poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Elisabeth Herrmann: Opiekunka do dzieci

Autor: Elisabeth Herrmann
Tytuł: Opiekunka do dzieci
Seria: Joachim Vernau, t.1
Stron: 542
Wydawca: Prószyński i S-ka







Młody, ambitny prawnik Joachim Vernau już niebawem osiągnie życiowy sukces. Żeniąc się z Sigurn, niesłychanie zapracowaną panią polityk, zostanie jednocześnie partnerem w kancelarii adwokackiej jej ojca. Dwa w jednym, już lepiej być nie może.
Zupełnie niespodziewanie w domu rodziny Ziernikov pojawia się Ukrainka z dokumentem i prośbą, by głowa rodziny go podpisała. Ma to być poświadczenie, że w latach II wojny światowej rodzina zatrudniała do opieki nad dzieckiem robotnicę przymusową. Ten podpis zagwarantowałby jej odszkodowanie. Pan domu jednak wszystkiemu zaprzecza, a niedługo potem Ukrainka zostaje znaleziona martwa.
Joachim nie potrafi zostawić sprawy tak sobie, choć tym samym ryzykuje własną przyszłość i idealny związek z Sigurn.
Co zadecyduje? Ciepłą, bezpieczną stabilizację życiową czy też totalną zmianę życiowego kierunku u progu 40-tki?

Nie przeczytałam uważnie opisu treści i mylnie założyłam, że książka jest trzecią częścią przygód Saneli Beary. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w początkowych rozdziałach narratorem okazał się mężczyzna! To zabawne i sama z siebie jeszcze długo się śmiałam. Historia nie jest tak wciągająca, jak poprzednie powieści autorki, jednak ma kilka innych zalet.
Przede wszystkim główny bohater; to zwykły człowiek. Wykształcony prawnik, to fakt, ale przez swoje wścibstwo co rusz pakuje się w kłopoty i ktoś mu obija twarz i nie tylko. 
Oprócz tego bardzo zabawne są jego relacje (jako już zupełnie dorosłego syna) z mamą emerytką i jej przyjaciółką. Przyznam, że te fragmenty, takie właśnie obyczajowe, czytało mi się najlepiej. 
Joachim nie ma zadatków na detektywa, sprawa, którą prowadzi wyszła na wokandę całkowicie przypadkowo, jednak książka jest dobrym początkiem kolejnych powieści z udziałem tego bohatera. Duża w tym zasługa bohaterów drugoplanowych oraz tła obyczajowego, dzięki temu historię, choć może nie wciąga jakoś szczególnie mocno, naprawdę przyjemnie się czyta.

Plusem jest także nawiązanie do okresu wojennego i tragicznych losów robotnic przymusowych zatrudnianych w prywatnych domach bogatych Niemców, odniosłam jednak wrażenie, że autorka chciała z tym motywem zrobić więcej, a wyszło nieco blado. Z pewnością w niejednej rodzinie ukrywają się takie właśnie tajemnice, jednak czy dziś w XXI wieku na młodym pokoleniu coś tak odległego robi wrażenie? Sądzę, że nie tak mocne jak przed 20-30 laty.

Jak już wspomniałam książka ma swoje plusy, jednak czytelników, którym baaardzo podobały się Wioska morderców i Śnieżny wędrowiec może ona nieco zawieść. To nie ten sam klimat opowiadania i trochę inna rzeczywistość. Niemniej jednak Opiekunka do dzieci pozostaje na tyle przyzwoitym poziomie, by polecić ją jako lekturę na deszczowe, wakacyjne popołudnie. Czyta się szybko i bywa zabawnie, czego chcieć więcej.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rhys Bowen: Dublin, moja miłość

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Dublin, moja miłość
Seria: Molly Murphy, t.6
Stron: 488
Wydawca: Noir sur Blanc







W życiu Molly Murphy, butnej, samozwańczej detektyw, chwilowo zapanowała stagnacja. Trudno o nowe zlecenia, a czekający na wyjaśnienie swojej sprawy Daniel, swoim postępowaniem skłania bohaterkę do zastanawiania się, czy oby faktycznie jest on tym jedynym. Gdy więc nadarza się okazja wyjazdu, mimo że chodzi o Irlandię, do której Molly miała nigdy nie wracać (bo przecież stamtąd dwa lata temu uciekła), dziewczyna decyduje się przyjąć intratne zlecenie od zamożnego impresario i odszukać jego siostrę. 
Jednak już na statku, którym płynie bohaterka, sprawy zaczynają się gmatwać. Najpierw znana artystka prosi Molly, by zamieniła się z nią na kajuty, a potem zostaje zamordowana młoda dziewczyna. A miała to być nudna i spokojna podróż. 
Po zejściu na ląd Molly musi zatem nie tylko współpracować z policją, ale też prowadzić własne poszukiwania. Szybko przekona się, że prawa i możliwości młodych kobiet są tak samo ograniczane w Irlandii, jak i w Ameryce, pod tym względem oba kraje są bardzo podobne. Molly jednak nie podaje się i z właściwą sobie rezolutnością stara się rozwiązać powierzoną jej sprawę, pakując się przy tym w niejedne tarapaty.

Szósty tom jest, w moim odczuciu, najmniej kryminalny, a bardziej społeczno-obyczajowy. Prowadzona przez bohaterkę sprawa co prawda łączy się z wątkiem głównym, ale rozwiązuje się dość szybko. Więcej miejsca za to poświęciła autorka ukazaniu Dublina w czasach, gdy panowali w nim Anglicy, a miejscowa ludność traktowana była jak aparat rewolucyjny i przestępczy. Widać, że gdyby miasto dostało szansę, rozwinęłoby się w szybkim tempie i prędzej czy później to nastąpi, ale krewkich Irlandczyków czeka jeszcze bardzo długa i krwawa walka o niepodległość. Oczami Molly, Irlandki wychowanej jak Angielka obserwujemy starania irlandzkich organizacji o zachowanie języka, tradycji, literatury, teatru i poezji. W walkę tę włączają się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Molly ma zatem okazję, by nie tylko odkryć swoje korzenie, ale też zastanowić się, czy los samotnej, samodzielnej kobiety jest jej prawdziwym pragnieniem. A co wtedy z Danielem? 

Jedno jest pewne. Autorce udało się ukazać niesamowity klimat Dublina początków wieku oraz utrzymać napięcie, do samego końca bowiem nie mamy pewności, jak zakończą się intrygi Molly oraz jej nowopoznanych sojuszników. Książkę można czytać bez znajomości poprzednich części, to duża zaleta cyklu, zachęcam jednak do zapoznania się z całą serią o przygodach rudowłosej Irlandki detektyw. Uroczy klimat retro i pełna tupetu bohaterka od razu chwycą czytelnika za serce. 
Polecam. Seria godna uwagi.

Dziękuję!

środa, 16 sierpnia 2017

Rachel Hartman: Łuska w cieniu

Autor: Rachel Hartman
Tytuł: Łuska w cieniu
Seria: Serafina t.2
Stron: 480
Wydawca: MAG








Świat ludzi i smoków stoi na skraju wojny. Młodziutka królowa Gisselda wraz z narzeczonym Lucianem oraz doradczynią Serafiną próbują jej zapobiec, działając dyplomatycznie. Tym samym próbują odkryć przysypane kurzem przeszłości prastare tajemnice pochodzenia ludzkich i smoczych hybryd, co znacząco może wpłynąć na przebieg wojny lub spowodować, że być może do niej nie dojdzie.

Łuska w cieniu to kontynuacja losów Serafiny, dziewczyny o smoczym pochodzeniu, utalentowanej muzycznie oraz zdolnej telepatki, potrafiącej  siłą umysłu łączyć się ze swoimi pobratymcami. 
W drugiej części historii Serafina wyrusza w podróż, jako wysłanniczka królowej. Chcąc zapobiec wojnie, postanawia odszukać realne osoby, których awatary ukrywa w swoim umyśle. Ma nadzieję, że jeśli skłoni je do współpracy, być może pokonają wspólnie stare, dążące do eksterminacji ludzi smoki. Sprawę mocno utrudnia fakt, że wśród mieszańców znajduje się Jannoula, wyjątkowo silna półsmoczyca, umiejąca przejmować umysły innych smoków oraz wpływać na umysły ludzi. By ją pokonać, Serafina będzie musiała zgłębić sekrety pochodzenia półsmoków oraz otworzyć się na własną moc, którą z nieznanych sobie powodów, zablokowała gdzieś w zakamarkach własnego umysłu. 

Jakie sekrety ukrywają smoczy Cenzorzy? Do czego tak naprawdę dąży Jannoula? Czy Serafina zdąży odkryć wszystkie sekrety smoczych świętych, zanim na ludzi spadnie smoczy ogień? I czy główna bohaterka doczeka się happy endu z ukochanym Lucianem? Odpowiedź na to ostatnie pytanie może nieco zaskoczyć czytelnika.

Powieść czyta się powoli. Nie można powiedzieć, że nie jest ciekawie, bo czytałam z zainteresowaniem, ale trudne nazwy, trochę rozwlekłe rozmyślania głównej bohaterki sprawiają, że lektura całości zajmie trochę dłużej, niż się początkowo zakładało. Ogólnie jednak zastosowanie przez autorkę rozwiązania się zadowalające i ogromny plus dla niej, że (prawdopodobnie, bo kto tam może być pewien na sto procent) historia kończy się na dwóch tomach. Rozwlekanie tego do rozmiarów trylogii byłoby już grubą przesadą. A tak jest sensowne zakończenie, układają się losy bohaterów, a co do reszty no cóż, bohaterowie są młodzi i dalszy ciąg ma napisać samo życie. Bardzo mi się podoba takie podejście. 

Historia Serafiny i jej smoczych pobratymców powinna się spodobać wielbicielom dragońskich motywów w literaturze, nie spodziewajcie się jednak scen rodem z latającymi i ziejącymi ogniem bestiami jak w Grze o tron. Smoków jako takich mamy tu w sumie niewiele, myślę, że autorce bardziej chodziło o pokazanie hybryd, czyli mieszańców powstałych z połączenia smoków i ludzi. W kreowaniu wyglądu i charakterów tych ostatnich pomysłów autorce nie brakuje. Dlatego, jeśli ktoś decyduje się na lekturę Serafiny musi być świadom, że wersja smoków proponowana przez Rachel Hartman jest nieco inna od tej oficjalnej i ogólnie znanej. 
Jeśli o mnie idzie powieść podobała mi się. Trochę średniowieczny klimat świata przedstawionego, zaskakująco oryginalne stworzenia i na wskroś dobra smocza muzyczka sprawiły, że historię oceniam na plus. 
Pozycja godna uwagi.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Nicholas Monsarrat: Okrutne morze

Autor: Nicholas Monsarrat
Tytuł: Okrutne morze
Stron: 704
Wydawca: Bellona






Ernest Hemnigway w swoim noblowskim opowiadaniu Stary człowiek i morze ustami starego Santiago powiedział, że morze jest jak kobieta podatna na wpływ zmiennego księżyca; potrafi być źródłem wielu łask, ale może być też okrutne i wiele człowiekowi zabrać. Nie można go za to winić, po prostu ono inaczej nie umie. 
Podobnie jest w bestsellerowej powieści Nicholasa Monsarrata Okrutne morze. Jak powiedział krótko sam autor jest to historia dwóch okrętów, 150-osobowej załogi i wojny. I tak można by w jednym zdaniu streścić całą książkę. 
Wybucha II wojna światowa. Polem okrutnej walki między nazistami i aliantami staje się Atlantyk, wszak droga morska jest miejscem i sposobem na podróż i transport. Oczami dwóch żołnierzy marynarzy Ericsona i Lockahrta śledzimy przygotowania do eskortowania statków z różnymi ładunkami. Wspomnieni wcześniej bohaterowie znajdą się w składzie załogi statku, należącego do eskorty, innymi słowy będą zapewniać bezpieczeństwo statkom płynącym przez Atlantyk. 

Przyznaję, że trochę ociągałam się z lekturą tej książki. W pierwszej kolejności przeczytał ją mój mąż i dopiero pod wpływem jego namów, zabrałam się do czytania. Okazuje się bowiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż dyskusja o przeczytanej książce z drugą osobą, zwłaszcza odmiennej płci. 

Od razu powiem, że książka nie spodoba się każdemu, albo inaczej; nie każdy odbiorca znajdzie w niej to, czego się spodziewa. Nie jest to historia obfitująca w tanią, wymyślną sensację, do jakiej przyzwyczaiły nas współczesne historie o konfliktach zbrojnych, gdzie bohaterowie są na siłę heroiczni, w pojedynkę ratują świat, wygłaszając przy tym łzawe kwestie. To nie to. 
Okrutne morze to książka napisana trochę jak reportaż, trochę jak kronika wydarzeń. Autor nie sili się na jakiś wymyślny ton, po prostu bez fałszywego mądrzenia się opowiada rok po roku historię ludzi, którym przyszło brać udział w wojnie. Najpierw śledzimy przygotowania statku, potem załogi, pierwsze miesiące i lata wojny na Atlantyku, straty w ludziach, uzbrojeniu, okrętach oraz prywatne straty psychiczne. Dramatyczny zwrot akcji w jednym momencie ma uświadomić czytelnikowi, że niczego na wojnie nie można być pewnym i że śmierć czai się za każdą falą. Prosty, swojski sposób prowadzenia narracji sprawia, że Okrutne morze czyta się naprawdę dobrze, mimo że sporo tu fachowych nazw i marynistycznych zwrotów. Jeśli jednak przebrnie się przez spokojny wstęp, w którymś momencie czytelnik zdaje sobie sprawę, że polubił załogę Compass Rose i Saltash, że z zaciekawieniem śledzi ich zmagania i trudną, wojenną codzienność. 

Okrutne morze to nie zwykła, sensacyjna historia o wojnie. To kronika wydarzeń dziejących się na rozległym Atlantyku. Wiele pisze się o wojnie na lądzie, stosunkowo mało wiemy jednak o wojnie prowadzonej na morzu czy w powietrzu i dlatego książka Monserrata jest pozycją tak wartościową. Czytając Okrutne morze dowiadujemy się o rzeczach, o których większość z nas zapewne nie ma pojęcia; jest to ten sposób zdobywania wiedzy, która właściwie przyswaja się sama, bo jest podana w tak atrakcyjny, bezpretensjonalny sposób. Oprócz tego nie można pominąć tak ważnego szczegółu jak życiorys autora. Wszak Nicholas Monsarrat brał udział w morskiej wojnie i przeszedł przez wszystko to, o czym sam pisze, dam głowę, że przeżycia kapitana Ericsona oraz jego podwładnych są przeżyciami samego Monsarrata, a przecież wiarygodność i oparcie na faktach to rzecz, którą najbardziej cenimy w podawanych nam dziś historiach. Książka powstała w roku 1951, a więc autor nie tylko część rzeczy zdążył uporządkować we własnej głowie, ale na tyle odetchnąć przez te kilka lat od zakończenia wojny, aby na wiele spraw spojrzeć bardziej z dystansem i krytycznie. 

Okrutne morze to pozycja niezwykle wartościowa i pouczająca. Jak już wspomniałam, zazwyczaj unikam takich pozycji, ale do tej będę mieć szczególny sentyment. Oto historia o okrutnym morzu i okrutnych czasach napisana przez człowieka morza, który był bezpośrednim uczestnikiem tych wydarzeń. Tak naprawdę to ostatnie to najlepszy argument, by po tę pozycję sięgnąć. 
Książka nie tylko dla miłośników historii wojny. Polecam.


Dziękuję!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nieoczekiwana zamiana czyli Wilk w owczej skórze

Reżyseria: Andrey Galat, Maxim Volkov
Scenariusz: Maxim Sveshnikov
Czas trwania: 84 min.








Szary jest młody, pełen życia i uwielbia dobrą zabawę. Ani mu w głowie przejmowanie przywództwa w rodzinie czy żeniaczka z piękną Bianką. Brzmi znajomo? Z pewnością bardzo ludzko, tymczasem Szary jest wilkiem, synem przywódcy wielkiej watahy i w sumie nie traktuje swojej pozycji zbyt serio. Niecierpliwi to zarówno ojca młodzieńca, jak i czekającą na oświadczyny ukochanego Biankę. 

Dlatego Szary postanawia się zmienić, ponieważ jednak jest zwolennikiem szybkiego działania, naiwnie sądzi, że jeśli wypije miksturę, to zaoszczędzi sobie czasu. Tymczasem bohater budzi się w owczej skórze. Czy zrozumie swoje błędy, a tym samym ocali oba stada: owcze i wilcze? To się okaże. 

Historia miała potencjał, właśnie dlatego po nią sięgnęłam. Motyw zmiany bohatera w kogoś innego, jest wszak gwarantem dobrej zabawy. Chodzi w końcu o to, by zrozumiał on swoje błędy i zmienił postępowanie, ratując tym samym bliskich. 
Tymczasem tutaj tego nie ma. Szary podlega przemianie w owcę, choć jak słusznie zauważył mój bystry małżonek, nie dostaje runa, a tylko kopytka i rogi, poza tym w ogóle nie przypomina owcy. Zrozumienie spływa na niego nagle, nie pod wpływem ważnych wydarzeń, tylko tak po prostu. Zmienił się i już rozumie, teraz pozostaje mu tylko dążyć do powrotu do własnej postaci. 

Z przykrością stwierdzam, że historia jest nudna i jakby na siłę. Bohaterowie dwoją się i troją, korzysta się z typowych motywów i gagów słownych, a jednak jest po prostu drętwo. Sam sposób powrotu bohatera do wilczej postaci winien być spowodowany ważkim czynem, a nie drobnym szczegółem, z czego po pewnym czasie autorzy scenariusza się wycofali. 
Nie czuje się konfliktu między owcami i wilkami, wydaje się jakby te dwie grupy nie miały ze sobą nic wspólnego. 

To dlatego, dooglądawszy z dużym trudem, nie polecam. Lepiej poświęcić ten czas na inne, lepsze animacje. 
Szkoda, bo potencjał był spory.

piątek, 4 sierpnia 2017

Mary E. Pearson: Fałszywy pocałunek

Autor: Mary E. Pearson
Tytuł: Fałszywy Pocałunek
Seria: Kroniki Ocalałych, t.1
Stron: 432
Wydawca: INITIUM






17-letnia księżniczka Lia z domu Morrighan szykuje się do zamążpójścia, które właściwie zaraz się odbędzie. Mariaż ten to sprawa polityczna, ma połączyć ze sobą dwa królestwa i zapobiec wojnie. 
Lia jednak nie chce wychodzić za mąż z powodów politycznych za kogoś, kogo nie zna, dlatego decyduje się na ucieczkę. 
W odległej, spokojnej wsi ma zamiar rozpocząć nowe życie. Czy zmyli licznych łowców?

Historia z pewnością spodoba się młodszym, nastoletnim czytelniczkom, które będą się identyfikować z rozterkami uczuciowymi Lii oraz wątpliwościami dotyczącymi życiowych decyzji. 
Starsi, bardziej wymagający czytelnicy, mogą być nieco zirytowani powolnym tempem narracji oraz brakiem bardziej radykalnych rozwiązań. W trakcie czytania miałam takie wrażenie, że wszyscy bohaterowie są jakby za dobrzy, nawet ci źli, innymi słowy nie czułam grozy sytuacji. Być może młodsi czytelnicy tego nie wyczują. 

Książka dzieli się właściwie na dwie części. Pierwsza opowiada o ucieczce głównej bohaterki od rodzinnego przeznaczenia, a pobyt w spokojnej osadzie z dala od domu nie obfituje w zbyt wiele wydarzeń. Lia wciela się w nową rolę dziewczyny służącej, uczy się pracować i sama na siebie zarabiać. Oczywiście taka historia nie może się obyć bez wątku romansowego. Wokół Lii zaczynają się kręcić dwaj przystojni młodzieńcy: Raffe i Kaden. Jeden z nich to niedoszły przyszły mąż, a drugi wysłany zabójca. Który jest który? Autorka stara się mylić tropy i przez pewien czas się jej to udaje. Dla którego z nich serce księżniczki zabije mocniej? Hmmm, tego nie zdradzę, powiem tylko, że obydwaj panowie mają wiele przymiotów. 

Druga część powieści to podróż, w trakcie której Lia dowiaduje się więcej na temat swojego daru, poznaje też lepiej krainy na obrzeżach swojego królestwa. Z bezbronnej dotąd dziewczyny rodzi się wojowniczka, na którą trzeba będzie uważać, nie jest bowiem tak łagodna, na jaką do tej pory wyglądała. 

Czy Lia odkryje swoje przeznaczenie? Czy pozna prawdę na temat starych manuskryptów? Z kim zwiąże swoje życie: dzielnym, upartym księciem czy gburowatym, odważnym zabójcą? 
Fałszywy pocałunek to miła i sympatyczna pozycja na wakacje. Jeśli szukacie dla siebie historii o księżniczce w opałach, przystojnych konkurentach o jej względy, prastarym  królestwie z bogatą tradycją oraz naturalnych magicznych darach, to powieść M. E. Pearson Fałszywy pocałunek powinna Wam się spodobać!

Dziękuję!

środa, 2 sierpnia 2017

Wakacyjne i dinozaurowe klimaty czyli Wyspa dinozaura

Reżyseria: Reinhard Klooss, Holger Tappe
Scenariusz: Reinhard Klooss, Oliver Huzly, Sven Severin
Czas trwania: 87 min.
Wytwórnia:  produkcja niemiecka







Wyspa dinozaura to film, który powstał na motywach książek niemieckiego pisarza Maxa Kruse. 
Na samym środku oceanu na pięknej tropikalnej wyspie mieszka sobie, nieco zbzikowany Profesor w towarzystwie grupki gadających  ludzkim głosem zwierząt. Są tu więc pingwin Fraczek, który sepleni, jaszczurka Mundek, ciamajdowaty Dziubas, który raz po raz zderza się z jakąś skałą lub drzewem, pesymista Cienki, choć w talii grubawy, bo to lew morski oraz zrzędliwa świnka Frania z kompleksem idealnej pani domu.

Sielskie życie mieszkańców zupełnie się zmienia, gdy pewnego dnia morze wyrzuca na brzeg jajo, z którego niebawem wykluje się prawdziwy dinozaur. Mały Dyzio nie tylko postawi życie mieszkańców na głowie, ale też ściągnie na wyspę króla Pomopniusza, marzącego o kolejnym trofeum myśliwskim na swoją ścianę. Co z tego wyniknie? Cała masa komplikacji i przygód. 

Od pierwszych chwil filmu dokładnie widać, że jest on skierowany do najmłodszej widowni. 
Po pierwsze sam Dyzio swoim zachowaniem i mentalnością bardzo przypomina małe dziecko. Jest po dziecięcemu szczery, powtarza po dorosłych to co mówią, bardzo lubi się przytulać do mamy i myśli tylko o zabawie. Zaś wszystkie polecenia wykonuje na swój sposób, tzn. jeśli każą mu się nie ruszać z miejsca, to on nie zmieniając postawy ciała przesuwa się w wybranym przez siebie kierunku, jednocześnie powtarzając głośno: "nie ruszać się z miejsca, nie ruszać się z miejsca". 
Po drugie wszystkie postaci są kolorowe i mają takie owalne kształty, chyba po to, żeby dobrze się kojarzyły, w końcu kanty i  ostre rogi nie są dla dzieci. 
Przyjemne wrażenie sprawia sama wyspa, słoneczna, ciepła, przypomina wielką piaskownicę. 

W filmie umieszczono też kilka wątków dydaktycznych. Przede wszystkim należy mówić proszę i dziękuję, tego mały widz uczy się razem z Dyziem. Koniecznie też trzeba się dzielić zabawkami z przyjacielem, bo samolubów w przedszkolu czy na placu zabaw nikt nie lubi. No i oczywiście najważniejsza dla malucha jest mama, to życiowe marzenie małego Dyzia i tylko posiadanie mamy sprawi, że bohater zaśnie szczęśliwy. 

Przyjemny dla ucha jest polski dubbing, pingwin uroczo sepleni, a świnka jest taka władcza.
Wyspa Dinozaura to dobry film do obejrzenia razem z dzieckiem i to nawet w kilku podejściach. 

niedziela, 30 lipca 2017

Jennifer Probst: Dotyk miłości

Autor: Jennifer Probst
Tytuł: Dotyk miłości
Seria: Searching for, t.1
Stron: 416
Wydawca: Akapit Press






Na lekturę książki Dotyk miłości zdecydowałam się będąc trochę na fali innego cyklu tej autorki zatytułowanego Marriage to a billionaire. Spodobał mi się lekki styl pisania J. Probst, kreacje sympatycznych bohaterów i to, że książki pochłaniało się właściwie jednym tchem. W ten sposób trafiłam na Dotyk miłości. 

Krótko na temat fabuły. 
Kate Seymour prowadzi małe biuro matrymonialne. Wspólnie z dwiema przyjaciółkami Kennedy i Arilyn łączy ze sobą ludzi, wzmacniając ich pewność siebie i budując w nich poczucie własnej wartości. Jest w tym odrobina magii, Kate posiada bowiem dziedziczony w jej rodzinie dar dotyku, który pozwala jej rozpoznawać, czy dane osoby do siebie pasują. Kobieta jest w tym świetna, jednak sama jeszcze nie spotkała swojego wybranka. Jak to mówią, szewc bez butów chodzi.

Slade Montgomery to wygadany prawnik i nadopiekuńczy starszy brat. Nie wierzy w miłość, stałe związki, ani żadną magię. Ponieważ jednak obawia się o swoją młodszą siostrę, która właśnie została klientką biura, postanawia zdemaskować, jak sądzi, cyniczne naciągaczki i sam też zostaje klientem Kate i jej przyjaciółek.

Książka jest zabawna, naprawdę zabawna i to w bardzo zwyczajny, prosty sposób. Bawią bohaterowie i ich przemyślenia, a kolorytu całości dodają męski punkt widzenia Slade'a oraz mama głównej bohaterki, która jest wyzwoloną seks terapeutką i ostatnią wielką hippiską Nowego Jorku.

Za serce chwycił mnie także wątek niepełnosprawnego psa Kate, uratowanego od śmierci Roberta. Starania Kate, by utrzymać psa w dobrym zdrowiu oraz jej zaangażowanie nieraz wyciskały mi łzy z oczu. Najciekawsze jest jednak to, że prawdziwy Robert istnieje naprawdę, a jego zdjęcia można obejrzeć na Fb pod adresem RobertPetsAlive.

W trakcie lektury okazało się, że cykl jest właściwie spin-offem serii Marriage to a billionaire. Pojawiają się tutaj nie tylko znani już z poprzedniego cyklu bohaterowie: Aleksa, Karina, Maggie, Michael i Nick. Jedna z postaci drugoplanowych Gen, okazuje się młodszą siostrą Aleksy. Obecnie Gen to już kobieta po studiach, zaangażowana w pracę lekarza. Dowiedziałam się też, że to jej i Wolfowi (uratowanemu życiowo przez Sawyera Wellsa) będzie poświęcony kolejny tom serii, co bardzo mnie ucieszyło, bo widać, że te dwie postaci mają potencjał i głębię. Uwielbiam takie nawiązania i połączenia.
W miejscowej taniej księgarni Kate znajduje też znaną nam już fioletową książkę i postanawia z niej skorzystać. Miło wiedzieć, że tomik znów trafia do obiegu i pomoże zyskać wiarę w siebie kolejnym zagubionym kobietom. Swoją drogą tak mi przyszło teraz do głowy, że fajnie byłoby gdyby tomik trafił kiedyś w ręce zagubionego pana, bo kto powiedział, że panowie nie mogą rzucać czarów i szukać swojej bratniej duszy? 

Książka, krótko mówiąc, jest super. Romantyczna, zabawna i wzruszająca. Polecam. To idealna lektura na upalne lato, w końcu każdy potrzebuje w życiu trochę magii.

sobota, 29 lipca 2017

Rozprawa z Bogiem czyli recenzja filmu Chata

Reżyseria: Stuart Hazeldine
Scenariusz: John Fusco,
Obsada: Sam Worthington, Octavia Spencer, Radha Mitchell, Aviv Alush, Sumire i in.
Czas trwania: 127 min.






Film powstał na podstawie powieści Williama P. Younga pod tym samym tytułem. Od razu przyznam, że nie czytałam książki, choć rzecz jasna z grubsza wiedziałam czego dotyczy. Pamiętam lata, gdy święciła triumfy na blogach, zbierając wiele pozytywnych recenzji. Nie przyciągnęła mnie wówczas do siebie i dopiero teraz po seansie filmu, jestem skłonna do niej zajrzeć. 

Główny bohater tej historii Mack zawsze był trochę na bakier z Bogiem. Chodził co prawda z rodziną do kościoła i odmawiał z dziećmi wieczorny pacierz, ale nie robił tego z sercem. Mocno skrzywdzony w dzieciństwie, był raczej człowiekiem skrytym i dość zachowawczym w kontaktach z ludźmi. Mimo to jego rodzina miała się dobrze i była szczęśliwa. Wszystko uległo zmianie, gdy na campingu zupełnie niespodziewanie zaginęła najmłodsza córka Macka, Missy. Dziewczynki nigdy nie odnaleziono, jedynym śladem, jaki po niej pozostał, była jej czerwona sukienka. Przytłoczona ogromem tragedii rodzina nawet nie mogła wyprawić dziecku godnego pogrzebu, bo przecież nie znaleziono ciała. 
Rok później rodzina Macka jest na skraju rozpadu. Mack izoluje się od bliskich,  dorastające dzieci są osamotnione w swoim cierpieniu i tylko żona Macka, Nan stara się jakoś trzymać rodzinę w normalności. To właśnie wtedy Mack dostaje list z zaproszeniem na rozmowę. Nie ma podpisu nadawcy, ale wszystko wskazuje na to, że list napisał sam Bóg. Zdesperowany mężczyzna zabiera ze sobą broń i wyrusza w podróż. Co go czeka na jej końcu? 

Film oglądałam z mężem i generalnie podobał nam się bardzo, choć jednocześnie wiem, że nie każdemu przypadnie on do gustu i nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest wierzący czy nie. 
Powolne tempo narracji może być plusem i minusem. Plusem, bo pozwoli skupić się na drobnych wydarzeniach, napawać się wagą wypowiedzianych słów i pięknem plenerów, a minusem, bo osoby przyzwyczajone do szybszego tempa może zwyczajnie znużyć. 
W klasycznym rozumieniu dziania się, dzieje się mało. Mack przybywa do Chaty, gdzie będzie musiał zmierzyć się ze swoim cierpieniem i przeżytym koszmarem i albo mu się to uda i pójdzie dalej, albo po prostu wypali się jako człowiek i będzie wrakiem. Najpierw jednak bohater musi zrozumieć, jaką rolę w tym wszystkim pełni Bóg, jakie jest miejsce jego jako człowieka i czy potrafi wybaczać czy może powinien osądzać. 

Jeśli pogodzić się ze spokojnym tempem narracji, przyjąć za dobrą monetę piękne krajobrazy i miejsca oraz delektować się drobnymi czynnościami takimi jak przygotowanie posiłku, pielęgnowanie ogrodu czy oglądanie nieba nocą, a także uważnie wysłuchać dysput Macka z obliczami Boga, film nie tylko okaże się piękny i magiczny, ale też wyciśnie sporo łez z oczu. 

Umiejętnie i z wyczuciem obsadzono role w filmie. Sam Worthington z oddaniem gra zrozpaczonego ojca, a Octavia Spencer swoim spokojnym uśmiechem bardzo przypominała mi inny, kultowy już jak dla mnie serial o anielskiej tematyce, pt. Dotyk Anioła. Oczarowała mnie także Sumire w roli Sarayu. 

Dlatego podkreślam raz jeszcze, że decydując się na seans filmu trzeba być świadomym, że jest to obraz dość specyficzny.  Inny niż wiele hollywoodzkich produkcji; z klimatem, refleksyjny, spokojny i skłaniający do myślenia. 

Dziękuję!

środa, 26 lipca 2017

Jennifer Probst: Układ doskonały/Małżeńska pułapka/Gra o miłość/Małżeńska fuzja

Tytuł: Układ doskonały,
Seria: Marriage to a billionaire, t.1
Stron: 266
Wydawca: Akapit Press






Czas urlopu sprzyja czytaniu romansów. Tym razem recenzja zbiorowa bardzo sympatycznego cyklu autorstwa Jennifer Probst. Zbiorowa, gdyż powieści nie są na tyle długie co by pisać o nich oddzielne, długaśne epistoły. 

Część pierwsza zatytułowana Układ doskonały przedstawia losy dwójki charyzmatycznych ludzi. 
Temperamentna Aleksa jest właścicielką księgarni, kocha psy, drużynę Meetsów i jeść. 
Zachowawczy i zdystansowany Nick, nie wierzy w idee małżeńskiego stadła, musi się jednak ożenić, aby wypełnić testament stryja. 
Aleksa i Nick zawierają zatem układ doskonały. Wezmą ślub, spędzą ze sobą rok, a potem każde pójdzie w swoją stronę. Co z tego wyniknie i czy faktycznie układ jest tak idealny, jako początkowo zakładali? To się okaże. 
Historia jest lekka, zabawna i nie dłuży się. 250 stron to idealna ilość stron w książce, która jest romansem. Autorka bardzo fajnie pisze o więzach rodzinnych i o tym, co w życiu ważne. Izolując się od ludzi, pozbawiamy się wielu wartościowych przeżyć. Czy Nick wreszcie to zrozumie? 
Powieść na jedno popołudnie z kawą i ciastem. 

Tytuł: Małżeńska pułapka
Seria: Marriage to a billionaire, t.2
Stron: 336
Wydawca: Akapit Press



Druga część serii przedstawia losy siostry Nicka Maggie i poznanego w tomie 1 Michaela, w dodatku hrabiego, bardzo uroczego Włocha.
Nasi bohaterowie zostają wmanewrowani w  sytuację, w której, dla szeroko pojętego dobra rodziny, muszą udawać małżeństwo. Motyw może i ograny, ale bardzo sympatycznie zrealizowany.

Ogólnie część druga jest, moim zdaniem, lepsza niż pierwsza.
Akcja toczy się w egzotycznych Włoszech, w typowej włoskiej rodzinie, która jest uczuciowa, głośna i bardzo, bardzo tradycyjna. Maggie i Michael to dwa przeciwne żywioły, charaktery pozornie nie do pogodzenia, dlatego sytuacje, w których mają okazję się przekonać, że jednak do siebie pasują są dowcipne, zabawne i wzruszające.

W przeciwieństwie do części pierwszej, postacie mają więcej głębi, co czyni je prawdziwszymi. Większa liczba bohaterów drugoplanowych sprawia, że historia jest ciekawsza.
Wyłania się także wspólny motyw cyklu, mianowicie fioletowa książka o magii natury, z instrukcją jak zdobyć wymarzonego wybranka za pomocą prostego zaklęcia.
Ogólnie bardzo na plus. Czy Maggie zdoła się otworzyć i zrozumie, że bliskość drugiej osoby jest najcenniejsza? Czy łagodny włoski tyran zdoła przebić się przez mur obronny pięknej pani fotograf?
Nie zdradzę, choć myślę, że nietrudno się domyślić odpowiedzi.


Tytuł: Gra o miłość
Seria: Marriage to a billionaire, t.3
Stron: 308
Wydawca: Akapit Press






Bohaterami trzeciej części są średnia z sióstr Conte, Karina oraz przyjaciel Michaela, Max.
Karina kocha się w przyjacielu starszego brata od zawsze. On traktuje ją jak młodszą siostrzyczkę, potem jak rozwydrzoną małolatę i ku rozpaczy Kariny, nie dostrzega w niej kobiety.
Trzy lata po zakończeniu części drugiej, Karina przyjeżdża do Ameryki, by rozpocząć staż w rodzinnej firmie. Ma to być dla niej czas samodzielności i poszukiwań własnej drogi, a przede wszystkim udowodnienia sobie samej, że choć kiedyś się w Maxie durzyła, to teraz już nie budzi on w niej aż takich emocji.
Jednak Max ma być bezpośrednim przełożonym Kariny i jest takim samym, a może jeszcze większym ciachem niż kiedyś. Czy wreszcie dostrzeże, że Karina nie jest już histerycznym podlotkiem, a żądną przygód i doznań kobietą? Z pewnością. Ale nie będzie tak łatwo, jak się wydaje.

Trzecia cześć cyklu jest zabawna i namiętna, więcej tu scen erotycznych oraz marzeń bohaterów.
W tle, co jest bardzo fajne dla serii, śledzimy sceny z życia Aleksy i Nicka oraz Maggie i Michaela. Lubię, gdy autorka nie porzuca w cichości poprzednich bohaterów wiodących.
Podobała mi się Karina szukająca własnej drogi życiowej wbrew rodzinnej tradycji, a jej upodobanie do ekscentrycznych szpilek wiele mówi o samej autorce.
Po raz kolejny podkreślono tu wagę więzi rodzinnych oraz przezwyciężania przykrych przeżyć z młodości.
Pojawił się także bohater wiodący części czwartej i od razu go polubiłam, natomiast w ogóle nie było do tej pory mowy o najstarszej z sióstr Conte, której będzie poświęcona ostatnia część. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.


Tytuł: Małżeńska fuzja
Seria: Marriage to a billionaire, t.4
Stron: 401
Wydawca: Akapit Press





Małżeńska fuzja przedstawia historię romansu najstarszej z sióstr Conte, Julietty z rekinem branży hotelarskiej Sawyerem Wellsem.
Początkowo nie byłam przekonana do tej historii i trochę mi się dłużyła. Niezbyt wiarygodny wydawał mi się romans oparty na zniewoleniu i dominacji. No cóż, zależy co się lubi.
Julietta jest pracowita i ambitna, jednak sprawia wrażenie wyniosłej i oziębłej i tak też o sobie myśli. Zafascynowany nią Sawyer proponuje jej erotyczny układ. Co z tego wyniknie? Trudno powiedzieć, jedno jest pewne: Mama Conte tak tego nie zostawi.

W czwartej części cyklu podobał mi się za to zupełnie inny aspekt. Otóż autorka bardzo dużo pisze o obawach i lękach bohaterów pojawiających się w chwili bliskości z drugą osobą: o wstydzie, zahamowaniach, strachu przed odrzuceniem.
Drugi wartościowy wątek to historia młodego Wolfa, którego Sawyer, widząc podobieństwo do siebie sprzed lat, nieformalnie adoptował.

Pojawiają się także bohaterowie poprzednich części i ku zadowoleniu Mamy Conte, rodzina coraz bardziej się rozrasta.

                                                                              ************

Polecam cykl o miłosnych perypetiach rodziny Conte. Jest zabawnie i sympatycznie oraz pikantnie i erotycznie.
Mnie najbardziej podobała się część druga, ale sądzę, że to akurat kwestia preferencji.
Cykl Marriage to a billionaire to idealna seria na wakacje, zwłaszcza te deszczowe. Rozgrzeje serce i rozbawi do łez.

poniedziałek, 24 lipca 2017

A jednak przynoszą... czyli Bociany

Reżyseria: Nicholas Stoller, Doug Sweetland
Scenariusz: Nicholas Stoller
Wytwórnia: Warner Bros Animation
Czas trwania: 87 min.






Niespełna dwie dekady temu bobasowo-bocianową branżę dopadł kryzys. Do tamtego czasu bociany zajmowały się wyłącznie dostarczaniem dzieci do ich nowych domów. Potem jednak na skutek różnych czynników zewnętrznych musiały się przekwalifikować i obecnie już nie przynoszą dzieci. Są po prostu firmą kurierską i dostarczają różnorakie przesyłki. 

Do seansu zasiadłam wraz z mężem w sobotnie popołudnie i byłam nastawiona sceptycznie. Jednak z minuty na minutę, film wciągał mnie coraz bardziej. Powiem krótko: film Bociany to zabawna historia, pełna słownych gagów, pomysłowa i z polotem. Jestem mile zachwycona i zauroczona klimatem tej historii. 

Jak wspomniałam wyżej, bociany już nie przynoszą dzieci. Stara wytwórnia bobasów stoi odłogiem, a nowa część firmy jest gigantem w dostarczaniu wszystkiego, co tylko można nabyć na rynku. 
Tymczasem mały Nate, synek zapracowanych rodziców, marzy o braciszku. Przypadkiem znajduje starą ulotkę i wysyła list, który na skutek nadgorliwości jedynego człowieka w bocianiej społeczności, rudowłosej, gadatliwej Tulip, trafia do maszyny. I bach, powstaje bobas, którego trzeba dostarczyć. I co teraz? Junior, dziedzic firmy, postanawia dostarczyć dziecko rodzinie i zatuszować fakt, że kiedykolwiek istniała, inaczej będzie miał kłopoty. Tulip kieruje się względami uczuciowymi, a sfiksowana wilcza wataha, bardzo chce mieć ludzkie szczenię w stadzie. 

Bociany są rewelacyjne. Naprawdę. Zabawna żonglerka słowna między Tulip a Juniorem, starania wilków, by zdobyć niemowlę, czy sepleniący Lizus. Całymi garściami promuje się tutaj wartości rodzinne: a więc spędzanie czasu z dziećmi, grupowe uściski, a nawet ów naukowo udowodniony niemowlęcy czar, który każe opiekować się bobasem. 

Na pochwałę i uwagę zasługuje polski dubbing, zwłaszcza Dominika Kluźniak w roli emocjonalnej Tulip osiąga szczyty mistrzostwa.  

Ogląda się z zaciekawieniem i łezką w oku. Spodziewałam się po tym seansie niewiele, a otrzymałam o wiele więcej niż początkowo zakładałam. 
Bajkę powinni obejrzeć rodzice wspólnie z dziećmi, a każdy fan animacji zdecydowanie powinien do niej zajrzeć. Godna uwagi, naprawdę.

czwartek, 20 lipca 2017

Laure Eve: Urok Grace'ów

Autor: Laure Eve
Tytuł: Urok Grace'ów
Stron: 408
Wydawca: Feeria Young
Premiera: 19.07.2017






River jest nowa w mieście. Jest tak zwyczajna, jak tylko może być współczesna dziewczyna. Niepozorna z wyglądu, mól książkowy, z nieciekawym drugim śniadaniem, miejscem zamieszkania i mamą, z którą nie umie się porozumieć. W tle majaczy ojciec, który niespodziewanie odszedł i inne problemy, o których na razie bohaterka tylko napomyka półgębkiem.

Całe miasto równie mocno jak podziwia i zazdrości, tak mocno żyje życiem najbogatszej rodziny nazwiskiem Grace. Wszyscy chcieliby się z nimi przyjaźnić, u nich bywać, przez nich być zauważonym lub choć trochę popławić się w blasku ich glorii. 
Bliźnięta Thalia i Fenrin oraz ich młodsza siostra Summer to szkolni celebryci. Uczniowie albo ich kochają albo nienawidzą, nie ma opcji pośredniej. Młodzi Grace'owie żyją niczym bogowie, poza granicą wszelkich norm społecznych i obyczajowych. Wszystkich to oburza i bulwersuje, ale nikt nie potrafi być wobec tego obojętny. River także nie jest. Bardzo chciałaby zostać przez Grace'ów zauważona, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma nic co by ją wyróżniało, a patentami wzdychania i uwieszania się (tak jak u innych) nie chce się posługiwać). I oto zdarza się istny cud. River zaprzyjaźnia się z Grace'ami zaczyna bywać u nich w domu, poznawać ich sekrety i ich samych. Chce odkryć magię, którą jak sama wierzy, bohaterowie się parają, a przy tym sama stać się jej częścią. 
Czy nad rodem Grace faktycznie ciąży stara klątwa? Co takiego ukrywa River, dziewczyna o zmienionym imieniu? I czy naprawdę magia istnieje? Czy to może tylko kwestia woli i intencji?
Autorka, jakby na przekór, bardzo długo nie daje czytelnikowi jednoznacznej odpowiedzi i chyba to jest najlepsze w całej powieści. Ta dusząca niepewność.

Gdyby natomiast odstawić otoczkę grozy i paranormalności, historia przestawiona w tej książce mogłaby być odbiciem problemów współczesnych młodych ludzi. Samotność, zagubienie, pragnienie akceptacji i rozpaczliwie poszukiwanie swojego miejsca w świecie. Z tym boryka się wielu nastolatków. Grace'owie są może i piękni i bogaci, ale gdy oczyma głównej bohaterki przyjrzymy się im z bliska, zobaczymy, że pomimo zewnętrznego blasku, wcale nie są tacy szczęśliwi, ani cudowni, jak o nich myślą mieszkańcy. Uważny czytelnik wyłapie te problemy, co tylko będzie dodatkowym smaczkiem podczas czytania. Zaburzenia jedzenia, odmienna orientacja, stalking, nadużywanie alkoholu, brak granic stawianych przez dorosłych. Grace'owie są żywym dowodem na to, że pieniądze i pozycja nie dają szczęścia. Wiele ułatwiają, to fakt, ale równie skutecznie odgradzają człowieka od prawdziwego życia. 

Urok Grace'ów nie jest jednak dramatem obyczajowym, ten rozgrywa się w tle. Równie mocno zaakcentowany jest tutaj wątek czarów i czarownic. Główna bohaterka tak mocno wierzy w niezwykłość rodzeństwa, że z rozdziału na rozdział trudno oprzeć się gęstniejącej atmosferze. Podskórnie czujemy też, że River szuka magii nie tam, gdzie faktycznie się ona znajduje i dlatego zakończenie tej historii tak zaskakuje. Odkryte sekrety i odmieniona River wgniatają w fotel.

No cóż, dałam się zwieść. Spodziewałam się kolejnego romansu z wątkiem paranormalnym, a tymczasem dostałam niesamowity thriller z pogłębioną analizą psychologiczną. Co z tego wyniknie? Otóż, doczytałam na Goodreads, że istnieje część druga tej historii i zastanawiam się, o czym będzie oraz jak przerwane wątki będą kontynuowane. Autorka zaczęła opowieść z bardzo wysokiego pułapu i moje wymagania czytelnika są teraz dość duże. Czy im sprosta? Nie będę się martwić na zapas. 

Jeśli zaś idzie o część pierwszą to Urok Grace'ów niewątpliwie może pretendować do wakacyjnego top 10, ma bowiem wszystko, czego tylko można oczekiwać od takiej historii: ciężki od sekretów i niedomówień klimat, bieżące, aktualne problemy współczesnych nastolatków, zaskakujące tajemnice i magię. Jestem bardzo mile zaskoczona. Polecam. Wreszcie coś ożywczo nowego!

 Dziękuję!

wtorek, 18 lipca 2017

Brandon Mull: Tkacze Śmierci

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Tkacze Śmierci
Seria: Pięć Królestw, t.4
Stron: 512
Wydawca: EGMONT Polska







Nastoletni Cole Randolph wspólnie z towarzyszami podróży: bratem, przyjaciółmi starymi i nowymi, kontynuuje podróż przez krainę Pięciu Królestw. 
W tomie czwarty cyklu (ach zbliżamy się do smakowitego finału!) nasi bohaterowie trafiają do krainy zwanej Necronum, skojarzenia ze śmiercią, jak najbardziej poprawne. 
Stworzenie Necronum dało autorowi ogromne pole do popisu. Miejsce to zamieszkują bowiem zjawy, już nie ludzie, bo umarli, ale nie do końca duchy, bo jakoś zbyt żywotne. Prawda miesza się tu z ułudą i trzeba bardzo uważać, z kim się rozmawia i co komu obiecuje, bo skutki mogą być katastrofalne. Cole boleśnie przekonuje się o tym na własnej skórze, a jego za jego naiwność sowicie zapłaci cała drużyna. 
Cole'a czeka wyprawa do Zaświatów, po części by uratować przyjaciół, po części po nowe informacje na temat ich zaciekłego wroga Nazeema. 
Fabuła części czwartej to taka trochę przypominajka i podsumowanie tego, co już było, ale jednocześnie spora garść informacji na temat historii powstania Pięciu Królestw i tego, co legło u podstaw drążącej je obecnie wojny. Brandon Mull historię dokładnie przepracował i widać, że każdy, nawet najdrobniejszy szczegół jest uzasadniony i przemyślany.

W tej części autor zastosował  bardzo ciekawy zabieg. Pozbawiony wsparcia przyjaciół w zaświatach Cole spotyka tam dwóch sojuszników, którzy przez pewien czas będą mu pomagać i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzą oni z trylogii Pozaświatowcy. Jeden z nich jest nasiennikiem, drugi rozsadnikiem i bardzo ciepło wspominają dwoje dzieci z Ziemi: Jasona i Rachel.  To bardzo miły akcent dla czytelników znających poprzednią trylogię autora. Ma się dzięki temu wrażenie, że światy te łączą się ze sobą, mają spójność. 

Czwarta część jest tak naprawdę przygotowaniem bohaterów i czytelników do finałowej, piątej. 
Cole, jak w czasach swoich początków, musi się zmierzyć z wątpliwościami różnej natury, Zaświaty podsyłają mu bowiem wiele pokus, które, gdyby im uległ, mogłyby wszystko zmienić. Misja, z którą podróżuje Cole, nie jest ani łatwa, ani lekka. Komu powinien pomóc najpierw: starym czy nowym przyjaciołom? Czy w ogóle można tu mówić o jakimś pierwszeństwie? Czy w perspektywie uszkodzonej mocy chłopca, ta wyprawa ma  jakikolwiek sens? Dylematy głównego bohatera mają może i fantastyczną oprawę, ale biorąc pod uwagę ich uniwersalną treść, mogą być bliskie wielu rówieśnikom Cole'a. Chłopcu nie jest łatwo, bardzo tęskni za domem i dawnym życiem, ale rozumie, że zbyt wiele zobowiązań ma tutaj, by bez słowa odejść. Właśnie te wnioski, do których dochodzi są oznaką jego ogromnej dojrzałości. 

Podróż przez pustynne Zaświaty, dość powszechny motyw w literaturze, to także okazja do oczyszczenia i odnalezienia w sobie wewnętrznej siły. U Cole'a jest ona uszkodzona. Czy istnieje możliwość naprawienia jej? To się okaże i odbędzie w bardzo interesujących okolicznościach. 
Powieść kończy się dość niespodziewanie, przed nami oczekiwanie na cały, zapewne dość obszerny tom i mam szczerą nadzieję, że dużo się w nim wydarzy. Jednego można być pewnym: Brandon Mull z pewnością zadba o to, aby czytelnik się nie nudził. 
Polecam i niecierpliwie czekam na tom piąty.

Dziękuję!

piątek, 14 lipca 2017

Kawalerska wyprawa czyli Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów

Tytuł: Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów
Reżyseria: Steve Martino, Mike Thurmeier 
Scenariusz: Michael Berg, Jason Fuchs
Czas trwania: 88 min.
Wytwórnia: 20 thCentury Fox







Obsesyjne działania Scrata na punkcie żołędzia doprowadzają do kolejnego pęknięcia w lodzie.  Sytuacja jest bardzo poważna. Rozpoczyna się wędrówka kontynentów. 


Od chwili, gdy widzieliśmy naszych bohaterów, minęło trochę czasu. Ten upływ widać głównie po osobie Brzoskwinki, córki Mańka i Eli. Młoda mamutka to już nastolatka, której najbardziej zależy na akceptacji grupy innych młodych mamutów, a nie jest to łatwe, gdy w rodzinie ma się oposy, przyjaźni się z jeżokretem i ma się własne oposowe nawyki. 

Gdy lód zaczyna pękać, nasza grupa się rozdziela. Zwierzęta z doliny pod wodzą Eli ruszają w stronę przesmyku. Tymczasem Maniek, Sid i Diego dryfują na krze na pełne morze. Tam spotykają piratów i tak zaczyna się wielka przygoda, która trochę mi się skojarzyła z kawalerską wyprawą. Gdy bohaterów było tylko trzech i żaden nie miał zobowiązań. 
Tym razem nasi bohaterowie nie są sami. Towarzyszy im zbzikowana babcia Sida, cuchnąca jeszcze bardziej niż nasz leniwiec. 

Czwarta część cyklu nie straciła pazura i podobała mi się dużo bardziej niż część trzecia. 
Tym razem jest to przygoda na pełnym morzu w typowo marynarskich klimatach. Są piraci, przewrotny kapitan Flak, są nawet marynarskie szanty. A drugim oficerem na pirackim okręcie jest przepiękna biała tygrysica Shirra... 
Kolorytu i zabawnych momentów dodaje babcia Sida, która ciągle wzywa jakiegoś Skarbusia; oczywiście nikt nie traktuje tego serio. Ogromny plus dla twórców filmu, że ten Skarbuś jednak nie był tylko wyimaginowany. 

Nasi bohaterowie dorośli i zmądrzeli. Nadal jednak mocno wierzą w wartość stada, co kilkakrotnie się podkreśla. Najbardziej mentorski jest w tej roli Diego i przyznam, że bardzo to do niego pasuje. Maniek jest świetny w roli nadopiekuńczego ojca dorastającej córki, a Sid jak zwykle jest sobą. 
Przyjemnie i z zainteresowaniem ogląda się morskie potyczki i do samego końca niczego nie można być pewnym.

Nie zabrakło także Scrata, którego sensem życia nadal jest pogoń za żołędziem, choć trochę smutne jest to, że w jego przypadku ważniejsze jest mieć, a nie być. 
Wędrówka kontynentów to dobra rozrywka dla całej rodziny. Akcja nie stoi w miejscu, tak samo bohaterowie, ciągle dowiadujemy się o nich czegoś nowego. Jest zabawnie, swojsko i miło. Polecam.

środa, 12 lipca 2017

Mariette Lindstein: Sekta z Wyspy Mgieł

Autor: Mariette Lindstein
Tytuł: Sekta z Wyspy Mgieł
Stron: 544
Wydawca: Bukowy Las










Powieść Mariette Lindstein ma bardzo chwytliwy tytuł, wszak nie od dziś tematyka sekt i ruchów zrzeszających ludzi w zamknięte wspólnoty, elektryzuje, fascynuje i skłania do dysput i analiz.
To dlatego, podejrzewam, niejeden czytelnik skuszony tematyką, ilustracją okładkową i być może osobą autorki,  sięgnie po tę właśnie powieść.


Główna bohaterka Sofia Bauman, właśnie skończyła studia i w niezbyt przyjemnych okolicznościach zerwała z dotychczasowym chłopakiem. Gdy wspólnie z koleżanką wybiera się na odczyt charyzmatycznego Franza Oswalda, nic nie zapowiada zmian, które nastąpią w jej życiu. Mężczyzna bowiem proponuje jej pracę. Oto na owianej złą sławą Wyspie Mgieł, gdzieś u wybrzeży Norwegii, zakłada wspólnotę ludzi. Inspiracją i duchowym kluczem ma być dla nich stworzona przez niego nauka ViaTerra, a wszystko ma się opierać na bliskości natury, silnym związku z ekologią i odrzuceniu zdobyczy współczesnej cywilizacji. Ruch dopiero raczkuje, jednak już przyciąga pierwszych celebrytów i ludzi sławy. 
Sofia jedzie na wyspę i pierwsze wrażenia ma jak najbardziej pozytywne; wszędzie panuje ład, porządek, a członkowie wspólnoty są zadowoleni i sympatyczni. Kiedy Franz proponuje Sofii założenie w ośrodku biblioteki, kobieta zgadza się i przyjmuje ofertę pracy. Na początku oczywiście przechodzi cały program i wtedy zabiera się do pracy. 
Zmiany zachodzące w założycielu ruchu oraz kilka negatywnych recenzji w prasie, sprawiają, że życie na wyspie zaczyna przypominać koszmar, w którego człowiekowi trudno się obudzić. To co miało być piękną i niewinną ideą prostego życia, zmienia się w przymusowy obóz pracy, w którym ludzie się upokarzani, głodzeni i gnębieni na wiele różnych sposobów. Wkrótce Sofia zdaje sobie sprawę, że odejście ze wspólnoty nie będzie łatwe, o ile w ogóle możliwe. 

Autorka książki przez ćwierć wieku była członkiem ruchu, który każe się nazywać Kościołem Scientologicznym. Trafiła tam, podobnie jak Sofia, jako młoda dziewczyna i dobrze poznała panujące tam zasady. Nietrudno się domyślić, że książka ma być w pewnym sensie odbiciem jej przeżyć, przemyśleń i refleksji dotyczących tego, co tam przeżyła. 
Fabuła powieści skupia się głównie na osobie założyciela ruchu Franzu Oswaldzie. Oczami Sofii oglądamy go jako przywódcę, który potrafi być dowcipny i zabawny, a w chwilach, gdy traci nad sobą panowanie każe ludziom skakać z urwiska do lodowatej wody lub przez długie tygodnie pracować ponad siły i jeść o wiele poniżej normy. 
W serwowanych powoli retrospekcjach śledzimy losy młodego chłopaka, dziecka z nieprawego łoża, jak nietrudno się domyślić to właśnie Franz w młodości, który ma niebezpieczne upodobania i uwielbia manipulować ludźmi, zmuszać ich do uległości i robienia rzeczy, które jemu za bardzo ubrudziłyby ręce. 
Zaskakuje, jak grupa dorosłych przecież, kilkudziesięciu osób, pokornie znosi złe traktowanie, upokorzenia, głodzenie i mieszkanie w koszmarnych warunkach, podczas gdy Franz niczym basza żyje ponad stan. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by się postawić, czy spróbować ucieczki. Każdy, nawet najbardziej okrutny, czy graniczący z głupotą wymysł, jest traktowany jak boska wola i pokornie zostaje wprowadzany w życie. 

Wszystko wydaje się ok, czegoś mi tu jednak zabrakło. Miałam takie wrażenie, jakby autorka w snuciu swojej opowieści bała się posunąć dalej, przekroczyć pewne granice. Zastanawia mnie też informacja, że na jednej powieści historia się nie skończy i planowana jest trylogia. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Niedomówienia są dobre, ciągnięcie historii dalej już nie. Moim zdaniem lepiej byłoby zostawić historię w tym właśnie miejscu, tym bardziej, że epilog już nam wszystko wyjaśnia. 

Sektę z Wyspy Mgieł faktycznie czyta się jak przyjemny thriller z dużą dozą dreszczyku i jeśli nie wymagać więcej, książka okaże się dobrą lekturą na deszczowe popołudnie.

Dziękuję!

wtorek, 11 lipca 2017

W czasie podróży dobrze mieć ten brulion ze sobą...

Tytuł: Brulion zabaw w podróży
Stron: 96
Wydawca: Wilga








Brulion zabaw w podróży, jak sama nazwa wskazuje, to najnowsza propozycja wydawnictwa Wilga. 
Ten zeszyt to zbiór znanych i lubianych, klasycznych już dziś, można powiedzieć,  zabaw, na których wychowują się i kształcą kolejne pokolenia. 

W dzisiejszych czasach, gdy nasze życie biegnie tak szybko i brakuje czasu na odpoczynek, spędzenie czasu razem, czy choćby wzięcie głębszego oddechu, Brulion z zestawem zabaw na podróż jest bardzo dobrym pomysłem. 
Sprawi, że nie tylko oderwiemy się od smartfona, słuchawek czy tabletu, ale przede wszystkim pokaże, że są inne sposoby na dobrą zabawę, rozmowę z członkami rodziny i zwyczajną interakcję, której brak jest ogromną bolączką czasów współczesnych. 
Co zawiera? 
Znajdziemy w nim tradycyjne łączenie kropek, gry w kółko i krzyżyk czy irytujące niektórych labirynty. 
Propozycja gry w Państwa Miasta wciągnie każdego bez względu na wiek, a głuchy telefon doprowadzi do wielu zabawnych nieporozumień słownych. 
Znajdziemy tu także grę w Bystre oko, proste origami, czy poszukiwanie  mijanym otoczeniu przedmiotów na wybraną literę. To jednak nie wszystko, a dopiero początek całego zestawu kształcących i rozwijających myślenie gier. 
Część z nich nie wymaga tłumaczenia zasad, instrukcje do pozostałych znajdują się wewnątrz okładki.  Ale jak mówi motto samego brulionu zasady są po to, by je łamać i kto powiedział, że nie można ich modyfikować wedle uznania i potrzeb podróży. 

Na uwagę i pochwałę zasługuje wydanie, przypominające broszurową oprawę, taką jaka kiedyś byłą dla uczniów chlebem powszednim i nikomu się nawet nie śniło, że zeszyt może mieć krzykliwie kolorową okładkę, czy lśniąco białe kartki. Dla współczesnego odbiory ta niepozorność może być wadą, dla ludzi mojego pokolenia ma przyjemny urok czasów, które bezpowrotnie minęły. 
Część zadań można wykonywać od razu w zeszycie, można też porobić kopie xero, w przypadku gdy podróżująca grupa jest większa liczebnie. Pewne jest jedno: po początkowych oporach podróż z cichej konferencji z tabletami może się zmienić w naprawdę przyjemny czas spędzony wspólnie, na aktywnym rozwiązywaniu zagadek i dokładniejszym poznawaniu towarzyszy podróży. Tego ostatniego nie da nam żadne urządzenie elektroniczne. 

Dlatego polecam. Wartościowa pozycja.

Dziękuję!

sobota, 8 lipca 2017

Budowlaniec czy Indiana Jones czyli Tedi i poszukiwacze zaginionego miasta

Reżyseria: Enrique Gato
Scenariusz: Jordi Gasull, Neil Landau, Ignacio del Moral, Javier Lopez Barreira, Gorka Magallon
Produkcja: Hiszpania
Czas trwania: 90 min.









Tedi Stones to zwykły budowlaniec, przeciętny zarówno z umiejętności jak i z wyglądu. Nieprzeciętne ma  jednak marzenia, od dziecka bowiem pragnie dokonać wielkiego odkrycia w dziedzinie archeologii. Jak na razie jednak nie ma na tym polu znaczących osiągnięć, a pracę traci już po raz siódmy. Cóż, życie marzyciela nie jest łatwe. 
Dlatego gdy zabawnym zbiegiem okoliczności Tedi zostaje wzięty za profesora archeologii i ma wyjechać na poszukiwania legendarnego Miasta Inków, bohater nie waha się długo i z właściwą sobie wdzięczną niezdarnością przystępuje do gry o skarb. A może przy okazji wygra coś więcej i jego nudne dotąd życie się odmieni?

Z nowo poznanymi na miejscu przyjaciółmi Sarą i Freddym, bohater będzie musiał wymknąć się przestępcom także czyhającym na skarb, rozwiązać kilka starożytnych wskazówek oraz zdecydować czy szuka się skarbu dla samego dreszczu poszukiwania i satysfakcji że się miało rację czy też może ważniejsze są splendor i rozgłos.

Film ogląda się bardzo dobrze i z przyjemnością, bo takie historie zawsze się dobrze ogląda, głównie ze względu na tematykę. Klimaty Indiany Jonesa są chwytliwe i dobrze się sprzedają, pod warunkiem, że twórcy choć odrobinę się przyłożą do swojej pracy. Trochę sensacji, atmosfera zagrożenia ze strony czarnych charakterów i napięcie towarzyszące rozwiązywaniu wskazówek dotyczących odkrywania skarbu. Całość jest okraszona dość przystępnym dowcipem, a bohaterów nie da się nie lubić. Tedi jest sympatyczny i taki swojski, a Freddy przemawia głosem Cezarego Pazury. Sfiksowana mumia - strażnik miasta świetnie dopełnia całości obrazu.  Nie wolno zapomnieć o wybitnie zabawnej papudze Belzonim, która wygląda jak żywcem wzięta z Angry Birds. 

Dużym atutem historii jest fakt, że z Tediego żaden super odkrywca czy awanturnik. To swój chłopak, przede wszystkim niezdarny i tak zwykły, że aż czasem boli, ale co ważne ma serce na właściwym miejscu i nie jest zmanierowany. To dlatego tak łatwo go polubić. Bohater nie ma w sobie ani krztyny głupiomądrości czy snobizmu. A to, że czasem potyka się o własne nogi czyni go tylko prawdziwszym. 

Tedi i poszukiwacze zaginionego miasta to dobry pomysł na seans dla całej rodziny. Świetnie umili czas i pozostawi o sobie bardzo przyjemne wrażenie. Polecam.

środa, 5 lipca 2017

Sebastien de Castell: Ostrze zdrajcy

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Ostrze zdrajcy
Seria: Wielkie Płaszcze, t.1
Stron: 420
Wydawca: Insignis






Takich kłopotów Falcio, Kest i Brasti jeszcze nie mieli. Nie dość, że należą do otoczonego obecnie niechlubną sławą oddziału króla, to jeszcze ich obecny pracodawca ginie, zamordowany we własnym łóżku. Przypadek czy spisek?
Tego na razie nie wiadomo, jedno jest pewne: trzeba zwijać manatki i uciekać, zanim bohaterowie będą musieli zapłacić własnym głowami za zaniedbanie wobec klienta. 
W takim oto klimacie zaczyna się debiutancka powieść Sebatiana de Castella, prywatnie prawdziwego człowieka renesansu: archeologa, nauczyciela, choreografa walk, muzyka i kierownika projektów. 

Ostrze zdrajcy to taka mieszanka powieści spod znaku płaszcza i szpady z dodatkiem wątków i postaci magicznych. Członkowie rozwiązanych tragicznie, Wielkich Płaszczy bardzo przypominali mi muszkieterów, którzy bez poczucia misji i możliwości służby królowi, skapcanieli i niemal zapomnieli o dawnych ideałach. Okazuje się jednak, że wystarczy drobna iskra, dowód na to, że jest jeszcze o co walczyć i sobą reprezentować, a Falcio i jego kompani wskakują na właściwe tory. Bo czymże jest życie bez ideałów?

Zanim zorientowałam się, że fabuła zawiera dwie płaszczyzny czasowe, lektura szła mi dość mozolnie. Komentując obecne wydarzenia, Falcio często wraca do tego, co już było i tak poznajemy historię młodzieńca, który marzył o życiu rolnika u boku ukochanej żony, a straciwszy wszystko co kochał, został głównym gwardzistą króla, którego zresztą wcześniej chciał zabić. Takich smaczków w tej powieści jest o wiele więcej. Stara kobieta zwana Krawcową nie jest tylko zwariowaną staruszką, a młoda dziedziczka tronu może być zupełnie kimś innym. Dziki koń, mimo zadanego mu cierpienia może być udanym wierzchowcem, a na bliznach starych ran może wykwitnąć coś zupełnie nowego. Oprócz tego na porządku dziennym są rozmaite trucizny, na drodze czai się mnóstwo zdrajców, piękna nierządnica może być wybawicielką, a przebrzydły kat okazać łaskę. 

Autor powieści stale gra czytelnikowi na nosie i chyba w tym właśnie tkwi cały urok powieści. Zupełnie nie idzie się tu domyślić, kto kogo zdradzi, ani jak zakończą się perypetie bohaterów, bo w pewnym momencie całość przybiera tak beznadziejny obrót, że trudno się domyślić, jakie może być wyjście z sytuacji. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to imię głównego bohatera; Falcio brzmi dla mnie niepoważnie i dziecinnie. Ale może to tylko moje odczucia. 

Ostrze zdrajcy to historia o tym, jak w człowieku rodzi się poczucie misji i obowiązku. Ktoś pozornie zwykły, może  w sobie odkryć zadatki na bohatera, obrońcę ginących ideałów, a wiadomo, że muszą być takie jednostki. 
Powieść z pewnością spodoba się miłośnikom powieści przygodowych  z mnóstwem pojedynków, dużą ilością komizmu słownego i intrygujących rozwiązań. Polecam. Bardzo przyjemna lektura.

Dziękuję!

sobota, 1 lipca 2017

Czy mnie jeszcze pamietasz? czyli Umysł przestępcy

Tytuł: Umysł przestępcy
Reżyseria: Ariel Vromen
Scenariusz: Douglas Cook, David Weisberg
Obsada: Kevin Costner, Ryan Reynolds, 
Tommy Lee Jones, Gary Oldman
Czas trwania: 113 min.
Gatunek: dramat, sensacja






Do seansu Umysłu przestępcy skusiło mnie głównie zdjęcie Kevina Costnera na okładce wydania dvd. Postanowiłam sprawdzić, czy ten wciąż zabójczo dobrze wyglądający gwiazdor kina lat.80/90 ma coś do zaoferowania współczesnemu widzowi. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu okazało się, że tak. Twórcy Umysłu przestępcy gwarantują widzom blisko dwie godziny nie tylko dobrej rozrywki, ale też historię, która daje do myślenia. Miło byłoby wierzyć, że uczucia, jakimi nas darzono, nie umierają wraz z odejściem bliskich. 

Tajny agent rządowy Bill Pope wpada w zasadzkę i umiera w wyniku brutalnego przesłuchania. Dla CIA to wielka strata, bo nie dość, że sprawa była na ukończeniu, to agent był w posiadaniu informacji, które mogą doprowadzić świat do zagłady. W wyniku eksperymentalnego zabiegu wspomnienia agenta zostają wszczepione skazańcowi Jericho Stewartowi. Jest on idealnym kandydatem do tej misji, bo po pierwsze nie ma nic do stracenia, a po drugie z powodu uszkodzonych w dzieciństwie płatów czołowych, dobrze rokuje. 
Jericho nie jest sympatyczny. Gburowaty i brutalny, wśród ludzi zachowuje się jak zwierzę. Jeśli czegoś potrzebuje, po prostu to zabiera, rozdając kopniaki i ciosy na lewo i prawo. Problemy zaczynają się wówczas, gdy wspomnienia zmarłego agenta oraz powiązane z nimi emocje zaczynają mu otwierać oczy na takie sprawy jak rodzina i troska o bliskich. Skutki zabiegu nie są długotrwałe. Czy Jericho, który zdążył już zaangażować się emocjonalnie, po ich utracie, stanie się dawnym sobą? Czy też może kimś zupełnie nowym?

Filmowy obraz Ariela Vromena ma dość jasne przesłanie. Życie człowieka bez uczuć i emocji, nie odróżnia go tak naprawdę od zwierząt. To uczucia silnie powiązane z sumieniem, pozwalają człowiekowi odróżniać dobro od zła i dokonywać właściwych wyborów.
Costner dobrze sobie radzi w roli nawróconego życiowego rozbitka i wreszcie można go kojarzyć z czymś innym niż tylko reklamy przepysznych skądinąd tuńczyków w puszce. Trochę szkoda, że tak mało tutaj Ryana Reynoldsa, który z zarostem bardzo przypomina młodszą wersję Bodyguarda. Generalnie jednak film ogląda się bardzo dobrze. Są tutaj pościgi, wybuchy, dramatyczne chwile wyboru i dość słodkie zakończenie. 
Film z pewnością spodoba się fanom Costnera i Reynoldsa oraz tym, którzy lubią tematykę związaną nowoczesnymi teoriami na temat ludzkiego mózgu.


Dziękuję!

czwartek, 29 czerwca 2017

Sarah Fine: Sanktuarium

Autor: Sarah Fine
Tytuł: Sanktuarium, t.1
Seria: Strażnicy z Krainy Cieni
Stron: 400
Wydawca: Jaguar







Lela jest problemową dziewczyną. Przez większość dzieciństwa tułała się po rodzinach zastępczych, doznając od nich więcej krzywdy niż wsparcia.  Jedyną przyjazną jej osobą, która okazała jej trochę serca i uczucia, jest poznana w nowej szkole Nadia. Ta szkolna królowa popularności okazała się cenną i wartościową przyjaciółką, która pokazała Leli wiele jasnych stron życia.
Dlatego, gdy zupełnie niespodziewanie okazuje się, że Nadia popełniła samobójstwo, Lela jest nie tylko zrozpaczona i zszokowana. Czuje, że nie spełniła się jako przyjaciółka, że w którymś momencie musiała zawieść, skoro Nadia zdecydowała się na tak drastyczny krok. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Lela także trafia do Podziemi. Czy odnajdzie Nadię w tym tłumie dusz? Czy przyjaciółki mają jeszcze jakąkolwiek szansę? 

Pomysł fabularny powieści pozornie jest prosty. Oto dwie dziewczyny z dwóch skrajnie różnych środowisk zaprzyjaźniają się. Już było? Zapewne tak, w końcu to dość znany motyw. Jednak im dalej, tym oryginalniej. Bo oto Nadia, która wydawała się taka mądra, zdolna i poukładana, wewnątrz jest wrakiem człowieka, który zmaga się z ciężką depresją. To trochę taka zamiana ról. Bo Lela, która od zawsze miała opinię kłopotliwej, będąc ciężko doświadczoną przez życie, potrafi jednak nad sobą panować i nie przekraczać pewnych granic. Ponieważ wiele uczuć jednak w sobie stłumiła, nie do końca widzi, co się dzieje z jej przyjaciółką i ogarnie ją ogromne poczucie winy. 

Motyw wędrówki o Piekle znany jest od czasów Boskiej Komedii Dantego. Sanktuarium to tata młodzieżowa wersja tej historii. Ogarnięta poczuciem misji Lela, za wszelką cenę próbuje odnaleźć Nadię, zanim zrobią to Mazikiny, demoniczne istoty, polujące na przybyłych do podziemi ludzi. Dziewczyna zapoznaje się z organizacją podziemi, przechodzi strażnicze szkolenie i odkrywa w sobie uczucia do magnetycznego Malachiego. Powieść czyta się bardzo przyjemnie i właściwie jedynym do czego mogłabym się przyczepić jest samo zakończenie. Przyznam, że nie do końca rozumiem, co się działo z Nadią i dlaczego dokładniej nie przybliżono jej choroby, przyczyn tego stanu i tego, co dziewczynę tak gnębiło. Potem jej wątek tak nagle ucięto, zupełnie jakby czas się kończył i trzeba było gdzieś bohaterkę upchnąć. To jeszcze mogę zrozumieć. Ale rozwiązanie wątku Leli i Malachiego, jak dla mnie, jest bardzo naciągane. Nie mogę tu za dużo pisać, aby nie zdradzić, ale trochę to nielogiczne i napisane tak, żeby można było z czegoś upleść drugą część. Czyżby autorka bała się zbyt konkretnych rozwiązań? A może skusiła ją wizja korzyści ze stworzenia serii? Pewnie raczej to drugie. 

Co z tego wyniknie, dowiem się niebawem z części drugiej. 
A już tak bez czepiania się szczegółów, mogę polecić Sanktuarium czytelnikom lubiącym wątki związane z życiem pozaziemskim i demonicznymi istotami. Bardzo dużo miejsca poświęciła autorka sprawie przyjaźni i tego, co otrzymujemy od bliskich nam osób oraz temu, że należy o tym mówić, zamiast tracić czas, który nam dano.

sobota, 24 czerwca 2017

Wyścig po baletki czyli Ballerina

Reżyseria: Eric Summer, Eric Warin
Scenariusz: Eric Summer, Carol Noble, Leuretn Zeitoun
Wytwórnia: Quad Productions
Czas trwania: 90 min.








11-letnia Felicia wychowuje się w sierocińcu na francuskiej prowincji.  Dziewczynka marzy o tym, aby zostać tancerką baletową.

Gdy nadarza się okazja wraz z przyjacielem Wiktorem, Felicja ucieka do Paryża. To tutaj dwójka przyjaciół postanawia spełnić swoje marzenia. Felicja szczęśliwym zbiegiem okoliczności poznaje tajemniczą Odette, która obiecuje nauczyć ją techniki, co zaowocuje tym, że dziewczynka będzie mogła powalczyć o wymarzone miejsce w szkole, a może nawet i o cenną rolę. Wiktor tymczasem spełni swoje marzenia o skonstruowaniu samolotu. Nie będzie to jednak takie proste, jak się wydaje. Bo przecież o marzenia trzeba powalczyć.

Największą rywalką Felicji okaże się jej własny brak samodyscypliny, a także ambitna Camille, która wydaje się pewna, że otrzyma wymarzoną rolę.

Przepięknie jest tutaj pokazany Paryż. Tło muzyczne, typowe dla kina francuskiego (trochę jak w Amelii) dodatkowo dodaje czaru. Jeszcze bardziej magicznie jest dzięki temu, że wieża Eiffela dopiero powstaje i jeszcze nikomu się nawet nie śni, że stanie się ona symbolem Francji. Natomiast słynna dziś Statua Wolności szykuje się do podróży do Ameryki.

Relacja Felicji i Odetty trochę przypomina wątki z filmów Karate Kid. I tam i tu mistrz każe uczniowi robić rzeczy, pozornie bez związku i wpływu na daną umiejętność, gdy tymczasem szybko okazuje się, że w jest w tym metoda. Felicja jest może i utalentowana, ale brakuje jej pokory i jest zbyt samowolna. Czy posłucha wskazówek Odetty i nauczy się pokory? A może nie będzie jej dane zostać Klarą w Dziadku do orzechów? 

Ballerina jest magiczna i ogląda się ją z wielką przyjemnością. Seans polecam przede wszystkim dziewczynkom i ich ambitnym mamom. Ten drugi wątek świetnie reprezentuje chorobliwie zawzięta i ambitna mama Camilli. 
Polecam. Ciepła, mądra i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść.

wtorek, 20 czerwca 2017

Platte F. Clark: Miły ogr

Autor: Platte F. Clark
Tytuł: Miły ogr
Seria: Zły jednorożec t. 3
Stron: 376
Wydawca: CzyTam





Jednego nie można Platte F. Clarkowi odmówić, a mianowicie bujnej pisarskiej wyobraźni. Choć z drugiej strony, przy siódemce dzieci to bardzo przydatna umiejętność. Słuchające bajań taty dzieci z pewnością wiele wybaczą i na wiele rzeczy nie zwrócą uwagi. Nie będzie ich razić brak logiki, albo nazwijmy to inaczej, bajkowa logika rządząca się zupełnie innymi prawami. Jednak marzącego o zakończeniu historii czytelnika takie rzeczy mogą już nieco drażnić. 

Historia Maxa Spencera i jego przyjaciół mogła spokojnie zakończyć się na drugim tomie. Chłopiec i jego przyjaciele wrócili bezpiecznie do domu, po uprzednim rozprawieniu się ze złem w krainie Magrusu. Okazuje się jednak, że Max po powrocie do normalności, nie umie sobie znaleźć miejsca. Tam był kimś, synem najpotężniejszego czarnoksiężnika w dziejach, posiadaczem magicznej Księgi, którą tylko on mógł odczytać. W gimnazjum jest tylko Maxem Spencerem, który nawet po gimnastycznej linie wspiąć się nie potrafi. Nic więc dziwnego, że gdy nadarza się okazja do powrotu, bo przecież nie wszystkie drzwi pozamykano, Max bez zastanowienia wciąga przyjaciół w portal, co prawdopodobnie grozi im utratą życia.

Pierwsza część trylogii zatytułowana Zły jednorożec była rewelacyjna. Przewrotna historia o zjadającej baśniowe stwory sfiksowanej i złośliwej księżniczce skrzyła humorem, dowcipem i pełnymi garściami czerpała z kultury masowej. To było naprawdę coś i pamiętam, że często się śmiałam w trakcie czytania. 
Kiedy pojawiła się druga część Puchaty smok podeszłam do niej dość nieufnie, ale generalnie po skończonej lekturze, uznałam że pomysł był udany, a i realizacja wyszła nie najgorzej. Poza tym bardzo fabułę wspomógł wątek ognistych kociąt. 

Jakie są ogry, wiemy wszyscy, więc tytułowa sugestia, że ogr będzie miły, wiele czytelnikowi obiecuje. W sumie, jakby na to nie spojrzeć, fabularne pole do popisu jest ogromne. Dlatego nie rozumiem, czemu autor wątek z ogrem tak szybko zepchnął na bok, że właściwie ograniczył jego bytność w książce do otwarcia i zamknięcia portalu. Trzecia część cyklu została oparta na pomyśle związanym z grami RPG. Gimnazjum Parkside zmienia się w nieprzyjazną przestrzeń, w której mieszkańcy stają się krwiożerczymi stworami, które należy unieszkodliwić. Max i jego przyjaciele wcielają się w role typowe dla tej konwencji: w drużynie znajdzie się więc mag, bard, elf, uzdrowicielka i kilkoro innych. To dlatego historia przypadnie do gustu dzieciom, bo który nastolatek nie stroni dziś od gier i nie lubi wcielać się w role? 
Starszego czytelnika to piętrzenie problemów może już nieco nużyć, choć jest kilka fragmentów, które pozwalają książce się obronić. 

Miły ogr jest dobrym zakończeniem trylogii, ale nie rewelacyjnym. Sporo tu kombinacji, w których jako czytelnikowi zdarzało mi się pogubić. Oprócz tego uważam, że dana historia ma swój maksymalny potencjał, który, po przekroczeniu pewnego punktu, jest już tylko odcinaniem kuponów. Dobrze wtedy stworzyć nowe uniwersum i dać szansę wykazania się nowym bohaterom, a nie zostawiać sobie kolejne furtki, do tworzenia entych części czegoś, co początkowo miało być trylogią. Autor też taką możliwość sobie pozostawił i mam ogromną nadzieję, że z niej nie skorzysta i  zaangażuje się raczej w coś nowego.

Dziękuję!