poniedziałek, 11 grudnia 2017

Anne Bishop: Zapisane w kartach

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Zapisane w kartach
Seria: Inni, t.5
Stron: 528
Wydawca: INITIUM







Lubię twórczość Anne Bishop. Ta kobieta naprawdę ma talent i dar do opisywania rzeczy codziennych, małych i drobnych, co na dodatek potrafi okrasić dobrym humorem. 

Odnoszę jednak wrażenie, że wraz z tomem czwartym, o którym pisałam ostatnio, seria zanotowała znaczny spadek formy. Epizody i sytuacje, które miały być urocze, teraz nudzą i irytują, no bo ile można czytać o tym, co kto kupił i gdzie ma to zanieść? 
W tomie piątym niestety jest podobnie. Ludzkie powstanie zostało krwawo stłumione przez siły Namid, a nieliczni ocaleli ludzie, zmuszeni do szukania sobie nowego miejsca do życia. Najpierw jednak muszą przejść próbę, bo to, czy gdzieś osiądą zależy od wrażenia, jakie zrobią na drapieżnikach Namid. 
W Lakeside także robi się coraz tłoczniej, trzeba więc wprowadzić podział obowiązków, racjonowanie żywności, podział mieszkań, ustalić formę opieki nad dziećmi (zarówno ludzkimi jak i szczeniakami), a także poradzić sobie z naporem takich rzezimieszków jak Cyrus Montngomery. Paradoksalnie właśnie sytuacje generowane przez Cyrusa należą do najciekawszych momentów w książce. Jest zły, ma robaczywe, złe myśli i jest bez serca; nie ma co do tego wątpliwości, ale dzięki niemu przynajmniej się coś dzieje. 

Jestem rozczarowana przyznaję, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cała historia i bohaterowie jakby stracili pazur. Meg stała się płaczliwa i niezaradna, stado musi czuwać nad każdym jej krokiem od pójścia do toalety do jedzenia jogurtu. Nie przypomina już tej zdeterminowanej dziewczyny, która uciekła z ośrodka dla wieszczek i była zdecydowana zmienić swoje życie; uczyć się nowych rzeczy i żyć jak inni, zwykli ludzie.  Simon natomiast, kiedyś cudowny wilk-człowiek, surowy i stanowczy, stał się niezdecydowany i zamyślony. 

Cała historia byłaby zdecydowanie lepsza, gdyby wybrane elementy części czwartej i piątej połączyć w jedną książkę. Czytelnik wówczas uniknąłby nudy i dłużyzny, a całość dostałaby lekkości i polotu. 
Gdybym miała oceniać serię patrząc na dwie ostatnie części, to nie mogłabym jej nikomu polecić, bo zwyczajnie by się ten ktoś zanudził w trakcie czytania. A szkoda, bo gdy spojrzeć na serię całościowo, widać gołym okiem, jak bogaty i barwny jest świat stworzeń Namid. Mamy tu przecież całe, różnorakie stado zmiennokształtnych, w tym też ptaków, są wampiry i inne stworzenia, które są tak przerażające, że nawet się ich nie nazywa. Jest wreszcie wieszczka krwi, która choć nie jedyna, bo są inne, jest wyjątkowa, bo stanowi pomost między ludźmi a Innymi. 
Jest zabawnie, zaskakująco, drastycznie, krwawo. Nie można się nudzić w tomach 1-3. Natomiast tomy 4-5, to już co innego. Jeśli o mnie idzie spodziewałam się więcej zarówno po zakończeniu finału serii, jak i po rozwiązaniach personalnych. 
Dlatego polecam, ale tylko zadeklarowanym fanom autorki.

Dziękuję!

środa, 6 grudnia 2017

Amy Ewing: Klejnot

Autor: Amy Ewing
Tytuł: Klejnot, t.1
Stron: 380
Wydawca: Jaguar







Jedni rodzą się w Klejnocie, inni w Bagnie. Tak już po prostu jest. Sprawa nie jest jednak taka prosta, jak można by podejrzewać. 
Violet urodziła się w Bagnie czyli dzielnicy na samych obrzeżach kraju. Sama nazwa dzielnicy mówi wszystko. Jednak Bagno, mimo bycia społecznym slumsem, ma coś czego nie ma Klejnot, mianowicie urodzone i wychowane w nim kobiety mogą rodzić dzieci. Arystokratki żyjące w Klejnocie tej możliwości nie mają. 

Dlatego gdy w danej mieszkance Bagna odkryte zostaną specjalne umiejętności zwane Auguriami, dziewczyny trafiają do specjalnych ośrodków szkoleniowych, gdzie szlifuje się ich umiejętności oraz przygotowuje się je do bycia surogatkami. W odpowiednim czasie trafią na aukcję, a tam kupione z niebotycznie wysoką cenę, urodzą swoim właścicielkom dzieci. Choć pozornie brzmi to niegroźnie, w istocie okazuje się to nie lada wyczynem, gdyż walka arystokratek o władzę i wpływy, to walka na śmierć i życie, a jednak z jadowitym uśmiechem na twarzy.

Pod względem oprawy i szaty graficznej powieść bardzo przypomina serię Rywalki K. Cass. Nawet prezentowany wątek główny jest podobny. Oto uboga dziewczyna trafia do świata bogaczy i zyskuje szansę, by wszystko zmienić. 
Pamiętam, że o ile pierwsza część Rywalek podobała mi się bardzo, to w drugim i trzecim tomie już zaczynałam tracić cierpliwość, zarówno do Ami jak i Maxona. To dlatego po Selekcję z udziałem ich córki już nie sięgnęłam.

Odnoszę wrażenie, że Klejnot jest dużo bardziej znośny, choć co prawda fabularnie w tomie pierwszym nie dzieje się zbyt wiele. Razem z Violet dopiero odkrywamy świat arystokracji, rozróżniamy wrogów od sojuszników, pozwalając by obudziła się w nas myśl rewolucyjna, myśl o zmianie porządku społecznego. 
Violet będzie musiała wiele rzeczy zrozumieć i przewartościować. Czy zostanie przy życiu jako surogatka? Gwarantuje to życie w luksusie, ale też swojego rodzaju wegetację. Czy też może zacznie działać, by wreszcie coś się odmieniło? 
To dlatego w tomie pierwszym autorka skupiła się głównie na tym, by Violet brała udział w wydarzeniach towarzyskich i poznawała ludzi. Szybko okazuje się, że Klejnot, czyli serce kraju to siedlisko ludzi bogatych, ale przede wszystkim zepsutych moralnie; dwulicowych, okrutnych, zdolnych do najgorszych rzeczy, byle tylko zdobyć wyższą pozycję i wiążące się z tym wpływy.  

Klejnot nie jest ambitną lekturą, ale myślę, że nie musi, ani nie pretenduje do tego,  by taką być. Jest lekka, przyjemna i barwna. Miło było przenieść się do świata kolorowych sukien, zakazanych uczuć i rosnących za pomocą Augurii, roślin. To dlatego z chęcią sięgnę po tom drugi, a pierwszy z przyjemnością polecę nastoletnim czytelniczkom.

niedziela, 26 listopada 2017

Jessica Sorensen: Lila i Ethan. Nie kuś mnie

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Lila i Ethan. Nie kuś mnie.
Seria: Sekret, t.3
Stron: 460
Wydawca: Zysk i S-ka







Bardzo lubię książki J. Sorensen, zwłaszcza te o Callie i Kaydenie oraz Luke'u i Violet. Pisarka może i wygląda na młodą i niedoświadczoną, ale naprawdę potrafi pisać o uczuciach, wzajemnym wspieraniu się oraz szukaniu w życiu jasnych punktów, zwłaszcza, gdy człowiek tak się zaplącze życiowo, że nie umie wyjść z mroku.  
Perypetie Micah i Elli podobały mi się znacznie mniej, dlatego poprzestałam na pierwszym tomie, jednak osoba poznanego wtedy Ethana zaciekawiła mnie na tyle, żeby przeczytać poświęconą mu oddzielną powieść. 

Bohaterami książki Nie kuś mnie są Lila, przyjaciółka Elli, oraz Ethan, kumpel Micah. Lila i Ethan poznali się przez swoich przyjaciół i polubili się na tyle, żeby zostać przyjaciółmi i po trzech latach znajomości, tej granicy nie przekroczyli, choć trochę na niej balansują. 
Generalnie rzecz biorąc przyjaźń ta jest, jak dla mnie, trochę jednostronna. Dlaczego? Ponieważ to Ethan jest tym, który stale ratuje pakującą się w niezdrowie dla siebie sytuacje, Lilę. 

Ona jest piękna i olśniewająca. Nosi drogie markowe ubrania, ma bogatych rodziców i żyje ponad stan. Nigdy nie pracowała, ani nie utrzymywała się sama.  Ma wszystko. Nie jest jednak szczęśliwa. Zapomnienia szuka w tabletkach i przygodnym seksie. 
On jest biedny, ale z własnego wyboru. Mieszka jak menel, nosi się jak łobuz, pracuje na budowie, by zarobić tylko tyle, ile mu potrzeba na życie. Nie szuka stałego związku, mając w pamięci ten nieudany własnych rodziców oraz swój, tragicznie zakończony. 

Bohaterowie krążą wokół siebie. I wtedy właśnie, po trzech latach znajomości, wychodzi na jaw, prawdziwa sytuacja Lili. Jest niewesoło, właściwie jest bardzo źle. Ethan trochę wbrew sobie, wkracza do akcji i postanawia uratować przyjaciółkę przed nią samą. Czy mu się to uda? Czy wystarczy mu sił i uporu? 

Powieść jest dobra, bo bardzo dojrzale napisana. Autorka starannie i dokładnie opisuje stan ducha Lili i jej uzależnienie od tabletek. Nie ma tu koloryzowania i wygładzania zachowań bohaterów. Rzeczywistość jest twarda i tak ją Sorensen przedstawia. Po Lili dobrze widać, że bogactwo i koneksje nie dają szczęścia. Bez wsparcia rodziców, którym zależy tylko na reputacji i nazwisku, obie córki zmarnowały sobie młodość. Tak swoją drogą fajnie byłoby, gdyby autorka poświęciła oddzielną książkę Abby, siostrze Lili, która obecnie jest samotną matką i byłą narkomanką. To mogłoby być mocne. 
Ubogi Ethan, mimo niskiego pochodzenia, trzyma się życiowo znacznie lepiej niż Lila, ale myślę, że to także kwestia siły woli i  charakteru. 
Ogromnym plusem fabuły jest także to, że nie wszystko co spotyka bohaterów, zmierza w stronę łóżka. Ich problemy są nieco innej natury i w ten sposób łącząca ich więź raczej by się zepsuła niż pogłębiła. 

Dla wielbicieli Elli i Micah dobra wiadomość; spotykamy tu naszą dwójkę, na zupełnie nowym dla nich etapie związku. Autorka nie byłaby jednak sobą, gdyby tak z marszu dała im happy end, trochę więc im sprawy pokomplikuje, zanim pozwoli im się ustatkować. To rzecz jasna, w kolejnym tomie. 

Historia Lili i Ethana chwyta ze serce i bardzo dobrze się czyta. Lila jest naprawdę ogromną szczęściarą i powinna się trzymać Ethana rękami i nogami. 
Polecam. Warto.

środa, 22 listopada 2017

Sarah Fine: Sanktuarium. Rozłąka

Autor: Sarah Fine
Tytuł: Rozłąka, t.2
Seria: Strażnicy z Krainy Cieni
Stron: 440
Wydawca: Jaguar







Decyzją Sędzi Lela Santos wróciła do świata żywych i swojego dawnego życia. Jej zadaniem jest teraz ochrona granic miasta przed rosnącymi w siłę i liczbę Mazikinami. Takie powroty nie należą jednak do łatwych, o czym bohaterka szybko się przekona. 

Tak w wielkim skrócie można by przedstawić fabułę drugiej części Strażników z Krainy Cieni
Jak już wspomniałam wyżej, Lela wróciła do świata żywych. Otrzymała coś w rodzaju drugiej szansy: może odnowić relacje z zastępczą matką Dianą, nawiązać nowe znajomości w liceum, cieszyć się bliskością Malachiego oraz sprawdzić się w roli Kapitana Strażników. Ile ról, tyle kłopotów i Lela szybko zorientuje się, że życie licealistki, zwłaszcza to towarzyskie, nie należy do łatwych. Oprócz tego Mazikinków przybywa, a bezdomni i młodociani narkomani są dla nich łatwym łupem. Demony te jednak chcą czegoś więcej, co gorsza wydaje się, co jak na nich niezwykłe, że działają według planu, którego punktem centralnym jest właśnie Lela. To jednak nie wszystko. Malachi, który do życia wrócił po ponad 70 latach z trudnością radzi sobie w nowej rzeczywistości. Jak to wpłynie na jego relację z Lelą?

Druga część cyklu autorstwa Sarah Fine o przenikających się światach żywych i umarłych jest utrzymana w nieco innym tonie niż część pierwsza, której fabuła toczyła się w zaświatach i tchnęła ponurym, niebezpiecznym klimatem. Druga, mimo ciekawej intrygi, toczy się w liceum i przez większość czasu przypomina właśnie historię z dreszczykiem z udziałem licealistów. Lela i jej przyjaciele nie unikną sercowych rozterek, katuszy wątpliwości i zazdrości, a wszystko to w cieniu czyhających na ludzi Mazikinów. 
Skąd demony tak dobrze orientują się w powiązaniach i planach nastolatków? Czy Lela sprosta zadaniom i obowiązkom Kapitana Strażników, gdy do jej drzwi zapuka ktoś bardzo ważny z przeszłości?

Powieść miejscami toczy się dość leniwie i właściwie dopiero w końcówce napiera rozpędu. Od razu chciałoby się sięgnąć po część trzecią, na którą jednak przyjdzie nam jeszcze trochę zaczekać. 
Rozłąka to przyjemna w odbiorze powieść, którą polecam zwłaszcza miłośnikom historii z Zaświatami w tle. Jeśli identyfikujecie się z wojowniczymi bohaterkami, to z pewnością polubicie Lelę Santos i będziecie jej kibicować w walce o dusze jej bliskich. 
Polecam.

Dziękuję!

sobota, 18 listopada 2017

Karen Dionne: Córka króla moczarów

Autor: Karen Dionne
Tytuł: Córka króla moczarów
Seria: Gorzka Czekolada
Stron: 336
Wydawca: Media Rodzina







Dobiegająca trzydziestki Helena jest, na pozór, zwyczajną kobietą. Ma dom, kochającego męża i dwie, małe urocze córeczki. Na co dzień zajmuje się produkcją konfitur, które potem z powodzeniem sprzedaje. Od czasu do czasu zabiera ze sobą psa, broń oraz na kilka dni udaje się w głuszę. Nietypowe? Otóż szybko okazuje się, że Helena nie jest tak zwyczajna, jak się to może wydawać. 

Lata temu ojciec Heleny, Indianin Jacob Holbrock porwał małoletnią wówczas matkę Heleny i przez 13 lat więził ją na odludnych moczarach. Helena jest owocem tego związku. Kobieta żyje pod przybranym nazwiskiem, gdyż historia ta, w momencie gdy zyskała swój dramatyczny finał, stała się bardzo głośna i utrudniała Helenie życie we względnej normalności. Obecnie matka Heleny już nie żyje, a ojciec odsiaduje wyrok w więzieniu, z którego niebawem ucieknie, zmuszając córkę do walki o życie własne i swojej rodziny. 

Fabuła powieści Karen Dionne toczy się dwutorowo. 
Przygotowując się do spotkania z ojcem, Helena opisuje swoje obecne życie u boku męża i córek. Wspomina trudne dorastanie pod opieką dziadków, którzy zamiast dać wnuczce wsparcie po śmierci jej matki (a swojej córki), widzieli w niej tylko córkę porywacza i zwyrodnialca, ale też źródło zysku, który czerpali z wywiadów z żądnymi sensacji dziennikarzami. 
Jednocześnie kobieta opowiada o życiu na moczarach, gdzie przyszło jej spędzić wczesne dzieciństwo, gdzie, pod okiem ojca, uczyła się tropić i polować. Z punktu widzenia dorosłej siebie krytycznie patrzy na sytuację w rodzinie; apatyczną i uległą matkę, której nie umiała zrozumieć oraz silnego i brutalnego ojca, który był jej idolem, bo nie postrzegała go jeszcze wtedy w kategoriach porywacza i gwałciciela. Była tylko dzieckiem i nie rozumiała całokształtu sytuacji. 

Ciekawym i bardzo oryginalnym nawiązaniem, które stało się inspiracją do napisania tej powieści, są umieszczone na początku rozdziałów fragmenty baśni H.Ch. Andersena Córka króla moczarów, znanej też pod tytułem Córka króla błot.

Finał powieści nie zaskakuje, czytelnik od początku wie, jak skończy się konfrontacja Heleny z Jacobem. Myślę jednak, że nie to tu chodziło. Autorka chciała raczej pokazać pewne mechanizmy oraz relacje międzyludzkie, rodzące się w danej sytuacji, dlatego najciekawsze są te fragmenty książki, gdy Helena opowiada o swoim pobycie na moczarach. To, co dla nas, wychowanych w cywilizacji ludzi, jest normą, dla niej nie było i vice versa. Jednocześnie w opisywanych przez nią trudach życia na odludziu, bez prądu, zgodnie z rytmem przyrody, tkwi jakiś ukryty urok, coś pierwotnego, do czego wielu z nas zaczyna i próbuje dziś dążyć. 

Córka króla moczarów to bardzo dobra powieść psychologiczna, która wciąga spokojem prowadzonej narracji i dogłębnie porusza rzeczowością opowiadania. Nie ma tu hollywoodzkiego koloryzowania i zbędnego dramatu. Jest brutalna codzienność, z którą należy sobie jakoś radzić, zaś ostatecznym celem jest przetrwanie. 
Wartościowa pozycja. Polecam.

Dziękuję!

czwartek, 16 listopada 2017

Anne Bishop: Naznaczona

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Naznaczona
Seria: Inni, t.4
Stron: 432
Wydawca: INITUIM





Ludzka chciwość i żądza posiadania osiągają apogeum. Członkowie ugrupowania LPNW wdrażają w życie swój długofalowy plan eksterminacji Innych i odzyskania bogactw Namid. Simon Wilcza Straż oraz jego zwierzęcy i ludzcy sojusznicy, stają przed trudnym zadaniem. Zanim nienazywalni Inni wkroczą do akcji i dokonają zemsty na ludziach, oni muszą się przygotować do tego, co będzie po. Muszą też zdecydować ilu ludzi przyjmą pod swój dach i czy w ogóle to zrobią, bo mają w końcu świadomość, że nie wszyscy ludzie są źli.
Czasu jest coraz mniej, bo ludzcy terroryści nie próżnują, a Żywioły nie mogą dłużej czekać. Gniewem zaczyna buzować starożytna Atlantea...

Przykro to mówić i pisać, ale ten tom serii jest zwyczajnie słaby i nudny. Zamiast gęstniejącego napięcia i oczekiwania na wielkie bum, jest przewidywalnie i mało oryginalnie. Drobne wydarzenia i zachowania Innych, w poprzednich tomach zabawne i wzruszające, teraz wyglądają jak generowane na siłę i już nie mają tego uroku, co kiedyś. 
Bardzo tu mało Simona i Meg, którzy przecież są nie tylko głównymi bohaterami, ale też przyszłością Lakeside i Namid. Sama Meg, kiedyś zaskakująco urocza i słodko naiwna, obecnie swoim poziomem głupoty, razi i to niemiłosiernie. W poprzednich tomach, mimo piętna wieszczki, które na sobie nosi, Meg była zdeterminowana i pomysłowa, chciała się użyć żyć w społeczności i z dnia na dzień emanowała coraz większą siłą. Teraz jest płaczliwa i bezradna, zupełnie jakby wykonała potężny krok w tył. Nie mogłam na nią patrzeć. 

Od początku wiemy, co się wydarzy, autorka wcale tego przed czytelnikiem nie kryje, ale jest to tak rozwlekłe, tyle tu skupiania się na kolejnych drobiazgach, że historia bardzo na tym traci. Wiadomo, że gdy padną ludzkie osady, Inni będą musieli stać się samowystarczalni, ale gdy po raz kolejny pojawiło się stwierdzenie, że trzeba więcej papieru toaletowego i kobiecych rzeczy..., dosłownie padłam. 

Mogło być lepiej, bo samo pokazanie, jak trwają przygotowania do Armagedonu, jest zasadne, owszem. Wystarczyło odchudzić tom o jedną trzecią i naprawdę fabuła dostałaby lekkości i tempa. 

Czwarty tom serii nie zniechęcił mnie do lektury piątego, który obecnie czytam, jednak tym razem autorka naprawdę przedobrzyła. Rozumiem, co i dlaczego chciała pokazać, ale wyszło tego za dużo i fabuła straciła ten uroczy polot, który tak zachwycał w pierwszym i drugim tomie. I nawet tajemnicy, pierwotni Terra indigena w finale nie uratowali sytuacji.

piątek, 10 listopada 2017

Virginia C. Andrews: Willow

Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: Willow
Seria: Rodzina De Beers, t.1
Stron: 464
Wydawca: Prószyński i S-ka







Powieść Willow otwiera nową serię Virginii C. Andrews, autorki bestsellerowych Kwiatów na poddaszu. 
Główną bohaterką jest niespełna 20-letnia  Willow, tytułowa bohaterka książki, która, warto o tym powiedzieć od razu, nie skończy się na jednym tomie. Dlaczego wspominam o tym od razu? Ponieważ mam takie mgliste przeczucie, że gdyby wydarzenia skondensować w jednym tomie, cała historia wiele by na tym zyskała. Ale po kolei. 

Gdy poznajemy Willow, dziewczyna  właśnie dostaje wiadomość z domu o śmierci ukochanego ojca. Bohaterka wraca do domu, by dopełnić formalności pogrzebowych. 
Dorastająca Willow nie miała łatwego życia, od zawsze bowiem miała tę świadomość, pieczołowicie zresztą przypominaną przy każdej okazji przez matkę, że jest dzieckiem adoptowanym. Niby to żaden wstyd, gdyby nie fakt, że biologiczną matką dziewczynki, była jedna z pacjentek kliniki psychiatrycznej należącej do ojca Willow, znanego i szanowanego psychiatry. 
W dniu pogrzebu ojca, dziewczyna poznaje dalszy ciąg sekretu i od tej chwili chce dotrzeć do swoich korzeni, postanawia więc odnaleźć swoją prawdziwą matkę. 
Pod pozorem prowadzenia badań do pracy magisterskiej, Willow przybywa do Palm Beach. Życie pełne luksusu i blichtru szybko wciąga młodą, nieco naiwną dziewczynę. Czy Willow odnajdzie to, po co przyjechała? 

Zaczyna się bardzo obiecująco. Rezolutna nad wiek dziewczynka, dręczona psychicznie przez zadufaną w sobie adopcyjną matkę, niby kochana przez ojca, który zachowuje się tak, jakby się bał okazać jej tę miłość. Wszystko dokładnie wyjaśnia się, gdy umiera ojciec Willow, a skrywana głęboko prawda wychodzi na jaw. Kierowana wewnętrznym przymusem dziewczyna postanawia odnaleźć swoją prawdziwą matkę i dowiedzieć się, jak się miały sprawy z jej rodzicami. Od tego miejsca właściwie można mówić o tendencji spadkowej, bo od razu wiemy, co się wydarzy. Słowem, nie ma tu żadnej tajemnicy. 
Wizyta w Palm Beach wlecze się w nieskończoność, dziewczyna wchodzi w kręgi miejscowej elity i czeka na okazję... by móc porozmawiać z biologiczną matką. Jakby nie mogła tego zrobić od razu. 
Nie czytałam innych książek tej autorki, nawet gorączka Kwiatów na poddaszu jakoś mnie ominęła, choć nie powiem, noszę się z zamiarem przeczytania tej słynnej serii. Gdybym jednak nie miała pewności, że inne książki tej autorki są znacznie lepsze, to lektura Willow nie zachęciłaby mnie do sięgnięcia po inne pozycje tej autorki. Willow jako bohaterka jest faktycznie mądra, sympatyczna i dobra, ale w moim odczuciu to, że nie skonfrontowano jej z okrutnym światem czy ludzką podłością, jest zwyczajnie marnowaniem potencjału i fabuły i postaci. 

Myślę, że miłośnicy prozy V.C. Andrews zechcą po Willow sięgnąć i z pewnością się im ona spodoba, wszak wierny fan, wszystko przyjmie. Dla mnie jednak, jako początkującej w tym temacie, opowiedziana w ten sposób historia, to zdecydowanie za mało.


 Dziękuję!

wtorek, 7 listopada 2017

Elle Kennedy: Cel

Autor: Elle Kennedy
Tytuł: Cel
Seria: Off-campus t.4
Stron: 426
Wydawca: Zysk i S-ka









Kiedy Tuck zwraca uwagę na Sabrinę, doznaje olśnienia. Czuje to coś i już wie, że to dziewczyna dla niego. Ona jednak ma opinię zimnej zołzy i już na starcie uprzedza go, że nie interesują ją stałe związki czy choćby regularne randki. 
Czy czawrty w grupki sympatycznych hokiestów z serii Off-campus podbije serce przyszłej pani prawnik? 
 
Oryginalny tytuł książki brzmi The goal i myślę, że dość trafnie określa to sytuację głównych bohaterów. To, co miało być jednorazową przygodą bez zobowiązań, szybko owocuje nieplanowaną ciążą, sprawiając, że życie ulega drastycznej zmianie, a dorosłość przychodzi szybciej niż się pierwotnie planowało. To, o czym Hannah i Garret czy Logan i Grace zapewne pomyślą dopiero za kilka lat, a Dean i Alie z pewnością nieprędko, dopada Tucka i Sabrinę. Bohaterowie muszą zweryfikować swoje plany życiowe, tak aby pogodzić studia i pracę z wychowywaniem dziecka. Dla jednej osoby byłoby to niewykonalne, we dwoje, cóż, może dadzą radę. 

Gdy ocenia się serię jako całość, z czystym sumieniem można powiedzieć, że jest to jedna z lepszych serii spod znaku young adult romance. Miłym dla czytelnika jest podczas lektury finałowego tomu, zobaczyć co się dzieje z poznanymi wcześniej bohaterami. 
Gdyby miała oceniać Cel w kontekście pojedynczej książki, to chyba plasowałaby się gdzieś po środku. Najlepsza i najbardziej wysmakowana byłą jedynka. To, jak Garrett walczył o Hannah chwytało za serce. Trochę sztucznie wyszło z Loganem i Grace, ale ogółem było ok. Miłym zaskoczeniem okazała się historia Deana i Allie, chyba głównie dlatego, że było tak ostro i erotycznie. 
Jeśli idzie o Tucka i Sabrinę, to nie da się ich nie lubić. Tuck to facet, o jakim marzy każda kobieta: lojalny, odpowiedzialny, rycerski, świetny ojciec i partner. Zrozumiałe wydają się zawziętość i  upór Sabriny, która jeśli chce wyrwać się z biedy, musi postawić na naukę. Czy w napiętym grafiku ambitnej studentki znajdzie się miejsce dla drugiej osoby? To się okaże, w końcu dla chcącego nic trudnego. 

Cel to bardzo przyjemna, zabawna i ciepła opowieść o dojrzewaniu do miłości, rodzicielstwa, czy byciu w związku. Polecam.

piątek, 3 listopada 2017

Szwadron pierożkowy i sekcja kluskowa czyli Kung Fu Panda 3

Tytuł: Kung Fu Panda 3
Reżyseria: Jennifer Yuh, Alessandro Carloni
Scenariusz: Jonathan Aibel, Gelnn Berger
Czas trwania: 95 min.
Wytwórnia: Dream Works







W życiu każdego wojownika przychodzi taki czas, gdy z ucznia musi stać się mistrzem. Czy jednak tłustawy i dziecinny Po jest na taką zmianę gotowy? 

Generalnie jest bardzo dobrze. Po jest szczęśliwy. Ma przyjaciół, cieszy się powszechnym szacunkiem, dobrze dogaduje się ze swoim tatą panem Pingiem. Ale uczyć innych? No cóż, Po nie czuje się dobrze w roli nauczyciela, będzie jednak musiał się przemóc, gdyż Chinom grozi nowe niebezpieczeństwo. Oto z Zaświatów wydostał się generał Kai, który opanował sztukę zabierania wielkim wojownikom ich chi. Dzięki temu on sam staje się coraz silniejszy. Jego ostatecznym celem jest Smoczy Wojownik. Aby go pokonać Po musi opanować tę samą sztukę: dawania i odbierania chi. Oj, nie będzie łatwo.

Jak na początku nie byłam przekonana do tej animacji, tak teraz, z odcinka na odcinek, jestem coraz bardziej zachwycona. 
Trzecia część pozwala się bliżej przyjrzeć naturze pand. Wraz z Po trafiamy do wioski zamieszkałej przez pandy i mamy wiele okazji do śmiechu, zwierzęta te bowiem są jak starożytni epikurejczycy; kochają jeść, relaksować się, znowu jeść, bawić się i niczym nie przejmować. Jednocześnie wychowanie, które odebrał Po od swojego przybranego taty, odróżnia go od krewniaków, co może stać się jego największym atutem w walce z Kaiem. 
Spotkanie dwóch ojców: biologicznego i przybranego owocuje całą masą zabawnych sytuacji. Zazdrosny o syna pan Ping postanawia bowiem nie odstępować Po na krok i bierze ze sobą w podróż całą masę jedzenia, aby, broń Boże, nie zgłodniał. 

Ponownie twórcy filmu zastosowali tę samą zasadę co w części drugiej. Zbyt poważne chwile, łagodzi się dowcipem lub banalną gafą. 
Mocniej niż w poprzednich częściach uwagę zwraca przepiękna muzyka kojarząca się z kulturą Wschodu. Zadbano także o kolorystykę, dobrze widoczną zwłaszcza w barwach szat i wnętrz. 

Kung Fu Panda 3 jest zabawny, zaskakuje ciekawym zakończeniem, a przesłanie jest jasne. Cenniejsze jest dawanie, niż branie, a rodzina i bliscy to najważniejsza rzecz w tym i przyszłym życiu. Jednocześnie zgodnie z zasadą, że nietypowe metody są najlepsze pokazuje, że warto wydobyć z ucznia jego naturalne predyspozycje i zdolności, a wtedy osiągnie on sukces. 

Pokochałam świat Po i jego przyjaciół. To świetna animacja dla całej rodziny, do obejrzenia nie raz, a kilka razy. Polecam!

wtorek, 31 października 2017

Jeff Giles: Na krawędzi wszystkiego

Autor: Jeff Giles
Tytuł: Na krawędzi wszystkiego
Stron: 384
Wydawca: IUVI








Kiedy 17-letnia Zoe w śniegowej zamieci szuka młodszego brata, nie jest w stanie przewidzieć, że w tej chwili zmieni się całe jej dalsze życie. 
Niespodziewanie dziewczyna jest świadkiem  czegoś, co do tej pory, było zasłonięte przed wzrokiem śmiertelnych. Tajemniczy łowca zabiera duszę szubrawca, który wcześniej zaatakował Zoe i jej psy. Mimowolnie Zoe wpływa na decyzję nieznajomego i od tej pory cały jej świat staje na głowie. Stare tajemnice zaczynają wychodzić na jaw, a nowe fakty są więcej niż szokujące. Rozpoczyna się szalona i bardzo niebezpieczna przygoda.
Bardzo mile zaskoczyła mnie historia opowiedziana w powieści J. Gilesa. Przypomniały mi się te historie młodzieżowe, w których postać kobieca jest silna i zaradna, a postać męska - tajemnicza i niezwykła. Tak właśnie jest w tej książce. Zoe nie wzdycha, nie płacze, tylko działa. Gdy trzeba opiekuje się bratem, kłóci z mamą, schodzi do niebezpiecznej jaskini, czy staje twarzą w twarz z przeszłością. Iks natomiast to trochę taka maszyna do zabijania, w której budzą się ludzkie uczucia, a z nimi pragnienie czegoś więcej, niż tylko ściganie zbiegłych przestępców. Być może już dawno nie czytałam książki z wątkiem romansowym tego typu, ale bardzo podobał mi się sposób ujęcia uczucia, które połączyło Zoe i Iksa. To taka nagła iluminacja, to zrozumienie, którego człowiek doznaje, gdy wie, że to ta właściwa osoba. 
Barwnie i intrygująco jest przedstawione Piekło, którego tutaj nawet się tak nie nazywa. To Nizina, mroczne, straszne miejsce, gdzie czas stoi w miejscu, choć niby mija, gdzie męczarnie nie mają końca, a nadzieja nie istnieje. Iks, inny od reszty łowców, jest wielką niewiadomą w tym równaniu, a jego niespodziewany upór i zmiana zachowania, wiele zapewne namieszają w hierarchii Niziny. 

Kolorytu całej historii dodają postacie drugoplanowe: mama Zoe, jej nadpobudliwy braciszek Jonah, przyjacielski Dallas oraz przyjaciele Iksa: Bijak i Wyrywaczka. 
Na krawędzi wszystkiego to dobrze napisana i ciekawie opowiedziana książka. Tak czułam w duchu, że się na jednym tomie nie skończy i jak się okazało miałam rację. 
Co czeka Zoe, Iksa oraz ich bliskich? Jakie przeszkody będą musieli pokonać, żeby otrzymać swoje szczęśliwe zakończenie? Aż strach się bać i jestem bardzo, bardzo ciekawa, co jeszcze wymyśli autor. 
Myślę, że Na krawędzi wszystkiego przypadnie do gustu nastoletnim czytelniczkom, Iks z pewnością chwyci je za serce, zaś Zoe ze swoją odwagą niejednej nieśmiałej dziewczynie może posłużyć za wzór. Polecam gorąco. Wspaniała lektura na długie jesienne wieczory.


 Papierowe Motyle

Dziękuję!

sobota, 28 października 2017

Bo każdy powienien mieć bliźniaka czyli Gru, Dru i Minionki

Reżyseria: Kyle Balda Pierre Coffin
Scenariusz: Ken Daurio, Paul Cinco
Czas trwania: 96 min.
Wytwórnia: Ilumination









Bywa, że gdy człowieka dopadną obowiązki domowe i rodzinne, kariera zawodowa zaczyna podupadać.  Gru i Lucy co prawda świetnie sprawdzają się jako rodzice trzech uroczych córek, ale jako tajni agenci nie mają dobrej passy. O ile Lucy jeszcze jakoś to znosi, o tyle Dru czuje się mniej męski i jakiś taki nieskuteczny. Były dziecięcy gwiazdor Baltazar Bratt, kpi z agentów w żywe oczy. 

Jakby tego było mało na horyzoncie pojawia się nigdy nie widziany brat Gru, który jest bajecznie bogaty i ma szopę bujnych, gęstych włosów, a stado Minionków oznajmia, że odchodzi, szukać innej drogi przestępczej, bo ta Gru, jest za słaba.

Kolejna odsłona minionkowego szaleństwa jest zabawna, kolorowa i przyjemna w odbiorze. Córki są urocze i zaczynają dorastać, Lucy musi odnaleźć się w roli matki, a Gru (mimo że nie ma różnicy wieku) musi się okazać tym mądrzejszym, starszym bratem. 

Bardzo fajna jest postać Baltazara, byłego młodocianego gwiazdora, który swoim welurowym dresem i opaską na włosach oraz rodzajem słuchanej muzyki, świetnie nawiązuje do złotych lat 80 i 90. Mnie się to bardzo podobało, wątpię jednak, by młodsi widzowie zrozumieli te aluzje.

To dlatego film jest zabawny i ogląda się go bardzo przyjemnie. Choć, gdy teraz o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że wcale nie było takiej rewelacji, bo gdyby była, pamiętałabym znacznie więcej. Niemniej jednak mam ogólnie miłe wspomnienie, a jako wierny fan serii, jestem w stanie jej przyklasnąć i oznajmić, że wiernie czekam na kolejną odsłonę przygód Gru i spółki.




poniedziałek, 23 października 2017

Jenny Rogneby: Leona. Cel uświęca środki

Autor: Jenny Rogneby
Tytuł: Leona. Cel uświęca środki
Seria: Leona Lindberg, t.2
Stron: 480
Wydawca: Marginesy






Leona. Cel uświęca środki to druga część trylogii o  bardzo oryginalnej szwedzkiej policjantce. Z pewnością nie należy ona do tych bohaterskich policjantów, którzy kosztem własnego życia i własnych spraw ratują świat przed zagładą. Leona jest inna i należałoby to nawet napisać wielkimi literami. 
Część druga zaczyna się bardzo spokojnie, choć nie wszystko poszło po myśli Leony i ułożyło się tak jakby chciała.
Nie chodzi tylko o sprawy zawodowe; także życie prywatne kobiety stanęło na głowie. Co gorsza doszło do sytuacji, w której przekręty zawodowe Leony, zaczęły wpływać na bezpieczeństwo jej rodziny. Obecnie kobieta uczęszcza na terapię, na wyraźne polecenie nowej przełożonej bierze nową, niełatwą sprawę oraz szuka pomysłu, jak odkuć się finansowo, bo jej wierzyciel domaga się natychmiastowej spłaty długów. 

Pierwsza część o Leonie była brawurowa i pochłonęła mnie całkowicie. Stworzenie postaci policjantki z problemami, balansującej na granicy prawa, bez wyrzutów sumienia usuwającej ze swojej drogi ludzkie przeszkody, było naprawdę genialnym pomysłem. Leona była uzależniona od pokera, aspołeczna i zimna, a jednocześnie tak wnikliwie obserwowała swoje otoczenie, starając się je zrozumieć. No takiej bohaterki jeszcze w literaturze nie spotkałam. Byłam zachwycona i niecierpliwie czekałam na część drugą. 

Niedawno skończyłam czytać część drugą i mam mieszane odczucia. 
Przede wszystkim akcja toczy się bardzo wolno. Leona dzieli swój czas pomiędzy przesłuchaniami aresztowanego zamachowca o zagmatwanej przeszłości, opieką nad córką oraz planowaniem nowego skoku, bo pilnie potrzebuje gotówki i to ogromnej. 
Drastycznie spadła liczba scen, które wyraźnie pokazywałby skomplikowaną psychikę bohaterki, zwłaszcza podczas spotkań z rodziną, z nielicznymi przyjaciółmi czy kolegami z pracy. Nieustanny lęk o córkę, który Leona zaczęła odczuwać wydawał mi się trochę niewiarygodny, biorąc pod uwagę jej relacje z dziećmi w tomie pierwszym.
W drugiej części Leona skupia się na rozmowach z ciężko rannym zamachowcem i miałam wrażenie, że robi to bez przekonania. Bardziej pochłaniały ją spotkania z przestępcami, co do których miała poważne plany. Temu drugiemu brakowało jednak dreszczyku emocji; spotkania przypominały typowe prowadzone stylem wykładowym szkolenia dla policjantów. 

To dlatego druga część przygód Leony zanotowała, w moim odczuciu, znaczny spadek formy.  Miałam takie wrażenie, że akcja zwolniła do maksimum, a Leona, mimo że coś tam robiła, nie była w stanie mnie, jako czytelnika, niczym zaskoczyć. Pierwsza część przyzwyczaiła mnie do brawurowych, bezkompromisowych rozwiązań. Gdy była taka konieczność, Leona nie wahała się pociągnąć za spust, czy wykorzystać w realizacji swojego planu dziecka, choć sama przecież też była matką. Było to co prawda moralnie naganne, ale już od dłuższego czasu zasada, że bohater ma być kryształowy nie obowiązuje. Dlatego uważam, że Leona w części drugiej zmiękła, straciła zdecydowanie i nie wiem, czy taki jest zamysł autorki i jeszcze to czytelnika zaskoczy, czy też może sama autorka chciałaby Leonę wprowadzić na dobrą drogę. Mam nadzieję, że to ostatnie się nie sprawdzi, bo wtedy Leona już nie byłaby sobą i totalnie straciłaby pazur. 

Z ostateczną oceną na temat cyklu zaczekam do przeczytania finałowej części. Być może faktycznie to tylko taka cisza przed burzą...
Oby. Liczę, że Leona Lindberg jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa ani nie pociągnęła ostatecznie za spust. 
Dziękuję!

sobota, 14 października 2017

Priorytet: Orzeszki! czyli Gang Wiewióra

Reżyseria:  Peter Lepeniotis
Scenariusz: Lorne Cameron, Peter Lepeniotis
Wytwórnia:  Gulfstream Pictures
Czas trwania: 86 min.








Tytułowy Wiewiór to mistrz w zdobywaniu orzechów. Nie tylko nie ma skrupułów w ich kradzieży z ulicznych budek, ale przede wszystkim skutecznością i pomysłowością dorównuje Tomowi Cruise w Mission Impossible. Wiewiór, pomimo oczywistych zalet i wiewiórczej charyzmy, ma jednak wady, mianowicie nie lubi się dzielić, ani robić czegoś dla dobra ogółu. I nawet nie chodzi tu o gołym okiem widoczny egoizm, ale o brak autorefleksji. Kiedy bowiem w wyniku nieudanej akcji podprowadzenia orzechów, zniszczeniu ulega drzewo - spiżarnia należąca do wszystkich zwierząt w parku, Wiewiór nie ma sobie nic do zarzucenia. 
Decyzją ogółu zostaje wygnany poza granice parku. Na przedmieściach przypadkiem trafia na magazyn pełen orzechów i zaczyna planować skok. Nietrudno się domyślić, że do ogromnej partii orzechów znajdzie się więcej chętnych. Czy Wiewiór przyjmie pomoc innych zwierząt i czy nauczy się, że warto jednak czasem zrobić coś dla innych?

Jak sugeruje tytuł filmu, twórcy chcieli zrobić komedię sensacyjną i trzeba przyznać, że im się udało. 
Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, które zgodnie się przeplatają, ale żyją własnym życiem. 
Działania zwierząt to jedno. Wiadomo. Jest dużo orzechów, trzeba je tylko stamtąd wydobyć i przetransportować do parku. 
Ale worki z orzechami pełnią także istotną rolę w planie trzech rabusiów planujących skok na bank. Starania opryszków, kopiących tunel i plany Wiewióra często wchodzą ze sobą w kolizję, prowadząc do zabawnych sytuacji. Zabawne jest też to, że niezbyt inteligentni złodzieje, traktują zwierzęta jak szkodliwe gryzonie, zupełnie nie mając pojęcia o celowości ich działań. Wie o tym tylko widz i to właśnie w całym seansie jest najprzyjemniejsze. 

Na uwagę zasługują także bardzo sympatyczne, choć mało rozgarnięte, postaci zwierząt. Sunia, która tylko chciałaby wąchać i lizać, Trybsyn, który może jest i przystojnym wiewiórem, ale jest zwyczajnie głupiutki, Szczurek, który, choć nic nie mówi, jest wierny i zaradny, czy kilka innych pomniejszych postaci. Najlepsze jest jednak to, że działając razem zwierzęta mogą osiągnąć naprawdę wiele. 

Film przypadnie do gustu widzom w każdym wieku. Młodszych zachwycą zwierzęta, starszych rozbawią dialogi i aluzje językowe. Jasno i klarownie pokazano także aspekt dydaktyczny. Bez przyjaciół i stada trudno przeżyć, bo zawsze potrzebujemy tej drugiej osoby, by nas wspierała i nam pomagała. Oczywiście należy się także dzielić, bo co to za przyjemność mieć dużo i nie dać nic od siebie? Bardzo podobało mi się, że twórcy scenariusza pozwolili zachować Wiewiórowi jego rys charakterystyczny. Przeszedł przemianę i wiele zrozumiał, ale zupełnie stadny jednak się nie zrobił i to było fajne. 
Gang Wiewióra to dobra komedia dla całej rodziny. Polecam.

poniedziałek, 2 października 2017

Jim Butcher: Pełnia księżyca

Autor: Jim Butcher
Tytuł: Pełnia księżyca
Seria: Akta Harry'ego Dredesna #2
Stron: 400
Wydawca: MAG






Harry Dresden nadal ciężko przędzie. Porucznik Murphy przestała się do niego odzywać odnośnie konsultacji, a po mieście chodzą słuchy, że Harry pozostaje na usługach lokalnego mafiosa Johna Marconiego. Nie przysparza to magowi sympatii ani od magicznych ani od niemagicznych istot. Zła passa musi się kiedyś skończyć i oto wreszcie odzywa się Murphy wzywając maga na miejsce zbrodni, jeszcze bardziej krwawej niż ta z początku pierwszego tomu. Ofiarę wręcz rozszarpano, a wszystkie ślady wskazują na dzikie zwierzę, bo przecież tylko racjonalne wyjaśnienie są w stanie przyjąć ludzkie, policyjne umysły, czyż nie? 

Tytuł drugiej części dobitnie sugeruje nam, z jaką grupą magicznych istot będziemy mieć tym razem do czynienia. Oczywiście chodzi o wilkołaki. 
Makabrycznych zbrodni jest znacznie więcej, a zbliża się kolejna pełnia. Harry z pomocą zamieszkującego czaszkę ducha zwanego Bobem, przy asyście wścibskiej dziennikarki Susan oraz grupy młodych wilkołaków staje w obliczu poważnego zagrożenia. Pisarska fantazja Jima Butchera kazała mu stworzyć kilka rodzajów wilkołaków, z których jeden jest znacznie gorszy od drugiego. Dzięki temu akcja jest znacznie bardziej dynamiczna, a fabuła bardziej krwawa. Wilkołaki to tak naprawdę żądne krwi potwory, które pragną tylko zabijać i pożerać. Przed Harrym i jego przyjaciółmi trudny orzech do zgryzienia, tym bardziej, że ludzka część społeczeństwa wykazuje się ogromną ignorancją w stosunku do zjawisk paranormalnych. Wygląda to trochę tak, jakby ludzki mózg nie był w stanie pojąć tego co widzi, a więc upraszcza to sobie, tak by móc to jakoś przyswoić.

W moim odczuciu druga część cyklu o przygodach jedynego maga Chicago jest ciekawsza niż pierwsza. Znamy już część bohaterów,  a naczelną zasadą takich cykli jest to, że ci bohaterowie zazwyczaj wracają. Oprócz tego dowiadujemy się nowych rzeczy na temat głównego bohatera, a zwłaszcza jego przeszłości, która nawet dla niego samego pozostaje dużą niewiadomą. Okazuje się też, że jest to jego słabość, w sumie zrozumiała, bo kto nie chciałby się dowiedzieć czegoś na temat własnej matki, której osobę okrywają mgły niepamięci.  Mam nadzieję, że kolejne tomy będą rzucać coraz więcej światła na pochodzenie maga i osoby z nim blisko związane. 

Jeśli idzie o głównego bohatera, to nadal zbiera cięgi i ledwie zaleczy rany, już wpada w kolejne, bolesne i skutkujące siniakami, tarapaty. Kiedy trzeba, posiłkuje się uwarzonym eliksirem lub różdżką, generalnie jednak, żaden z niego macho ani super bohater. Może to być drażniące, ale w sumie dzięki temu Harry jest bardziej ludzki i prawdziwszy. Ma także duże problemy z obdarzeniem zaufaniem czy to Susan czy Murphy, bo niełatwo opowiadać o magicznych sprawach zwyczajnym śmiertelnikom. Oprócz tego reakcje Harry'ego na miejsca zbrodni, bohater odczuwa lęk, wręcz przerażenie, pokazują, jak wiele emocji w sobie kryje. Tak naprawdę zachowuje się bardziej jak człowiek niż jak potężny czarodziej.
Warto dodać, że mocne i obfitujące w zaskakujące wydarzenia zakończenie naprawdę nie pozwala się oderwać od książki.

Z zadowoleniem zauważam tendencję rosnącą, fabuła się rozkręca i wszystko idzie ku lepszemu, a zatem chętnie w najbliższym czasie sięgnę po tom trzeci.

czwartek, 28 września 2017

V.E. Schwab: Zgromadzenie cieni

Autor: V.E. Schwab
Tytuł: Zgromadzenie cieni
Seria: Odcienie magii t. 2
Stron: 530
Wydawca: Zysk i S-ka





Zgromadzenie cieni to kontynuacja Mroczniejszego ocienia magii, powieści, która skradła moje serce, głównie za sprawą motywów równoległych Londynów, w których magia ma różną postać i barwę. Książka spodobała mi się głównie z powodu gaimanowskiego klimatu oraz dwójki głównych bohaterów: władającego żywiołami Kella, na co dzień adoptowanego królewskiego syna oraz sprytnej złodziejki Lili, zdradzającej objawy magiczności, choć pochodzącej z krainy zupełnie magii pozbawionej. W tomie pierwszym ta dwójka uratowała Londyn i brata Kella, po czym każde poszło w swoją stronę.
Minęły cztery miesiące. Lilla spełniła swoje marzenie i została piratką, spotkała też utalentowanego maga, który nauczył ją jak korzystać z magii żywiołów. Szybko okazało się, że nasza irytująca złodziejka ma w sobie olbrzymi potencjał. Kell jest w nieco gorszej sytuacji. Nie dość, że stracił zaufanie wszystkich, w tym królewskich rodziców, zakazano mu swobodnych podróży między światami, to jeszcze związał życie swoje z życiem brata, przez co właściwie tkwi w impasie. Każde odczucie, zwłaszcza ból bracie teraz dzielą, co się dzieje z jednym, dzieje się też z drugim. Żyjąc wspólnym życiem, tak naprawdę stoją w miejscu, bo okazuje się, że Rhy też źle się z tym czuje. 
Tymczasem trwają przygotowania do turnieju magów, bardzo prestiżowego wydarzenia na skalę światową. To nie tylko wiele wydarzenie towarzyskie i rozrywkowe, ale też polityczne. Który mag okaże się najsilniejszy i okryje sławą swoje królestwo? To się okaże.

Przez dość długi czas akcja toczy się dość wolno, co mnie trochę zirytowało, ponieważ mylnie zakładałam, że intryga powinna się rozwiązać w tej samej książce. Na niedługo przed końcem zorientowałam się, że wszystko, co w drugim tomie miałam okazję śledzić jako czytelnik było tak naprawdę dopiero wstępem do wydarzeń w tomie trzecim. To typowy zabieg dla środkowych części trylogii, ja jednak okazałam się taką czytelniczą gapą. 

Pomijając wolne tempo rozwoju historii, ogromny plus należy się książce za barwny świat przedstawiony, zabawne, błyskotliwe dialogi oraz wyraziste niejednoznaczne postaci. Nikt tu nie jest jednokolorowy, tylko dobry albo tylko zły. Bohaterowie mają własne interesy, powiązania, pragnienia, które często pakują ich w kłopoty lub wręcz im szkodzą. Każda decyzja, najczęściej magiczna, ma swoje poważne konsekwencje nie tylko dla nich samych, ale też dla całych Londynów. Przykładowo: Lilla nie jest zła, ale dobra też nie. Skryta i przewrotna, pcha się ta gdzie jej nie chcą, często dyskredytując po drodze innych. Krwi co prawda nie przelewa, ale jest tego bliska, czegoś chce, to sobie to bierze nie bacząc na to, że jest to czyjaś własność, nie ma wyrzutów sumienia ani skrupułów. Nie polubiłam tej bohaterki, ale jednocześnie wiem, że tak ją uwarunkowały przeżycia z przeszłości, dlatego jest taka a nie inna. Podobnie jest z Kellem, Emerym, czy Hollandem. Każdy z nich ma swoją jasną i mroczną stronę, a złożyło się na to wiele czynników. To dlatego bohaterowie są tak intrygujący i nietuzinkowi. 

Jak już wspomniałam, druga część to preludium do części trzeciej. Jak ułożą się losy równoległych Londynów? Czy Kell zdoła wrócić do domu? A może tym razem to dzielna piratka uratuje jego, księcia w opałach? 
Niecierpliwie czekam na finał trylogii, a Was zachęcam gorąco do wycieczki do magicznych Londynów. Ta niezwykła marszruta z pewnością się Wam spodoba!


Dziękuję!

niedziela, 24 września 2017

Najmądrzejszy pies na świecie czyli Pan Peabody i Sherman

Tytuł: Pan Peabody i Sherman
Reżyseria: Rob Minkoff
Scenariusz: Craig Wright
Czas trwania: 92 min.
Wytwórnia: Dream Works







Często tak bywa, że gdy poznajemy postać książkową lub filmową okazuje się, że wcale nie jest ona taka młoda. Jest to sporym zaskoczeniem. Podobnie jest z panem Peabody.
Ten uroczo powolny pies, którego poznajemy w filmie, tak naprawdę ma już grubo ponad pół wieku. Początkowo stworzono go jako bohatera animowanego dla serialu telewizyjnego, w którym podróżując wehikułem czasu, bohater poznawał osoby cenne dla ludzkości.
Kim jest pan Peabody? Zapewniam Was, że nie przypomina on żadnego z psów, z którymi mieliście do czynienia. Jest ponadprzeciętnie inteligentny i bardzo uzdolniony czego dowodem są dwa medale olimpijskie i nagroda Nobla. Zna chyba wszystkie języki obce, potrafi grać na każdym instrumencie, tańczy, uprawia jogę, świetnie gotuje, zna sztuki walki. Wszystko, czego by się nie dotknął, wychodzi spod jego łapek idealne i bez skazy. Pan Peabody jest nawet doradcą samego prezydenta. Wybitność nie uchroniła go jednak przed samotnością. To dlatego, gdy Peabody znajduje w starym kartonie na ulicy małego chłopca, postanawia ... go adoptować. 

Sherman wyrasta na grzecznego i sympatycznego chłopca. Zupełnie nie przeszkadza mu, że wychowuje go pies. Zresztą choć są ze sobą bardzo zżyci, chłopiec nie nazywa go tatą. Największym osiągnięciem pana Peabody jest stworzenie wehikułu czasu. Dzięki niezwykłej maszynie mogą poznać osobiście Jerzego Waszyngtona, Leonarda da Vinci, Szekspira czy Robespierre'a. Kłopoty zaczynają się, gdy Sherman idzie do szkoły, gdzie podpada koleżance Penny. Ta publicznie go szykanuje i poniża, dochodzi do bójki, czego efektem jest wezwanie do szkoły rodziców i kuratorki, która bez ogródek oznajmia, że zrobi wszystko, by sąd zabrał psu chłopca. 
Nie może być gorzej? Oj może. Sherman pokaże Penny wehikuł i wtedy zaczną się prawdziwe kłopoty. 

Podróże w czasie oraz ingerencja w przeróżne wydarzenia doprowadzą do nie lada zamieszania. Przeszłość i teraźniejszość nie powinny się ze sobą mieszać, pan Peabody dobrze o tym wie, ale kiedy w historię zacznie ingerować dwoje ośmiolatków... Awantura będzie wręcz kosmiczna. 

Warto zwrócić uwagę na aspekt edukacyjny filmu. Młodzi widzowie mogą się dowiedzieć z niego czym był koń trojański, jaki było największe marzenie mistrza da Vinci i jak wyglądało życie żony faraona w Egipcie. Muszę przyznać, że te momenty filmu są bardzo wartościowe. Nienachalnie podane informacje iskrzą też dowcipem, dzięki czemu tak dobrze się ich słucha. 
Druga sprawa to kwestia buntu i dorastania. Sherman był grzeczny i posłuszny, dopóki był tylko z opiekunem. Poznając Penny zaczyna się buntować i robić pewne rzeczy po swojemu. Peabody jest tym zatrwożony, próbuje zakazów, Sherman buntuje się jeszcze bardziej. Znamy to? Myślę, że każdy mógłby tu coś dorzucić od siebie. 

Pan Peabody mówiący głosem Artura Żmijewskiego jest obłędny, kuratorka przerażająca a Grecy z Agamemnonem na czele niezbyt mądrzy. Jednym słowem Pan Peabody i Sherman to doskonała rozrywka dla całej rodziny. Polecam.

środa, 20 września 2017

Elizabeth Chadwick: Serce królowej

Autor: Elizabeth Chadwick
Tytuł: Serce królowej
Trylogia o Eleonorze Akwitańskiej, t.2
Stron: 464
Wydawca: Prószyński i S-ka







Serce królowej to kontynuacja powieści zatytułowanej Pieśń królowej. Obie książki są częścią trylogii, snującej opowieść o barwnych losach Eleonory Akwitańskiej, jedynej kobiety w średniowiecznej Europie, która była najpierw królową Francji, a potem Anglii. 
Gdy w finale pierwszej części czytelnik rozstawał się z Alienor, jej przyszłość rysowała się naprawdę obiecująco. Księżna Akwitanii uwolniła się z okowów nieszczęśliwego małżeństwa z Ludwikiem, połączyła się za to z młodym Henrykiem Plantagenetem, mężczyzną o wielkich apetytach politycznych, jak i łóżkowych. Alienor była pełna nadziei na to, że jej życie wreszcie się odmieni, że stworzą z Henrykiem zgodne stadło i będą dla siebie partnerami, a nie tylko mariażem o znaczeniu politycznym.

Gdy spotykamy młodą królową w tomie drugim wszystko zapowiada się bardzo obiecująco. Henryk wojuje i zdobywa kolejne ziemie, zaś Alienor rodzi synów i córki oraz pod nieobecność męża sprawnie rządzi Anglią. 
Z biegiem lat jednak staje się jasne, że Henryk nie chce słuchać rad żony i sprowadza jej rolę jedynie do dawania mu dzieci, które w przyszłości pomogą w zawieraniu korzystnych sojuszy politycznych. Początkowo Alienor kobiecą dyplomacją wpływa na króla i jego decyzje, z czasem jej wpływ maleje. Henryk nie chce z nikim dzielić się władzą, oddala się od żony, którą podejrzewa o zdradę stanu, konfliktuje się z synami i Kościołem. 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła drugiej części trylogii. 

Biorąc po uwagę dość skąpe źródła o tamtych czasach, należy przyznać autorce, że zrobiła naprawdę kawał dobrej roboty. Z wdziękiem i bez nachalnej i niewiarygodnej fikcji, uplotła historię kobiety, która zdecydowanie przerastała swoją epokę, była inteligentna, rozważna i unikalna. Być może losy Anglii i tej części Europy potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby tylko Henryk zechciał czasem posłuchać żony? Tak sądzę.

Mimo że pozornie w powieści nie dzieje się zbyt dużo, a partie opisowe przeważają nad dialogowymi, książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn czy tanich rozważań, czyta się z zaciekawieniem, a prosty sposób opowiadania sprawia, że fakty i relacje same wchodzą do głowy. Taki sposób poznawania historii uważam za najlepszy, bo bezbolesny i długofalowy. 

Serce królowej to świetna powieść dla kobiet, ale nie tylko. Powinna się także spodobać miłośnikom historii średniowiecza. Polecam. Bardzo przyjemna lektura. 

Dziękuję!


sobota, 16 września 2017

Pierwsze buty, selfie i popcorn? Tylko z Krudami!

Tytuł: Krudowie
Reżyseria: Chris Sanders, Kirk De Micco
Scenariusz: Chris Sanders, Kirk De Micco
Czas trwania: 98 min.
Wytwórnia: Dream Works






Naczelna zasada Krudów brzmi Nigdy się nie nie bój. W praktyce oznacza to, że wszystko co nowe jest złe, ciekawość jest zła i ogólnie powinno się siedzieć w jaskini. Na kupie, jak to sama czasem mówię.  Do tej pory ta zasada się sprawdzała. Sześcioosobowa rodzina Krudów siedziała głównie w jaskini i nawet by jej przez myśl nie przeszło choćby zerknąć, co jest gdzieś poza nią. 
Wszystko jednak ulega zmianie, gdy wchodząca w buntowniczy wiek dojrzewania Ip, poznaje samotnie wędrującego Guya, który nie tylko pokazuje jej jak działa ogień, ale też oznajmia jej, że zbliża się koniec świata i trzeba iść stąd jak najdalej. Dla Ip to brzmi wiarygodnie, ale jak przekonać do tego rodzinę?

Krudowie należą do moich ulubionych bajek. Plasują się bardzo blisko Jak wytresować smoka i Zaplątanych. Bajka promuje wartości rodzinne i to, jak nieuchronne są zmiany, na które rodzina jest narażona, przez co trudno tę rodzinę razem utrzymać. 
Prości w swej budowie Krudowie wszystkiego się boją, generalnie na niczym się nie znają i są naiwni jak dzieci. Mimo to, oprócz głowy rodziny Gruga, są chętni poznawać wszystko co napotykają na swej drodze, co ma swoje dobre i mniej dobre strony. Dobre, bo dzięki podróży, w którą się udadzą wiele zyskają, od butów począwszy, przez własne zwierzątka domowe, na lepszej miejscówce do życia skończywszy. Mniej dobre, bo bywają momenty, gdy poprzez  nieostrożne obchodzenie się z ogniem, mogą doprowadzić do spopielenia całej sawanny, wynajdując przy tym popcorn. 

Krudowie to zabawna i bijąca w oczy kolorami historia, którą aż się chłonie, być może dlatego, że traktuje o wielu współczesnych problemach, pomimo jaskiniowej szaty. Odwieczne i na czasie są konflikty pokoleń czy to ojca z dorastającą córką, czy to zięcia z teściową. Uniwersalne jest pragnienie poznania tego co nowe, co kryje się za horyzontem, bo może jest lepsze, cieplejsze, przyjemniejsze. No bo w końcu, ile można siedzieć w zimnej, ciemnej i zatęchłej jaskini? 
Rozczulające i przezabawne są próby ojca rodziny, by nadal być dla swoich bliskich autorytetem, gdy na horyzoncie pojawia się ktoś bardziej kompetentny. Wbrew pozorom wyhodowanie we własnej głowie dobrego pomysłu nie jest łatwe, no chyba że goni cię stado krwiożerczych, skrzydlatych odpowiedników piranii. 

Słowem Krudów nie da się nie lubić. Mogą być tępawi, niezbyt czyści i nie wiedzieć co to ogień, ale są zgrani i przeważnie pozytywnie nastawieni na nowości. 
To świetna komedia dla całej rodziny i w takim składzie najlepiej ją oglądać. Będzie kolorowo, wzruszająco i zaskakująco zabawnie. Polecam. To jedna z lepszych animacji ze stajni Dream Works. 
Doczytałam się ostatnio, że na rok 2017 jest planowana kontynuacja. Czy można dopisać kolejny rozdział do ich historii? Pożyjemy, to zobaczymy, a na razie póki co możemy cieszyć się częścią pierwszą.

niedziela, 10 września 2017

Jerzy Eisler: Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL

Autor: Jerzy Eisler
Tytuł: Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL
Stron: 464
Wydawca: PWN







PRL to temat rzeka. Na ten temat powstają liczne prace, artykuły, do realiów z tamtych lat odwołują się nasi rodzice, współczesne skecze kabaretowe, a nawet demotywatory w Sieci. 

Autor tej książki to znawca dziejów PRL, ale nie tylko. Jerzy Eisler od blisko 20 lat jest dyrektorem Oddziału IPN w Warszawie, a od 40 lat jest związany z Instytutem Historii Polskiej Akademii Nauk. W swoim dorobku naukowym ma prawie 30 książek dotyczących dziejów Polski po roku 1945. 
Przyczynkiem do napisania tej książki było zebranie, napisanych na przestrzeni lat i opublikowanych w różnych periodykach, tekstów na temat właśnie PRL-u. 

W 16 rozdziałach autor wnikliwie opisuje czasy powojenne w Polsce, losy żołnierzy AK, życie codzienne w Warszawie w czasach planu sześcioletniego. Wiele miejsca poświęca pojęciu stalinizmu, jego cechom oraz osobie samego Stalina. Szczegółowo przedstawia dwie wizje Polski związane z osobami Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomułki. W książce znajdziemy też artykuły dotyczące wydarzeń z roku 1968 oraz 1989. 
Najciekawsze dla mnie osobiście były rozdziały na temat mitów i stereotypów PRL-u, obrazu MO  w w filmach sensacyjnych l. 60 oraz dziedzictwa PRL. Przyznam, że przy niektórych się roześmiałam, a czasami uśmiechnęłam, bo przywołało to wspomnienie czegoś, o czym mówiło się u mnie w domu, gdy byłam młodsza. 

Niniejsza pozycja z pewnością jest cennym źródłem wiedzy na temat tamtych, dziś już dla wielu mitycznych, czasów. Obecnie wiele się mówi, że moda na PRL wraca. Ponieważ, moim zdaniem, trudno mówić o modzie na cokolwiek, bez znajomości tematu, polecam zajrzeć do tego opracowania i zapoznać się nie tylko z realiami tamtych czasów, ale też sytuacją obywateli, czy poszczególnymi dziedzinami społeczeństwa. Wchodzącemu w życie młodemu pokoleniu trudno jest dziś uwierzyć, że czegoś mogło zwyczajnie nie być, albo że w społeczeństwie było tak, a nie inaczej. A przecież PRL  to nie tylko historia braku czegoś w sklepach. 

Polecam. Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL to wartościowa pozycja nie tylko dla miłośników historii. Każdy, kto choć trochę mieni się miłośnikiem tego okresu w dziejach Polski, czy zwyczajnie chciałby pogłębić swoją wiedzę, powinien do tej książki zajrzeć.



Dziękuję!

środa, 6 września 2017

Frances Hardinge: Drzewo kłamstw

Autor: Frances Hardinge
Tytuł: Drzewo kłamstw
Stron: 456
Wydawca: Czarna Owca







Najniebezpieczniejsze kłamstwa to te, które nie odbiegają daleko od prawdy. Dlaczego? Ponieważ powtarzane przez setki ust, potrafią się rozrosnąć do kolosalnych rozmiarów i doprowadzić do katastrofy. Ten temat podejmuje Frances Hardinge w swojej książce Drzewo kłamstw. Warto przy okazji wspomnieć, że powieść otrzymała nagrodę Costa Book Award w kategorii literatura dziecięca za 2015 rok. 

Pastor Erasmus Sunderly, zapalony przyrodnik i archeolog, wraz z rodziną przeprowadza się na wyspę Vane. Jego nastoletnią córkę Faith bardzo dziwi ta nagła decyzja, do czasu, gdy z rozmów dorosłych wyłania się rewelacja. Otóż w środowisku naukowym wybuchł skandal związany z odkryciami pastora. Jedyne wyjście w obecnej sytuacji, to przeczekać burzę na uboczu, z dala od wścibskich oczu i ust. 
Nie jest to łatwe i rodzinie nie jest dane zaznać spokoju, bo niedługo po przyjeździe, pastor umiera. Zrozpaczona i pewna, że ojciec miał mnóstwo sekretów, Faith decyduje, że je odkryje.

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że książka tak mnie wciągnie. Zaczyna się w sumie niepozornie, ot pastor z rodziną, chcąc przeczekać skandal związany z jego osobą, przyjmuje posadę na małej wyspie Vane. Niedługo potem mężczyzna ginie w niejasnych okolicznościach, a jego córka Faith, nie wierząc w przypadkowość jego śmierci, postanawia wszelkimi sposobami dociec prawdy. Początkowo sądziłam, że Faith za mocno uczepiła się całej sprawy, że szuka dziury w całym, jednak z czasem  wszystko zaczyna się układać w całość. Żeby sprowokować do działania domniemanego zabójcę, Faith zaczyna rozpuszczać drobne plotki. Ku jej i czytelnika zaskoczeniu, niczym toczące się z góry kule śniegowe, plotki nie tylko obrastają w kolejne domysły i spekulacje, ale czynią krzywdę wielu ludziom. 
Kłamstwo, choćby wypowiedziane w dobrej wierze, może zrujnować czyjeś plany, doprowadzić do choroby, a nawet uszczerbku na zdrowiu. Kłamstwo zmienia też tego, kto je wypowiada. Płonąca gniewem i pragnąca zemsty Faith, kłamiąc i widząc tego efekty, czuje się silna, ważna, mocna. Z czasem dostrzega też, że nie poznaje już samej siebie, że stała się drażliwa, niecierpliwa, nieostrożna. Co zrobić, gdy wszystko zaczyna się sypać na łeb na szyję? Powiedzieć prawdę? Ale czy ludzie faktycznie jej chcą? Jedno jest pewne. Łatwe to nie będzie. 

Drzewo kłamstw to świetnie napisana historia, którą polecam zarówno nastolatkom, jak i tym nieco starszym czytelnikom. Świetnie pokazuje mechanizm kłamstwa i to, jak wpływa ono na ludzi. To także historia o tym, że każdy człowiek pragnie uznania innych i często robi dziwne lub głupie rzeczy, by na nie zasłużyć. Gdyby tylko ludzie ze sobą więcej rozmawiali, wszystko byłoby znacznie prostsze.

PAPIEROWE MOTYLE
Dziękuję!

poniedziałek, 4 września 2017

Trawiasta przygoda w wersji mini czyli Artur i Minimki

Reżyseria: Luc Besson
Scenariusz: Luc Besson
Czas trwania: 102 min.
Produkcja francuska






10 -letni Artur to chłopiec niezwykle żywotny i ciekawy świata. Z zaangażowaniem śledzi i słucha o odkryciach i podróżach swojego dziadka Archibalda; chce tak jak on podróżować, poznawać nowych ludzi, rzeczy i tworzyć nowe wynalazki. 
Artur jest dzieckiem i zwyczajem dzieci nie dostrzega, że  dziadek od trzech lat nie daje znaku życia, bo zaginął, dom jest tak zadłużony, że niebawem komornik eksmituje babcię chłopca, a zbyt zajęci sobą rodzice Artura, obijają się gdzieś po świecie, zamiast opiekować się synem. To ta trochę bardziej mroczna strona historii. 
Faktem jest jednak, że eksmisja staje się coraz bardziej realna i tylko nagły powrót dziadka oraz odnalezienie skarbu, mogą sytuację uratować. 

Dlatego Artur, kierując się wskazówkami pozostawionymi przez dziadka, trafia do świata, w którym żyją przezabawne i bardzo sympatyczne Minimki, małe istoty przypominające trolle, mieszkające pod ziemią, nikomu nie wadzące. No może z wyjątkiem jednego M...
Czy Arturowi uda  się odnaleźć skarb i uratować krainę nowych przyjaciół? Czy odnajdzie dziadka? Czy zdąży na czas?

Artur i Minimki  to bardzo sympatyczna, kolorowa i pełna niespodziewanych zwrotów akcji historia. Trochę tu klimatów rodem z Indiany Jonesa, trochę romansu i dużo praktycznego dowcipu słownego.
Film różni się od innych tego typu historii dla dzieci. Po pierwsze dlatego, że zaczyna się jak film fabularny z prawdziwymi aktorami i nawet po przejściu Artura do świata Minimków, mamy możliwość śledzić, co podczas jego nieobecności dzieje się na farmie. Rzadko trafia się takie połączenie. Luc Besson już nieraz udowodnił, że jego wyobraźnia jest bardzo rozległa i nie ma sobie równych. Po drugie takie przenikanie się światów daje odbiorcy do zrozumienia, że jeśli coś jest małe i nie widać goły okiem, to nie znaczy, że nie ma prawa istnieć. Okazuje się bowiem, że obydwa światy mocno na siebie oddziałują i zmiana w jednym, pociąga za sobą zmiany w drugim. 

Długo odkładałam seans Artura i Minimków, teraz widzę, że niepotrzebnie. Może zabrzmi to dziwnie, ale zniechęcały mnie głównie fryzury Minimków oraz ich nieco dziwaczny wygląd. Nic bardziej błędnego; Minimki są przemiłe, film zabawny i uroczy, a fabularny wygląd prowincji zachwyca. 
To dlatego z chęcią zasiądę do seansu części drugiej. Polecam obejrzeć film wspólnie z dzieckiem.

piątek, 1 września 2017

Lavie Tidhar: Stacja Centralna

Autor: Lavie Tidhar
Tytuł: Stacja Centralna
Stron: 320
Wydawca: Zysk i S-ka





W odległej przyszłości świat mocno poszedł do przodu. Właściwie spełniło się wszystko, to o czym S. Lem czy P. Dick mogli tylko marzyć.  
Świat, właściwie wszechświat stał się wielką, globalną wioską, której spoiwem jest strumień danych, przenikających wszystko. Nie ma już konieczności męczenia się z życiem w realu: teraz można cały czas spędzać w wirtualnej rzeczywistości, niemal gnijąc w kapsule, jak to oglądaliśmy w filmie Matrix czy innych wizjach przyszłości tego typu. Człowiek może być po części cyborgiem, a robot mieć ludzkie uczucia. Zaś najbardziej pożądaną rzeczą przez wampira, obecnie nie jest już krew, a dane, miliony danych. Taki oto świat wykreował w swojej powieści Lavie Tidhar, pisarz izraelskiego pochodzenia, obecnie mieszkający w Londynie. 

Akcja nominowanej do nagrody Locus oraz nagrodzonej Campbellem powieści Stacja Centralna toczy się na pograniczu Izraela i Arabii w mieście przyszłości. Tradycja zderza się tu z nowoczesnością, bogactwo i bieda są wręcz skrajne, a dookoła króluje cyfrowa świadomość Innych. 
Boris Chong, lekarz z przeszłością wraca po latach do Tel Awiwu z Marsa. To, co tu zastaje wygląda teraz zupełnie inaczej niż wtedy, gdy kilkanaście lat temu wyjeżdżał. Była kochanka prowadzi miejscowy bar i wychowuje chłopca, który jest, delikatnie mówiąc, dziwny. Kuzynka potajemnie spotyka się z robotnikiem cyborgiem, uzależnionym od narkotyków, a inny kuzyn wdał się w romans z kobietą wampirem, łasą na dane. Czy w takim świecie jest jeszcze szansa na normalność? 

Stacja Centralna jest książką urokliwą, która wciąga nawet jeśli  nie przepada się za klimatami science fiction. Z fascynacją czyta się o robocie, pełniącym rolę duchowego pasterza swojej trzódki, czy też świadomej windy, która marzy, by w kolejnym życiu być robotem kuchennym. Takich smaczków jest tu mnóstwo i łapiemy je na każdym kroku.

Kolejne rozdziały przedstawiają perspektywę innego bohatera, dlatego początkowo książkę czyta się jak zbiór opowiadań. Dopiero z czasem wątki i postacie zaczynają się łączyć i czytelnik otrzymuje szerszy obraz całości. 
Wbrew naszym oczekiwaniom nie dostajemy finalnego zakończenia, ale może to i dobrze. W końcu życie jest strumieniem drobnych wydarzeń i nie ustaje nagle, tylko dlatego, że przewracamy ostatnią stronę. Ono toczy się dalej i tylko w gestii naszej wyobraźni jest domyślić się, co też może jeszcze się wydarzyć. Jedno jest pewne: czy to na Ziemi czy w kosmosie każda istota marzy o miłości i o tym, by kogoś kochać. To się nie zmienia nawet w scenerii science fiction.


Dziękuję!

wtorek, 29 sierpnia 2017

Sophie Kinsella: Miłość w stylu retro

Autor: Sophie Kinsella
Tytuł: Miłość w stylu retro
Stron: 464
Wydawca: Świat Książki








Książki Sophie Kinselli można lubić albo nie. Do takiego wniosku dochodzę, czytając recenzje innych czytelników. Jeśli idzie o mnie i sporą grupę moich koleżanek z pracy, książki Kinselli są przez nas wręcz uwielbiane i nie mam tu na myśli serii o zakupoholiczce. Powieści Noc poślubna, Mam twój telefon i Nie powiesz nikomu? to zestaw przezabawnych, uroczych powieści dla młodych kobiet, szukających dla siebie lekkiej, ale i niegłupiej lektury. 
Miłości w stylu retro szukałam bardzo długo i już właściwie się poddałam. Wydana także jako audiobook, w wersji papierowej była nie do dostania i w końcu dałam sobie spokój. 
O przeczytaniu powieści zadecydował przypadek, bo też i przypadkowo na nią natrafiłam. Przeczytałam w dwa dni i jestem oczarowana. Wiem, że poprzednimi powieściami autorki też zachwycałam się w podobny sposób, ale teraz już wiem, że Miłość w stylu retro to jej najlepsza i najmądrzejsza życiowo książka.  

Główna bohaterka, Lara przechodzi obecnie ciężkie chwile. Z niewiadomych dziewczynie przyczyn zerwał z nią jej chłopak Josh, z którym wiązała wielkie plany.  Działalność świeżo założonej firmy kuleje, bo wspólniczka Lary, Natalie wyjechała sobie na Goa i chwilowo nie zamierza wracać. W dodatku Lara zostaje zmuszona przez rodziców do udziału w pogrzebie ciotecznej babki, której nigdy w życiu nie widziała. Czy może być gorzej? Może. Bo oto w trakcie nabożeństwa żałobnego uaktywnia się duch zmarłej Sadie i zaczyna się domagać wstrzymania ceremonii do czasu odnalezienia jej naszyjnika. Ku rozpaczy głównej bohaterki, duch jest widoczny i słyszalny tylko dla Lary, która zakrzyczana przez dziarską duszyczkę, robi z siebie wariatkę, byle tylko nie doszło do kremacji. 
Jak nietrudno się domyślić duch zmusi Larę do poszukiwań naszyjnika, ale to nie wszystko.  Mimo że duch i niematerialny, Sadie jest żądna rozrywek i życia, domaga się więc od Lary chodzenia na tańce, umawiania się z pewnym przystojnym Amerykaninem oraz ubierania się i malowania tak jak to czyniły dziewczęta w l.20 XX wieku. Przygnieciona przez własne problemy Lara dwoi się i troi, byle tylko sprostać wymaganiom krzykliwego i przemądrzałego ducha, jednocześnie starając się utrzymać na rynku biznesowym firmę oraz odzyskać Josha. Z czasem jednak przekonuje się, że być może to za czym tak goniła, nie jest jej właściwym celem. 

Gdyby powieść traktowała tylko o kontakcie z duchem, wyszłaby dość słabo. Autorka jednak nakreśliła świetne tło obyczajowe, doskonale odmalowała klimat minionych lat 20 oraz stworzyła zabawne i interesujące postaci drugoplanowe, a zwłaszcza wuja Billa, specjalisty od interesu zapoczątkowanego przez dwie monety. 
Bardzo zabawne jest zderzenie mentalności Lary, dziewczyny na wskroś współczesnej oraz Sadie, zbuntowanej bon vivantki, zakochanej w charlestonie i papierosach. Bardzo interesujące są poszukiwania naszyjnika oraz historia obrazu, zaś sama historia miłosna (nie mam tu na myśli Lary i Eda) po prostu chwyta za serce. 

Motyw przewodni? Chciałoby się rzec: spieszmy się kochać ludzi..., ale myślę, że w tym przypadku bardziej pasowałoby stwierdzenie, żeby nie oceniać nikogo po pozorach. Larze wydawało się, że zmarła w zapomnieniu cioteczna babka, nie dokonała nic na tyle ważnego, aby ją pamiętać. Nic bardziej mylnego. Historia Sadie ma więcej głębi, niż się początkowo wydaje. 
Miłość w stylu retro to urocza, zabawna i mądra książka, która przyjemnie umili wakacyjne popołudnie. Polecam.

sobota, 26 sierpnia 2017

Tomasz Żaglewski: Kinowe uniwersum superbohaterów. Analiza współczesnego filmu komiksowego.

Autor: Tomasz Żaglewski
Tytuł: Kinowe uniwersum superbohaterów.
Analiza współczesnego filmu komiksowego.
Stron: 350
Wydawca: PWN







Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej publikacji, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Każde ludzkie zainteresowanie prędzej czy później zacznie potrzebować fachowej teoretycznej podbudowy, źródła, które usystematyzuje naszą wiedzę, do którego będzie można się odwołać i wyjaśnić dręczące nas wątpliwości. Z tego właśnie powodu sięgnęłam po książkę o kinowym uniwersum i jego superbohaterach.

W początkowych rozdziałach autor wstępnie charakteryzuje współczesne kino komiksowe i mówi o tym, jakie wydarzenia we współczesnym świecie przyczyniły się do renesansu tego typu obrazów.  Sporo miejsca poświęca fikcyjnym uniwersom, by następnie przejść do nietoperzy, wampirów i pająków filmowych. Dla mnie osobiście najciekawszym rozdziałem był ten poświęcony Batmanowi (sentyment do Bruce'a Wayne'a mam od dzieciństwa i czasów emitowanego na TVP 2 filmu animowanego) zarówno filmom z lat 90. jak i mrocznej trylogii Christophera Nolana. 
Autor pisze przystępnie, odwołuje się do początków istnienia danej postaci, by następnie szczegółowo omówić, jak ewoluowała i wpływała na świadomość kolejnych odbiorców. 

Uważam, że fachowa publikacja ma w sobie to coś czyli jest fachowa właśnie wtedy, gdy podczas oglądania filmu człowiek łapie się na niezwykłej myśli, że to właśnie to i że o tym czytał. Tak było ze mną podczas seansu trylogii o Batmanie Christophera Nolana. Właściwie to ta książka obudziła we mnie apetyt na ponowne obejrzenie filmów o człowieku nietoperzu i dzięki niej było to oglądanie bardziej świadome, bo zwracałam uwagę na wszystkie rzeczy, o których autor pisał i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Okazuje się bowiem, że współczesne obrazy filmowe są nie tylko utworami samymi w sobie, przeniesieniem na ekran zmagań superbohaterów ze złem. To także fenomen kulturowy, który zapisuje się na stałe w świadomości odbiorców oraz krytycznie odzwierciedla wiele zjawisk współczesnego świata. W tym momencie film przestaje być tylko filmem oglądanym dla efektów specjalnych czy kreacji aktorskich, a staje się krytyką rzeczywistości, być może receptą, wskazówką. 

Kinowe uniwersum... skłoniło mnie do bardziej świadomego odbioru, wytłumaczyło sprawy, których do tej pory ze sobą nie wiązałam, wskazało też kierunek, w jakim podążają współcześni twórcy filmów o Supermanie, Avengersach czy Spidermanie. 
Książka jest pozycją wartościową nie tylko dla tych, którzy zawodowo zajmują się tą tematyką. Powinni ją przeczytać także ci, który mówią o sobie, że się tym interesują; w takim przypadku znacznie pogłębią swoją wiedzę, być może zwrócą uwagę na coś, co do tej pory wydawało się im błahe lub bez znaczenia. 
Jeśli o mnie chodzi czuję się wzbogacona intelektualnie i wiem na pewno, że nie raz do tej pozycji wrócę. Polecam. Wartościowa treść, w której, na każdej stronie, czuć pasję autora.


 Dziękuję!