poniedziałek, 26 listopada 2018

Luca D'Andrea: Lissy

Autor: Luca D'Andrea
Tytuł: Lissy
Stron: 430
Wydawca: WAB








Piękna i młoda Marlene, pozornie spełniona żona i bizneswoman, decyduje się na radykalny krok. Postanawia uciec od męża gangstera, kradnąc mu przy okazji z sejfu cenne kamienie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku w zimowej aurze, kobieta traci panowanie nad pojazdem i zjeżdża z drogi. Życie ratuje jej samotnik Simon Keller. Ten, na oko, prosty i zwyczajny człowiek może się okazać dla Marlene cennym sojusznikiem lub największym zagrożeniem, gorszym nawet od mściwego męża lub nasłanego przez niego zabójcy.

 Historia zaczyna się niepozornie.  Oto młoda żona miała dość życia u boku zaborczego męża gangstera i zdecydowała się z tym skończyć. Miała misternie ułożony plan, który jednak nie udał się w pełni z powodu wypadku kobiety. Równolegle poznajemy przeszłość i życiowe drogi męża Marlene, Herr Wegenera oraz Zaufanego Człowieka, zabójcę wysłanego przez Konsorcjum w ślad za uciekinierką. To jednak nie jest cała historia. Można powiedzieć, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. 

Sporym zaskoczeniem była dla mnie tożsamość tytułowej Lissy. Świnie nie są zbyt częstym motywem w literaturze, a jeśli już, tak jak to było w jednej z powieści autora Milczenia owiec, są one przedstawiane jako krzykliwe, brutalne, groźne dla człowieka, jako marionetka w rękach innego człowieka. 
Wniosek jest jeden. Każda istota żywa, nie będąca człowiekiem, staje się taka, jak ją człowiek uwarunkuje. Traktowana okrutnie, będzie okrutna i złośliwa. Jednak świnie starego Simona mają w sobie coś bardzo niepokojącego. Wyglądają jak świnie, jednak zachowują się jakby napędzała je prastara, pierwotna moc, która jedyne, czego łaknie, to krew. 

Lissy L. D'Andrei to niepokojąca historia o ludzkim szaleństwie, rodzącym się w wypaczonym umyśle, który to szaleństwo pielęgnuje, a po wielu latach już nie jest w stanie wyjść z jego labiryntu. Opowiadana przez autora historia jest niepokojąca, tak bym to nazwała jednym słowem. Wszechogarniająca zima w odciętych od świata górach, osamotnione gospodarstwo i ogarnięty religijnym szałem główny bohater, popychany do działania, zewnętrznym głosem.  Czyim? Tego nie wiemy. Czy to Bóg, zmarła siostra, sumienie, czy jeszcze coś innego? 

Zakończenie to starcie dwóch sił, żywiołów równie niszczących co negatywnych. Żadnemu się nie kibicuje, bo nie o to w tym chodzi. Można się jedynie zastanawiać, jak się to dla bohaterów skończy. I z jakim bilansem wyjdzie z tego Marlene?

Przyznam, że po lekturze mam mieszane uczucia.  Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Ma w sobie coś, co przykuwa uwagę czytelnika, jednocześnie sam aspekt psychologiczny jest tak mocno zaakcentowany, że trudno oczekiwać tutaj jakichś sensacyjnych rozwiązań. Prawda jest taka, że jeśli bohater wygra ze swoim szaleństwem to takie też będzie zakończenie. Jeśli mu ulegnie, to również wpłynie to na finał historii.

Mimo to Lissy to dobra opowieść na zimne, jesienne popołudnie. Jej pierwotna siła i mroczna, niepokojąca atmosfera na długo zapadną w pamięć. 


Dziękuję!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Erin Hunter: Sfora. Opuszczone miasto

Autor: Erin Hunter
Tytuł: Sfora. Opuszczone miasto, t.1
Wydawca: Nowa Baśń
Stron: 309









Świat ludzi ogarnęła katastrofa. Nastąpiło Wielkie Warczenie. Długonodzy w pośpiechu opuścili swoje siedziby, ale, z niewiadomych przyczyn, swoich zwierząt nie zabrali ze sobą. Dlatego dla czworonogów nadszedł czas wielkiej, życiowej próby. Oto psy do tej chwili uważające się za domowe, teraz muszą przetrwać bez pomocy i opieki ludzi. Czy nawykłe do wygód, regularnego karmienia i czułej opieki, dadzą sobie radę na wolności? Oddzielnie może nie. Ale gdyby utworzyły stado...
Fuks, złotowłosy mieszaniec goldena i oczawarka szetlandzkiego woli być sam. Nie czuje się dobrze w sforze i nie ma ambicji, aby być jej członkiem. Kiedy jednak spotyka na swojej drodze siostrę z miotu Bellę oraz jej przyjaciół, postanawia choć na jakiś czas przewodzić sforze, aby nauczyć ją podstawowych umiejętności przetrwania. 
Sfora początkowo nie budzi nadziei na to, by przetrwać. Psy są skrajnie różne od siebie, okazuje się jednak, że każdy z nich posiada umiejętności niedostępne dla pozostałych. Marta nowofunlandka świetnie pływa, mieszaniec owczarka niemieckiego i chow chowa, Bruno jest duży i chętnie uczy się polować. Border Collie Miki jest pomysłowy i przejmuje inicjatywę. Maltańczyk Promyk, choć malutka, ma sobie bojowego ducha, podobnie jak równie mała Stokrotka, będąca Jack Russel Terrierem. Buldog Alfik jest wesoły i pełen życia, a siostra Fuksa, Bella ma zadatki na dobrego przywódcę.

Pierwsza część cyklu o psich przygodach trafiła w moje czułe punkty zadeklarowanego psiarza. Czytając, nie mogłam się pozbawić przyjemności, aby wracać do niektórych fragmentów, a co ważne koniecznie pogłaskać mojego pupila. Podoba mi się pomysł, według którego jest skonstruowana fabuła powieści. Wszystko odbywa się na psim poziomie mentalnym i psich możliwości. Co za tym idzie nie ma tu cudownych zwrotów akcji i niewytłumaczalnych rozwiązań. Psy radzą sobie tak, jakby to zrobiły w rzeczywistości, czytelnik zaś otrzymuje cenny wgląd w ich uczucia, starania, psie lęki i emocje. To naprawdę niesamowite popatrzeć na świat oczyma psa. Ludzie są tu nazywani Długonogimi, a samochody Warczącymi Pudłami. Psy mają nawet coś w rodzaju swojej mitologii; wszelkie zjawiska przyrody, takie jak burza, czy błyskawice, deszcz, wschód słońca są dla psów bóstwami i należy je darzyć szacunkiem, a wtedy ześlą pomyślność. 

Opuszczone miasto to historia o tym, jak formuje się stado. Psy do tej pory należące do ludzi i mocno z nimi związane, muszą się nauczyć samodzielności i odrzucić zachowania, które mieszkanie z ludźmi w nich wykształciło. Słowem, muszą zdziczeć. Nie jest to łatwe, bo nasza sfora bardzo kocha swoich ludzi i wierzy, że opiekunowie po nich wrócą. Sposób, w jaki zwierzęcy bohaterowie wyrażali się o swoich ludziach, chwytał za serce. Wiodący bohater Fuks, musi natomiast dorosnąć do roli alfy sfory. Podświadomie cały czas boi się zobowiązań, wciąż powtarza, że to tymczasowe i w końcu odejdzie. Wiemy jednak, że to nie nastąpi i tym przyjemniej obserwuje się jego dojrzewanie i kiełkujące w nim zarzewie odpowiedzialności za stado, które bez niego nie da sobie rady. Z nim jednak, mogą zajść bardzo daleko. 

Jednym słowem, jestem książką zachwycona i chętnie sięgnęłabym po kolejny tom, gdyby był. Myślę, że Sfora spodoba się młodym czytelnikom; historia uczy empatii i budzi poczucie odpowiedzialności za naszych podopiecznych. Czytelnicy nieco starsi także mogą spokojnie po książkę sięgnąć. Fabuła jest tak zbudowana, że i dorosły znajdzie tu wiele dla siebie, zwłaszcza główkując, co mogło się stać ze światem ludzi i co sprawiło, że tak nagle i masowo odeszli. 

Sfora. Opuszczone miasto to bardzo dobra powieść z elementami przygody i podróży, w trakcie której bohaterowie dojrzewają i zmieniają się w prawdziwe stado. Już czekam niecierpliwie na drugą część. Polecam!


Dziękuję!

piątek, 2 listopada 2018

Joseph Delaney: Aberracje. Bestia się budzi

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Aberracje. Bestia się budzi, t.1
Stron: 343
Wydawca: Jaguar








Ciemność jest nieprzewidywalna. W Ciemności czają się potwory...
Nastoletni Colin, zwany Sprytkiem, od roku tkwi ukryty w piwnicy rodzinnego domu. Jego matka i dwaj bracia nie żyją. Ci ostatni są jedynie szeptami w głębi ziemi. Ojciec pracuje jako królewski kurier i na długo znika bez wieści. Na zewnątrz nie jest bezpiecznie. Świat pogrąża się w mroku, plamie czerni zwanej Szolem (skojarzenie z biblijnym Szeolem, jak najbardziej prawidłowe), która w niekontrolowany sposób przesuwa się w ludzkim świecie. Szol zmienia krajobraz i geografię kraju, ale przede wszystkim istoty żywe. Wszystko, co pochłonie, zmienia się w żądne krwi stworzenia. 

Któregoś dnia Sprytek zostaje przyjęty do zamku. Od tej pory będzie Czerwiem, czyli pomocnikiem baromanty, maga, który za pomocą specjalnego portalu, może zajrzeć do Szolu i badać go. Życie czerwia nie jest proste, bo, mimo że jest ich mało, nikt w zamku nie szanuje nastolatków pełniących tę funkcję. Jeśli w trakcie badań Szolu czerw zostanie ranny lub zginie, nikt po nim nie płacze. Sprytek przekonuje się o tym szybko i boleśnie. 

Okazuje się, że w Szolu żyje wiele przerażających stworów, a w samym zamku są tacy, którzy zafascynowani mrokiem Szolu i możliwością przemiany, tworzą nowy rodzaj kultu. Życie Sprytka i jego nowych przyjaciół jest zatem w niebezpieczeństwie. A w dodatku ojciec chłopca, świetny kurier, zaginął gdzieś w mroku.

Bestia się budzi to moje pierwsze spotkanie z twórczością Josepha Delaneya. O Kronikach Wardstone oczywiście słyszałam, ale jakoś nie było okazji ich przeczytać. Początek powieści jest trochę mylący i skojarzył mi się, nie wiedzieć czemu, ze Zwiadowcami. Oto chłopiec sierota, trafia do zamku, gdzie, być może, jego los się odmieni. Na tym jednak podobieństwa się kończą. To, co uznałam, za powieść dla młodszego czytelnika, szybko zmienia się w ciekawą, ale i krwawą historię o walce z Szolem, tworzącym przeróżne monstra. Plama czerni wciąż się przesuwa, chłonąc świat ludzi. Dlaczego tak się dzieje, nikt nie wie. 
Bardzo prawdopodobne, że te monstra nie są jednak najgorszym, co można spotkać w Szolu. Tam, głęboko, kryje się coś jeszcze. To coś znacznie gorszego, dysponującego ogromną siłą mentalną, zdolną czynić z ludzi bezwładne marionetki.

Sprytek będzie się musiał zmierzyć nie tylko z mniejszymi stworami. Gdy jego ojciec zaginie, zechce ruszyć mu na ratunek, ale gdzie szukać? 

Muszę przyznać, że powieść czytało się dobrze, choć nie wiem, czy poleciłabym ją młodszym czytelnikom. I nie chodzi tu o same opisy potworów, ale o brutalność i prostotę opisu. Bohaterowie niemal na każdym kroku doznają tu uszczerbku na zdrowiu i życiu, dość dokładnie opisuje się egzekucje i zranienia. Na mnie nie robi to już takiego wrażenia, bo jestem dorosła, ale czy na 10 -latku nie zrobi? Historia jest naprawdę ciekawa i barwna. Trudno tu o nudę, bo ciągle się coś dzieje, a intencje bohaterów nie są oczywiste. Autor raczy także czytelnika ciekawymi rozwiązaniami, takimi jak książę przemieniony w drzewo, czy wojownicza Królowa Bagien. Aberracje to dopiero wstęp do cyklu, ale trzeba przyznać, że zapowiada się ciekawie i chętnie sięgnę po kolejny tom, gdy tylko się pojawi.

Dziękuję!

niedziela, 28 października 2018

Jessica Sorensen: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena
Seria: Coincidence, t. 6
Stron: 260
Wydawca: Zysk i S-ka









Gdybym miała wymienić jeden, godny uwagi, cykl young adult, to byłby to bez wątpienia Coincidence. Po lekturze pierwszej części, zakochałam się w nim bez pamięci. Niecierpliwie czekałam na część drugą, a potem równie mocno przeżywałam perypetie Luke'a oraz Violet. Ci bohaterowie po prostu mają w sobie coś, co sprawia, że czytelnik nie jest w stanie przejść obok nich obojętnie. Z fascynacją i bijącym sercem śledzi się ich poczynania i desperacką walkę o normalność i miłość. 

Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena obudziło we mnie całą gamę ciepłych uczuć. Nie wątpiłam, że tej dwójce się powiedzie i jest im pisany happy end, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po tę książkę. 
Od wydarzeń z tomu poprzedniego minął rok. Callie i Kayden są o krok od zamieszkania razem, choć obaw mają mnóstwo. Trzecia część ich życiowych zmagań przynosi jednak kolejny kryzys. Do Kaydena niespodziewanie odzywa się matka z informacją, że jego ojciec znajduje się w stanie ciężkim w szpitalu. Chłopak staje przed wyborem; czy odciąć się od przeszłości, czy po raz ostatni się z nią spotkać, celem zamknięcia pewnych kwestii. Nie jest to dla niego łatwe, dlatego pokusa, by znowu się okaleczać staje się groźnie realna. Na szczęście obok jest Callie, czujni przyjaciele, a nawet rodzina, której oboje, jak dotąd, nie brali pod uwagę. Po raz pierwszy w życiu nie są sami z problemami. To dla nich nowe i bardzo nieoczekiwane.

Finałowa część cyklu nie jest obszerna. Te 260 stron polskiego wydania czyta się lekko i szybko. Nie przewidujemy tu żadnych niebezpieczeństw i strasznych wydarzeń. To po prostu kolejne miesiące z  życia Callie, Kaydena i ich przyjaciół. Weszli w dorosłość i próbują sobie z nią radzić na co dzień. Ogółem nie jest źle, ale, gdy przeszłość puka do ich drzwi, wiedzą, że muszą stawić jej czoło. W przeciwnym bowiem razie, ich przyszłość jest zagrożona. Nie istnieje nic takiego jak szczęśliwe zakończenia od teraz. Sytuację I żyli długo i szczęśliwie bohaterowie muszą sobie sami wypracować. Wymaga to nie tylko podjęcia pewnych decyzji, ale też rozprawienia się z przeszłością, bo inaczej ciągle będzie się odbijać nieprzyjemną czkawką. Callie stanie oko w oko ze swoim gwałcicielem, zaś Kayden stanie przed perspektywą spotkania ze swoimi rodzicami. Jak to wpłynie na naszą dwójkę?

Jessica Sorensen ma talent do opisywania uczuć. Między Callie i Kaydenem wciąż iskrzy i czuje się tę chemię podczas czytania. A jednocześnie z rozrzewnieniem czyta się o miłości, którą darzą się na co dzień, o mnóstwie drobnych gestów, które sprawiają, że wiemy bez żadnych wątpliwości, że to jest właśnie miłość i nie ma innej opcji. 
Kocham tę historię i tych dwoje. Słodką, lecz dojrzałą Callie i pogubionego, a jednocześnie tak opiekuńczego Kaydena. Żal się z bohaterami rozstawać. Jednak zostawiam ich ze spokojem w sercu, wiedząc, że nic złego ich już nie spotka. Przeciwnie. Będzie już tylko lepiej. 

Polecam fanom cyklu Coincidence, dla nich to będzie prawdziwa, słodka perełka. Pozostałym czytelnikom polecam cały cykl, łącznie z historią Luke'a i Violet, to naprawdę jeden z lepszych w tej kategorii. Z głowy nie wychodzą mi Seth i Grayson. Mam cichutką nadzieję, że i ta opowieść pojawi się na naszym rynku. 

Dziękuję!

niedziela, 21 października 2018

Rhys Bowen: Milczysz, moja śliczna...

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Milczysz, moja śliczna...
Seria: Molly Murphy, t.7
Stron: 461
Wydawca: Noir Sur Blanc








Grudzień 1902 roku. Nowy Jork został przysypany śniegiem. Z jednej strony ma to swoje plusy, bo tworzy to klimat do zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Można też wybrać się z ukochanym na ślizgawkę. Jednak z drugiej strony tuszuje to wiele zbrodni i utrudnia poszukiwania, już nie wspominając o tym, że mróz jest srogi. A w pracy detektywa taka pogoda nie jest ułatwieniem. W końcu Molly Murphy nie potrafi siedzieć bezczynnie. Tak oto w skrócie zaczyna się siódma już przygoda z rudowłosą Irlandką, która postanowiła przecierać szlaki w trudnej drodze kobiet do emancypacji i samodecydowania o życiu. 

Tytuł siódmej części zaczerpnęła autorka z broadwayowskiej musicalu Florodora. Milczącą ślicznotką jest tajemnicza dziewczyna, którą Molly i Daniel znajdują na wpół zmarzniętą w śnieżnej zaspie w Central Parku. Kim jest i dlaczego nic nie mówi? Sprawa okaże się dość skomplikowana i zawiedzie wścibską Molly nie tylko do dzielnicy sycylijskich gangów, ale nawet do obrośniętego złą sławą Ward's Island, na której znajduje się szpital dla umysłowo chorych. Ale to nie wszystko. 
Po miesiącach zaciskania pasa w zawodzie detektywa, wreszcie coś rusza i oto zlecenia sypią się jak z rękawa. Molly musi nie tylko sprawdzić reputację pewnego młodego kandydata na męża. W nowojorskim teatrze Casino ponoć zadomowił się duch, który utrudnia aktorom pracę i dybie na osobę gwiazdy wodewili Blanche Lovejoy. Rudowłosa śledcza będzie musiała sprawę zbadać i wcielić się w rolę pilnej uczennicy. Pozna też smak rywalizacji w środowisku tancerek oraz odczuje na własnej skórze działanie tremy. Jakby tego było mało, do Molly odezwie się panna Van Woekem z prośbą o rozwiązanie zagadki posądzonego o rozbój siostrzeńca. Czy Molly nie bierze na siebie zbyt wiele? A może te wszystkie sprawy połączone są niewidzialnymi nićmi i mają jakiś punkt wspólny? 

Jedno jest pewne: z Molly Murphy nie można się nudzić i nudno nie będzie. Mogłoby się wydawać, że to już siódmy tom i autorce wyczerpią się pomysły na kolejne intrygi. Nic z tych rzeczy. Próg XX wieku i tworząca się społeczność Nowego Jorku to kopalnia inspiracji i pomysłów. Rhys Bowen sięga do autentycznych wydarzeń i postaci, dzięki czemu cała historia jest tak wiarygodna, że ciężko się od niej oderwać. Gdy zaczynałam lekturę tomu siódmego wydawało mi się, że autorka tym razem za dużo umieściła w fabule. Tu rosnące w siłę gangi i walka o wpływy, tam środowisko nowojorskiego wodewilu. W tym wszystkim milcząca nieznajoma, badania hipnozą, bo już zaczyna się mówić o wadze podświadomości i leczeniu umysłu, napad rabunkowy i na okrasę duch w teatrze. Okazało się jednak, że każdy wątek miał swoje zaplanowane wcześniej miejsce i każdy szczegół składał się na przemyślaną i wciągającą historię kryminalną. Jednym słowem, po siedmiu częściach cykl o Molly Murphy nadal jest tak samo dobry, a nawet lepszy z tomu na tom. Jak zawsze przy powieściach tej autorki, czyta się szybko, jest zabawnie i barwnie, a jednocześnie ma się świadomość, że to czasy tak odległe, że nie da się uchronić przed sentymentalnym myśleniem. 

Trochę drażnił mnie wątek Daniela Sulivana, który straciwszy stanowisko kapitana policji, obecnie jest bez pracy i stracił pazur. Mężczyzna bez zajęcia bywa uciążliwy, to fakt. Jednak miała wrażenie, że autorce skończyły się pomysły na tę postać. Jednocześnie jego podejście do pracy Molly i traktowanie nie do końca poważnie, sprawiały, że coraz mniej go lubiłam. Zakończenie powieści odsłania nowe widoki na losy tej postaci. Być może na pracy w policji świat się nie kończy, ale to się jeszcze okaże. 

Bardzo podobała mi się kolejna część cyklu. Świat Molly Murphy jest uroczy i fascynujący, a tworząca się na oczach czytelnika XX-wieczna Ameryka ma w sobie coś uwodzicielskiego. Z pewnością życie nie było wtedy proste, a już dla kobiet w szczególności, niemniej jednak te początki mają w sobie niezaprzeczalny magnetyzm historii. 
Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na dalsze losy Molly i jej przyjaciół. Oby nie za długo. 

 Dziękuję!

wtorek, 16 października 2018

L. M. Montgomery: Ania z Wyspy Księcia Edwarda

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł; Ania z Wyspy Księcia Edwarda
(lub też Spełnione marzenia)
Stron: 600
Wydawca: Wydawnictwo Literackie






Przede wszystkim zacznę od tego, że umieszczone na okładce zdanie, jakoby miał to być niepublikowany wcześniej tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza, wprowadza w błąd. Książka nie opisuje dalszych losów Ani i jej bliskich. 
Jest to zbiór opowiadań, których akcja toczy się w Glen St. Mary. 
Czytelnik mógłby się poczuć oszukany. Gdyby nie to, że ten zbiór jest trochę inny od reszty opowiadań Montgomery, co sprawia, że jest to trochę na plus i trochę na minus, że się tak wyrażę. 

Z bardzo interesującego posłowia wynika, że zbiór ten nie ujrzał światła dziennego przed śmiercią autorki. Montgomery napisała blisko 500 opowiadań, z których większość powstawała na zamówienie do kanadyjskich gazet. 
Spotkamy tu już znane i bawiące nas w twórczości pisarki motywy; są więc spotkania po latach, odzyskana na nowo miłość, czy tak typowe dla autorki późne małżeństwa. Ale są też i takie, które zasmucają. Oto kobieta marnuje życie swoje i członków rodziny, przywiązując ich do siebie udawanym kalectwem. Dlaczego? Bo czując się gorsza, zawsze chciała nimi rządzić i tak ma ku temu okazję. Inna bohaterka przez całe życie nienawidziła kobiety, która w jej mniemaniu ukradła jej ukochanego i jątrzyła się tą nienawiścią całe swoje życie. Bogaci krewni chcą przygarnąć sierotę, licząc tylko na jej spadek. Takie historie smucą i przerażają. 
Są jednak i takie, zupełnie jakby dla zachowania równowagi, które rozbawią i wzruszą, zwłaszcza te o zdobywaniu miłości w nieco starszej młodości. 

Zbiór jednak ma jeszcze jedną wartościową cechę. Po pierwsze mamy coś w rodzaju interludiów, wieczorków poetyckich, na których Ania czyta bliskim wiersze swoje i nieżyjącego syna Waltera. To sposób, by uczcić jego pamięć i zachować go jak najdłużej w pamięci rodziny. Po drugie lepiej poznajemy Anię i jej bliskich, widzimy, jak radzą sobie ze stratą i zmieniającymi się czasami. 

Podobnie jest w opowiadaniach. Blythowie są powszechnie znani na Wyspie. Może dlatego, że wówczas lekarz był bardziej cenionym zawodem niż dziś i lekarzy było mniej. Niemniej jednak każdy z bohaterów opowiadań zna tę rodzinę. Ania jest uważana za interesującą i mądrą kobietę, zdolną swatkę, a Gilbert za dobrego lekarza, dla którego liczy się dobro pacjenta, a nie nabicie sobie portfela. Blythowie są lubiani (przeważnie), ich dom jest wzorem domu, a rodzina wzorem rodziny. Zdarzają się także niepochlebne komentarze, ale to jak wszędzie. Ludziom ust nie zamkniesz, a zgorzkniali zawistnicy są wszędzie. Mimo to ciekawie tak o Blythach posłuchać z ust innych, to tak jakby trochę ich podglądać przez dziurkę od klucza. 

Zbiór ten różni się od swoich poprzedników, zwłaszcza klimatem i podejściem do wielu spraw. Jest więcej goryczy, zazdrości, trwania w zapamiętałym gniewie. Są też jednak i dobre, jasne strony życia. Ktoś odnajdzie miłość z marzeń lub dzieciństwa, ktoś odejdzie z satysfakcją spełnienia w życiu, ktoś jeszcze inny znajdzie dom i rodzinę, jak to u Montgomery.

sobota, 13 października 2018

Sabrina Jeffries: Stare panny ze Swan Park

Autor: Sabrina Jeffries
Tytuł: Stare panny ze Swan Park
Seria: Stare panny Swanlea, t.1
Stron: 416
Wydawca: BIS






Polubiłam książki Sabriny Jeffries, głównie ze względu na prezentowaną obyczajowość i sympatyczne postaci. Dlatego po przeczytaniu cyklu Diablęta z Hallstead Hall, sięgnęłam po inny, zatytułowany Stare panny Swanlea

Już samo określenie stara panna, a mamy rok 1815, jest zabawne w naszym rozumieniu. Współcześnie, biorąc pod uwagę styl życia ludzi, trudno kogokolwiek nazwać starą panną czy starym kawalerem. W czasach, gdy dzieje się akcja opowiadanej przez autorkę historii, główne bohaterki mają 23-24 lata i już są starymi pannami. Chodzi tu nie tyle o ich wiek; określenie to sugeruje raczej ich pozycję społeczną. Stara panna to kobieta, której nikt nie chce pojąć za żonę, jest więc uważana za brzydką i nieatrakcyjną, taką, z którą coś jest nie w porządku. To okropne i bardzo krzywdzące, jeśli pozna się bliżej siostry Swanlea. Są one mądre i kochające, każda jednak ma coś, co sprawia, że są społecznie niechciane. Średnia z sióstr Rosalind ma zbyt pełną figurę i zbyt niewyparzony język, a najstarsza Helena utyka, jest więc kaleką, do niczego niezdatną. 
Dziś może się nam to wydawać niewiarygodne lub nawet śmieszne, ale wtedy była to naprawdę poważna sprawa. 
Siostry Swanlea starają się nie przejmować etykietkami, które nadało im społeczeństwo, zdają sobie jednak sprawę, że któraś z nich będzie musiała wyjść za mąż, aby ocalić rodzinny majątek. Nie mają brata, który odziedziczyłby wszystko i zabezpieczył ich przyszłość. Zgodnie z panującym wtedy prawem dziedzicem jest najbliższy krewny w linii męskiej. Najlepiej byłoby gdyby wybrał za żonę jedną z sióstr. A co, jeśli nie? 

Griffin Knighton jest właśnie wyżej wspomnianym kuzynem. Najbardziej na świecie pragnie pozbyć się etykietki bękarta, za co wini hrabiego Swanlea, który kiedyś ukradł jego rodzicom akt ślubu. W efekcie ich małżeństwo uznano za nieważne, a Griffina okrzyknięto bękartem. Generalnie dałoby się z tym żyć, jednak naszemu bohaterowi zależy na uznaniu społecznym i naprawie reputacji, aby móc wprowadzić swoją firmę na azjatycki rynek. To dlatego udaje się do Swan Park, uprzednio zamieniwszy się rolami ze swoim asystentem i pomocnikiem Danielem. Chce w ten sposób odszukać żądany dokument i odzyskać, to co mu się prawnie należy. Jednak na miejscu poznaje średnią siostrę Swanlea, Rosalind i przekonuje się, że bogactwo owszem jest potrzebne do życia, ale ważne są też inne sprawy. 

Pierwsza część cyklu jest utrzymana w tonie bardzo rubasznym i mocno nawiązuje do sztuk Szekspira, którego Rosalind i Griffin co rusz cytują. Tych dwoje połączy głęboka namiętność, czemu autorka da wyraz w  scenach erotycznych. 
Przyznam szczerze, że trochę się przywiązałam do Diabląt i trudno było mi się przestawić. Polubiłam konkretną i obcesową Rosalidn, która nie bała się mówić tego, co myśli. Griffin natomiast okazał się typowym mężczyzną, który na widok damskich bioder i biustu myśli tylko o jednym.
Znacznie bardziej spodobała mi się najstarsza z sióstr, Helena, której ma być poświęcona druga część serii. Helena utyka, co sprawia, że nie jest dobrą kandydatką na żonę, zupełnie jakby chora noga sprawiała, że kobieta ma amputowany mózg, albo co gorsza jest niepłodna. 
Niemniej jednak pierwsza część cyklu jest przyjemna w odbiorze i zabawna. Jeśli tylko przymknąć oko na wszechobecny erotyzm, da się ją przetrawić.

czwartek, 4 października 2018

Lucy Maud Montgomery: Czary Marigold

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł: Czary Marigold
Stron: 284
Wydawca: Nasza Księgarnia







O Czarach Marigold bardzo długo nie miałam pojęcia. Bardzo długo też było mi z tą powieścią nie po drodze, nie wiem dlaczego. Mam mgliste wspomnienie, że zaczęłam ją czytać i nie dokończyłam. W te wakacje wreszcie mi się to udało. 

Kiedy w Świerkowej Kępie przychodzi na świat dziewczynka, cały klan wujów, ciotek i kuzynów jest podekscytowany, gdyż w rodzinie ogólnie rodzi się mało dzieci. Jest to więc nie lada wydarzenie. Sam wybór imienia, to rodzinne obrady, a gdy mała zachoruje, wszyscy cierpią. 

Trudno powiedzieć, w czym tkwi szkopuł, myślę, że przyczyn może być kilka, ale powieść ta wyraźnie odstaje i fabułą i sposobem kreacji głównej bohaterki, od pozostałych powieści Montgomery o sierotach. Wygląda to trochę tak, jakby w autorce dokonała się jakaś zmiana, przełom, a może wreszcie postanowiła napisać coś inaczej. 
Przede wszystkim Marigold nie jest sierotą na łasce krewnych i nie musi sobie wydeptywać drogi do ich serc, często trudnej, niekiedy daremnej. Wujków, ciotek i kuzynów ma tylu, że panuje wręcz rywalizacja, kogo odwiedzi teraz. Jest kochana, zaopiekowana, czasem rozpieszczana, choć bez przesady. Dziewczynka ma kochającą mamę, nieco surową babcię, ukochaną ciocię, po której dostała imię. 

Autorka przedstawia nam też stosunkowo krótki okres z życia bohaterki, bo około 6 lat. Poznajemy Marigold jako niemowlę, a potem śledzimy jej poczynania od lat 5/6 do lat 12, kiedy to bohaterka już przestaje być dzieckiem, a staje się nastolatką. W sumie szkoda (nie wiemy, jak było), że autorka nie napisała kontynuacji. Jestem ciekawa, jak potoczyłyby się dalsze losy małej marzycielki. 
Bo Marigold jest wielką marzycielką. Ma bujną wyobraźnię i bardzo bogate życie wewnętrzne. I to jest głównym wątkiem tej książki; świat widziany oczami dziecka. Gdyby Marigold była osobą twardo stąpającą po ziemi, chyba byłoby jej łatwiej. Ponieważ, jak już wspomniałam, jest wielkim wrażliwcem i wiele rzeczy nosi w sobie, zanim pozwoli im się ujawnić, często jej perypetie mają bardzo zaskakujący przebieg. 
To, co dorosłym wydaje się błahe i mało istotne, dla kilkuletniej dziewczynki urasta do rozmiarów dramatu i bywa gorzkie do przełknięcia. Czy mama Marigold wyjdzie ponownie za mąż? Czy Marigold zostanie wielką misjonarką? Czy 11-latka da radę podjąć nagłych gości? Jak poradzi sobie z pierwszą, niezbyt udaną miłością? 
O drobnych i tych nieco większych psotach Marigold czyta się bardzo przyjemnie. W sferze dziania się, nie dzieje się dużo i gwałtownie. Autorka z humorem przedstawia problemy i bolączki dorastającej dziewczynki, pięknie opisuje otaczający Marigold świat, pakując ją przy okazji w zabawne kabały. Jednocześnie podkreśla wagę wychowania i to widać. Mała Marigold słucha tego co mówią dorośli i potrafi się przeciwstawić łobuzującym koleżankom, powołując się na słowa mamy i babci. 

Jak już mówiłam, szkoda, że nie ma dalszego ciągu, bo chętnie zobaczyłabym jak Marigold dorasta. Czy znalazłaby wreszcie prawdziwą przyjaciółkę? Czy odkryłaby prawdziwą miłość i kto by to był: czy nowopoznany towarzysz zabaw Budge, a może daleki kuzyn Jack z Ameryki? Byłoby ciekawie. 

Niemniej jednak dobrego dzieciństwa mogłyby inne dziewczynki Marigold pozazdrościć.

wtorek, 2 października 2018

Krista & Becca Ritchie: Podwójna namiętność

Autorki: Krista & Becca Ritchie
Tytuł: Podwójna namiętność
Seria: Addicted, t.1
Stron: 381
Wydawca: WAB






Lily i Loren, dla przyjaciół Lo, znają się całe życie. Pochodzą z bogatych rodzin, ich przyszłość finansowa jest zabezpieczona. Obydwoje mają jednak swoje brudne sekrety, z którymi kryją się przed rodziną i przyjaciółmi. 
Drobna i nieduża Lily jest uzależniona od seksu. Brzmi to może trywialnie, ale nałóg ten kładzie się cieniem na całym życiu dziewczyny, izolując ją od bliskich i sprawiając, że wszystko co ważne, odchodzi na dalszy plan, jest zaniedbywane i zapomniane. 
Zbuntowany Lo jest masowo pije drogie alkohole. Gdy nie pije jest dość sympatycznym, inteligentnym chłopakiem. Takie chwile zdarzają się jednak rzadko, bo Lo świetnie się maskuje i najczęściej upija się do utraty przytomności. 
Bohaterowie, chcąc ułatwić sobie poddawanie się nałogom, postanawiają udawać parę i razem zamieszkać. Kryjąc się wzajemnie przed bliskimi, osiągają kolejne stadia upodlenia fizycznego i psychicznego. 

Zawiedzie się ten, kto oczekuje od fabuły pikantnych scen, czy opisów wyuzdanego seksu. Autorki zdecydowały się inaczej pokierować fabułą, dzięki czemu zamiast powszechnych obecnie erotyków, wyszła im bardzo dobra powieść z elementami dramatu, o dość odważnym, nawet jak na dziś, temacie. Każdy nałóg jest złożoną sprawą i ma głębokie podłoże. Nie jest prosto ani z nim walczyć, ani żyć ze świadomością, że trzeba się leczyć, zmagać z piętnem osoby uzależnionej, będąc raz po raz wystawionym na pokusy. Jednak każdy z przychodzących nam na myśl nałogów wydaje się taki do opanowania. Czy to alkohol, czy narkotyki, czy papierosy. Wiemy, że należy z tym skończyć, odstawić, przejść terapię, mniej lub bardziej restrykcyjną. 

Przyznam jednak, że uzależnienie od seksu wydaje się nie do ogarnięcia. Gdy czytałam o stanie Lily, o tym jak funkcjonowała w ciągu dnia i o tym, jak potrzeba kolejnego spełnienia wręcz odbierała jej nie tylko rozum, ale też poczucie czasu, byłam bardzo zaskoczona. Poczytałam o tym trochę i najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że na to uzależnienie lekiem może być tylko terapia behawioralna, często farmaceutyki, a i one nie dają pełnej gwarancji wyzdrowienia. Autorki w bardzo wyrazisty i przekonujący sposób opisały stan emocjonalny bohaterki, ale też jej stan fizyczny. Okazuje się bowiem, że objawy głodu są bardzo podobne do tych u osób uzależnionych od narkotyków: to ogólne rozgorączkowanie, bóle całego ciała, utrata kontaktu z otoczeniem. Straszne było, gdy Lily traciła poczucie czasu lub czuła się tak, że zdominowana przez to jedno pragnienie, była gotowa na wszystko, byle tylko jej zaspokoić. 
Tym dziwniejsza jest u niej sprawa tego nałogu, że ma normalną, kochającą się rodzinę, sympatyczne siostry i nie miała żadnych traumatycznych przeżyć w dzieciństwie i młodości. Źródło jej uzależnienia pozostaje więc zagadką i dla niej samej i dla czytelnika. 
Jednocześnie uzależnienie Lily spycha na dalszy plan alkoholizm Lo, zresztą co do niego nie mam wątpliwości, zdecydowany na leczenie i wspierany przez bliskich da radę przezwyciężyć nałóg. Co natomiast będzie z Lily? Sądzę, że to dopiero początek jej trudnej drogi, a i zapewne przeszłość nie raz się o nią upomni. Oby w kolejnych tomach trylogii autorki nie pozwoliły nam się nudzić. 

Pierwsza część trylogii sióstr Ritchie naprawdę zasługuje na uwagę. Nie tylko ze względu na przedstawiany w niej problem, ale też dlatego, że Addicted jest naprawdę dobrą książką. Trudno może polubić czy współczuć Lily oraz Lo, bo trudno zrozumieć osoby uzależnione, gdy się samemu jest wolnym od nałogów. Jednak kibicuje się im w ich walce wraz z nowopoznanymi i cennymi przyjaciółmi, którzy jednocześnie są bohaterami wiodącymi bliźniaczej trylogii o Siostrach Calloway. Mam tu na myśli prymusa Connora i doświadczonego już przez życie Ryke'a. Jednak, jakby na to nie patrzeć, Lily i Lo są prawdziwi w swoich nałogach, a nie ma nic cenniejszego dla czytelnika jak wiarygodny świat przedstawiony i prawdziwi bohaterowie. 

Dlatego polecam lekturę Podwójnej namiętności, choć jednocześnie uważam, że i polski tytuł i zdjęcie okładkowe są dla fabuły krzywdzące, bo w żadnym stopniu nie oddają treści, znajdującej się wewnątrz.

 Dziękuję!

sobota, 29 września 2018

First time

Reżyseria: Jonathan Kasdan
Obsada: Dylan O'Brien, Britt Robertson
Rok produkcji: 2012
Czas trwania: 95 min.









Young adult króluje. Jego bohaterowie to doświadczeni przez życie młodzi ludzie, których spotkało więcej złego niż dobrego i tylko pomocna dłoń tej właściwej osoby może zmienić ich życie. Te historie są bardzo chwytliwe, a bohaterów trudno nie polubić. Niestety bardzo często łącząca ich więź ma głębokie podłoże erotyczne, a tak mi się wydaje, że i trochę to mało i trochę przekłamane. Dlaczego? Niech wrażenia z seansu First time, wyjaśnią. 

Dave i Aubrey poznają się na imprezie. On jest w ostatniej klasie, ona rok niżej. On jest beznadziejnie zakochany w swojej koleżance Jane, która traktuje go jak kumpla. Ona ma aspiracje artystyczne i chłopaka, który nie poświęca jej zbyt wiele uwagi, bo jest za bardzo skupiony na sobie. Zaczyna się od rozmowy, która przebiega tak dobrze, że aż żal się rozstać. Dave i Aubrey zdają sobie sprawę, że oto spotkali swoją bratnią duszę i potrzebna tylko odrobina śmiałości, aby tę drugą osobę pryz sobie zatrzymać i może wyjdzie z tego coś więcej. Wszechobecny nacisk otoczenia na rozpoczęcie współżycia sprawia, że bohaterowie, po krótkiej znajomości, decydują się na wspólne spędzenie nocy. Zaczyna się cudownie, a kończy... klapą. Dave i Aubrey są o krok od rozstania się na zawsze i najchętniej by się już więcej nie oglądali. Czy tak ma się zakończyć coś, co tak dobrze się zapowiadało?

Film pod względem gatunku określiłabym jako komedię obyczajową. Nie romantyczną, ale właśnie obyczajową. Akcja toczy się nieśpiesznie, zdarzają się zabawne sytuacje, ale nie nachalnie  i logiczne w stosunku do fabuły. Gdyby w tym filmie było tylko to, nie zasługiwałby na uwagę i przeszedłby niezauważony. Jednak takie pokierowanie akcją, żeby pierwszy raz się nie udało i żeby było do niczego, wprowadza historię na nowe tory. 
W historiach young adult bohaterowie są, generalnie rzecz biorąc, świetni w sprawach łóżkowych. Nawet jeśli dla kogoś jest to pierwszy raz, nie ma potknięć i wszystko od razu się udaje. 
Tymczasem Dave'a i Aubrey zżera trema i, mimo że bardzo się sobie podobają, pobija ich ich własna nieporadność i brak doświadczenia. Myśleli, że to prostsze, a tu lipa. Z takim podejściem do sprawy jeszcze się w żadnej historii nie spotkałam. I właśnie dlatego First time zasługuje na uwagę. 

Bohaterowie są zwyczajni, ale też mają swoje obawy, pragnienia, kompleksy. Być może mogliby poczekać z pierwszym seksem, ale przecież wszyscy to robią, no i dobrze byłoby mieć to z głowy przed zakończeniem szkoły. Tymczasem okazuje się, że wyobrażenia bywają bardzo dalekie od rzeczywistości. I trzeba się z tym zmierzyć. Zyskują szansę na fajny, zdrowy związek, trzeba tylko nad tym trochę popracować, bo w końcu samo się nie zrobi. 

Dlatego First time zapadnie mi w pamięć na dłużej, właśnie za podejście do tematu. To słodka, życiowa historia  z mądrym przesłaniem. Oby takich więcej.

sobota, 22 września 2018

Holly Black: Okrutny książę

Autor: Holly Black
Tytuł: Okrutny książę
Trylogia, t.1
Stron: 400
Wydawca: Jaguar






Zaczyna się jak w baśni. Trzy małe siostry zostają porwane przez pięknego, lecz okrutnego nieznajomego, który najpierw zabija rodziców dziewczynek, a potem na swym magicznym rumaku zanosi je do niezwykłej krainy. Dziwne to miejsce. Jedzenie smakuje tu inaczej, owoce mogą śmiertelnika zaczarować, a każda obietnica jest piekielnym zobowiązaniem. Gdy człowiek zacznie tańczyć, to może zatańczyć się na śmierć, a gdy wyda się jakiemuś monstrum smakowity, może się to skończyć odgryzieniem palca. W najlepszym przypadku. 

Jude oraz jej siostry są ofiarami takiego porwania. W krainie elfów mieszkają już od dekady i, ponieważ były z bliźniaczką Jude, Trayn dość małe, łatwo się w nowym domu zaaklimatyzowały. Z ludzkiej perspektywy może to wyglądać jak syndrom sztokholmski, w końcu dziewczynki wychował morderca ich matki (prywatnie jej pierwszy elfi mąż), w krainie elfów pierwszy generał królewskiej armii. Tylko najstarsza z sióstr Vivi, naturalna córka Madoka, nie chce i nie zamierza się przystosować. Planuje, że gdy tylko nadarzy się okazja, wróci do ludzkiego świata, bo w tym elfim, nie widzi dla siebie miejsca. 
To w sumie trochę paradoksalne, że autorka nie Vivi uczyniła główną bohaterką, a jej ludzką siostrę. Dorastając w okrutnym, obłudnym i brutalnym świecie elfów Jude zrobiła wszystko co tylko mogła, aby dostosować się i przeżyć. Nie było to łatwe. Elfy gardzą śmiertelnikami, głównie przez ludzkie niedoskonałości i podatność na magię. Oprócz tego Madok, przybrany ojciec bohaterki, stoi blisko króla, co naraża dziewczęta na nieustanny kontakt z elfią młodzieżą - arystokracją. A nastolatki, czy to śmiertelne, czy nie, potrafią być bardzo okrutne, co też Jude i Taryn niejednokrotnie na własnej skórze odczują.

Początkowo nie znamy planów Jude. Dziewczyna chciałaby zostać wojownikiem i, choć szkoli się w tym kierunku, wie, że jej ojczym nie da jej zgody na to zajęcie. Dopiero, gdy nadarza się okazja, by zostać szpiegiem, fabuła nabiera rozpędu. Od tej chwili wkraczamy wraz z Jude do świata trucizn, zamachów i spisków. Jednak, choć pozornie może nam się wydawać, że wiemy w jakim kierunku pójdzie akcja, wcale tak nie jest i to jest w tej historii najlepsze. 
Powieść zawiera także dość ciekawie poprowadzony wątek romansowy oraz intrygującą tajemnicę z przeszłości. Wszystko połączone w całość tworzy naprawdę fascynującą i wciągającą historię, którą czyta się z zapartym tchem. 

Autorka wiernie i szczegółowo przedstawia magiczny świat elfów. Barwne opisy strojów, tkanin, biżuterii oraz wnętrz sprawiają, że wszystko wydaje się takie prawdziwe, na wyciągnięcie ręki, tuż za zasłoną, oddzielającą świat elfów od świata ludzi. Takie opisy, kipiące od pasji, będące świadectwem bogatej wyobraźni autorki sprawiają, że książkę chce się czytać i aż boli jej zakończenie bez możności sięgnięcia od razu po kontynuację. 

I bohaterowie. Zdecydowani, targani namiętnościami i żądzami, które często pozostają w sprzeczności ze sobą. Piękny i pozornie okrutny Cardan, w rzeczywistości samotny i spalany uczuciem, które nie do końca rozumie i któremu chce i nie chce się poddać. Ludzka Jude, która pomimo wielu cierpień, nie zatraciła w tym irracjonalnym i brutalnym świecie, tego co świadczy o człowieczeństwie: troski o drugą osobę. Bohaterka, po wielu łzawych i nieporadnych śmiertelniczkach, jest miłą odmianą dla czytelnika, gdyż będąc ludzką, dobrze poznała reguły gry rządzące światem elfów i dzięki latom praktyki i obserwacji może stać się graczem, który się liczy i ma tu wiele do powiedzenia. Bohaterka nie boi się działać, a nie tylko o tym działaniu mówić. Jude bierze sprawy w swoje ręce i nawet przed czytelnikiem nie odkrywa wszystkich kart. Bardzo mi się to podoba i, choć finał pierwszej części zapowiada, że im dalej tym trudniej, mocno kibicuję Jude w czekających ją rozgrywkach politycznych, a także sercowej szermierce. Czy mężczyzna, którego uczyniła swoim niewolnikiem jej to wybaczy? Co przeważy; poryw serca czy chęć odwetu za oszustwo? Będzie gorąco i magicznie. Już nie mogę się doczekać. 

Och drogi, szanowny Jaguarze! Poproszę drugi tom jak najszybciej!



Dziękuję!

czwartek, 20 września 2018

Gdy korona coraz bliżej... V.Fast: Zamek z alabastru

Autor: Valentina Fast
Tytuł: Zamek z alabastru
Seria: Royal, t.3 
Stron: 272
Wydawca: Media Rodzina








Zmagania kandydatek z całego królestwa w pięknej scenerii bajkowego pałacu trwają. Który z czterech przystojnych młodzieńców okaże się księciem? Czy nieskazitelna Vittera, królestwo pod kopułą, ujawni przed Tanią swe tajemnice? Czyje serce zdobędzie główna bohaterka; tajemniczego Phillipa czy zdecydowanego Henry'ego?  A może przy okazji miłosnych rozterek, wyjdą na jaw także inne, polityczne tajemnice? 

Mija kolejny tydzień reality show, w którym najpiękniejsze dziewczęta z całego królestwa walczą o serce księcia. 
W finale tomu drugiego Tatiana była pewna, że oto kończy swą przygodę z pałacem i całą rywalizacją. Wszak umówiła się w Phillipem, że ten  pozwoli jej odejść spokojnie do domu. Bo w końcu tego chciała, prawda? Jakież są więc jej rozczarowanie i gniew, gdy na wizji okazuje się, że nie tylko przechodzi dalej, ale też miała najwyższe notowania, więc siłą rzeczy jej awans był gwarantowany? A Phillip nawet słowem się o tym nie zająknął.

Trzeci tom młodzieżowej serii Royal skupia się głównie na rozterkach miłosnych Tanii. Bohaterka przyznała się sama przed sobą, że zdążyła się zakochać w Philipie, jednak nadal nie rozumie zachowania młodzieńca. I przyznam, że ja też go nie rozumiałam. Gdy nikt nie widzi, poza okiem kamer, Phillip wydaje się zakochany i to naprawdę szczerze. Tym większy jest więc ból Tatiany, gdy widzi go całującego się z inną z kandydatek, o znacznie lepszym pochodzeniu. Uważam, że ta sytuacja może mieć tylko jedno wyjaśnienie. Otóż już nie jest dla nikogo tajemnicą, że poza szklaną kopułą coś jest. Meteoryty nie były meteorytami, tylko rakietami dalekiego zasięgu. Być może rodzina Charlotte ma z tym coś wspólnego, może jest w stanie zapewnić królestwu obronę, ale w zamian za koronę dla dziewczyny? A w ogóle to, nie wiem, jak inne czytelniczki, to ja bardziej polubiłam błyskotliwego i władającego sztukami walki Henry'ego niż Phillipa. Dlaczego młodzieniec, który jest nie tylko przystojny, ale i zaradny, przegrywa w starciu, z tym, co tylko wzdycha i zaborczo patrzy, ale nic nie robi? To takie edwardocullenowskie!

Odniosłam wrażenie, że trzeci tom to taka faza narastania napięcia i mnożenia pytań. To także czas drobnych incydentów, w których uważny czytelnik dostrzeże zapowiedź przyszłych wydarzeń. Mnie przynajmniej dało to do myślenia. Na przykład nauka Tanii samoobrony, uważam, że czeka nas przewrót, gdy na jaw wyjdą stare tajemnice, wtedy te umiejętności, być może uratują jej życie. 
Czytelniczo marzy mi się, aby rozwinąć potencjał pozostałych młodzieńców, z których każdy jest naprawdę sympatyczny. Osoby starszej pary królewskiej także mogłyby sporo wnieść do tej historii. 

Zamek z alabastru to bardzo przyjemna i lekka lektura na słoneczne popołudnie. Autorka wiernie i z pasją odmalowała młodzieńcze dylematy miłosne bohaterki. Mimo że jestem od niej sporo starsza, dobrze ją rozumiem. Gdy ukochana osoba nas zawodzi, chciałoby się ją bić i całować jednocześnie. A widok w ramionach rywala/rywalki boli bardziej niż najgorsza pooperacyjna rana. 
Myślę jednak, że miłosne zwycięstwo nie będzie Tatiany jedynym. Królestwo Vittery czeka kolosalna zmiana, co nie będzie łatwe. Czy Tania znajdzie w sobie dość odwagi i wytrwałości, aby walczyć dalej? Czy zdoła udźwignąć brzemię kolejnych obowiązków? Oj, będzie się tu jeszcze działo! 
I oby jak najszybciej do kolejnego tomu! I jeszcze żeby to Henry był! Ech! 

Polecam serię Royal młodszym i starszym czytelniczkom. Każda z nas, niezależnie od wieku, potrzebuje czasem literackiego cukierka o smaku Kopciuszka. Osłodzi nam on życie i umili czas.


Dziękuję!

wtorek, 18 września 2018

Przedpremierowo! Teresa Driscoll: Obserwuję cię

Autor: Teresa Driscoll
Tytuł: Obserwuję Cię
Stron: 360
Wydawca: SQN
Data premiery: 19.09.2018






Każdy z nas zapewne doświadczył w życiu sytuacji, w której musiał się opowiedzieć po którejś ze stron, albo na coś zdecydować. W chwili, gdy działamy pod presją, trudno o jasność myślenia, dopiero po wszystkim, myśląc o tym na zimno, zdajemy sobie sprawę, co mogliśmy zrobić inaczej, albo w ogóle co jeszcze. Mówi się, że często jesteśmy mądrzy po fakcie i zadajemy sobie pytanie, czemu wtedy, w tamtej chwili nie byliśmy tacy mądrzy, tacy stanowczy, tacy wygadani, jak teraz. Bo wtedy z pewnością wszystko potoczyłoby się inaczej.

Przed podobnym dylematem staje jedna z głównych bohaterek powieści Obserwuję cię. Ella Longfield, żona, matka, właścicielka kwiaciarni, w trakcie podróży pociągiem jest mimowolnym świadkiem rozmowy dwóch młodych dziewcząt z dwoma młodymi mężczyznami, którzy, jak wynika z rozmowy, właśnie opuścili więzienie.  Sama będąc matką nastoletniego syna, Ella zaczyna się martwić i myśli, co mogłaby zrobić. Gdyby się nieco wysiliła, znalazłaby kontakt do rodziców dziewcząt i powiadomiła ich o swoich spostrzeżeniach. Tylko, czy coś by to dało? Może powinna wziąć na stronę jedną z dziewcząt i w ten sposób je uczulić na niebezpieczeństwo wynikające z tej sytuacji? I znowu, czy coś by to dało? Tylko rodzice dorastających już dzieci zrozumieją tę sytuację, jak to jest upominać obce, nieswoje dziecko. Aż za dobrze wiemy, w jakim kierunku potoczy się taka rozmowa i jak zostaniemy potraktowani, mimo najlepszych chęci. 

Następnego dnia okazuje się, że jedna z dziewczyn, Anna, zaginęła. Ella, dręczona wyrzutami sumienia, zgłasza się na policję, okazuje się jednak, że to co wie, to za mało, żeby wpłynąć na bieg sprawy. 
Mija rok. Anna wciąż się nie odnalazła, a jej zaginięcie wpłynęło na życie wielu ludzi z jej otoczenia. 
Fabułę śledzimy w trzech perspektyw. 
Ella, wciąż boryka się z wyrzutami sumienia i ostracyzmem ze strony społeczeństwa. Mało tego, w rocznicę zaginięcia Anny zaczyna otrzymywać anonimowe pogróżki
Ojciec Anny, Henry, nie umie odnaleźć się w nowej rzeczywistości po stracie córki. Nie radzi sobie z rozpaczą żony i starszej córki, nie potrafi nadać sprawom biegu. 
Najlepsza przyjaciółka Anny, Sarah, dręczona wyrzutami sumienia, próbuje uporządkować własne życie. 
Każdy z bohaterów ma jakieś sekrety. Każdy coś przemilczał, a teraz nie daje mu to spokoju, bo być może wpłynęłoby to na bieg śledztwa. Nowe fakty w sprawie i odnalezienie jednego z tamtych mężczyzn, może teraz wszystko zmienić. Czy Anna się odnajdzie? 


Książkę czytało mi się nadspodziewanie dobrze. 
Historia zaczyna się niby zwyczajnie, ale potem autorka tak komplikuje sprawy i wciąż dodaje nowe wspomnienia Sarah oraz ojca Anny Henry'ego, że nie da się domyślić, co się tak naprawdę stało i gdzie jest teraz Anna. 
Dużo miejsca poświęca dysfunkcjonalności rodziny i relacji między dorastającymi dziećmi a ich rodzicami. 
Bardzo wzruszył mnie epilog i uważam, że świetnie to autorka wymyśliła. 
Zastanawiałam się nad osobą detektywa, który pojawia się w powieści i doszłam do wniosku, że gdyby Teresa Driscoll chciała kontynuować pisanie książek o tej tematyce, to Matthew, świeżo upieczony ojciec i bardzo sympatyczny człowiek, mógłby być bohaterem wiodącym kolejnej części. Miejmy nadzieję, że autorce przyjdą do głowy kolejne interesujące pomysły. 
Powieść Obserwuję cię to dobra, prosto napisana historia, która trzyma w napięciu do samego końca. Jeśli inne książki tej autorki są równie dobre, to mam nadzieję, że szybko trafią na nasz rynek. 
Polecam!



 Dziękuję!

niedziela, 16 września 2018

Przepis na udany związek czyli... Michelle Richmond: I że cię nie opuszczę

Autor: Michelle Richmond
Tytuł: I że cię nie opuszczę
Stron: 488
Wydawca: Otwarte







Stare przysłowie mówi, że małżeństwo jest jak ogród; należy je pielęgnować i o nie dbać, w przeciwnym razie zarośnie chwastami codziennych problemów i już nie da się go uratować. 
Żyjący w związkach ludzie i ci młodsi i ci starsi dobrze wiedzą, że z czasem, gdy minie już ta faza różowa i nastąpi zwyczajna codzienność, sprawy związane z bliskością i byciem ze sobą schodzą na dalszy plan. Skupiamy się na pracy, rachunkach, potem dzieciach, utrzymaniu rodziny, jesteśmy zmęczeni i myślimy tylko o tym, by zasnąć. I tak co dzień. Mijają lata i nagle okazuje się, że to o co się tak codziennie walczyło, przestało być ważne, a druga osoba, która miała być całym naszym światem, nagle stała się nam obca. Czy można było tego uniknąć? 

Jake i Alice właśnie się pobrali. On, z dwójką przyjaciół, prowadzi ośrodek terapii. Zajmuje się młodzieżą z problemami, a ostatnio także problemami małżonków, stojących na skraju rozwodu. Jest pogodnym i łagodnym człowiekiem i bardzo kocha swoją żonę. Ona, to obiecująca prawniczka, z przeszłością gwiazdy rockowej. Bohaterowie właśnie kupili dom i teraz nie pozostaje im nic innego, jak tylko cieszyć się sobą i swoim życiem. 
Ale jest jeszcze Pakt. 
Jeden z klientów Alice, a także gość na jej ślubie (po wygranej przez nią sprawie), daje małżonkom niecodzienny prezent. Jest to drewniana skrzynka, a w niej wieczne pióra oraz karteczka z napisem: Pakt nigdy was nie opuści. I tak się wszystko zaczyna. 

Czym jest Pakt? Grupą ludzi, stowarzyszeniem, którego celem jest dbanie o stałość i trwałość związków małżeńskich jego członków. Członkostwo wymaga, by małżonkowie regularnie do siebie dzwonili, dawali sobie prezenty, wyjeżdżali razem, spotykali się z innymi członkami Paktu. Proste, przyjemne i łatwe w wykonaniu zasady, prawda? Niestety są także kary za ich łamanie, a te już nie są ani przyjemne ani miłe. 
Będąc pod wrażeniem pozornie prostych zasad, Alice i Jake, trochę dla żartu, a trochę na serio, podpisują członkostwo Paktu. Początkowo wszystko idzie dobrze, z czasem jednak okazuje się, że w starciu z codziennym życiem, stosowanie się do reguł Paktu, nie jest takie proste. Mało tego, bohaterowie są nieustannie obserwowani, oceniani, poddawani krytyce, a z czasem i karom. Kiedy bezustanna ingerencja w osobistą wolność, zaczyna im mocniej doskwierać, obydwoje zdają sobie sprawę, że wplątali się w coś, co wcale żartem nie jest. Sprawa stała się poważna a wycofać się już nie można. 

Jestem od wrażeniem pomysłu Michelle Richmond. Temat wydaje się ograny i banalny. Trwałość małżeństwa. A jednak autorce udało się stworzyć świetny thriller, który trzyma w napięciu i co rusz zaskakuje ciekawymi rozwiązaniami. 
Fabuła książki obudziła we mnie dwa skojarzenia. 
Pierwsze skojarzenie związane z dążeniem do ideału to film Żony ze Stepford z Nicole Kidman (z 2004 roku) ; tam akurat wątkiem głównym było dążenie mężczyzn do posiadania idealnej kobiety i takie też były tytułowe żony, choć od razu było widoczne, że nie wszystko jest w porządku. 
Drugie skojarzenie dotyczy funkcjonowania Paktu i jego wszechobecności. Bohaterom wydaje się, że można się wycofać, zadzwonić na policję, tymczasem okazuje się, że członkowie tej organizacji są niemal wszędzie, we wszystkich kręgach społecznych. Bardzo mi to przypomina film Sekta z 2000 roku (nie podoba mi się polska wersja tytułu, lepiej brzmiałoby Bractwo lub po prostu Czaszki, no ale dobra). W filmie główny bohater dążąc do lepszego życia, wstępuje w szeregi bractwa i przekonuje się, że metody, którymi się ono kieruje są dalekie od głoszonych przez nie idei. Wycofanie się z bractwa stanie się równoznaczne z wypowiedzeniem mu wojny. 

Paradoksalnie, wiele idei głoszonych przez Pakt, dotyczących dbałości o współmałżonka, jest słusznych, zresztą Ameryki nie odkryli, przecież na tym to właśnie polega, by ze sobą być, dawać sobie prezenty, wspólnie coś robić, utrzymywać kontakt, nawet gdy jest trudno lub jest się zmęczonym. Przeraża jednak dążenie do ideału i szukanie błędów u członków Paktu, nawet tam, gdzie bohaterom nie przyszłoby do głowy. Kary są bardzo surowe i bazują na granicy upokorzenia i zdominowania psychicznego oraz fizycznego. Od Paktu nie ma ucieczki, Alice i Jake przekonują się o tym na własnej skórze. Kolejny paradoks jest taki, że im większym zagrożeniem jest dla bohaterów Pakt, tym mocniejsze są łączące ich więzi. Ciekawe, prawda? 

Powieść I że cię nie opuszczę trzyma w napięciu do samego końca. Trudno przewidzieć, kto tu jest uczciwy, a kto nie, a co za tym idzie, ciężko ufać bohaterom. Narratorem historii jest Jake i w trakcie czytania nie mogłam się pozbyć myśli, że dobrze by było, gdyby autorka oddała też narrację Alice. Ciekawie byłoby poczytać jej myśli i zobaczyć, jak ona widziała Jake i kwestie dotyczące ich związku. Trochę mi tego brakowało. 
Co do zakończenia, to przyznam, że jednak spodziewałam się po bohaterach innego wyboru. W sumie ich wybór niby był logiczny, ale bardziej intrygująco byłoby gdyby jednak zdecydowali się na tę drugą opcję. 

Przechodząc do podsumowania, bo trochę się rozpisałam. I że cię nie opuszczę to ciekawa, niebanalna powieść, którą chętnie obejrzałabym na ekranie telewizora lub kinowym. Nie nudzi, zaskakuje, sprawia, że chce się czytać, a co ważne sięgnąć po inne powieści Michelle Richmond. To bardzo dobry thriller małżeński. Polecam.

środa, 12 września 2018

Soman Chainani: Droga do sławy

Autor: Soman Chainani
Tytuł: Droga do sławy
Seria: Akademia Dobra i Zła, t.4
Stron: 480
Wydawca: Jaguar






Jak większość Czytelników, jeśli nie wszyscy, myślałam, że Akademia Dobra i Zła jest trylogią. Opowieść o Sofii i Agacie oraz ich przyjaciołach z magicznych krain zakończyła się przecież happy endem. Sofia odnalazła swoje miejsce i swoją rolę jako dziekan w Akademii, a Agata i Tedros wyjechali do Kamelotu, by po wzięciu ślubu, objąć rządy w podupadłym królestwie. Słowem, miało być długo i szczęśliwie i na tym koniec. Okazuje się jednak, że Soman Chainani nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i zaserwował Czytelnikom czwartą część,  a na maj roku 2019 zaplanowana jest piąta! Obecnie jestem po lekturze części czwartej i myślę, że to dobrze. A co! Niech baśń trwa! 

Na początek powiem, że kolorowe i słodkie okładki serii mogą być mylące i sugerować, że odbiorcą jest młody czytelnik. Ale nie tylko. Starsi czytelnicy wyczuleni na liczne nawiązania do znanych baśni oraz na cięty dowcip od razu historię Agaty i Sofii pokochają.  
Od wydarzeń z części trzeciej minęło pół roku. Sofia piastuje urząd dziekana Akademii Zła, wprowadzając swoje udogodnienia i zmiany. Generalnie jest zadowolona, mogąc rządzić, ale widać po niej, że czegoś jej do szczęścia brakuje. Oprócz tego tęskni za Agatą, która nie odpisuje na jej listy. Tymczasem Tedros i Agata przebywają w Kamelocie. Wbrew oczekiwaniom nie przypadł im w udziale happy end. Koronacja Tedrosa okazała się kompletną klapą, bo młodzieniec nie dał rady wyjąć z kamienia Excalibura, w związku z tym rosną wątpliwości, czy aby na pewno jest prawdziwym królem. Źle to wpływa na związek chłopaka z Agatą, którą odsunął od siebie i zepchnął do roli narzeczonej planującej ślub, co, jak dobrze znamy Agatę, jest dla dziewczyny istną torturą. 
W Bezkresnej Puszczy także źle się dzieje. Ktoś atakuje uczniów przebywających na misjach i szerzą się pogłoski, że podstępny Wąż chce odebrać Lwu (czyli Tedrosowi) dziedzictwo po królu Arturze. Nasi bohaterowie będą musieli udać się na kolejną wyprawę, by ocalić to, o co już wcześniej walczyli. 

Stara legenda kamelocka o walce Lwa i Węża mówi, że po stronie prawdy stał Lew, a po stronie kłamstwa - Wąż. Jasny i klarowny podział, prawda? Autor w bardzo ciekawy sposób pokazuje, jak można manipulować faktami i opinią publiczną tak, by w krótkim czasie wszystko odwrócić. Prawda znana od wieków może zyskać nazwę kłamstwa, a kłamstwo urośnie do rangi jedynej prawdy. Kto w takim razie będzie Lwem, a kto Wężem? Oczywiście widać wyraźnie, że część czwarta to początek nowej trylogii, więc prezentowane tu wydarzenia są jedynie rozgrzewką. Spotykamy ponownie starych bohaterów, ale pojawiają się też nowi, mam tu na myśli Rhiana. Fabuła nawiązuje rzecz jasna do czarnego charakteru z legend arturiańskich (kto czytał, ten zrozumie), zdrajcy Morderda. 
Czyta się przyjemnie, a fabuła nie nudzi. Jedyne co mnie irytowało, to postępujący rozdźwięk między Agatą i Tedrosem. Tych dwoje nadal nie umie się dogadać; on jest zakompleksiony i zamknięty w sobie, ona za wszelką cenę chciałaby go ratować, nie bacząc na jego męską dumę. Myślę, że po części to doprowadza do totalnej katastrofy w finale. Oj, się narobiło. I teraz trzeba będzie iść na kolejną wyprawę, bo Baśniarz pisze, a właściwie to jest ich dwóch!

Myślę, że fanów serii nie trzeba zachęcać do czytania. Jeśli o mnie idzie, jestem bardzo zadowolona i niecierpliwie czekam na część piątą! Będzie się działo!



Dziękuję!

sobota, 8 września 2018

Sabrina Jeffries: Polowanie na męża

Autor: Sabrina Jeffries
Tytuł: Polowanie na męża
Seria: Diablęta z Hallstead Hall, t.5
Stron: 384
Wydawca: BIS






Lady Celia Sharpe została przyparta do muru, po tym jak jej brat Gabriel się ożenił. Jeśli teraz ona, w ciągu dwóch miesięcy nie wyjdzie za mąż, jej rodzeństwo straci spadek. W dodatku wyszło na jaw, że rodzina już przywykła do faktu, że chłopczyca Celia jest nieatrakcyjna i trudno będzie miała znaleźć męża. Trudno? Co to to nie! Już ona im pokaże! Przecież nie może to być trudniejsze od strzału z 50 metrów, prawda?

Najmłodsza z rodzeństwa Celia postanawia udowodnić rodzinie, a w duchu i sobie, że potrafi zdobyć mężczyznę. O sprawdzenie kandydatów prosi pracującego od roku dla rodziny Sharpe'ów pana Pintera, detektywa z Bow Street. Nie znosi go co prawda, ale nie da się ukryć, że jest dobry i rzetelny w swoim fachu.
Pan Pinter niechętnie podejmuje się zadania. Myśl o zalotnikach Celii jest mu bardzo nieznośna.
Co łączy tych dwoje  i czy pod warstwą wzajemnej niechęci kryje się może jakieś uczucie?

Od pierwszego tomu, kiedy to szarmancko pomagał Marii, jestem wielką fanką pana Jacksona Pintera. Od razu wiedziałam, że jego i Celię połączy  uczucie! Czekałam na lekturę piątego tomu z wielką niecierpliwością i się nie zawiodłam! To trochę tak, jak w powieści Jane Austen. On jest Zasadniczy i Dumny, ona - cóż, uprzedzona. Gdyby nie zbieg okoliczności, przegapiliby miłość życia. Na szczęście udało się im dojść do porozumienia. Muszę przyznać, że z romansowych wątków cyklu ten właśnie, po historii Minerwy i Gilesa, należy do moich ulubionych. Zabawne, cięte dialogi między bohaterami, krztyna niebezpieczeństwa i wysmakowane sceny miłosne, wszystko to sprawia, że tę książkę się dosłownie połyka.

Rumieńców nabiera także sprawa śledztwa w związku ze śmiercią rodziców bohaterów. Już wiadomo, że nie był to tragiczny wypadek, ani że pani Sharpe nie zabiła męża w szale zazdrości. To było zabójstwo i w finałowym tomie wreszcie dowiemy się kto i dlaczego zabił lorda i lady Sharpe. Bedą chwile grozy i niebezpieczeństwa.

Cykl Diablęta z Halstead Hall to bardzo przyjemna lektura na wakacje. XIX - wieczny Londyn, era gorsetów i pantalonów, czas reputacji i kradzionych chwil intymnych, zupełnie inna mentalność; Sabrina Jeffries świetnie i obrazowo przeniosła to na karty swoich powieści. Cieszę się, że odkryłam twórczość autorki i już sięgam po jej kolejny cykl, ten o starych pannach.

Seria Diablęta z Hallstead Hall: 

4. Zaloty Gabriela, 5. Polowanie na męża.

wtorek, 4 września 2018

Lucy Maud Montgomery: Jana ze Wzgórza Latarni

Autor: L.M. Montgomery
Tytuł: Jana ze Wzgórza Latarni
Stron: 221
Wydawca: Nasza Księgarnia







11-letnia Jana Wiktoria Stuart mieszka z mamą, babką i ciotką w wielkim domu w Toronto. Pomimo zewnętrznego blichtru i bogactwa babki Kennedy, Jana nie uważa się za szczęśliwą. Ma poczucie, że babka jej nie lubi, a co za tym idzie, nie lubi, gdy mama Jany okazuje jej jakąkolwiek czułość. Przez pozostałą część rodziny dziewczyna uważana jest za niedorajdę w każdej dziedzinie. Ojca nigdy Jana nie poznała i jest przekonana, że mężczyzna nie żyje, jakie jest więc jej zdziwienie, gdy na ulicę Wesołą do domu babki przychodzi list autorstwa jej taty! Mężczyzna wyraża w nim prośbę, aby Jana mogła spędzić z nim lato na Wyspie Księcia Edwarda. Początkowo Jana nie chce jechać, na miejscu przekonuje się jednak, że jej tata, Andrzej jest dobrym i pogodnym człowiekiem. Od tej pory dziewczynka skrycie marzy, by na nowo połączyć swoich rodziców, którzy przed laty się rozstali. 

Kiedyś czytałam o perypetiach Jany i jej przyjaciół z perspektywy dziecka i podobnie, jak bohaterka, wyczekiwałam happy endu dla jej rodziców i utarcia nosa złośliwej babce. 
Czytając ponowie i znając już finał tej historii, mogłam się skupić na innych aspektach tej powieści,  zgoła bardzo mądrej. 
Obserwując relacje Jany z jej babką, a potem z tatą, nie mogłam pozbyć się myśli, jak faktycznie niewiele trzeba, by albo dziecku podciąć skrzydła, albo je w nie uzbroić. 
Toksyczna, zazdrosna o ukochaną córkę babka, traktuje małą Janę jak wroga, żywy dowód na to, że kiedyś Robin zdołała się jej sprzeciwić i prawie wyzwolić spod jej wpływu. Co z tego, że dziewczynka jest dobrze ubrana i chodzi do dobrej szkoły, skoro uczy się kiepsko, praktycznie nie ma przyjaciół i uznawana jest za do niczego nie zdatną. Słaba i uległa matka Jany, nie potrafi się matce przeciwstawić, a co za tym idzie pokierować własnym życiem, tak jakby w głębi duszy chciała. Widać po niej od razu, że piękne stroje i przyjęcia nie dają jej szczęścia ani satysfakcji. 
Przebywając na wakacjach na wyspie, nie narażona na złośliwą krytykę i kpiny, Jana może robić rzeczy, które zawsze chciała, ale nie wypadało jej jako dziewczynce z dobrego domu. Lista jest długa, ograniczę się więc tylko do gotowania, sprzątania i robienia przetworów. W przyjaznym otoczeniu, wśród zwykłych ludzi Jana rozkwita i nabiera pewności siebie. Okazuje się, że może robić wszystko, co tylko zechce; nauczyć się pływać, chodzić boso, piec ciasta, uprawiać ogródek, naprawiać dach, pracować w polu, a nawet oswoić lwa! I wcale nie są do tego potrzebne wielkie pieniądze. Wystarczy proste, dobre słowo i odrobina wiary innych w nasze możliwości. 

Jana ze Wzgórza Latarni to bardzo dobra powieść. Historia jest mądra, przenikliwa, a kiedy trzeba zabawna i zaskakująca. Ciekawe jest to, że Jana będąc dwa razy na wakacjach u taty, dorasta szybciej niż jej uległa i stłamszona przez własną mamę, matka. Oczywiście na klęskę związku rodziców Jany złożyło się znacznie więcej czynników, które uważny czytelnik wyłapie bez trudu (jego wojenna trauma, różnica społeczna; ona bogata, on biedny, dwie zazdrosne, toksyczne osoby: ciotka Irena i babka Kennedy, itp.), jednak to naprawdę niesamowite, na jakie drogi może zaprowadzić człowieka miłość drugiej osoby, gdy jest zbyt zaborcza i tłamsząca. 

Jana ze Wzgórza Latarni ma cudowny klimat. To klimat dorastania i poznawania świata, pokonywania własnych lęków, które dla kogoś zabawne, nas mogą paraliżować (mam rzecz jasna na myśli krowy), to także klimat lokalnego kolorytu, zabawnych, wścibskich, niepowtarzalnych sąsiadów, którzy na święta w prezencie przysyłają ci suszony cząber, drewienka z morza do kominka czy żywiczną gumę do żucia. Jany ze Wzgórza Latarni nie da się nie lubić. To już przecież klasyk.

piątek, 31 sierpnia 2018

Sabrina Jeffries: Zaloty Gabriela

Autor: Sabrina Jeffries
Tytuł: Zaloty Gabriela
Seria: Diablęta z Hallstead Hall, t.3
Stron: 328
Wydawca: BIS






Plan pani Hetty Plumtree realizuje się nadspodziewanie sprawnie.  Połowa roku już minęła, a troje z pięciorga jej wnucząt wstąpiło w związek małżeński. Ożeniony z Marią Olivier już niedługo zostanie ojcem. Podobnie Jarret i Annabel także spodziewają się potomka. Minerwa i Giles również są zadowoleni z życia w swoim małżeńskim stadle. Czując smoczy oddech związkowych kajdan na karku, Gabriel postanawia sobie wziąć żonę, która, w jego mniemaniu najlepiej do niego pasuje, choć pozornie nie pasuje wcale. Jego wybranką jej Virginia Weaverly, siostra jego zmarłego tragicznie przyjaciela. Tak na marginesie dziewczyna i jej rodzina, jak i większość londyńskiego towarzystwa, winią Gabriela za śmierć Rogera. Można więc podejrzewać, że Gabriel raczej nie będzie zbyt pożądanym kandydatem na zalotnika Virginii. 
Jednak Diablęta z Hallstead Hall nie poddają się tak łatwo i z wrodzonym uporem oraz urokiem, wzorem rodzeństwa, Gabriel realizuje swój plan. Co na to Virginia i jej dziadek? Oj, łatwo  nie będzie.

Zdecydowanie najsłabsza część cyklu. Nie wiem, czy autorce zabrakło pomysłu, czy co innego miało na to wpływ, ale odniosłam wrażenie, że nie pogłębiła ani potencjału postaci ani samej kwestii zalotów. Codzienne przynoszenie kwiatów, to jak dla mnie trochę mało.
Nie da się nie lubić Gabriela i Virginii, mam jednak takie poczucie, że autorka mogła poruszyć więcej kwestii samych wyścigów i hodowli koni, które są dla bohaterów ważne. 

Jeśli idzie o wątek kryminalny, to czwarta część właściwie nic do sprawy nie wnosi. Gabriel zapamiętał jakiegoś mężczyznę, być może ważnego dla sprawy, ale nie widział jego twarzy, więc nie było jak zaczepić o ten aspekt, słowem musiano go porzucić.
Kolorytu historii dodają za to dziadek Virginii, Izaak, były wojskowy oraz jej sympatyczny kuzyn Pierce. Gdyby nie oni, sama Virginia byłaby nudna i bezbarwna, a tak mamy okazję obserwować jej stopniowe uwalnianie się spod klosza, w którym przez lata trzymał ją nadopiekuńczy dziadek.  

Jeśli jednak oceniać książkę, jako część cyklu, to bardzo miło po raz kolejny odwiedzić Hallstead Hall i zobaczyć, co się dzieje w rodzinie Sharpe'ów. Zabawny jest też fakt, że miłość to szczwana bestia i czasami może zaatakować od najmniej spodziewanej strony, o czym na własnej skórze przekona się seniorka rodu pani Hetty. Super pomysł. 

To dlatego, pomimo drobnych mankamentów, powieść jest przyjemna w odbiorze. Fajny czasoumilacz na letnie, wakacyjne popołudnie. 


Seria Diablęta z Hallstead Hall: 

4. Zaloty Gabriela, 5. Polowanie na męża.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Sandie Jones: Rywalka

Autor: Sandie Jones
Tytuł: Rywalka
Stron: 360
Wydawca: Otwarte






W życiu każdej kobiety nadchodzi ten moment, gdy ma stanąć oko w oko z matką swojego ukochanego. Historii, anegdot i przysłów o teściowych jest tyle, że trudno je zliczyć. Wiadomo, że dobra teściowa to skarb, to przecież druga matka, babcia potencjalnych wnuków, członek rodziny. Więcej mówi się o niedobrych, wścibskich teściowych, mnie nie opuszcza myśl, że trzeba by odwrócić sytuację i spojrzeć na portrety synowych, bo  i te także bywają różne. Czy istnieje recepta na osiągnięcie porozumienia na tej linii? Powiedziałabym, że uniwersalnej raczej nie ma i że każdy duet: teściowa-synowa, powinien ją sobie wypracować sam. 

Gdy Emily poznaje Adama, po raz pierwszy ma ochotę pozostać w związku na dłużej. Jej wybranek jest przystojny, sympatyczny i bardzo oddany rodzinie, a konkretnie mamie, z którą łączą go bardzo silne więzi. 
Pamela, zwana przez wszystkich Pammie, to żwawa i zaradna 60-latka, ofiarna matka dwóch dorosłych już synów, których po przedwczesnej śmierci męża wychowała sama. Nie było jej lekko, dlatego choć w części wytłumaczalny może być fakt, że tak bardzo jest do nich przywiązana i, mimo ich dorosłości, chce mieć wpływ na ich życiowe wybory i decyzje. 
Emily, widząc, jak Adam jest związany z matką, bardzo chce się matce wybranka spodobać. Być może faktycznie będzie to jej przyszła teściowa. Jednak od samego początku dziewczyna wyraźnie widzi, że cokolwiek by nie zrobiła czy powiedziała, Pammie się to nie podoba. Kobieta nie szczędzi jej drobnych złośliwości i przytyków, z czasem zaczyna sobie pozwalać na coraz więcej, psując na przykład romantyczne spotkania młodych, a nawet ingerując w ich decyzje. Ku irytacji i rozpaczy Emily, Adam nie dostrzega zachowania matki, co więcej ma dziewczynie za złe, że nie potrafi się z Pammie zaprzyjaźnić, choć ta bardzo by tego chciała. Emily próbuje pokazać Adamowi prawdziwą twarz matki, jednak bezskutecznie, jednocześnie nie chcąc wyjść na histeryczkę. Gdy przypadkiem dowiaduje się o śmierci poprzedniej dziewczyny Adama, zaczyna mieć poważne obawy. 

Temat powieści nośny, wdzięczny, daje autorowi duże pole do popisu i przez większą część książki udało się Sandie Jones zachować klimat zagrożenia i utrzymać mnie, czytelnika w niepokoju. Nic tak nie przemawia do odbiorcy, jak zmagania z przebiegłym socjopatą, a Pammie wydaje się taka właśnie być. Doskonale i wiarygodnie pokazała też autorka zmiany zachodzące w osobie Emily. Początkowo radosna i optymistycznie nastawiona do życia dziewczyna, z czasem zmienia się w kłębek nerwów, sama już nie wiedząc, czy zmyśla, przesadza, a może sobie tylko to wszystko wyobraża. To niesamowite, jaka jest siła cudzych słów i drobnych gestów. Mogą one człowieka podbudować, ale nasączone jadem i złośliwością, potrafią doprowadzić do psychicznej ruiny.
Mimo starań nie mogłam polubić Adama. Choć początkowo wydawał się całkiem sympatyczny, trudno było mi uwierzyć, że nie dostrzega, czy nie chce dostrzec prawdziwego zachowania matki. Finał powieści wyjaśnił to, co i tak nie zmienia faktu, że mężczyzna od początku mi się nie podobał. 

Nagły zwrot akcji w finale powieści i wyjaśnienie motywów Pammie, nieco mnie zawiodły. Wolałabym, aby autorka trzymała się pierwotnej drogi, a nie tak wszystko na koniec odwracała, ale jak się temu dokładniej przyjrzeć, to faktycznie trzyma się to przysłowiowej kupy. 

Książkę czyta się dobrze i z zaciekawieniem, choć z pewnością się do niej już nie wróci. To taka lektura na wakacje, na jeden raz. Przyjemnie oglądałoby się też tę historię w wersji filmowej, bardzo takie thrillery lubię. Jeśli ktoś szuka dla siebie powieści na pochmurny weekend, to Rywalka powinna się w tej roli doskonale sprawdzić. 

sobota, 25 sierpnia 2018

L.M. Montgomery: Dzban ciotki Becky

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł: Dzban ciotki Becky (lub też W pajęczynie życia)
Stron: 223
Wydawca: Nasza Księgarnia





Mam ogromny sentyment do L. M. Montgomery. Jej historie są wzruszające, a bohaterowie tak prawdziwi, że niechętnie zamyka się książkę, bo już się dotarło do ostatniej strony.
Dzban ciotki Becky czytałam już kilka razy i bardzo lubię do tej powieści wracać.  Historia ta, jak zresztą każda autorstwa Montgomery, ma niepowtarzalny klimat. Jak widać po niniejszej okładce, mam także wielki sentyment do wydania z Naszej Księgarni; bardzo lubię ilustracje okładkowe i czcionkę, jestem w stanie nawet wybaczyć to, że wydanie było klejone, nie szyte i z czasem zaczynały wypadać kartki. 

Dzban ciotki Becky jest kroniką rodzinną, przynajmniej dla mnie. Przedstawia rok z życia dwóch klanów,  Darków i Penhallowów, którzy nieustannie się żeniąc z członkami drugiej rodziny, tworzą tak naprawdę jeden duży klan. Wszyscy są tu ze sobą skuzynowani, nie da się kichnąć w spokoju, a już cała osada wróży ci zapalenie płuc. Tytułowy dzban pozostaje od lat w posiadaniu nestorki rodu, Teodorowej Dark, choć dla wszystkich od zawsze jest ona ciotką Becky. Czując zbliżający się koniec życia, ciotka Becky, z właściwą sobie swadą, zwołuje całą rodzinę, by wszem i wobec ogłosić swoją ostatnią wolę. Majątku dużego nie ma, zresztą w końcu XIX wieku inaczej postrzegano kwestie tego, co jest majątkiem. Pieniądze owszem, ale bardziej liczyły się srebra, porcelana, obrusy. Całą rodzinę interesuje jednak najbardziej tytułowy dzban, mający ponad sto lat. Ciotka jednak nie byłaby sobą, gdyby tak po prostu komuś go zostawiła. Dlatego oznajmia, że wyznacza depozytariusza, który po upływie roku otworzy pozostawiony przez nią list, zawierający nazwisko szczęśliwego spadkobiercy. Klan jest oburzony, ale co robić; wola zmarłego jest święta. 

Mijający spokojnie rok obfituje w wiele większych i drobnych wydarzeń z życia rodziny. Jak w każdej rodzinie, tak i w tym podwójnym klanie, obok tych dobrze sytuowanych i znaczących, są także i tacy, którym los poskąpił szczęśliwych zakończeń. W tym roku to się zmieni. Ciotka Becky oczekiwała zmian i pracy nad własnym charakterem. Dlatego członkowie klanu decydują się na wiele rzeczy, które do tej pory odwlekali lub zaniedbywali. Ktoś się nagle i namiętnie zakocha, ktoś inny pokłóci się na śmierć i życie. Czyjeś serce zostanie złamane, a inne dostanie szansę na miłość. Ktoś zamarzy o własnym domu i wolności decydowania o sobie, a ktoś inny o dobrym słowie i przyjaznym spojrzeniu. Jedno jest pewne; w klanie wiele się zmieni, a wszystko pośrednio przez jeden dzban. 

Lucy Maud Montgomery ma talent do tworzenia ciekawych charakterów i interesujących społeczności. Jej bohaterowie to zwykli ludzie, jednak ich codzienne perypetie nie przestają bawić i zachwycać. Jednocześnie cały wykreowany przez autorkę świat ma niesamowity urok końca XIX wieku, kiedy telefon był nowoczesną ekstrawagancją, kobieta nie powinna chodzić w spodniach, a rozwód był diabelskim, jankeskim wynalazkiem. 
U żadnego autora z taką przyjemnością nie czyta się o rodzinnych anegdotach, opisach ogrodów i obiadów, robieniu przetworów, czy sztormach nawiedzających Wyspę. Swoją drogą teraz, po latach, czytając książkę ponownie, zajrzałam do sieci w poszukiwaniu zdjęć Wyspy Księcia Edwarda i faktycznie jest ona przepiękna. Surowa i groźna, ale piękna. 
Jeśli o mnie idzie najbardziej, i tego upływ lat nie zmienił, lubię dwa wątki. 
Pierwszy z nich to historia Małgorzaty Penhallow, starej panny, prowadzącej żonatemu bratu dom. Małgorzata marzy o samodzielności, własnym domu i dziecku. Być może magia dzbana zmieni życie i Małgorzaty i pewnego chłopca, któremu bardzo potrzebna jest kochająca rodzina. 
Drugi wątek, miłosny, opowiada o młodziutkiej, rodowej piękności Gai. Nadchodzący rok mocno doświadczy ufne i młode serce dziewczyny. Z kim ułoży sobie życie? Z obiecującym urzędnikiem bankowym Noelem, czy może z ukochanym przez klan, lekarzem Rogerem? Droga do tego wyboru już na zawsze ukształtuje Gaję jako człowieka i kobietę. 

Dzban ciotki Becky to przezabawna, ciepła i wzruszająca opowieść o tym, jak niewiele czasem trzeba, by zmienić swoje życie. To, co wydaje się nam odległe i niedościgłe, może się znaleźć tuż za rogiem. Wystarczy tylko odrobina zdecydowania i odwagi, by zaryzykować. Możemy coś stracić, ale jeszcze więcej zyskać.