czwartek, 17 sierpnia 2017

Rhys Bowen: Dublin, moja miłość

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Dublin, moja miłość
Seria: Molly Murphy, t.6
Stron: 488
Wydawca: Noir sur Blanc







W życiu Molly Murphy, butnej, samozwańczej detektyw, chwilowo zapanowała stagnacja. Trudno o nowe zlecenia, a czekający na wyjaśnienie swojej sprawy Daniel, swoim postępowaniem skłania bohaterkę do zastanawiania się, czy oby faktycznie jest on tym jedynym. Gdy więc nadarza się okazja wyjazdu, mimo że chodzi o Irlandię, do której Molly miała nigdy nie wracać (bo przecież stamtąd dwa lata temu uciekła), dziewczyna decyduje się przyjąć intratne zlecenie od zamożnego impresario i odszukać jego siostrę. 
Jednak już na statku, którym płynie bohaterka, sprawy zaczynają się gmatwać. Najpierw znana artystka prosi Molly, by zamieniła się z nią na kajuty, a potem zostaje zamordowana młoda dziewczyna. A miała to być nudna i spokojna podróż. 
Po zejściu na ląd Molly musi zatem nie tylko współpracować z policją, ale też prowadzić własne poszukiwania. Szybko przekona się, że prawa i możliwości młodych kobiet są tak samo ograniczane w Irlandii, jak i w Ameryce, pod tym względem oba kraje są bardzo podobne. Molly jednak nie podaje się i z właściwą sobie rezolutnością stara się rozwiązać powierzoną jej sprawę, pakując się przy tym w niejedne tarapaty.

Szósty tom jest, w moim odczuciu, najmniej kryminalny, a bardziej społeczno-obyczajowy. Prowadzona przez bohaterkę sprawa co prawda łączy się z wątkiem głównym, ale rozwiązuje się dość szybko. Więcej miejsca za to poświęciła autorka ukazaniu Dublina w czasach, gdy panowali w nim Anglicy, a miejscowa ludność traktowana była jak aparat rewolucyjny i przestępczy. Widać, że gdyby miasto dostało szansę, rozwinęłoby się w szybkim tempie i prędzej czy później to nastąpi, ale krewkich Irlandczyków czeka jeszcze bardzo długa i krwawa walka o niepodległość. Oczami Molly, Irlandki wychowanej jak Angielka obserwujemy starania irlandzkich organizacji o zachowanie języka, tradycji, literatury, teatru i poezji. W walkę tę włączają się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Molly ma zatem okazję, by nie tylko odkryć swoje korzenie, ale też zastanowić się, czy los samotnej, samodzielnej kobiety jest jej prawdziwym pragnieniem. A co wtedy z Danielem? 

Jedno jest pewne. Autorce udało się ukazać niesamowity klimat Dublina początków wieku oraz utrzymać napięcie, do samego końca bowiem nie mamy pewności, jak zakończą się intrygi Molly oraz jej nowopoznanych sojuszników. Książkę można czytać bez znajomości poprzednich części, to duża zaleta cyklu, zachęcam jednak do zapoznania się z całą serią o przygodach rudowłosej Irlandki detektyw. Uroczy klimat retro i pełna tupetu bohaterka od razu chwycą czytelnika za serce. 
Polecam. Seria godna uwagi.

Dziękuję!

środa, 16 sierpnia 2017

Rachel Hartman: Łuska w cieniu

Autor: Rachel Hartman
Tytuł: Łuska w cieniu
Seria: Serafina t.2
Stron: 480
Wydawca: MAG








Świat ludzi i smoków stoi na skraju wojny. Młodziutka królowa Gisselda wraz z narzeczonym Lucianem oraz doradczynią Serafiną próbują jej zapobiec, działając dyplomatycznie. Tym samym próbują odkryć przysypane kurzem przeszłości prastare tajemnice pochodzenia ludzkich i smoczych hybryd, co znacząco może wpłynąć na przebieg wojny lub spowodować, że być może do niej nie dojdzie.

Łuska w cieniu to kontynuacja losów Serafiny, dziewczyny o smoczym pochodzeniu, utalentowanej muzycznie oraz zdolnej telepatki, potrafiącej  siłą umysłu łączyć się ze swoimi pobratymcami. 
W drugiej części historii Serafina wyrusza w podróż, jako wysłanniczka królowej. Chcąc zapobiec wojnie, postanawia odszukać realne osoby, których awatary ukrywa w swoim umyśle. Ma nadzieję, że jeśli skłoni je do współpracy, być może pokonają wspólnie stare, dążące do eksterminacji ludzi smoki. Sprawę mocno utrudnia fakt, że wśród mieszańców znajduje się Jannoula, wyjątkowo silna półsmoczyca, umiejąca przejmować umysły innych smoków oraz wpływać na umysły ludzi. By ją pokonać, Serafina będzie musiała zgłębić sekrety pochodzenia półsmoków oraz otworzyć się na własną moc, którą z nieznanych sobie powodów, zablokowała gdzieś w zakamarkach własnego umysłu. 

Jakie sekrety ukrywają smoczy Cenzorzy? Do czego tak naprawdę dąży Jannoula? Czy Serafina zdąży odkryć wszystkie sekrety smoczych świętych, zanim na ludzi spadnie smoczy ogień? I czy główna bohaterka doczeka się happy endu z ukochanym Lucianem? Odpowiedź na to ostatnie pytanie może nieco zaskoczyć czytelnika.

Powieść czyta się powoli. Nie można powiedzieć, że nie jest ciekawie, bo czytałam z zainteresowaniem, ale trudne nazwy, trochę rozwlekłe rozmyślania głównej bohaterki sprawiają, że lektura całości zajmie trochę dłużej, niż się początkowo zakładało. Ogólnie jednak zastosowanie przez autorkę rozwiązania się zadowalające i ogromny plus dla niej, że (prawdopodobnie, bo kto tam może być pewien na sto procent) historia kończy się na dwóch tomach. Rozwlekanie tego do rozmiarów trylogii byłoby już grubą przesadą. A tak jest sensowne zakończenie, układają się losy bohaterów, a co do reszty no cóż, bohaterowie są młodzi i dalszy ciąg ma napisać samo życie. Bardzo mi się podoba takie podejście. 

Historia Serafiny i jej smoczych pobratymców powinna się spodobać wielbicielom dragońskich motywów w literaturze, nie spodziewajcie się jednak scen rodem z latającymi i ziejącymi ogniem bestiami jak w Grze o tron. Smoków jako takich mamy tu w sumie niewiele, myślę, że autorce bardziej chodziło o pokazanie hybryd, czyli mieszańców powstałych z połączenia smoków i ludzi. W kreowaniu wyglądu i charakterów tych ostatnich pomysłów autorce nie brakuje. Dlatego, jeśli ktoś decyduje się na lekturę Serafiny musi być świadom, że wersja smoków proponowana przez Rachel Hartman jest nieco inna od tej oficjalnej i ogólnie znanej. 
Jeśli o mnie idzie powieść podobała mi się. Trochę średniowieczny klimat świata przedstawionego, zaskakująco oryginalne stworzenia i na wskroś dobra smocza muzyczka sprawiły, że historię oceniam na plus. 
Pozycja godna uwagi.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Nicholas Monsarrat: Okrutne morze

Autor: Nicholas Monsarrat
Tytuł: Okrutne morze
Stron: 704
Wydawca: Bellona






Ernest Hemnigway w swoim noblowskim opowiadaniu Stary człowiek i morze ustami starego Santiago powiedział, że morze jest jak kobieta podatna na wpływ zmiennego księżyca; potrafi być źródłem wielu łask, ale może być też okrutne i wiele człowiekowi zabrać. Nie można go za to winić, po prostu ono inaczej nie umie. 
Podobnie jest w bestsellerowej powieści Nicholasa Monsarrata Okrutne morze. Jak powiedział krótko sam autor jest to historia dwóch okrętów, 150-osobowej załogi i wojny. I tak można by w jednym zdaniu streścić całą książkę. 
Wybucha II wojna światowa. Polem okrutnej walki między nazistami i aliantami staje się Atlantyk, wszak droga morska jest miejscem i sposobem na podróż i transport. Oczami dwóch żołnierzy marynarzy Ericsona i Lockahrta śledzimy przygotowania do eskortowania statków z różnymi ładunkami. Wspomnieni wcześniej bohaterowie znajdą się w składzie załogi statku, należącego do eskorty, innymi słowy będą zapewniać bezpieczeństwo statkom płynącym przez Atlantyk. 

Przyznaję, że trochę ociągałam się z lekturą tej książki. W pierwszej kolejności przeczytał ją mój mąż i dopiero pod wpływem jego namów, zabrałam się do czytania. Okazuje się bowiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż dyskusja o przeczytanej książce z drugą osobą, zwłaszcza odmiennej płci. 

Od razu powiem, że książka nie spodoba się każdemu, albo inaczej; nie każdy odbiorca znajdzie w niej to, czego się spodziewa. Nie jest to historia obfitująca w tanią, wymyślną sensację, do jakiej przyzwyczaiły nas współczesne historie o konfliktach zbrojnych, gdzie bohaterowie są na siłę heroiczni, w pojedynkę ratują świat, wygłaszając przy tym łzawe kwestie. To nie to. 
Okrutne morze to książka napisana trochę jak reportaż, trochę jak kronika wydarzeń. Autor nie sili się na jakiś wymyślny ton, po prostu bez fałszywego mądrzenia się opowiada rok po roku historię ludzi, którym przyszło brać udział w wojnie. Najpierw śledzimy przygotowania statku, potem załogi, pierwsze miesiące i lata wojny na Atlantyku, straty w ludziach, uzbrojeniu, okrętach oraz prywatne straty psychiczne. Dramatyczny zwrot akcji w jednym momencie ma uświadomić czytelnikowi, że niczego na wojnie nie można być pewnym i że śmierć czai się za każdą falą. Prosty, swojski sposób prowadzenia narracji sprawia, że Okrutne morze czyta się naprawdę dobrze, mimo że sporo tu fachowych nazw i marynistycznych zwrotów. Jeśli jednak przebrnie się przez spokojny wstęp, w którymś momencie czytelnik zdaje sobie sprawę, że polubił załogę Compass Rose i Saltash, że z zaciekawieniem śledzi ich zmagania i trudną, wojenną codzienność. 

Okrutne morze to nie zwykła, sensacyjna historia o wojnie. To kronika wydarzeń dziejących się na rozległym Atlantyku. Wiele pisze się o wojnie na lądzie, stosunkowo mało wiemy jednak o wojnie prowadzonej na morzu czy w powietrzu i dlatego książka Monserrata jest pozycją tak wartościową. Czytając Okrutne morze dowiadujemy się o rzeczach, o których większość z nas zapewne nie ma pojęcia; jest to ten sposób zdobywania wiedzy, która właściwie przyswaja się sama, bo jest podana w tak atrakcyjny, bezpretensjonalny sposób. Oprócz tego nie można pominąć tak ważnego szczegółu jak życiorys autora. Wszak Nicholas Monsarrat brał udział w morskiej wojnie i przeszedł przez wszystko to, o czym sam pisze, dam głowę, że przeżycia kapitana Ericsona oraz jego podwładnych są przeżyciami samego Monsarrata, a przecież wiarygodność i oparcie na faktach to rzecz, którą najbardziej cenimy w podawanych nam dziś historiach. Książka powstała w roku 1951, a więc autor nie tylko część rzeczy zdążył uporządkować we własnej głowie, ale na tyle odetchnąć przez te kilka lat od zakończenia wojny, aby na wiele spraw spojrzeć bardziej z dystansem i krytycznie. 

Okrutne morze to pozycja niezwykle wartościowa i pouczająca. Jak już wspomniałam, zazwyczaj unikam takich pozycji, ale do tej będę mieć szczególny sentyment. Oto historia o okrutnym morzu i okrutnych czasach napisana przez człowieka morza, który był bezpośrednim uczestnikiem tych wydarzeń. Tak naprawdę to ostatnie to najlepszy argument, by po tę pozycję sięgnąć. 
Książka nie tylko dla miłośników historii wojny. Polecam.


Dziękuję!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nieoczekiwana zamiana czyli Wilk w owczej skórze

Reżyseria: Andrey Galat, Maxim Volkov
Scenariusz: Maxim Sveshnikov
Czas trwania: 84 min.








Szary jest młody, pełen życia i uwielbia dobrą zabawę. Ani mu w głowie przejmowanie przywództwa w rodzinie czy żeniaczka z piękną Bianką. Brzmi znajomo? Z pewnością bardzo ludzko, tymczasem Szary jest wilkiem, synem przywódcy wielkiej watahy i w sumie nie traktuje swojej pozycji zbyt serio. Niecierpliwi to zarówno ojca młodzieńca, jak i czekającą na oświadczyny ukochanego Biankę. 

Dlatego Szary postanawia się zmienić, ponieważ jednak jest zwolennikiem szybkiego działania, naiwnie sądzi, że jeśli wypije miksturę, to zaoszczędzi sobie czasu. Tymczasem bohater budzi się w owczej skórze. Czy zrozumie swoje błędy, a tym samym ocali oba stada: owcze i wilcze? To się okaże. 

Historia miała potencjał, właśnie dlatego po nią sięgnęłam. Motyw zmiany bohatera w kogoś innego, jest wszak gwarantem dobrej zabawy. Chodzi w końcu o to, by zrozumiał on swoje błędy i zmienił postępowanie, ratując tym samym bliskich. 
Tymczasem tutaj tego nie ma. Szary podlega przemianie w owcę, choć jak słusznie zauważył mój bystry małżonek, nie dostaje runa, a tylko kopytka i rogi, poza tym w ogóle nie przypomina owcy. Zrozumienie spływa na niego nagle, nie pod wpływem ważnych wydarzeń, tylko tak po prostu. Zmienił się i już rozumie, teraz pozostaje mu tylko dążyć do powrotu do własnej postaci. 

Z przykrością stwierdzam, że historia jest nudna i jakby na siłę. Bohaterowie dwoją się i troją, korzysta się z typowych motywów i gagów słownych, a jednak jest po prostu drętwo. Sam sposób powrotu bohatera do wilczej postaci winien być spowodowany ważkim czynem, a nie drobnym szczegółem, z czego po pewnym czasie autorzy scenariusza się wycofali. 
Nie czuje się konfliktu między owcami i wilkami, wydaje się jakby te dwie grupy nie miały ze sobą nic wspólnego. 

To dlatego, dooglądawszy z dużym trudem, nie polecam. Lepiej poświęcić ten czas na inne, lepsze animacje. 
Szkoda, bo potencjał był spory.

piątek, 4 sierpnia 2017

Mary E. Pearson: Fałszywy pocałunek

Autor: Mary E. Pearson
Tytuł: Fałszywy Pocałunek
Seria: Kroniki Ocalałych, t.1
Stron: 432
Wydawca: INITIUM






17-letnia księżniczka Lia z domu Morrighan szykuje się do zamążpójścia, które właściwie zaraz się odbędzie. Mariaż ten to sprawa polityczna, ma połączyć ze sobą dwa królestwa i zapobiec wojnie. 
Lia jednak nie chce wychodzić za mąż z powodów politycznych za kogoś, kogo nie zna, dlatego decyduje się na ucieczkę. 
W odległej, spokojnej wsi ma zamiar rozpocząć nowe życie. Czy zmyli licznych łowców?

Historia z pewnością spodoba się młodszym, nastoletnim czytelniczkom, które będą się identyfikować z rozterkami uczuciowymi Lii oraz wątpliwościami dotyczącymi życiowych decyzji. 
Starsi, bardziej wymagający czytelnicy, mogą być nieco zirytowani powolnym tempem narracji oraz brakiem bardziej radykalnych rozwiązań. W trakcie czytania miałam takie wrażenie, że wszyscy bohaterowie są jakby za dobrzy, nawet ci źli, innymi słowy nie czułam grozy sytuacji. Być może młodsi czytelnicy tego nie wyczują. 

Książka dzieli się właściwie na dwie części. Pierwsza opowiada o ucieczce głównej bohaterki od rodzinnego przeznaczenia, a pobyt w spokojnej osadzie z dala od domu nie obfituje w zbyt wiele wydarzeń. Lia wciela się w nową rolę dziewczyny służącej, uczy się pracować i sama na siebie zarabiać. Oczywiście taka historia nie może się obyć bez wątku romansowego. Wokół Lii zaczynają się kręcić dwaj przystojni młodzieńcy: Raffe i Kaden. Jeden z nich to niedoszły przyszły mąż, a drugi wysłany zabójca. Który jest który? Autorka stara się mylić tropy i przez pewien czas się jej to udaje. Dla którego z nich serce księżniczki zabije mocniej? Hmmm, tego nie zdradzę, powiem tylko, że obydwaj panowie mają wiele przymiotów. 

Druga część powieści to podróż, w trakcie której Lia dowiaduje się więcej na temat swojego daru, poznaje też lepiej krainy na obrzeżach swojego królestwa. Z bezbronnej dotąd dziewczyny rodzi się wojowniczka, na którą trzeba będzie uważać, nie jest bowiem tak łagodna, na jaką do tej pory wyglądała. 

Czy Lia odkryje swoje przeznaczenie? Czy pozna prawdę na temat starych manuskryptów? Z kim zwiąże swoje życie: dzielnym, upartym księciem czy gburowatym, odważnym zabójcą? 
Fałszywy pocałunek to miła i sympatyczna pozycja na wakacje. Jeśli szukacie dla siebie historii o księżniczce w opałach, przystojnych konkurentach o jej względy, prastarym  królestwie z bogatą tradycją oraz naturalnych magicznych darach, to powieść M. E. Pearson Fałszywy pocałunek powinna Wam się spodobać!

Dziękuję!

środa, 2 sierpnia 2017

Wakacyjne i dinozaurowe klimaty czyli Wyspa dinozaura

Reżyseria: Reinhard Klooss, Holger Tappe
Scenariusz: Reinhard Klooss, Oliver Huzly, Sven Severin
Czas trwania: 87 min.
Wytwórnia:  produkcja niemiecka







Wyspa dinozaura to film, który powstał na motywach książek niemieckiego pisarza Maxa Kruse. 
Na samym środku oceanu na pięknej tropikalnej wyspie mieszka sobie, nieco zbzikowany Profesor w towarzystwie grupki gadających  ludzkim głosem zwierząt. Są tu więc pingwin Fraczek, który sepleni, jaszczurka Mundek, ciamajdowaty Dziubas, który raz po raz zderza się z jakąś skałą lub drzewem, pesymista Cienki, choć w talii grubawy, bo to lew morski oraz zrzędliwa świnka Frania z kompleksem idealnej pani domu.

Sielskie życie mieszkańców zupełnie się zmienia, gdy pewnego dnia morze wyrzuca na brzeg jajo, z którego niebawem wykluje się prawdziwy dinozaur. Mały Dyzio nie tylko postawi życie mieszkańców na głowie, ale też ściągnie na wyspę króla Pomopniusza, marzącego o kolejnym trofeum myśliwskim na swoją ścianę. Co z tego wyniknie? Cała masa komplikacji i przygód. 

Od pierwszych chwil filmu dokładnie widać, że jest on skierowany do najmłodszej widowni. 
Po pierwsze sam Dyzio swoim zachowaniem i mentalnością bardzo przypomina małe dziecko. Jest po dziecięcemu szczery, powtarza po dorosłych to co mówią, bardzo lubi się przytulać do mamy i myśli tylko o zabawie. Zaś wszystkie polecenia wykonuje na swój sposób, tzn. jeśli każą mu się nie ruszać z miejsca, to on nie zmieniając postawy ciała przesuwa się w wybranym przez siebie kierunku, jednocześnie powtarzając głośno: "nie ruszać się z miejsca, nie ruszać się z miejsca". 
Po drugie wszystkie postaci są kolorowe i mają takie owalne kształty, chyba po to, żeby dobrze się kojarzyły, w końcu kanty i  ostre rogi nie są dla dzieci. 
Przyjemne wrażenie sprawia sama wyspa, słoneczna, ciepła, przypomina wielką piaskownicę. 

W filmie umieszczono też kilka wątków dydaktycznych. Przede wszystkim należy mówić proszę i dziękuję, tego mały widz uczy się razem z Dyziem. Koniecznie też trzeba się dzielić zabawkami z przyjacielem, bo samolubów w przedszkolu czy na placu zabaw nikt nie lubi. No i oczywiście najważniejsza dla malucha jest mama, to życiowe marzenie małego Dyzia i tylko posiadanie mamy sprawi, że bohater zaśnie szczęśliwy. 

Przyjemny dla ucha jest polski dubbing, pingwin uroczo sepleni, a świnka jest taka władcza.
Wyspa Dinozaura to dobry film do obejrzenia razem z dzieckiem i to nawet w kilku podejściach.