowcipem i pełnymi garściami czerpała z kultury masowej. To było naprawdę coś i pamiętam, że często się śmiałam w trakcie czytania. 
Kiedy pojawiła się druga część Puchaty smok podeszłam do niej dość nieufnie, ale generalnie po skończonej lekturze, uznałam że pomysł był udany, a i realizacja wyszła nie najgorzej. Poza tym bardzo fabułę wspomógł wątek ognistych kociąt. 

Jakie są ogry, wiemy wszyscy, więc tytułowa sugestia, że ogr będzie miły, wiele czytelnikowi obiecuje. W sumie, jakby na to nie spojrzeć, fabularne pole do popisu jest ogromne. Dlatego nie rozumiem, czemu autor wątek z ogrem tak szybko zepchnął na bok, że właściwie ograniczył jego bytność w książce do otwarcia i zamknięcia portalu. Trzecia część cyklu została oparta na pomyśle związanym z grami RPG. Gimnazjum Parkside zmienia się w nieprzyjazną przestrzeń, w której mieszkańcy stają się krwiożerczymi stworami, które należy unieszkodliwić. Max i jego przyjaciele wcielają się w role typowe dla tej konwencji: w drużynie znajdzie się więc mag, bard, elf, uzdrowicielka i kilkoro innych. To dlatego historia przypadnie do gustu dzieciom, bo który nastolatek nie stroni dziś od gier i nie lubi wcielać się w role? 
Starszego czytelnika to piętrzenie problemów może już nieco nużyć, choć jest kilka fragmentów, które pozwalają książce się obronić. 

Miły ogr jest dobrym zakończeniem trylogii, ale nie rewelacyjnym. Sporo tu kombinacji, w których jako czytelnikowi zdarzało mi się pogubić. Oprócz tego uważam, że dana historia ma swój maksymalny potencjał, który, po przekroczeniu pewnego punktu, jest już tylko odcinaniem kuponów. Dobrze wtedy stworzyć nowe uniwersum i dać szansę wykazania się nowym bohaterom, a nie zostawiać sobie kolejne furtki, do tworzenia entych części czegoś, co początkowo miało być trylogią. Autor też taką możliwość sobie pozostawił i mam ogromną nadzieję, że z niej nie skorzysta i  zaangażuje się raczej w coś nowego.

Dziękuję!

sobota, 17 czerwca 2017

A. G. Riddle: Atlantydzka zaraza

Autor: A. G. Riddle
Tytuł: Atlantydzka zaraza
Seria: Zagadka pochodzenia, t. 2 
Stron: 512
Wydawca: Jaguar






Doszło do najgorszego: starożytna zaraza opanowała świat. Ludzkość ogarnęły najpierw panika, potem apatia. Lekarstwo zwane Orchideą traci na skuteczności. 
Za kulisami władzy dwie frakcje Atlantów toczą walkę o władzę, a jej wynik zadecyduje o dalszych losach ludzkości. Tak w skrócie przedstawia się fabuła drugiego tomu trylogii zatytułowanej Zagadka pochodzenia autorstwa A. G. Riddle'a. 

Kiedy na początku lata czytałam pierwszą część  Gen atlantydzki, wspominałam o moich obawach, co do zasadności tworzenia trylogii, podczas gdy cała fabuła mogłaby się zmieścić w jednym tomie. Po części te obawy okazały się uzasadnione, choć nie powiem, przyjemnie było dowiedzieć się o istnieniu kilku nowych teorii związanych z początkami cywilizacji i udziale starożytnych kosmitów. 

Od wybuchu zarazy minęło blisko trzy miesiące. Ludzie gromadzeni są w obozach tymczasowych i poddawani leczeniu, jednak co raz bardziej oczywisty staje się fakt, że lekarstwo przestaje działać. 
Fabułę drugiej części poznajemy z perspektywy Kate i Davida, początkowo rozdzielonych, potem działających już wspólnie. Dzięki snom, które regularnie do nich powracają, bohaterowie poznają nie tylko swoją przeszłość, ale też swój wkład w rozwój ludzkości i jej przyszłość. 
W książce nie zabraknie pościgów, walk, a nawet powrotów bohaterów do życia po tym, jak w tych walkach zginęli. Całość fabuły sowicie okrasił autor przystępnie podanymi teoriami na temat starożytnych kosmitów. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, powinna mu się ta książka spodobać. 
Sama natomiast byłam trochę zawiedziona. W moim odczuciu przez długi czas niewiele się dzieje. Bohaterowie uciekają przed pościgiem Immarich, sny mają pomóc w odkryciu prawdy, a jednak cały czas miałam wrażenie odwlekania momentu kulminacyjnego, byle tylko wypracować wymaganą ilość stron.  

Gołym okiem widać ogromną fascynację autora teoriami o początkach ludzkiej cywilizacji, zresztą przypuszczenia te są na chwilę obecną tak popularne, że są nawet specjalne programy w telewizji na kanałach naukowych. Czy to jednak aby wystarczy? Niełatwo własną fascynacją zarazić innych, a jeśli ma to być ubrane w atrakcyjną fabułę książkową, to próg trudności dodatkowo rośnie. Oprócz tego pojawia się zagrożenie, że powieść z sensacyjnej zamieni się w naukową i napięcie spadnie do zera. To dlatego książkę czytało mi się trudno i powoli. Może kiepski ze mnie amator takich teorii? Niewykluczone. 
Podejrzewam, że znajdą się czytelnicy, którym taka konwencja przypadnie do gustu, siebie jednak do tej grupy nie mogę zaliczyć. 

Dziękuję!

czwartek, 15 czerwca 2017

Depresyjno-stalkerowskie klimaty czyli Nieznajomy z Mojave

Reżyseria: William Monahan
Scenariusz: William Monahan
Obsada: Oscar Isaac, Garrett Hedlund
Czas trwania: 93 min.
Gatunek: dramat psychologiczny







Hollywoodzki scenarzysta Thomas wyjeżdża na pustynię Mojave. Borykający się z problemami natury osobistej i widmem depresji, chce w odosobnieniu zastanowić się nad swoim życiem. Przypadkowo spotkany tam wędrowiec zmieni całe życie bohatera w koszmar bez wyjścia, okaże się bowiem seryjnym zabójcą turystów. Brzmi całkiem zachęcająco, prawda?  

Główny bohater wraca do domu, przekonany że zgubił intruza, tymczasem okaże się, że intruz nie dość, że bardzo dobrze go zna, to jeszcze coraz większymi krokami zbliża się do jego życia, życia jego bliskich i znajomych. Czy Thomas stał się celem psychopaty? Czy to może zwykły stalker? 

Przyznam, że spodziewałam się czegoś lepszego po tym filmie. Tak, od niechcenia wpisałam nazwisko autora scenariusza w wyszukiwarkę i przyjemnie się zaskoczyłam, okazało się bowiem, że to autor scenariusza do świetnej przecież Infiltracji z L. Di Caprio, Furii z M. Gibsonem czy Królestwa niebieskiego. Dlaczego zatem w przypadku Nieznajomego z Mojave z ekranu wieje nudą?  Trudno powiedzieć jednoznacznie. 

Tak naprawdę już od początku nie wiadomo, o co autorowi filmu chodziło. Główny bohater sprawia wrażenie zmanierowanego, rozpieszczonego bogacza z rozdmuchanym ego. Z drugiej strony nie wydaje się na tyle sławny, by zwrócić na siebie uwagę stalkera. 
Sam pomysł nie jest zły, gorzej z realizacją. Zabrakło, jak dla mnie, napięcia i suspensu w zakończeniu. Nie dowiedziałam się ani kim był nieznajomy, ani dlaczego akurat głównego bohatera upodobał sobie na swoją prześladowaną ofiarę. Spodziewałam się rozwiązania w stylu  Podziemnego kręgu, niestety jakoś się to po drodze rozmyło. Każda historia musi mieć pewną logikę, tutaj wyglądało to tak, jakby ze sceny na scenę, autor tracił koncepcję, o czym właściwie miał być ten film. 
Gra aktorska przeciętna, żeby nie rzec, słaba. Odtwórcy głównych ról robią jakieś miny i na tym koniec. Tak naprawdę najlepszy w tym wszystkim jest Mark Whalberg w roli uzależnionego od seksu i narkotyków scenarzysty, chodzący w puchowych butach i niedopiętym szlafroku. 

Szkoda mi zawsze historii mających potencjał, który nie wiadomo gdzie się podział. Niby coś jest, ale tego nie ma. Dlatego z żalem, ale nie polecam. Zmarnowany czas i poczucie, że historię położono już na samym początku.

Dziękuję!

wtorek, 13 czerwca 2017

Dzieciaczki kontra szczeniaczki czyli Dzieciak rządzi

Reżyseria: Tom McGarth
Scenariusz: Michael McCullers
Wytwórnia: Dream Works
Czas trwania: 97 min.









Fajnie jest być jedynakiem. Cała uwaga i miłość rodziców skupia się na jednym dziecku, a na dobranoc jest trzy razy więcej bajek i tyleż samo przytulasów. 
To dlatego 7-letni Tim jest bardzo szczęśliwym dzieckiem i nie marzy o rodzeństwie, bo i po co?
Gdy zatem w domu pojawia się Bobas, chłopiec jest zrozpaczony. Potem jednak robi się także podejrzliwy, gdyż mały Bobas ma neseser, garniturek i ...mówi! 
Początkowo Tim stara się zdemaskować tajemniczego osobnika. Kiedy jednak okazuje się, że rodzicom grozi niebezpieczeństwo, chłopcy, choć nie bardzo chcą, muszą się zjednoczyć. Co z tego wyniknie? I czy wygrają bobasy, czy szczeniaczki? To się okaże.

Film jest zabawny, nie można mu tego odmówić, momentami miałam jednak wrażenie, że twórcy raczej silą się na żartobliwą atmosferę niż faktycznie taka ona jest. Sam Bobas nie jest zabawny. Wtłoczony w garniturek i z teczką budził raczej mój niesmak, niż rozbawienie. Jakoś mi ta cała idea szefowania nie pasowała do wizerunku małego berbecia. 

W bardzo fajny sposób, mądry i bez przesady czy słodzenia został pokazany proces przyzwyczajania się i dorastania Tima do faktu, że ma młodsze rodzeństwo i że od tej pory rodzice muszą dzielić swoją uwagę i opiekę między dwoje dzieci. Pokazano to z dwóch perspektyw: Tima, który do tej pory był rozpieszczonym i wychuchanym jedynakiem oraz jego rodziców, którzy skonani opieką nad niemowlęciem zwyczajnie padają wieczorem na pysk. 

Oczywiście nietrudno przewidzieć zakończenie historii, jednak i tak czeka się na nie z przyjemnością. 
Dzieciak rządzi to przyjemna komedia o dorastaniu do nowych ról społecznych i o tym, że najważniejsi są bliscy. Choć czasem trudno się jest dzielić uwagą rodziców, to jednak w efekcie i tak wychodzi na to, że dobrze jest mieć rodzeństwo. Nic nie zastąpi przeżytych wspólnie przygód. To naprawdę bezcenne.
Polecam.

niedziela, 11 czerwca 2017

Dominka Rosik: Projekt Królowa

Autor: Dominika Rosik
Tytuł: Projekt Królowa
Stron: 564
Wydawca: Zysk i S-ka






Emily budzi się w swoim pokoju. Nie jest to jednak pokój w jej rodzinnym domu, a w ośrodku do leczenia zaburzeń psychicznych. Okno okazuje się hologramem, a co gorsza Emily w ogóle nie pamięta jak ani dlaczego się tu znalazła.
Kobieta nie jest sama. Oprócz niej w w ośrodku znajduje się siedem osób, z których każda ma swoje sekrety oraz posiada wiedzę, która być może ułatwi im przebieg eksperymentu. Albo utrudni.

Alex i Matt to tajemniczy przystojniacy, którzy wiedzą bardzo dużo, jednocześnie udając kogoś innego.
Nadpobudliwy George zbyt łatwo traci panowanie nad sobą, a Katia wygląda na taką, na której lepiej nie polegać zbyt mocno. Britta i Olaf to bardzo zżyte ze sobą rodzeństwo, a spokojny Jian może być zbyt spokojny.
Czy Emily odkryje prawdę, dlaczego tu trafiła? Komu może zaufać, a kogo od razu powinna unikać? I jak ma podejmować decyzje, skoro co rusz coś manipuluje jej zmysłami?

Swoim klimatem powieść przypomina filmy z serii Cube. Różnorodni bohaterowie zostają zamknięci w nieznanej, pełnej zagadek, a co gorsze niebezpieczeństw, przestrzeni. Szybko okazuje się, że każdy ma jakiś brudny sekret, a w sytuacjach kryzysowych każdy reaguje inaczej. Jeden ujawni się jako strateg, inny jako najsłabsze ogniwo, jeszcze inny jako zagrożenie dla reszty grupy. Oczywiście od razu wiadomo, że nie wszyscy przeżyją to ekstremalne doświadczenie, ofiary są nieuniknione. 

Na uwagę zasługuje też umiejętnie wykreowana atmosfera zamknięcia. Bohaterowie-uczestnicy eksperymentu, w sumie niemal do końca nie wiadomo, czy są tutaj z własnej woli, czy też podstępnie ich tu zwabiono. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że ktoś lub coś odebrał im wspomnienia, co wiele utrudnia. 
Bohaterowie tak naprawdę nie mają kontroli nawet nad przebiegiem eksperymentu. Gdy już wydaje się, że coś osiągnęli, że pokonali nieznane, albo zasypiają, albo tracą świadomość. 
Dzięki temu klimat opowieści jest tajemniczy i niepokojący. 

Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czy przełom, jaki następuje w eksperymencie, jest nim faktycznie, czy też może bohaterowie dalej śnią? I chyba to właśnie jest w tej historii najlepsze. Finał powieści tak naprawdę nie ujawnił wszystkich sekretów bohaterów. Emily, Matt, Alex i dr Stone wciąż mają wiele w zanadrzu. Projekt Królowa to pierwsza część trylogii, oczywistym jest więc, że dużo się tu jeszcze wydarzy. Dlatego niecierpliwie czekam na kolejny tom.

Polecam. Dobry thriller.

Dziękuję!

środa, 7 czerwca 2017

Emelie Schepp: Biały trop

Autor: Emelie Schepp
Tytuł: Biały trop
Seria: Jana Berzelius, t. 2
Stron: 400
Wydawca: Media Rodzina






Jeszcze dobrze nie  ucichły echa głośnej sprawy dotyczącej nielegalnych imigrantów,  a młoda prokurator Jana Berzelius już pakuje się w nowe kłopoty. Przeszłość, która wróciła do niej z siłą huraganu, nie daje o sobie zapomnieć, wręcz przeciwnie każde odgrzebywać stare rany, szukać śladów dawnych wrogów, a jeśli śladów, to i zemsty. 
Spotkany przez Janę po latach Danilo Pena wyzwala w kobiecie burzę uczuć od niepokoju po wściekłość. Ich spotkanie kończy się walką, z której Jana ledwo wychodzi cała. Co więcej jest świadek tego wydarzenia. Czyżby sekrety ambitnej prokurator miały ujrzeć światło dzienne? 

Biały trop to druga część serii autorstwa Emelie Schepp. Główną bohaterką uczyniła Schepp młodą prawniczkę, której tragiczna i mroczna przeszłość łączy się z przestępczą działalnością wielu ludzi w kraju. 
Tym razem policjanci z komendy zostają wezwani do znalezionej w pociągu dziewczyny, która umarła z przedawkowania narkotyków. Nie byłoby w tym nic zastanawiającego, gdyby nie fakt, że nastolatka przemycała je we własnym żołądku. Trop ponownie prowadzi Janę do Danila, a także do jej ojca, z którym Jana ma chłodne relacje. Czy te dwie sprawy mają wspólny mianownik w osobie tajemniczego Starca? Dlaczego giną pozornie przypadkowe osoby niezwiązane ze sprawą?  Jana Berzelius ma mało czasu. Albo odnajdzie Danila i odzyska stracone prywatne dokumenty, albo jej kariera i życie osobiste legną w gruzach. 

Tym razem, takie miałam odczucie, akcja toczy się nieco wolniej niż w części pierwszej. Autorka bardzo oszczędnie raczy czytelnika szczegółami z życia Jany. Prawdopodobnie było to celowy zabieg, raz że jest to druga część (a często środkowymi częściami rządzi taka zasada), a dwa dlatego, że sama bohaterka wielu rzeczy ze swojej przeszłości nie pamięta. Pamięć wraca do niej stopniowo i w takim tempie czytelnik poznaje te szczegóły. 
W drugiej części fabuła skupia się także na życiu prywatnym policjantów, w którymi na co dzień współpracuje Jana. Przyglądamy się zatem dwóm policyjnym związkom. Anneli i Gunnar, w teorii ze sobą od 20 lat, ponownie się zeszli. Czy aby jednak była to dobra decyzja?  Henrik Levin i jego żona spodziewają się właśnie trzeciego dziecka. Czy zapracowany policjant poradzi sobie z nadmiarem obowiązków i poświęci partnerce odpowiednią ilość czasu?  Nadal samotna Mia Bolander wciąż spotyka na swojej drodze nieodpowiednich mężczyzn i nieustannie boryka się z kłopotami finansowymi. Wszystko to jest prawdziwe i ludzkie. Policjanci, tak jak każdy mają swoje słabości, obawy, lęki, ich życie nie składa się przecież z samej tylko pracy śledczej.

Powieść, jako całokształt, czyta się nieźle. Krótkie rozdziały, w których prowadzona sprawa przeplata się z prywatnymi sprawami policjantów, stopniowo przybliżają czytelnika do rozwiązania części zagadki. Piszę części, bo i tym razem autorka nie odkryła wszystkich sekretów dotyczących Jany Berzelius. Objedliśmy się smakiem i pozostaje jedynie czekać na trzecią część, której poprzeczka ustawiła się dość wysoko. 

Dziękuję!

niedziela, 4 czerwca 2017

Brandon Sanderson: Calamity

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Calamity, t.3
Trylogia Mściciele
Stron: 436
Wydawca: Zysk i S-ka






Gdy niebo rozświetliła ognistym płomieniem tajemnicza Calamity, z ludzi, zwykłych do tej pory zjadaczy chleba, narodzili się Epicy, istoty o wyjątkowych, nadprzyrodzonych właściwościach.  W krótkim czasie Epicy stali się niemal oddzielną rasą, a ponieważ bardzo urośli w liczbę, życie zwykłych śmiertelników stało się nie do zniesienia. Gdzie zbyt wiele mocy, tam eskalacja, a cierpią jak zwykle cywile. Do walki z Epikami, stanęły oddziały samozwańczych Mścicieli.

Walka z Epikami jest jednak niczym syzyfowa praca; pokonanie jednego Epika, sprawia, że po przetasowaniu na szachownicy sił, wyrasta kolejny tyran.
David Charleston, obecny przywódca jedynego pozostałego przy życiu teamu Mścicieli, dobrze o tym wie. Epicy nie tylko pozbawili go domu rodzinnego i ojca, ale też sprawili, że mentor młodzieńca Profesor przeszedł na ciemną stronę mocy. Teraz David stoi przed trudnym zadaniem: Profesora trzeba pokonać i zabić, albo pokonać i zawrócić z drogi zniszczenia, ku której podąża. David wierzy, że skoro Megan się to udało, to każdy Epik jest do tego zdolny. Ale jak zapanować nad swoją największą obawą, która może być jednocześnie i przyczyną siły i słabości?

Trzecia część ma swoje plusy.
Przyjemnie obserwować, jak David dorasta do roli przywódcy i jak zmaga się z faktem, że być może ma w sobie coś, co uczyniłoby go Epikiem. Zabawna i urocza jest jego relacja z Megan i nie da się nie lubić innych bohaterów, w tym irytującego, pokrzywdzonego przez los Knighthawka. W fascynujący sposób opisał autor miasto z soli, które żyjąc własnym rytmem, rozpada się i odnawia w przeciągu tygodnia.

Cała historia przypomina trochę film spod znaku Mission impossible. Bohaterowie gromadzą broń, wchodzą na salę w przebraniach cukierników, kontaktują się przez odbiorniki i podkładają ładunki wybuchowe. W tle cały czas majaczy wątek z rzeczywistościami równoległym, który, przyznam szczerze sprawiał, że niekiedy się gubiłam. Dlatego, choć niby jest fajnie i czyta się w ogromną przyjemnością, to ma się takie poczucie, że czegoś tu jest jakby za dużo. Być może dlatego ta finałowa część nie ma już w sobie tego klimaty, który miała część pierwsza i przez pewien czas jeszcze druga.
Chodzą słuchy, że całość ma trafić do kin, że szykuje się ekranizacja i faktycznie, czytając część trzecią miałam takie wrażenie, że bardziej oglądam film niż czytam książkę. Nie znaczy to, że finał mi się nie podobał. Trylogię o Mścicielach polecam młodym czytelnikom i tym nieco starszym. W ferworze walki przyjemnie pomarzyć sobie, że mogłoby się być takim Epikiem i wpływać na przykład na wzrost roślin w ogrodzie czy na szybkość czytania książek. 
Polecam. Przyjemna lektura.

Dziękuję!

niedziela, 28 maja 2017

Rachel Abbott: Obce dziecko/Dziecko znikąd

Autor: Rachel Abbott
Tytuł: Obce dziecko
Seria: Tom Douglas t. 4
Stron: 448
Wydawca: FILIA





Obce dziecko zaczyna się w intrygujący sposób. Caroline Joseph wraca z rodzinnej imprezy do domu. Na tylnym siedzeniu śpi jej 6-letnia córka Natasha. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dochodzi do wypadku, w którym Caroline umiera na miejscu, zaś  mała Tasha znika bez śladu. Życie Davida Jospeha, męża i ojca, wali się gruzy.
Mężczyznę spotykamy ponownie 6 lat później. Ożenił się powtórnie, ma też małego synka. O tamtej tragedii nie zapomniał, tym bardziej, że zakrojone na szeroką skalę poszukiwania Tashy, nic nie dały. 
Dlatego David i jego żona Emma są w ogromnym szoku, gdy któregoś dnia w ich kuchni, pojawia się Tasha. Dziewczynka jest zamknięta w sobie i wrogo nastawiona, ale największe przerażenie budzi fakt, że nie wiadomo skąd się wzięła i co się z nią działo przez te lata. 
W sprawę zostaje zaangażowana policja, co zbiega się ze odnalezieniem ciała innej nastolatki w wieku Tashy. Te dwie sprawy wydają się być ze sobą powiązane. 

Odnalezienie się Tashy obserwujemy oczami Emmy, macochy dziewczynki. Kobieta po tragicznej śmierci byłego narzeczonego, zdołała na nowo ułożyć sobie życie. Powrót Tashy budzi jej niepokój, gdyż ma nieodparte wrażenie, że wydarzy się coś złego, a dziewczynka nie ma dobrych zamiarów. Czy to tylko obawy, czy też może faktycznie gdzieś czai się zagrożenie? 

Poprzednia część Śpij spokojnie podobała mi się bardzo i z tym pozytywnym nastawieniem sięgnęłam po kolejną część serii o inspektorze Tomie Douglasie. 
Ku mojemu zaskoczeniu czwarta część okazała się jeszcze lepsza od swojej poprzedniczki. Oprócz wątku sensacyjnego, sprawy prowadzonej przez policjantów, autorka bardzo rozbudowała wątek związany ze śmiercią brata Toma, co znacznie wpłynęło na atrakcyjność opowiadanej historii. Sprytnie powiązane wątki sprawiły, że powieść czytało się naprawdę z zaciekawieniem, zaś samo snucie domysłów było ogromną przyjemnością. Czwartą część serii uznaję za najlepszą i jestem ciekawa, co w następnej powieści wymyśli autorka, bo po dobrej historii oczekiwania rosną i trudniej je zaspokoić. 


Tytuł: Dziecko znikąd
Seria: Tom Douglas t. 4.1
Stron: 170
Wydawca: FILIA 

Czytelniczą gratką, ukłonem w stronę wiernych czytelników jest krótka nowela zatytułowana Dziecko znikąd, będąca swoistym epilogiem losów Tashy i jej macochy Emmy. 
Odkąd Tasha Joseph zdecydowała się na ucieczkę, Emma nie ustaje w poszukiwaniach. Pomimo przykrych przeżyć, kobieta chce odnaleźć pasierbicę i stworzyć jej dom, którego w tak okrutny sposób ją pozbawiono. 
Ale nie tylko Emma szuka Tashy. Oprócz policji, potrzebującej zeznań świadka, jest też i mafia, której informacje posiadane przez dziewczynkę, mogą poważnie zaszkodzić. Pytanie więc brzmi, kto znajdzie ją pierwszy i czy Tasha zdecyduje się wyjść z ukrycia? 

Nie powiem, że nowelkę czyta się źle, bo było w niej kilka fajnych momentów. Emma i Tasha zasłużyły na happy end i tego się nie czepiam. Jednak mniej więcej w połowie historii zaczęłam odnosić wrażenie, że autorka jakby straciła koncepcję i aby utrzymać napięcie w historii, uciekła się do bóstwa z machiny czyli postaci Jacka Douglasa. Skutek był taki, że zakończenie wydawało mi się sklecone nieco na siłę.
Niemniej jednak, warto przeczytać Dziecko znikąd, bo po zakończonej lekturze Obcego dziecka z pewnością zostanie niedosyt, który zaspokoić może tylko to opowiadanie. 

Jeśli ocenić te dwie pozycje jako całość, efekt wychodzi zdecydowanie na plus, a historia Emmy i Tashy na długo zapada w pamięć.

wtorek, 23 maja 2017

Ptasi Top Gun czyli Zambezia

Tytuł: Zambezia
Reżyseria: Wayne Thornley
Scenariusz: Andrew Cook, Rafaella Delle Donne, Wayne Thornley, Anthony Silverston
Wytwórnia: Triggerfish Animation
Czas trwania: 83 min.







Zambezia wyszła z rąk twórców Kumby i tego samego studia.  Jakoś ostatnio bardzo przypadły mi do gustu afrykańskie klimaty i dlatego akurat taki wybór filmu.

Afryka, gdzieś tam na krańcu, można by rzec tam, gdzie marabut mówi dobranoc. To tutaj mieszka młody sokół Kai. Młodzieniec rwie się do czynu i do brawurowego latania, próbując jednocześnie wyrwać się spod opiekuńczych skrzydeł ojca Tendaia. Zachowawczy i zgorzkniały ojciec najchętniej trzymałby syna w gnieździe i kazał mu tylko naprawiać ogrodzenie, zaś pełen życia i ciekawy świata Kai chciałby robić wszystko, tylko nie naprawiać ogrodzenie.

Stara prawda mówi, że kiedyś pisklęta muszą opuścić gniazdo. Kai także podejmuje taką decyzję i wspólnie z nowo poznanymi ptakami, decyduje się polecieć do legendarnej Zambezii, stolicy ptasiego świata. Po dotarciu na miejsce jest oczarowany; wszystkie ptaki żyją tu niczym w raju, bezpiecznie wysiadując jaja i pielęgnując pisklęta. Całą społeczność chronią Dziobasy, elitarna brygada szybko latających ptaków, do której Kai ma zresztą nadzieję wstąpić.

Tymczasem Tendai zaniepokojony zniknięciem syna, zaczyna go szukać i wpada w szpony marzącego o kradzieży wszystkich ptasich jaj ogromnego legwana Budzo. Ten ostatni zagabnie manipulując niezbyt inteligentnymi marabutami, opracowuje plan zagrażający całej Zambezii. Kai z przyjaciółmi będzie musiał nie tylko uratować swojego tatę, ale też zawalczyć o przyszłość całej Zambezii.

Animacja jest wdzięczna i miła w odbiorze. Barwna i kolorowa, rozśpiewana, jak cała ptasia społeczność. Okazuje się, że zamebezyjczycy trochę się rozleniwili i za dużo złożyli na barki Dziobasów. A kto zapomniał, że w jedności siła i wszyscy mogą zawalczyć o swój dom i jaja? Ano mogą i właśnie przyszedł na to czas.
O ile pierwsza połowa filmu toczy się dość spokojnie i beztrosko, o tyle końcówka i sceny walki ptaków z legwanami były super i w dużej mierze zważyły na ocenie filmu.

Zambezia to lekka, pogodna historia w sam raz do obejrzenia całą rodziną. Wielce ambitną bym jej nie nazwała, ale tak na jeden raz całkiem przyzwoita i pozostawia bardzo miłe wspomnienia.

piątek, 19 maja 2017

Hanni Munzer: Marlene

 Autor: Hanni Munzer
Tytuł: Marlene
Cykl: Miłość w czasach zagłady, t.2
Stron: 552
Wydawca: Insignis








Powieść Miłość w czasach zagłady zrobiła w mojej rodzinie furorę. Oprócz mnie przeczytali ją także mój mąż i teściowa i byli zachwyceni. Tym chętniej więc podjęłam się zrecenzowania, można by to tak nazwać, swoistej kontynuacji losów Marlene, Deborah i kilku innych bohaterów poznanych w części pierwszej. 
Powieści Marlene nie można tak do końca nazwać kontynuacją Miłości w czasach zagłady. Uważam, że lepiej pasuje tu pojęcie spin-off, gdyż ukazane są tu losy pobocznych postaci, występujących w części pierwszej, a spora część wydarzeń dzieje się w podobnym czasie. Mimo to lektura okazała się bardzo przyjemna i pouczająca o czym poniżej.

Marlene poznaliśmy w pierwszej powieści. Była członkinią ruchu oporu i na krótki czas jej drogi przecięły się ze ścieżkami Deborah Berchinger omamionej knowaniami Albrechta Brunnmanna. Doświadczona Marlene była tajemnicza, zaradna i niesłychanie wytrwała. Potem jednak czytelnik stracił ją z oczu.Prawdopodobnie autorka już wtedy zamierzała obdarzyć Marlene jej własną powieścią. 

Gdy spotykamy Marlene na początku nowej powieści jest już nobliwą, starszą panią, jednak charakterek i ostry język, pozostały. Bohaterka podjęła decyzję, by opowiedzieć rodzinie i najbliższym koleje swojego życia. Chce szczerze opowiedzieć o wszystkim i nie pomijać niczego, nawet tego, co przez lata uważała za bolesne i wstydliwe. Uważa, że zbyt wiele przeżyła, by teraz przejmować się tym, co pomyślą ludzie, a rodzina powinna znać całą prawdę.

Kiedy drogi Marlene i Deborah rozchodzą się, bohaterka postanawia wrócić do działalności w ruchu oporu. Zgodnie z planem ma się udać do Warszawy, by pomóc w przygotowaniu powstania, jednak szereg komplikacji w trakcie podróży, sprawia, że Marlene wraz z poznaną niedawno młodziutką Trudi trafiają do Oświęcimia. Nie będą jednak pracować, jak pozostali więźniowie. Sadystyczny Brunnmann zgotował dla nich o wiele gorszy los - obozowych prostytutek. 

Początkowo nie wiedziałam, czego się po tej powieści spodziewać. Wydawało mi się, że cały temat został wyczerpany w Miłości w czasach zagłady. 
Okazało się jednak, że autorka zebrała dość materiału na drugą powieść i w rzetelny oraz bardzo realistyczny sposób przedstawiła realia życia obozowego z perspektywy więźniarek, którym przeznaczono okrutny los. Wbrew powszechnym opiniom kobiety te nie miały lepiej od pozostałych więźniów; tak samo głodowały, cierpiały zimno, chorowały, a dodatkowo były upokarzane i poddawane wymyślnym torturom autorstwa niemieckich oficerów. 

Nie napiszę tutaj więcej, aby nie zdradzić za dużo, powiem tylko, że książka jest bardzo dobra i warto ją przeczytać, albo jako uzupełnienie części pierwszej, albo jako zupełnie oddzielną powieść bez znajomości jej poprzedniczki.
Hanni Munzer ma niezwykle przystępny sposób opowiadania trudnych historii. Niczego nie ubarwia, nie wygładza, opisuje świat przedstawiony, takim jaki był naprawdę. Oprócz tego widać jej staranne przygotowanie merytoryczne i ogromną znajomość tematu.

Ci, którym spodobała się Miłość w czasach zagłady, powinni sięgnąć po Marlene. To bardzo dobrze napisana powieść, którą czyta się jednym tchem. Polecam.


Dziękuję!

poniedziałek, 15 maja 2017

Lucinda Riley: Siedem sióstr

Autor: Lucinda Riley
Tytuł: Siedem sióstr
Siedem sióstr t. 1
Stron: 544
Wydawca: ALBATROS







Kiedy niespodziewanie umiera charyzmatyczny Pa Salt, jeden z najbogatszych ludzi świata, w życiu jego sześciu adoptowanych córek otwiera się nowy rozdział. 
Oto bowiem młode kobiety stają nie tylko w obliczu nowych wyzwań. Przede wszystkim, jeśli zechcą, będą mogły się zmierzyć z tajemnicami dotyczącymi ich pochodzenia. To ostatnie zmieni je na zawsze, ukształtuje na nowo. 

Otwierająca cykl Siedem sióstr pierwsza powieść o tym samym tytule poświęcona jest najstarszej z sióstr, Mai. Lucinda Riley wpadła na genialny w swej prostocie pomysł, zainspirowany po trosze grecką mitologią i motywem Plejad, a po trosze najciekawszymi zabytkami kultury. W siedmiu książkach ma zamiar opowiedzieć historie młodych kobiet, które w dzieciństwie adoptował ten sam człowiek, równie bogaty, co tajemniczy. Każda z sióstr jest inna, nie tylko z racji pochodzenia, ale też zainteresowań i wybranej drogi życiowej. 

Bohaterka części pierwszej Maja jest uzdolnioną tłumaczką i bardzo piękną kobietą. Gdy, po śmierci adopcyjnego ojca, dowiaduje się, skąd pochodzi, decyduje się tam pojechać i poszukać swoich korzeni. Brazylia wita ją przepiękną pogodą, aromatycznym jedzeniem i dźwiękami samby. 
By poznać pochodzenie Mai, cofamy się do  końca lat 20 ubiegłego wieku. Na krótką chwilę odwiedzamy także Paryż i przyglądamy się planom powstania posągu, znanego dziś jako Chrystus Zbawiciel. Te fragmenty osobiście, zainteresowały mnie najbardziej. 

Czy Maja odnajdzie swoich krewnych i pozna przyczyny, dla których oddano ją do adopcji? A może oprócz wiedzy o przeszłości swojej rodziny, zyska coś jeszcze? 
Siedem sióstr to intrygująca, dobrze napisana powieść, która bardzo wciąga. Wzruszająca jest historia młodej Izabel, a także Mai, która trochę się w życiu pogubiła. Czyta się z ogromnym zainteresowaniem i, naprawdę nie przesadzam, w trakcie lektury czułam się, jakbym Brazylię odwiedziła osobiście. Co cudowne odczucie.

Cykl Siedem sióstr to wspaniałe literackie przedsięwzięcie, któremu kibicuję całym sercem. 7 powieści gwarantuje nie tylko niezwykłą podróż po całym świecie, bo z namiętnej i gorącej Brazylii, historia zabierze nas do zimnej i surowej w swym pięknie Norwegii, ale też rewia kobiecych charakterów i i niezwykłych rodzinnych historii, okraszonych historycznymi ciekawostkami. Dlatego też gorąco zachęcam do lektury pierwszego tomu cyklu i mam nadzieję, że drugi i kolejne tomy, pojawią się na polskim rynku książkowym, niebawem. Polecam! To magiczna i cudowna literacka uczta!

Dziękuję!

piątek, 12 maja 2017

Katie Khan: Zatrzymać gwiazdy

Autor: Katie Khan
Tytuł: Zatrzymać gwiazdy
Stron: 320
Wydawca: Zysk i S-ka






Rzadko spotyka się romans, w którym już na wstępie zdradza się zakończenie, a co więcej bardzo prawdopodobne, że  para głównych bohaterów -kochanków poniesie śmierć. Jeśli dodać do tego, że znajdują się w przestrzeni kosmicznej bez szans na ratunek, a powietrza mają tylko na 90 minut, to robi się bardzo interesująco. Skąd się tam wzięli? I dlaczego czeka ich tak dramatyczny koniec?
Taką zagadką raczy swoich czytelników Katie Khan w swojej debiutanckiej powieści Zatrzymać gwiazdy. Brzmi intrygująco?

Świat, jaki znamy i w którym żyjemy obecnie, już nie istnieje. Na skutek wojennych kataklizmów i użycia przez światowe mocarstwa broni nuklearnej, Stany Zjednoczone i Bliski Wschód przestały istnieć. Ocalała Europa, chcąc się ratować, stworzyła utopijny ustrój społeczny, którego podstawą jest tzw. Rotacja. W praktyce oznacza to, że obywatele muszą co 3 lata zmieniać miejsce zamieszkania. Ma to sprzyjać poznawaniu innych kultur i niwelowaniu różnic. Nie zawiera się poważnych związków, a jedynie przygodne relacje, a rodziny oraz dzieci można mieć dopiero po 40. roku życia.

W powieści pobrzmiewają echa Nowego, wspaniałego świata autorstwa Aldousa Huxleya i podejrzewam, że to właśnie na cześć tego pisarza autorka nadała jednemu z urzędników jego imię. To także z tej powieści zaczerpnięty został motyw społecznej rozwiązłości czyli zachęcania obywateli do przygodnego seksu, jak i kiedy się spodoba. Młodzi bohaterowie są co prawda dopiero drugim pokoleniem żyjącym w tym ustroju, a już widać wyraźnie, że ta powierzchowność i płytkość relacji wielu bardzo przypadła do gustu i zakorzeniła się w ich świadomości na tyle, że próby stworzenia czegoś stałego są postrzegane jako dziwactwo. 
Jak zawsze jednak w takim ustroju znajdzie się ktoś, kto zapragnie żyć inaczej, tak jak kiedyś. 
Carys jest pilotem agencji kosmicznej, Max to kucharz, marzący jednak o czymś więcej. Kiedy się poznają coś między nimi iskrzy, choć nie powiedziałabym, że to wybuch supernovej. Wyraźnie widać, że mogłoby coś z tego być, więc bohaterowie krążą wokół siebie, chcieliby, ale nie wypada, bo reguły społeczne, itd. Prawda jest taka, że wychowani w mocno zlaicyzowanym pod względem zasad świecie, Carys i Max muszą dorosnąć do bycia razem i do podjęcia kilku ważnych decyzji. Podróż w kosmos ma być sprawdzianem ich decyzji. 

Podobało mi się, że Carys i Max nie są nastolatkami, tylko ludźmi pod trzydziestkę. Dzięki temu fabuła ma zupełnie inny wymiar; nie ma tu łez, wątpliwości i małoletnich dylematów. Jest za to dwoje dorosłych ludzi, którzy próbują coś razem stworzyć, a do ideałów im daleko. Na tym przecież polega życie; trzeba ze sobą rozmawiać, docierać się, razem dojrzewać, słowem łamać się z życiem. Coś może się nie udać, nie ma stuprocentowej pewności, że będzie jak w bajce. Ale na tym przecież polega dorosły związek. 

Finał składa się z trzech wariantów zakończenia. Plusem tego jest możliwość wybrania, który wariant najbardziej przypadł czytelnikowi do gustu.  Nie jestem jakąś wielką zwolenniczką dramatów, ale osobiście najbardziej realne i logiczne wydało mi się zakończenie numer trzy. 

Przeróżne recenzje w Sieci nazywają Carys i Maxa nowymi Romeo i Julią. Nie do końca się z tym zgadzam, bo w moim odczuciu Romeo i Julia byli parą niedojrzałych emocjonalnie nastolatków, zaś Carys i Max to dorośli ludzie, rozsądni i myślący, a także pełni wad, przez co prawdziwsi i bardziej wiarygodni. 
Myślę, że powieść Zatrzymać gwiazdy nie potrzebuje takich porównań, bo jej fabuła świetnie obroni się sama. Na przykładzie głównych bohaterów widzimy, że do miłości i bycia razem, trzeba razem dążyć i razem dojrzewać. Osobno nie zdziałają nic, razem mogą osiągnąć bardzo wiele. 
Zatrzymać gwiazdy to piękna i mądrze napisana powieść. Pochłania swoją fabułą, jak kosmos, w którym się toczy. 
Polecam. Wartościowa pozycja.


Dziękuję!

wtorek, 9 maja 2017

Do krainy wiecznej zimy czyli Królowa śniegu

Tytuł: Królowa Śniegu
Reżyseria: Vladlen Barbe, Maksim Sveshnikov
Scenariusz: Vladlen Barbe, Maksim  Sveshnikov
Czas trwania: 80 min.
Wytwórnia: Wizart Animation







Rodzice Gerdy i małego Kaia znikają, porwani przez Północny Wiatr. Ten ostatni zrobił to na rozkaz Królowej Śniegu, która nienawidzi wszelkich artystów i rzemieślników. Ojciec rodzeństwa tworzył magiczne zwierciadła ukazujące prawdę.
Po tej tragedii dzieci trafiają do domu dla sierot, będącego jednocześnie zakładem pracy. Pogodna i mądra Gerda, mimo trudności i nieprzyjaznego zarządcy, jakoś radzi sobie, mając za przyjaciółkę uroczą łasiczkę Zuzię. Kai, utalentowany artystycznie, pracuje w kotłowni. 

Gdy dochodzi do rozpoznania, dzieci nie cieszą się sobą zbyt długo, gdyż Królowa znowu wysyła swoje sługi i tym razem dochodzi do porwania Kaia. Zdeterminowana Gerda z pomocą Zuzi i nowo poznanego trolla Orma, wyrusza w długą i pełną niebezpieczeństw podróż, by uratować brata. 

Czytałam w Sieci nie do końca pochlebne recenzje tej animacji. Na szczęście zanim to zrobiłam, obejrzałam film i zdążyłam sobie wyrobić na jego temat własne zdanie. Wyprodukowany przez rosyjskie studio Wizart Animation film, nie należy może do tej kategorii co Kraina Lodu, ale nie jest tak zupełnie bezwartościowy. 

Oparta na motywach baśni H.Ch. Andersena animacja w ciekawy sposób prezentuje podróż Gerdy do pałacu Królowej Zimy. Poznani w drodze ludzie w rożny sposób  przeszkodzą lub pomogą dziewczynce w dalszej podróży. 
Zdecydowanie najmocniejszym charakterem tego filmu jest troll Orm, mający zdolność przemiany w czarną łasicę, choć jak sam twierdzi, w niedźwiedzia polarnego też potrafi. Orm, jako sługa Królowej, ma za zadanie doprowadzić Gerdę do pałacu.  Marudny i złośliwy, początkowo wydaje się nieczuły na urok Gerdy i skupiony na sobie. Z czasem jednak przekona się, czym jest przyjaźń i troska o bliskich i być może odkryje w sobie niedźwiedziego ducha.

Bajka nie jest długa, ma zaledwie 80 minut, mnie jednak bardzo dobrze się ją oglądało. Pomysł, by Gerda spotykała w swojej podróży różne osoby, był bardzo dobry. Skupiona na sobie wiedźma chce handlować kwiatami, jednak nie umie sprawić by pachniały, a skłócony z dziećmi król, jest zmuszony wszystko dzielić na pół, zapominając o wartości najbliższej rodziny. Ciekawym zabiegiem było też sięgnięcie do przeszłości Królowej, by pokazać, co uczyniło ją taką, jaka jest teraz.
Krótko mówiąc, jestem zadowolona z seansu i chętnie obejrzę dwie następne części, bo obecnie to już trylogia.

sobota, 6 maja 2017

Veronica Roth: Naznaczeni śmiercią

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Naznaczeni śmiercią
Stron: 534
Wydawca: Jaguar






Odległa galaktyka, odległa przyszłość. Choć z drugiej strony, kto wie? 
Nie ma dwóch jednakowych planet. Każda jest inna,  a przepływający przez wszystko Nurt różnie wpływa na życie mieszkańców. Thuvhe to lud nastawiony pokojowo, trzymający się wróżb wypowiadanych przez Wyrocznię. Shotet to lud zbieraczy i żołnierzy.
Cyra mieszka na Shotet. Obdarzona wrodzonym darem zadawania innym śmiertelnego bólu, stała się narzędziem w rękach własnego brata, który mając swój bicz, czuje się niepokonany. 
Akos, łagodny i rozsądny z natury, z dnia na dzień staje się więźniem. Musi opuścić dom i pogodzić się ze stratą rodziny. Okazuje się też, że jego dar, kojąco wpływa na umiejętności Cyry.  Czy w takich okolicznościach może się narodzić nić porozumienia? Czy Cyra zdoła uniezależnić się od brata? Czy Akos uratuje swoją rodzinę?

Powieść Naznaczeni śmiercią to coś tak innego od universum Niezgodnej, że początkowo trudno  było mi do tego przywyknąć. W Niezgodnej twardo stąpaliśmy po Ziemi, obracaliśmy się pośród frakcji i walczyliśmy o swobodę wyboru. W Naznaczonych.. rzutem na taśmę trafiamy do świata, który aż skrzy się od pomysłów fabularnych.  Kosmos okazuje się ogromny i tak różnorodny, jak bogata wyobraźnia autorki. Bohaterowie stają przed poważnymi problemami, kolejne wydarzenia nie oszczędzają ich ani trochę, wręcz przeciwnie odciskają coraz silniejsze piętno dorosłości wraz z jej wszystkimi konsekwencjami. 

Gdybym miała szufladkować, powiedziałabym, że cykl Niezgodna napisała młoda debiutantka dla równie młodych odbiorców.  Tymczasem Naznaczeni śmiercią to już seria dla dorosłych i to nie ze względu na sceny, które nie mają w sumie mocno brutalnego wydźwięku. Chodzi mi tu raczej o tematykę i jej ujęcie. Cyra i Akos walczący o swoje przeznaczenie nie są tylko biali, albo czarni. Podejmują decyzje, które nadają im nieco szarości, czyniąc ich przez to prawdziwszymi. Dziewczyna z zabójczymi cieniami pod skórą, zadająca śmiertelny ból i chłopak, który jako jedyny w tym świecie, jest na jej zdolność odporny. W pierwszej części, bo zapowiada się kolejny cykl, mamy wszystko co już właściwie znamy: tyrana z ambicją podboju i wprowadzenia dyktatury,  zakazany romans dwojga nie mających nic ze sobą wspólnego ludzi oraz kiełkujące powoli ziarno rewolucji, która przecież musi w końcu nadejść. Ta ostatnia, jak wiadomo, nie jest końcem, a zaledwie początkiem wszystkiego. 

Podoba mi się bardzo ten nowy, poważny ton w twórczości Veronici Roth i już nie mogę się doczekać drugiego tomu. Powieść polecam nie tylko fanom twórczości autorki, ostrzegam jednak lojalnie, że to zupełnie inne, nowe klimaty. Ale może to i dobrze. Roth nie powiela stworzonych przez siebie schematów, a idzie zupełnie nową drogą, co dobrze wróży nie tylko jej karierze, ale i nam czytelnikom. 
Polecam!

Dziękuję!

wtorek, 2 maja 2017

Emily Barr: Jedyne wspomnienie Flory Banks

Autor: Emily Barr
Tytuł: Jedyne wspomnienie Flory Banks
Stron: 328
Wydawca: Bukowy Las







Mimo wysokiego stopnia zaawansowania medycyny i nauki, ludzki mózg wciąż pozostaje dla nas tajemnicą, głównie dlatego, że jest narządem nieprzewidywalnym i niepodlegającym jednej zasadzie.  To w mózgu znajdują się wszystkie najważniejsze ośrodki funkcjonowania zdrowego człowieka: zmysłów, mowy, czucia, ruchu i pamięci.  Często nawet drobne, pozornie niegroźne uszkodzenie jednego z ośrodków, może zrobić z człowieka kalekę.
Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam i dochodzę do wniosku, że najcenniejszym ośrodkiem w ludzkim mózgu, oczywiście poza ruchem i porozumiewaniem się, jest pamięć. To pamięć pozwala nam na przechowywanie wspomnień, na uczenie się nowych rzeczy i wykorzystywanie ich w praktyce, na prawidłowe interakcje w społeczeństwie. Człowiek bez sprawnie działającej pamięci jest bezradny, zbyt ufny i zdany na opiekę najbliższych. Bo jak tu sobie radzić samemu, gdy nie zapamiętuje się najprostszych rzeczy? 
17-letnia Flora Banks coś o tym wie. 

Emily Barr w swojej powieści Jedyne wspomnienie Flory Banks każe swojej bohaterce zmierzyć się z takim właśnie problemem. 
Przeżyty w dzieciństwie uraz, bardzo poważnie uszkodził pamięć Flory. Mentalnie 17-latka przypomina 10-latkę i na takim też poziomie funkcjonuje. Fakty, osoby, relacje utrzymują się w pamięci Flory co najwyżej kilka godzin. Potem po prostu znikają. Z pomocą rodziców i życzliwych mieszkańców miasteczka Flora radzi sobie z tym jak potrafi. Nosi ze sobą mnóstwo karteczek-przypominajek, a najważniejsze rzeczy hasłami zapisuje na swoich rękach. To pozwala jej jako tako funkcjonować. 
Jednak pewnego dnia, po przebudzeniu, Flora zdaje sobie sprawę, że pamięta coś z poprzedniego wieczoru. Na imprezie u przyjaciółki pocałowała jej chłopaka i pamięta to wyraźnie! Czyżby coś miało drgnąć? Postęp w chorobie? 
Dziewczyna kurczowo łapie się tego wspomnienia i z desperacją człowieka tonącego, postanawia wyruszyć w długą podróż za ukochanym. Zabrzmiało to jak banalna historia miłosna? Nic bardziej błędnego. Jedyne wspomnienie Flory Banks to doskonała mieszanka dramatu z thrillerem psychologicznym.

Początkowo jednak klimat książki faktycznie jest trochę sielski. Flora rozczula swoją nieporadnością i tym, że z tak wielkim mozołem stara się radzić sobie w codziennym życiu. Wszystkie czynności myślowe po przebudzeniu przypominają u niej przelewanie wody przez dziurawe sito. Ale nie jest to zabawne. Wręcz przeciwnie przerażające. Zdrowym ludziom wydaje się oczywiste, że pamiętają własne imię, twarze najbliższych, czy nawet swój wygląd. Flora każdego ranka musi robić reset swojej pamięci i zaczynając od napisów na rękach, wdrażać się do swojego życia. Funkcjonowanie bohaterki przypomina trochę dryfowanie po otwartym morzu: powolne, bez planu i konkretów. Jakie życie może czekać człowieka z taką przypadłością? I czy w ogóle jest jakakolwiek szansa na poprawę tego stanu? 
Gdy Florze udaje się zachować wspomnienie o pocałunku z Drake'm, wydaje się, że faktycznie coś drgnęło. Dziewczyna z godnym podziwu uporem wyrusza w podróż i o dziwo radzi sobie całkiem dobrze. Stopniowo jednak eskapada i pogarszający się stan zdrowia Flory, każą podejrzewać, że coś tu jest nie do końca w porządku. Pragnienie odnalezienia Drake'a zaczyna przypominać obsesję i zaczynamy się zastanawiać, czy choroba Flory nie jest poważniejsza niż myśleliśmy i czy główna bohaterka nie wymyśliła sobie tego wszystkiego? 
To dzięki temu książkę czyta się tak dobrze, gdyż dosłownie do ostatniego rozdziału nie wiemy, jak zakończy się cała historia. 
Czy pocałunek na plaży faktycznie miał miejsce? Jaki sekret ukrywają przed Florą jej rodzice? I co tak naprawdę stało się z bratem bohaterki? 

Jedyne wspomnienie Flory Banks to dobrze i bardzo misternie skonstruowana powieść. Autorka nie koloryzuje, nie każe nagle swojej bohaterce wyzdrowieć i nie daje jej niespodziewanie różowego happy endu. Pojawia się pewna nadzieja, ale, jak już wspomniałam wcześniej, ludzki mózg to nieobliczalna maszyneria i historia Flory może wrócić na stare tory, jak i wskoczyć na zupełnie nowe. 
Polecam powieść Emily Barr. Pozwala ona spojrzeć na problemy innych z zupełnie innej strony i pokazuje, że miłość bliskich oraz cierpliwość i wsparcie przyjaciół mogą naprawdę zdziałać takie cuda, jakich nie osiągnie żadna medycyna.

Dziękuję!

niedziela, 30 kwietnia 2017

Jurasic Park dla najmłodszych czyli Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów

Tytuł: Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów
Reżyseria:  Carlos Saldanha
Scenariusz: Peter Ackerman, Yoni Brenner, Mike Reiss, Michael Berg
Czas trwania: 94 min.
Wytwórnia: 20th Century Fox





Czas płynie. W sercach mieszkańców doliny, mimo trwającej epoki lodowcowej, budzą się ciepłe uczucia.  W takim przyjemnym klimacie rozpoczyna się trzecia część serii filmowej Epoka lodowcowa.
Maniek i Ella oczekują potomka, więc przyszły ojciec stara się stanąć na wysokości zadania. Dba o partnerkę, buduje przepiękny plac zabaw, bardzo się tym wszystkim przejmując. Tym samym zapomina trochę o swoich przyjaciołach, którzy zaczynają się czuć jak piąte koło u wozu. 
Diego dochodzi do wniosku, że kapcanieje i decyduje się odejść, a Sid chciałby zostać rodzicem, ale nikt nie bierze serio jego marzeń. Czyżby unikalne stado miało się rozpaść? 

Przyznam, że początek filmu trochę mnie nudził, bo, w moim odczuciu,  za mało się działo. Kiedy jednak Sid znajduje w zamarzniętej jaskini trzy jaja, z których wykluwają się małe dinozaury, wreszcie akcja filmu wkracza na znane i przyjemne tory. Po małe dinki szybko zjawia się wściekła mama, a Sid staje się dobrowolną ofiarą porwania. Nie chce oddać dzieci. 
Nasi bohaterowie ruszają mu na pomoc i odkrywają, że dinozaury wcale nie wymarły, wręcz przeciwnie mają się bardzo dobrze. 

Twórcy trzeciej części cyklu wzięli na warsztat motyw dinozaurów i podróży do ich zaginionego świata. Maniek wraz z ciężarną Elą, Zdziśkiem, Edkiem oraz Diego wyruszają na pomoc Sidowi, który padł ofiarą własnych instynktów macierzyńskich. Przejście przez pełną niebezpieczeństw dolinę byłoby niemożliwe, gdyby nie pomoc sfiksowanej łasicy Bucka, który żyje wśród dinozaurów niczym tarzan wśród swoich małp. 

Świat dinozaurów według twórców Epoki... jest barwny i różnorodny, ale też bardzo nieprzyjazny i groźny. Dinozaury to najmniejsze ze zmartwień, choć i na nie trzeba uważać. Na naszych bohaterów czyhają mięsożerne rośliny, trujące opary gazów, podstępne przepaście i rzeka lawy. A przede wszystkim on. Rudi. Największy i najgroźniejszy z dinozaurów. Nemezis i Moby Dick Bucka w jednej osobie. 
Oczywiście w ślad za naszymi bohaterami do świata dinozaurów trafia też Scrat, którego pogoń za żołędziem wchodzi na nowy poziom. Oto bowiem nasz wiewiór pozna dziewczynę! Dopadnie go odwieczny dylemat co jest ważniejsze: kobieta czy jedzenie. Perypetie dwóch wiewiórek to jedne z lepszych scen filmu, a tango w ich wykonaniu - genialne. 

Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów będzie świetną rozrywką dla całej rodziny. Przygoda w świecie wymarłych gadów, opowiedziana z kpiącym komentarzem naszych bohaterów zapewnia blisko 1,5 godziny dobrej rozrywki. No i w końcu okazuje się, że najbardziej liczy się stado.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Frode Granhus: Sztorm

Autor: Frode Granhus
Tytuł: Sztorm
Seria: Rino Carlsen, t.2
Stron: 320
Wydawca: Świat Książki






Z wielką niecierpliwością czekałam na moment, w którym Sztorm pojawi się na polskim rynku książkowym.

Po wiosennej lekturze Wiru, stałam się zadeklarowaną zwolenniczką tego typu historii i tego autora. Dramaty kryjące się w zaciszu małych norweskich miejscowości, zadawnione tragedie, zmowa milczenia i przypadek, decydujący o tym, że sprawa wraca na wokandę.

Na krótki czas poznany w pierwszym tomie Rino Carlsen przenosi się z Bodo do pobliskiego Reine. Akurat ruszyło tam nowe śledztwo w związku ze znalezionym w skalnym osuwisku szkieletem nastolatka. Ślady na kościach sugerują długotrwałą przemoc domową. Rozpoczyna się grzebanie w przeszłości, co jest o tyle trudne, że liczba mieszkańców Reine jest bardzo mała, a ludzie raczej niechętnie rozmawiają z policją.

Równolegle z prowadzonym przez Rino dochodzeniem, śledzimy losy tajemniczego pacjenta domu opieki, ofiary straszliwych poparzeń, które odebrały mu zdolność mówienia i w ogóle porozumiewania się z otoczeniem. Od razu mamy świadomość, że to, co go spotkało jest w pełni zasłużone i nie współczuje mu się zbytnio. Czy nie nazbyt pochopnie? 

Poznając lepiej środowisko Lotofów (z norweskiego nabrzeże) Rino odkrywa tajemnicę rysowanych dziecięcą ręką masek. Czy poskłada układankę w całość, zanim będzie za późno?

Trochę brakowało mi  w poznanego w tomie pierwszym Niklasa Hultina. Żywię ogromną nadzieję, że autor nie porzuci tej postaci i da jej szansę w kolejnych swoich powieściach, gdyż moim zdaniem ma ona ogromny potencjał, który można wykorzystać i na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. Sam Rino Carlsen to mężczyzna zupełnie zwyczajny. Łysiejący rozwodnik, nie umiejący dogadać się z byłą żoną, o którą jest trochę zazdrosny, jak i z dorastającym synem, który zmaga się z tak nielubianą w szkole nadpobudliwością psychoruchową. Żaden z niego wybitny detektyw, jest jednak dociekliwy, a to ważna cecha w tym zawodzie. 

Powieść składa się z krótkich rozdziałów: najdłuższy ma trzy, a najkrótszy tylko pół strony, co ma swoje plusy i minusy. Oszczędność w słowach daje wrażenie migawek; szybko przeskakujemy między scenami w domu opieki, śledztwem prowadzonym przez Rino oraz innymi kluczowymi bohaterami, takim jak miejscowy jąkała, czy szef lokalnego posterunku policji. Dzięki temu akcja dość sprawnie biegnie do przodu. Z drugiej strony, miejscami miałam wrażenie niedosytu, bo informacje podawano bardzo skąpo. 

Intryga jest dość złożona i trudno domyślić wszystkich powiązań, ale dzięki temu, że w sprawę jest wmieszanych tyle osób, tak dobrze się czyta. Kiedyś to poczucie dezorientacji trochę mnie irytowało. Teraz już wiem, że wystarczy dać się ponieść wydarzeniom. Po drodze to, co mało istotne odpadnie, a to co ważne zostanie i wszystko stanie się bardziej klarowne. 

Pierwsza część zatytułowana Wir podobała mi się bardzo, Sztorm trochę mniej, ale biorąc pod uwagę całokształt czyli zimny, północny klimat, trupy pochowane w drewnianych szafach oraz ciekawe powiązania między mieszkańcami i tak wychodzi na wielki plus. 

Sztorm można czytać bez znajomości pierwszego tomu, dlatego polecam każdemu czytelnikowi, który ma ochotę na skandynawskie klimaty.

Dziękuję!

sobota, 22 kwietnia 2017

Gaard Sven: Piekło otwarte

Autor: Gaard Sven
Tytuł: Piekło otwarte
Seria: Tommy Bergamnn t. 2
Stron: 544
Wydawca: Media Rodzina






Mimo że dopiero debiutuje w dziedzinie literatury, to jest to debiut z przysłowiowym przytupem. Gaard Sven zgarnął już niemal wszystkie nagrody zarezerwowane w Norwegii dla tego typu powieści. 
Piekło otwarte to druga książka z serii o detektywie Bergmannie, mężczyźnie nieco życiowo zwichrowanym, jednak budzącym w czytelniku sympatię. 

Fabuła drugiej części serii jest oparta na sprawie, która w Skandynawii zyskała w ostatnich latach niesamowity rozgłos. Okrzyknięty szwedzkim Hannibalem Lecterem, Thomas Ouick trafił do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Przyznał się do brutalnych zabójstw 33 osób, głównie młodych chłopców. Sprawa Quicka była największym i najbardziej kosztownym procesem w historii szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości, tyle tylko że z biegiem lat zeznania oskarżonego, zaczęły budzić coraz więcej wątpliwości, głównie dlatego, że rażąco rozmijały się z pewnymi faktami dotyczącymi konkretnych spraw. Obecnie coraz więcej wskazuje na to, że Ouick jest nie tyle zabójcą, ile notorycznym kłamcą, który wodził za nos cały wymiar sprawiedliwości tylko po to, by zyskać rozgłos i sławę. 

W powieści Piekło otwarte detektyw Bergmann staje przed kolejnym wyzwaniem, być może kluczowym w jego nadwątlonej ostatnio karierze. Znaleziona w ciężkim stanie młodociana prostytutka trafia do szpitala. Odniesione przez nią obrażenia, prowadzą śledczych do sprawy, którą już dawno zamknięto, co więcej sprawca od dawna siedzi za kratkami. Czyżby trafił się naśladowca? Może morderca miał wspólnika? A może Anders Rask kłamie i zabijał ktoś inny? 
Pytania i wątpliwości mnożą się. W sprawę jest też uwikłana matka jednej z ofiar, co potęguje tajemniczość całej sytuacji. 

Bardzo przyjemnie było ponownie spotkać Tommy'ego Bergmanna. Pozornie to zwykły policjant, ma jednak intrygującą przeszłość, której sam jeszcze do końca nie odkrył. Z tego zaś wynikają problemy, z którymi boryka się w życiu zarówno zawodowym, jak i prywatnym. Ma swoje za uszami, z niewiadomych jemu i czytelnikowi powodów, pobił swoją żonę, choć nigdy za brutala nie uchodził. Teraz ma wrażenie, że przeszłość upomina się o niego, że sprawy, które jego matka zostawiła, uciekając z nim, od niepoznanego nigdy ojca, wracają z siłą tornada. Czy dolegliwości bohatera mają swoje źródło w przeszłości? Prawdopodobnie tak i z ogromną niecierpliwością czekam na trzecią część serii. Wtedy bowiem poznamy nie tylko tajemniczą przeszłość detektywa, ale też kulisy sprawy, której nie domknięto w finale części drugiej. 

Piekło otwarte czytałam w ogromnym zaciekawieniem i podobała mi się ta książka bardziej niż cześć pierwsza. Pogłębiony rys psychologiczny głównego bohatera sprawił, że cała historia nabrała zupełnie innego wymiaru i mocniej mnie do siebie przyciągnęła. 
Polecam powieść nie tylko miłośnikom kryminałów z mroźnej Północy. Myślę, że każdy fan sensacji znajdzie tu coś dla siebie. 

Dziękuję!

czwartek, 20 kwietnia 2017

W poszukiwaniu serca Matki Natury czyli Vaiana. Skarb Oceanu.

Tytuł: Vaiana. Skarb Oceanu.
Reżyseria: Ron Clements, John Musker
Scenariusz: Jared Bush
Czas trwania: 113 min.
Wytwórnia: Walt Disney






Wyspy archipelagu Oceanii. Raj na Ziemi. Plemię młodej Vaiany żyje w spokoju i dobrobycie.  Twardo trzymają się jednak pewnych zasad, z których najważniejszą jest, by nie wypływać poza granice laguny. Wódz Tui, ojciec dziewczyny, jest w tej kwestii nieprzejednany i wymaga tego od wszystkich, a od swojej córki zwłaszcza. 
Vaiana tymczasem ewidentnie ocean ma we krwi, co widać już w pierwszych scenach filmu, gdy malutka wchodzi do wody, a ta usłużnie cofa się przed nią. 

Raj ten ma jednak pewną skazę. Stara legenda głosi, że morski bóg Maui ukradł serce Defiti, powodując tym stopniowe obumieranie kolejnych wysp. I faktycznie: wracający z połowów rybacy przywożą puste sieci, a tropikalne drzewa nie chcą rodzić owoców. Porywcza Vaiana chętnie udałaby się na połowy poza lagunę, ale jej ojciec nie chce o tym słyszeć.
Niedługo potem umiera babcia dziewczyny, przed śmiercią jednak opowiada wnuczce historię plemienia. Wynika z niej, że przodkowie Vaiany byli odkrywcami, badali nowe lądy i zasiedlali je. Potem jednak to zarzucono na rzecz osiadłego trybu życia, a przepiękne łodzie schowano w starej grocie. Zdaniem babci Vaiany, jej wnuczka została wybrana, by odnaleźć Mauiego i skłonić go do oddania serca Deftiti.
Nie mając nic do stracenia, Vaiana wyrusza w podróż za jedynego towarzysza mając jedynie sfiksowanego kurczaka. Znalezienie Mauiego nie będzie trudne. O wiele trudniejsze okaże się dogadanie z nim, wytatuowany półbóg jakoś nie chce bowiem ani naprawiać wyrządzonych przez siebie szkód. W ogóle okaże się, że trudno się z nim dogadać.

Miło widzieć, że twórcy Zwierzogrodu i Krainy Lodu nie spoczywają na laurach. Świat przedstawiony Vaiany zachwyca kolorami i porywa przepychem rajskich wysp. Aż by się samemu tam chciało być. Jest to ten typ przepychu, który jest nam dane oglądać w filmach przyrodniczych, a tutaj przecież mamy animację i wszystko wydaje się tak rzeczywiste i prawdziwe.
Vaiana i Maui to doprawdy dziwna para. Ona narwana, ale honorowa, bo leży jej na sercu dobro plemienia. On nadpobudliwy narcyz, który jednak, gdy trzeba, łapie za swój magiczny hak i rusza do boju.
Film ogląda się bardzo przyjemnie. Mamy tu mnóstwo przepięknych plenerów, kilka miłych dla ucha piosenek, sporo zabawnych scen z udziałem kurczaka oraz usłużnej i nadzwyczaj inteligentnej wody. Zachwycają sceny na oceanie, gdy Maui i Vaiana walczą z demonem lawy, coś niesamowitego.

Dzieciom z pewnością spodoba się to wszystko, o czym już napisałam powyżej. Kurczak jest naprawdę uroczy, a Maui ma taki zabawny tatuaż, który uosabia jego sumienie.
Starsi miłośnicy tego typu animacji docenią inne efekty starań disneyowskich twórców, takie jak ciekawa intryga, odwołania do kultury codziennej i masowej, zabawne dialogi, czy choćby fakt, kim tak naprawdę był demon lawy.

Jednej rzeczy tylko nie rozumiem, jeśli idzie o polski przekład tytułu. W oryginale główna bohaterka ma na imię Moana i brzmi to przecież całkiem dobrze, dlaczego więc nie można było tego tak zostawić? No cóż. Pomijając ten drobny szczegół, polecam seans. Animacja warta uwagi.

wtorek, 18 kwietnia 2017

W dniu premiery! Ian McGuire: Na wodach Północy

Autor: Ian McGuire
Tytuł: Na wodach Północy
Stron: 336
Wydawca: Prószyński i S-ka








Powieść Na wodach Północy skusiła mnie okładką i obietnicą treści. Co prawda tematyka wydaje się bardziej dla mężczyzn, ale przyznaję, że lubię ciężką prozę, w której człowiek, w warunkach ekstremalnych, zmuszony jest walczyć o przetrwanie, a największym zagrożeniem jest dla niego drugi człowiek. 

Rok 1859, Anglia.
Młody lekarz Patrick Sumner dołącza do załogi statku wielorybniczego Ochotnik. Posada lekarza na statku jest nudna i kiepsko płatna, jednak po tym jak dyscyplinarnie wyrzucono go z armii, Sumner nie może wybrzydzać. Celem wyprawy jest pozyskanie jak największej liczby foczego i wielorybiego tłuszczu, choć nieoficjalnie mówi się, że wyprawy te przestają być rentowne, gdyż olej wielorybi przegrywa z naftą i olejem węglowym. Jest to więc zapewne jedna z ostatnich takich wypraw.

Początkowo wszystko wydaje się iść zgodnie z planem. Kiedy jednak zupełnie niespodziewanie załoga znajduje ciało uduszonego chłopca okrętowego na załogę pada blady strach. Wśród nich jest morderca i to wyjątkowo okrutny, skoro zamordował dziecko. 
Chcąc nie chcąc Sumner przyjmie na siebie rolę, detektywa to może za dużo powiedziane, ale kogoś, kto będzie musiał odkryć prawdę i dochodzić sprawiedliwości. Wolałby co prawda utonąć w przyjemnej mgle laudanum, ale niestety nie będzie mu to dane. 

Początkowo trochę dziwne wydawało mi się, że autor już od razu zdradza czytelnikowi tożsamość zabójcy. Swoją drogą bohater ten budzi dreszcz zgrozy; pogodny, bez jakichkolwiek skrupułów, czy wyrzutów sumienia, zabija, bo ma taką potrzebę i to wszystko. Przypomina węża, który od razu wiadomo, będzie kąsał, a jeśli chwilowo tego nie robi, to dlatego, że nie musi.  Z biegiem fabuły okazuje się, że samo zabójstwo to jedynie wierzchołek góry lodowej, albo nazwijmy to inaczej, wypadek przy pracy, a chodzi tu zupełnie o coś innego.
Długo jednak tego nie widać i dopiero pod koniec, gdy czujność czytelnika nieco opadnie, wszystko staje się jasne, a poszczególne elementy układanki nabierają sensu.

Powieść Na wodach Północy to twarda, męska proza. Rzeczywistość opisana konkretnym, często brutalnym językiem, przedstawiona tak jaką się ją widzi, bez zbędnego słodzenia i wygładzania. Opisy polowań na foki i wieloryby są bardzo naturalistyczne, a zachowanie i czyny bohaterów to bezpardonowa i ostra walka o przetrwanie. Powieść czyta się tak, jak prawdziwą relację z podróży, zaś wątek kryminalny tylko dodaje całości smaczku. To dlatego książka z pewnością spodoba się fanom XIX-wiecznej marynistyki i wypraw połowowych w rejony Oceanu Arktycznego. Czytelniczkom o słabszych nerwach i wrażliwości na wulgarny i sprośny język raczej nie polecam. Mogą one książkę kupić swoim mężczyznom. Tym polecam jak najbardziej.


Dziękuję!

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Anna Hope: Sala balowa

Autor: Anna Hope
Tytuł: Sala balowa
Stron: 304
Wydawca: Świat Książki








Miłość to szalony, nieobliczalny żywioł. Pojawia się znienacka i porywa człowieka z siłą wodospadu. Wielu mówi, że potrafi pokonać wszystko, nawet śmierć.       A czy potrafiłaby wyrwać człowieka z okowów szaleństwa? W myśl teorii autorki powieści Sala balowa, tak.

Sharston w hrabstwie Yorkshire to olbrzymi szpital o charakterze zamkniętym. Blisko 2 tysiące pacjentów to najcięższe i nie rokujące na wyzdrowienie przypadki. Jest rok 1911 i mimo, że to początek nowego wieku, to na temat ludzkiej psychiki i tajników ludzkiego mózgu, medycyna wie śmiesznie mało. Wszystkie zachowania nieakceptowalne społecznie u kobiet, tłumaczy się histerią czyli przemieszczającą się po kobiecym ciele macicą. Każdą zmianę nastroju czy drobne objawy apatii zalicza się do kategorii upośledzenia umysłowego. Jedynym zaś lekarstwem winna być całkowita sterylizacja chorego. Dziś może się nam to wydawać oburzające, czy absurdalne, bo przecież pacjent ma prawo do samodzielnego decydowania o własnym zdrowiu, wtedy jednak postrzegano to zupełnie inaczej. 

Fabułę przedstawiono z trzech perspektyw: dwójki pacjentów i jednego lekarza, dzięki czemu mamy wgląd w obie strony barykady. 
Gdyby spojrzeć na sytuację pacjentów, widać, że kobiety mają zdecydowanie trudniej. Nie wolno im wychodzić poza obręb murów, co już samo w sobie wstrzymuje proces powrotu do zdrowia, brak świeżego powietrza i słońca, jest dla wielu kobiet zabójczy. Oprócz tego ciężko pracują, o ile pozwala na to ich zachowanie, na przykład w pralni, gdzie odór chemikaliów jest dla nich bardzo szkodliwy. Mężczyźni traktowani jako darmowa siła robocza mogą wychodzić na zewnątrz, gdzie albo pomagają przy żniwach okolicznym rolnikom, albo kopią groby dla innych pacjentów. Jednak dzięki pobycie na świeżym powietrzu wielu z nich znacznie lepiej znosi pobyt w szpitalu. 

Ella i John są pacjentami szpitala od stosunkowo niedawna. Spotykają się przypadkiem dzięki przedsięwzięciu nowego lekarza, który postanawia sprawdzić, jak muzyka klasyczna może wpłynąć na pacjentów. Charles Fuller kompletuje orkiestrę i w piątkowe wieczory organizuje coś w rodzaju potańcówek. To tam spotykają się bohaterowie: ona po załamaniu nerwowym, on w depresji po rozpadzie rodziny i śmierci dziecka. 
Co najciekawsze, uczucie rodzące się między bohaterami, bardzo długo pozostaje w sferze samych tylko spojrzeń i przelotnych dotyków podczas tańca. I to właśnie jest w nim najpiękniejsze. Widać, jak po miłości, przychodzi nadzieja, a z nią szansa na wyzdrowienie. Czy w tak nieprzyjaznych warunkach miłość może zakończyć się happy endem? Tego nie zdradzę. 

Jeszcze ciekawsza jest postać młodego lekarza, entuzjasty muzyki klasycznej i gry na skrzypcach. Ten młody lekarz sprawia sympatyczne wrażenie, ale tylko do czasu. Gdy odkrywa w sobie uczucia uznawanie wówczas za przejaw choroby i degeneracji, zmienia się nie do poznania w fanatycznego zwolennika teorii Churchilla o sterylizacji upośledzonych czy członków społecznej biedoty. Działa to zupełnie tak, jakby nie akceptując siebie, starał się wykorzenić to coś w innych. Stąd już bardzo blisko do tego, by z lekarza stać się pacjentem. 

Powieść ta jest dedykowana prapradziadkowi pisarki. Był on pacjentem szpitala, który stał się pierwowzorem powieściowego Shastron i cierpiał na bardzo podobne dolegliwości, jak John. 
Sala balowa to przepiękna, choć smutna w swej wymowie, powieść. Trochę zawiodło mnie zakończenie, choć rozumiem, że być może autorka chciała uniknąć niepotrzebnej ckliwości. Wspaniale oddano surowy klimat Yorkshire, czułam się, jakbym sama tam była. 
Polecam. Bardzo wartościowa pozycja.

 Dziękuję!

piątek, 14 kwietnia 2017

Gdy nie ma człowieków, zwierzaki harcują czyli Sekretne życie zwierzaków domowych

Tytuł: Sekretne życie zwierzaków domowych
Reżyseria: Chris Renaud, Yarrow Cheney
Scenariusz: Cinco Paul, Ken Daurio
Czas trwania:90 min.
Wytwórnia: Universal Pictures






Znacie takie sytuacje, elementy promocji filmowej lub książkowej, że sam zwiastun lub trailer okazują się dużo lepsze niż cały utwór? Sklejony z najlepszych scen nie dość, że zdradza za dużo fabuły, to jeszcze obiecuje istne gruszki na wierzbie, gdy tymczasem okazuje się, że są to raczej zwykłe bazie. 
W moim przypadku tak właśnie było z filmem Sekretne życie zwierzaków domowych. Czekałam na niego odkąd tylko w sieci pojawił się zwiastun czyli w sumie od czerwca 2015 roku. Najlepszą rekomendacją było dla mnie, że film zrobili twórcy moich ukochanych Minionków. Czekałam, czekałam, oczekiwania rosły i wreszcie obejrzałam. 

Nowy Jork, jeden z wieżowców mieszkalnych. Mieszka tu oczywiście wielu ludzi, a niemal każdy ma swojego pupila: psa, kota, świnkę morską, rybki czy kanarki. Gdy ludzie wychodzą do szkoły i pracy, zwierzaki zostają same i czekają na powrót swoich pańciów. Ekhem! Serio? No, nie do końca czekają. Bo okazuje się, że nasze zwierzaki mają swoje życie, o którym, my ludzie, nie mamy zielonego pojęcia. Robią rzeczy, o które nigdy byśmy ich nie posądzali: jedzą, słuchają głośnej muzyki, imprezują, słowem oddają się błogiej hedonii. 

Głównym bohaterem jest mały terrier Max, którego życie gwałtownie się zmienia, gdy jego pani Katie przyprowadza do domu kolejnego lokatora, wielkiego kudłatego owczarka o imieniu Duke. Max jest oburzony i przerażony, dotąd miał swoją Katie tylko dla siebie i tak ma pozostać. Postanawia więc pozbyć się rywala. W ten sposób oba psy trafiają na ulicę, gdzie najpierw stoczą walkę z gangiem dzikich kotów, a potem będą musiały uciekać przed hyclami. Przygód będzie co niemiara, a każda z nich tylko oddala ich od domu. I co teraz? 
Na szczęście grupa wiernych przyjaciół z małym szpicem Bridget na czele, ruszą z odsieczą. Jak zakończy się ta wyprawa, nietrudno się domyślić, sedno jednak tkwi w jakości i tym, jak zwierzaki sobie radzą. 

Zdecydowanie mocną stroną filmu jest pokazanie świata ludzi od strony zwierzęcej i to, jak inaczej zwierzęta postrzegają ludzi. Mamy tu nie tylko psy i koty. Znajdzie się hodowany na dachu sokół o ważkim imieniu Tyberiusz, przezabawna świnka morska Norman, która szuka swojego domu buszując po kanałach wentylacyjnych czy malutki kanarek Dzióbek. Zwierzaki mają własne, bardzo bogate życie, własne upodobania i hobby, ale kiedy trzeba, potrafią się zmobilizować i stanąć za sobą murem. Okaże się to bardzo potrzebne w sytuacji, gdy nawiedzony królik Tuptuś, postanowi dokonać zemsty na naszych bohaterach. 

Dzieciom oglądającym film z pewnością spodobają się bohaterowie, którzy są przesłodcy. Dorośli oglądający film z dzieckiem mogą po seansie poruszyć dwa ważne tematy. Pierwszy wiąże się z niepełnosprawnością zwierząt. Swoją drogą fajnie, że w filmie pojawia się postać Dziadka, psa bez dwóch łap. 
Drugi temat to kwestia poprzedniego opiekuna Duke'a i tego, co się dzieje ze zwierzęciem w przypadku, gdy jego opiekun umiera. To również pokazano w bardzo wzruszający sposób. Najpiękniejszy jest jednak taki wydźwięk, że wszystkie te łobuzy naprawdę kochają swoich opiekunów i spędzając miło czas, czekają na ich powrót. 

Podsumowując, film może i nie jest tak dobry, jak obiecuje zwiastun, ale całkiem przyzwoity i dzieci z pewnością zechcą go obejrzeć  niejeden raz, a to już  o czymś świadczy.