wtorek, 25 kwietnia 2017

Frode Granhus: Sztorm

Autor: Frode Granhus
Tytuł: Sztorm
Seria: Rino Carlsen, t.2
Stron: 320
Wydawca: Świat Książki






Z wielką niecierpliwością czekałam na moment, w którym Sztorm pojawi się na polskim rynku książkowym.

Po wiosennej lekturze Wiru, stałam się zadeklarowaną zwolenniczką tego typu historii i tego autora. Dramaty kryjące się w zaciszu małych norweskich miejscowości, zadawnione tragedie, zmowa milczenia i przypadek, decydujący o tym, że sprawa wraca na wokandę.

Na krótki czas poznany w pierwszym tomie Rino Carlsen przenosi się z Bodo do pobliskiego Reine. Akurat ruszyło tam nowe śledztwo w związku ze znalezionym w skalnym osuwisku szkieletem nastolatka. Ślady na kościach sugerują długotrwałą przemoc domową. Rozpoczyna się grzebanie w przeszłości, co jest o tyle trudne, że liczba mieszkańców Reine jest bardzo mała, a ludzie raczej niechętnie rozmawiają z policją.

Równolegle z prowadzonym przez Rino dochodzeniem, śledzimy losy tajemniczego pacjenta domu opieki, ofiary straszliwych poparzeń, które odebrały mu zdolność mówienia i w ogóle porozumiewania się z otoczeniem. Od razu mamy świadomość, że to, co go spotkało jest w pełni zasłużone i nie współczuje mu się zbytnio. Czy nie nazbyt pochopnie? 

Poznając lepiej środowisko Lotofów (z norweskiego nabrzeże) Rino odkrywa tajemnicę rysowanych dziecięcą ręką masek. Czy poskłada układankę w całość, zanim będzie za późno?

Trochę brakowało mi  w poznanego w tomie pierwszym Niklasa Hultina. Żywię ogromną nadzieję, że autor nie porzuci tej postaci i da jej szansę w kolejnych swoich powieściach, gdyż moim zdaniem ma ona ogromny potencjał, który można wykorzystać i na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. Sam Rino Carlsen to mężczyzna zupełnie zwyczajny. Łysiejący rozwodnik, nie umiejący dogadać się z byłą żoną, o którą jest trochę zazdrosny, jak i z dorastającym synem, który zmaga się z tak nielubianą w szkole nadpobudliwością psychoruchową. Żaden z niego wybitny detektyw, jest jednak dociekliwy, a to ważna cecha w tym zawodzie. 

Powieść składa się z krótkich rozdziałów: najdłuższy ma trzy, a najkrótszy tylko pół strony, co ma swoje plusy i minusy. Oszczędność w słowach daje wrażenie migawek; szybko przeskakujemy między scenami w domu opieki, śledztwem prowadzonym przez Rino oraz innymi kluczowymi bohaterami, takim jak miejscowy jąkała, czy szef lokalnego posterunku policji. Dzięki temu akcja dość sprawnie biegnie do przodu. Z drugiej strony, miejscami miałam wrażenie niedosytu, bo informacje podawano bardzo skąpo. 

Intryga jest dość złożona i trudno domyślić wszystkich powiązań, ale dzięki temu, że w sprawę jest wmieszanych tyle osób, tak dobrze się czyta. Kiedyś to poczucie dezorientacji trochę mnie irytowało. Teraz już wiem, że wystarczy dać się ponieść wydarzeniom. Po drodze to, co mało istotne odpadnie, a to co ważne zostanie i wszystko stanie się bardziej klarowne. 

Pierwsza część zatytułowana Wir podobała mi się bardzo, Sztorm trochę mniej, ale biorąc pod uwagę całokształt czyli zimny, północny klimat, trupy pochowane w drewnianych szafach oraz ciekawe powiązania między mieszkańcami i tak wychodzi na wielki plus. 

Sztorm można czytać bez znajomości pierwszego tomu, dlatego polecam każdemu czytelnikowi, który ma ochotę na skandynawskie klimaty.

Dziękuję!

sobota, 22 kwietnia 2017

Gaard Sven: Piekło otwarte

Autor: Gaard Sven
Tytuł: Piekło otwarte
Seria: Tommy Bergamnn t. 2
Stron: 544
Wydawca: Media Rodzina






Mimo że dopiero debiutuje w dziedzinie literatury, to jest to debiut z przysłowiowym przytupem. Gaard Sven zgarnął już niemal wszystkie nagrody zarezerwowane w Norwegii dla tego typu powieści. 
Piekło otwarte to druga książka z serii o detektywie Bergmannie, mężczyźnie nieco życiowo zwichrowanym, jednak budzącym w czytelniku sympatię. 

Fabuła drugiej części serii jest oparta na sprawie, która w Skandynawii zyskała w ostatnich latach niesamowity rozgłos. Okrzyknięty szwedzkim Hannibalem Lecterem, Thomas Ouick trafił do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Przyznał się do brutalnych zabójstw 33 osób, głównie młodych chłopców. Sprawa Quicka była największym i najbardziej kosztownym procesem w historii szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości, tyle tylko że z biegiem lat zeznania oskarżonego, zaczęły budzić coraz więcej wątpliwości, głównie dlatego, że rażąco rozmijały się z pewnymi faktami dotyczącymi konkretnych spraw. Obecnie coraz więcej wskazuje na to, że Ouick jest nie tyle zabójcą, ile notorycznym kłamcą, który wodził za nos cały wymiar sprawiedliwości tylko po to, by zyskać rozgłos i sławę. 

W powieści Piekło otwarte detektyw Bergmann staje przed kolejnym wyzwaniem, być może kluczowym w jego nadwątlonej ostatnio karierze. Znaleziona w ciężkim stanie młodociana prostytutka trafia do szpitala. Odniesione przez nią obrażenia, prowadzą śledczych do sprawy, którą już dawno zamknięto, co więcej sprawca od dawna siedzi za kratkami. Czyżby trafił się naśladowca? Może morderca miał wspólnika? A może Anders Rask kłamie i zabijał ktoś inny? 
Pytania i wątpliwości mnożą się. W sprawę jest też uwikłana matka jednej z ofiar, co potęguje tajemniczość całej sytuacji. 

Bardzo przyjemnie było ponownie spotkać Tommy'ego Bergmanna. Pozornie to zwykły policjant, ma jednak intrygującą przeszłość, której sam jeszcze do końca nie odkrył. Z tego zaś wynikają problemy, z którymi boryka się w życiu zarówno zawodowym, jak i prywatnym. Ma swoje za uszami, z niewiadomych jemu i czytelnikowi powodów, pobił swoją żonę, choć nigdy za brutala nie uchodził. Teraz ma wrażenie, że przeszłość upomina się o niego, że sprawy, które jego matka zostawiła, uciekając z nim, od niepoznanego nigdy ojca, wracają z siłą tornada. Czy dolegliwości bohatera mają swoje źródło w przeszłości? Prawdopodobnie tak i z ogromną niecierpliwością czekam na trzecią część serii. Wtedy bowiem poznamy nie tylko tajemniczą przeszłość detektywa, ale też kulisy sprawy, której nie domknięto w finale części drugiej. 

Piekło otwarte czytałam w ogromnym zaciekawieniem i podobała mi się ta książka bardziej niż cześć pierwsza. Pogłębiony rys psychologiczny głównego bohatera sprawił, że cała historia nabrała zupełnie innego wymiaru i mocniej mnie do siebie przyciągnęła. 
Polecam powieść nie tylko miłośnikom kryminałów z mroźnej Północy. Myślę, że każdy fan sensacji znajdzie tu coś dla siebie. 

Dziękuję!

czwartek, 20 kwietnia 2017

W poszukiwaniu serca Matki Natury czyli Vaiana. Skarb Oceanu.

Tytuł: Vaiana. Skarb Oceanu.
Reżyseria: Ron Clements, John Musker
Scenariusz: Jared Bush
Czas trwania: 113 min.
Wytwórnia: Walt Disney






Wyspy archipelagu Oceanii. Raj na Ziemi. Plemię młodej Vaiany żyje w spokoju i dobrobycie.  Twardo trzymają się jednak pewnych zasad, z których najważniejszą jest, by nie wypływać poza granice laguny. Wódz Tui, ojciec dziewczyny, jest w tej kwestii nieprzejednany i wymaga tego od wszystkich, a od swojej córki zwłaszcza. 
Vaiana tymczasem ewidentnie ocean ma we krwi, co widać już w pierwszych scenach filmu, gdy malutka wchodzi do wody, a ta usłużnie cofa się przed nią. 

Raj ten ma jednak pewną skazę. Stara legenda głosi, że morski bóg Maui ukradł serce Defiti, powodując tym stopniowe obumieranie kolejnych wysp. I faktycznie: wracający z połowów rybacy przywożą puste sieci, a tropikalne drzewa nie chcą rodzić owoców. Porywcza Vaiana chętnie udałaby się na połowy poza lagunę, ale jej ojciec nie chce o tym słyszeć.
Niedługo potem umiera babcia dziewczyny, przed śmiercią jednak opowiada wnuczce historię plemienia. Wynika z niej, że przodkowie Vaiany byli odkrywcami, badali nowe lądy i zasiedlali je. Potem jednak to zarzucono na rzecz osiadłego trybu życia, a przepiękne łodzie schowano w starej grocie. Zdaniem babci Vaiany, jej wnuczka została wybrana, by odnaleźć Mauiego i skłonić go do oddania serca Deftiti.
Nie mając nic do stracenia, Vaiana wyrusza w podróż za jedynego towarzysza mając jedynie sfiksowanego kurczaka. Znalezienie Mauiego nie będzie trudne. O wiele trudniejsze okaże się dogadanie z nim, wytatuowany półbóg jakoś nie chce bowiem ani naprawiać wyrządzonych przez siebie szkód. W ogóle okaże się, że trudno się z nim dogadać.

Miło widzieć, że twórcy Zwierzogrodu i Krainy Lodu nie spoczywają na laurach. Świat przedstawiony Vaiany zachwyca kolorami i porywa przepychem rajskich wysp. Aż by się samemu tam chciało być. Jest to ten typ przepychu, który jest nam dane oglądać w filmach przyrodniczych, a tutaj przecież mamy animację i wszystko wydaje się tak rzeczywiste i prawdziwe.
Vaiana i Maui to doprawdy dziwna para. Ona narwana, ale honorowa, bo leży jej na sercu dobro plemienia. On nadpobudliwy narcyz, który jednak, gdy trzeba, łapie za swój magiczny hak i rusza do boju.
Film ogląda się bardzo przyjemnie. Mamy tu mnóstwo przepięknych plenerów, kilka miłych dla ucha piosenek, sporo zabawnych scen z udziałem kurczaka oraz usłużnej i nadzwyczaj inteligentnej wody. Zachwycają sceny na oceanie, gdy Maui i Vaiana walczą z demonem lawy, coś niesamowitego.

Dzieciom z pewnością spodoba się to wszystko, o czym już napisałam powyżej. Kurczak jest naprawdę uroczy, a Maui ma taki zabawny tatuaż, który uosabia jego sumienie.
Starsi miłośnicy tego typu animacji docenią inne efekty starań disneyowskich twórców, takie jak ciekawa intryga, odwołania do kultury codziennej i masowej, zabawne dialogi, czy choćby fakt, kim tak naprawdę był demon lawy.

Jednej rzeczy tylko nie rozumiem, jeśli idzie o polski przekład tytułu. W oryginale główna bohaterka ma na imię Moana i brzmi to przecież całkiem dobrze, dlaczego więc nie można było tego tak zostawić? No cóż. Pomijając ten drobny szczegół, polecam seans. Animacja warta uwagi.

wtorek, 18 kwietnia 2017

W dniu premiery! Ian McGuire: Na wodach Północy

Autor: Ian McGuire
Tytuł: Na wodach Północy
Stron: 336
Wydawca: Prószyński i S-ka








Powieść Na wodach Północy skusiła mnie okładką i obietnicą treści. Co prawda tematyka wydaje się bardziej dla mężczyzn, ale przyznaję, że lubię ciężką prozę, w której człowiek, w warunkach ekstremalnych, zmuszony jest walczyć o przetrwanie, a największym zagrożeniem jest dla niego drugi człowiek. 

Rok 1859, Anglia.
Młody lekarz Patrick Sumner dołącza do załogi statku wielorybniczego Ochotnik. Posada lekarza na statku jest nudna i kiepsko płatna, jednak po tym jak dyscyplinarnie wyrzucono go z armii, Sumner nie może wybrzydzać. Celem wyprawy jest pozyskanie jak największej liczby foczego i wielorybiego tłuszczu, choć nieoficjalnie mówi się, że wyprawy te przestają być rentowne, gdyż olej wielorybi przegrywa z naftą i olejem węglowym. Jest to więc zapewne jedna z ostatnich takich wypraw.

Początkowo wszystko wydaje się iść zgodnie z planem. Kiedy jednak zupełnie niespodziewanie załoga znajduje ciało uduszonego chłopca okrętowego na załogę pada blady strach. Wśród nich jest morderca i to wyjątkowo okrutny, skoro zamordował dziecko. 
Chcąc nie chcąc Sumner przyjmie na siebie rolę, detektywa to może za dużo powiedziane, ale kogoś, kto będzie musiał odkryć prawdę i dochodzić sprawiedliwości. Wolałby co prawda utonąć w przyjemnej mgle laudanum, ale niestety nie będzie mu to dane. 

Początkowo trochę dziwne wydawało mi się, że autor już od razu zdradza czytelnikowi tożsamość zabójcy. Swoją drogą bohater ten budzi dreszcz zgrozy; pogodny, bez jakichkolwiek skrupułów, czy wyrzutów sumienia, zabija, bo ma taką potrzebę i to wszystko. Przypomina węża, który od razu wiadomo, będzie kąsał, a jeśli chwilowo tego nie robi, to dlatego, że nie musi.  Z biegiem fabuły okazuje się, że samo zabójstwo to jedynie wierzchołek góry lodowej, albo nazwijmy to inaczej, wypadek przy pracy, a chodzi tu zupełnie o coś innego.
Długo jednak tego nie widać i dopiero pod koniec, gdy czujność czytelnika nieco opadnie, wszystko staje się jasne, a poszczególne elementy układanki nabierają sensu.

Powieść Na wodach Północy to twarda, męska proza. Rzeczywistość opisana konkretnym, często brutalnym językiem, przedstawiona tak jaką się ją widzi, bez zbędnego słodzenia i wygładzania. Opisy polowań na foki i wieloryby są bardzo naturalistyczne, a zachowanie i czyny bohaterów to bezpardonowa i ostra walka o przetrwanie. Powieść czyta się tak, jak prawdziwą relację z podróży, zaś wątek kryminalny tylko dodaje całości smaczku. To dlatego książka z pewnością spodoba się fanom XIX-wiecznej marynistyki i wypraw połowowych w rejony Oceanu Arktycznego. Czytelniczkom o słabszych nerwach i wrażliwości na wulgarny i sprośny język raczej nie polecam. Mogą one książkę kupić swoim mężczyznom. Tym polecam jak najbardziej.


Dziękuję!

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Anna Hope: Sala balowa

Autor: Anna Hope
Tytuł: Sala balowa
Stron: 304
Wydawca: Świat Książki








Miłość to szalony, nieobliczalny żywioł. Pojawia się znienacka i porywa człowieka z siłą wodospadu. Wielu mówi, że potrafi pokonać wszystko, nawet śmierć.       A czy potrafiłaby wyrwać człowieka z okowów szaleństwa? W myśl teorii autorki powieści Sala balowa, tak.

Sharston w hrabstwie Yorkshire to olbrzymi szpital o charakterze zamkniętym. Blisko 2 tysiące pacjentów to najcięższe i nie rokujące na wyzdrowienie przypadki. Jest rok 1911 i mimo, że to początek nowego wieku, to na temat ludzkiej psychiki i tajników ludzkiego mózgu, medycyna wie śmiesznie mało. Wszystkie zachowania nieakceptowalne społecznie u kobiet, tłumaczy się histerią czyli przemieszczającą się po kobiecym ciele macicą. Każdą zmianę nastroju czy drobne objawy apatii zalicza się do kategorii upośledzenia umysłowego. Jedynym zaś lekarstwem winna być całkowita sterylizacja chorego. Dziś może się nam to wydawać oburzające, czy absurdalne, bo przecież pacjent ma prawo do samodzielnego decydowania o własnym zdrowiu, wtedy jednak postrzegano to zupełnie inaczej. 

Fabułę przedstawiono z trzech perspektyw: dwójki pacjentów i jednego lekarza, dzięki czemu mamy wgląd w obie strony barykady. 
Gdyby spojrzeć na sytuację pacjentów, widać, że kobiety mają zdecydowanie trudniej. Nie wolno im wychodzić poza obręb murów, co już samo w sobie wstrzymuje proces powrotu do zdrowia, brak świeżego powietrza i słońca, jest dla wielu kobiet zabójczy. Oprócz tego ciężko pracują, o ile pozwala na to ich zachowanie, na przykład w pralni, gdzie odór chemikaliów jest dla nich bardzo szkodliwy. Mężczyźni traktowani jako darmowa siła robocza mogą wychodzić na zewnątrz, gdzie albo pomagają przy żniwach okolicznym rolnikom, albo kopią groby dla innych pacjentów. Jednak dzięki pobycie na świeżym powietrzu wielu z nich znacznie lepiej znosi pobyt w szpitalu. 

Ella i John są pacjentami szpitala od stosunkowo niedawna. Spotykają się przypadkiem dzięki przedsięwzięciu nowego lekarza, który postanawia sprawdzić, jak muzyka klasyczna może wpłynąć na pacjentów. Charles Fuller kompletuje orkiestrę i w piątkowe wieczory organizuje coś w rodzaju potańcówek. To tam spotykają się bohaterowie: ona po załamaniu nerwowym, on w depresji po rozpadzie rodziny i śmierci dziecka. 
Co najciekawsze, uczucie rodzące się między bohaterami, bardzo długo pozostaje w sferze samych tylko spojrzeń i przelotnych dotyków podczas tańca. I to właśnie jest w nim najpiękniejsze. Widać, jak po miłości, przychodzi nadzieja, a z nią szansa na wyzdrowienie. Czy w tak nieprzyjaznych warunkach miłość może zakończyć się happy endem? Tego nie zdradzę. 

Jeszcze ciekawsza jest postać młodego lekarza, entuzjasty muzyki klasycznej i gry na skrzypcach. Ten młody lekarz sprawia sympatyczne wrażenie, ale tylko do czasu. Gdy odkrywa w sobie uczucia uznawanie wówczas za przejaw choroby i degeneracji, zmienia się nie do poznania w fanatycznego zwolennika teorii Churchilla o sterylizacji upośledzonych czy członków społecznej biedoty. Działa to zupełnie tak, jakby nie akceptując siebie, starał się wykorzenić to coś w innych. Stąd już bardzo blisko do tego, by z lekarza stać się pacjentem. 

Powieść ta jest dedykowana prapradziadkowi pisarki. Był on pacjentem szpitala, który stał się pierwowzorem powieściowego Shastron i cierpiał na bardzo podobne dolegliwości, jak John. 
Sala balowa to przepiękna, choć smutna w swej wymowie, powieść. Trochę zawiodło mnie zakończenie, choć rozumiem, że być może autorka chciała uniknąć niepotrzebnej ckliwości. Wspaniale oddano surowy klimat Yorkshire, czułam się, jakbym sama tam była. 
Polecam. Bardzo wartościowa pozycja.

 Dziękuję!

piątek, 14 kwietnia 2017

Gdy nie ma człowieków, zwierzaki harcują czyli Sekretne życie zwierzaków domowych

Tytuł: Sekretne życie zwierzaków domowych
Reżyseria: Chris Renaud, Yarrow Cheney
Scenariusz: Cinco Paul, Ken Daurio
Czas trwania:90 min.
Wytwórnia: Universal Pictures






Znacie takie sytuacje, elementy promocji filmowej lub książkowej, że sam zwiastun lub trailer okazują się dużo lepsze niż cały utwór? Sklejony z najlepszych scen nie dość, że zdradza za dużo fabuły, to jeszcze obiecuje istne gruszki na wierzbie, gdy tymczasem okazuje się, że są to raczej zwykłe bazie. 
W moim przypadku tak właśnie było z filmem Sekretne życie zwierzaków domowych. Czekałam na niego odkąd tylko w sieci pojawił się zwiastun czyli w sumie od czerwca 2015 roku. Najlepszą rekomendacją było dla mnie, że film zrobili twórcy moich ukochanych Minionków. Czekałam, czekałam, oczekiwania rosły i wreszcie obejrzałam. 

Nowy Jork, jeden z wieżowców mieszkalnych. Mieszka tu oczywiście wielu ludzi, a niemal każdy ma swojego pupila: psa, kota, świnkę morską, rybki czy kanarki. Gdy ludzie wychodzą do szkoły i pracy, zwierzaki zostają same i czekają na powrót swoich pańciów. Ekhem! Serio? No, nie do końca czekają. Bo okazuje się, że nasze zwierzaki mają swoje życie, o którym, my ludzie, nie mamy zielonego pojęcia. Robią rzeczy, o które nigdy byśmy ich nie posądzali: jedzą, słuchają głośnej muzyki, imprezują, słowem oddają się błogiej hedonii. 

Głównym bohaterem jest mały terrier Max, którego życie gwałtownie się zmienia, gdy jego pani Katie przyprowadza do domu kolejnego lokatora, wielkiego kudłatego owczarka o imieniu Duke. Max jest oburzony i przerażony, dotąd miał swoją Katie tylko dla siebie i tak ma pozostać. Postanawia więc pozbyć się rywala. W ten sposób oba psy trafiają na ulicę, gdzie najpierw stoczą walkę z gangiem dzikich kotów, a potem będą musiały uciekać przed hyclami. Przygód będzie co niemiara, a każda z nich tylko oddala ich od domu. I co teraz? 
Na szczęście grupa wiernych przyjaciół z małym szpicem Bridget na czele, ruszą z odsieczą. Jak zakończy się ta wyprawa, nietrudno się domyślić, sedno jednak tkwi w jakości i tym, jak zwierzaki sobie radzą. 

Zdecydowanie mocną stroną filmu jest pokazanie świata ludzi od strony zwierzęcej i to, jak inaczej zwierzęta postrzegają ludzi. Mamy tu nie tylko psy i koty. Znajdzie się hodowany na dachu sokół o ważkim imieniu Tyberiusz, przezabawna świnka morska Norman, która szuka swojego domu buszując po kanałach wentylacyjnych czy malutki kanarek Dzióbek. Zwierzaki mają własne, bardzo bogate życie, własne upodobania i hobby, ale kiedy trzeba, potrafią się zmobilizować i stanąć za sobą murem. Okaże się to bardzo potrzebne w sytuacji, gdy nawiedzony królik Tuptuś, postanowi dokonać zemsty na naszych bohaterach. 

Dzieciom oglądającym film z pewnością spodobają się bohaterowie, którzy są przesłodcy. Dorośli oglądający film z dzieckiem mogą po seansie poruszyć dwa ważne tematy. Pierwszy wiąże się z niepełnosprawnością zwierząt. Swoją drogą fajnie, że w filmie pojawia się postać Dziadka, psa bez dwóch łap. 
Drugi temat to kwestia poprzedniego opiekuna Duke'a i tego, co się dzieje ze zwierzęciem w przypadku, gdy jego opiekun umiera. To również pokazano w bardzo wzruszający sposób. Najpiękniejszy jest jednak taki wydźwięk, że wszystkie te łobuzy naprawdę kochają swoich opiekunów i spędzając miło czas, czekają na ich powrót. 

Podsumowując, film może i nie jest tak dobry, jak obiecuje zwiastun, ale całkiem przyzwoity i dzieci z pewnością zechcą go obejrzeć  niejeden raz, a to już  o czymś świadczy.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Ian Tregillis: Powstanie

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Powstanie
Wojny alchemiczne t. 2
Stron: 432
Wydawca: SQN






Wojna między Francją a Holandią wkroczyła w fazę ostateczną. Twierdza w Zachodniej Marsylii broni się ostatkiem sił przed oblężeniem mocarnej armii napędzanych metageas mechanicznych. Kapitan Longchamp zagania do obrony kupców i rzemieślników, zdając sobie sprawę, jak beznadziejną armią dysponuje. Na domiar złego wyczerpują się też zapasy żywicznej substancji zdolnej unieruchomić klakierów. 
Tymczasem Berenice, dawna szpiegmistrzyni, niestrudzenie dąży do zmiany losów tej wojny. Z każdą decyzją jest bliższa odkrycia  tajemnic alchemii, która utrzymuje klakierów przy życiu. Czy odkrycie skomplikowanego wzoru na nałożenie nowego geas, jest w ogóle możliwe? 

Jax jest wolnym klakierem w pełnym słowa znaczeniu. Chciałby bardzo wyzwolić swoich pobratymców i jednocześnie marzy, by odnaleźć legendarną królową zbuntowanych klakierów. Czy jednak Arkadia, której szukał, będzie spełnieniem jego wyobrażeń o wolności i swobodzie decydowania o własnym losie? 

Tak w skrócie przedstawia się fabuła drugiej części powieści Iana Tregillisa, który brawurowo wykreował świat ludzi, w którym lwią jego część stanowią mechaniczni ludzie, napędzani pilnie strzeżoną alchemią.
Jak dla mnie największą wadą fabuły jest to, że bardzo w tej części mało Jaxa. Pozornie jest podział na trzy perspektywy pomiędzy Berenice, Longchampa i klakiera, ale działania tego ostatniego jakoś giną w natłoku opisów działań oblężniczych mechanicznych pod wodzą ludzi. Bardzo nie podobał mi się fakt zmiany imienia przez bohatera. Rozumiem chęć zyskania wolnej woli i niezależności, ale jako Daniel klakier już zupełnie mi się z Jaxem nie kojarzył, zupełnie jakby zmiana imienia odarła go ze wszystkiego, kim był do tej pory. 

Z drugiej strony rozumiem, że działania bohatera, o których mowa w drugiej części są tak naprawdę kluczowe dla całej nacji mechanicznych ludzi i zmienią nie tylko relacje między człowiekiem a maszyną, ale też wpłyną na losy całej wojny. Tylko od ludzi będzie też zależało, jak potraktują nowy status mechanicznych. 

Powstanie nie do końca dało mi fabularnie to, czego się spodziewałam. Bardziej fascynowały mnie motywy zawarte w części pierwszej dotyczące przemiany księdza Vissera czy oswajania się Jaxa z posiadaniem wolnej woli. Rozumiem jednak, że zmiana musi być globalna, a nie tylko dotyczyć jednego klakiera i w związku z tym autor musiał poszerzyć perspektywę. Niewątpliwym dużym plusem powieści jest Berenice, główna postać kobieca, która z uporem maniaka stara się odkryć tajemnice mechanicznego geas, a tym samym zmienić rozkład sił między Francją a Holandią. Czy się jej to uda? Czy zawrze sojusz z Jaxem, czy też może potraktuje go jak środek do celu? A może klakier wcale nie jest tak naiwny, jak Berenice myśli? 

Drugi tom cyklu Wojen mechanicznych to ciekawa i bardzo krwawa kronika wojny między ludźmi i maszynami. Książka, podobnie jak jej poprzedniczka, została bardzo starannie wydana, co jest nie tylko miłe dla oka, ale i ma duży wpływ na czytanie. 

Powieść spodoba się miłośnikom motywów buntu maszyn i fanom steampunku. Teraz nie pozostaje nic innego, jak czekać na finał trylogii. Jakie rozwiązania przyniesie? Czas pokaże.


Dziękuję!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Kathryn Croft: Córeczka

Autor: Kathryn Croft
Tytuł: Córeczka
Stron: 350
Wydawca: Burda Książki







Najgorsze co może spotkać rodzica, to śmierć dziecka. Poczucie takiej okrutnej straty, sprawia, że świat chwieje się w posadach. Jednak pewność tego wydarzenia i świadomość, gdzie znajdują się doczesne szczątki dziecka, wydają się być dobrodziejstwem w starciu z faktem porwania dziecka. 
Śmierć dziecka jest końcem, ale i pewnikiem, który nie pozostawia miejsca na niepewność i niewiadome. Tymczasem porwanie każe rodzicowi tkwić w nieustannej niepewności co do losu dziecka. Każe mieć nadzieję, co utrudnia powrót do codzienności, a gubienie się w domysłach i ślepych tropach przyprawia o szaleństwo. 

Kiedy z wózka w parku, prosto spod babcinej opieki, znika półroczna Helena, wszystkie ślady prowadzą do nikąd. Młodzi rodzice Simone i Matt z trudem budują swoją codzienność, wiedząc jednocześnie, że gdzieś tam ich córka być może żyje i nazywa rodzicami kogoś obcego. 

Mija 18 lat. 
Matt jest wziętym lekarzem, Simone znaną dziennikarką. Ich małżeństwo przetrwało, choć więcej dzieci nie mieli. Nie zaprzestali też w poszukiwaniach córki, nie zapomnieli o niej. Po prostu życie toczyło się dalej i trzeba było poddać się jego biegowi. 
Dlatego, gdy nagle po tylu latach, do Simone zgłasza się młoda kobieta, twierdząca, że jest jej zaginioną córką, zrozumiałym jest, że kobieta nieufnie podchodzi do sprawy. Wielokrotnie się już zawiodła, a poza tym nie chce ponownie przechodzić przez to piekło. 
Poza tym sprawa jest mocno podejrzana. Grace, bo tak ma na imię nieznajoma, najwidoczniej wpakowała się w poważne kłopoty i choć jej wersja brzmi wiarygodnie, kolejne wydarzenia, w tym nagłe zniknięcie dziewczyny, budzą czujność Simone.

Kobieta wraz z przyjacielem z redakcji rozpoczyna prywatne dochodzenie, a z każdą poznaną osobą, historia zamiast się rozwiązywać, wikła się coraz bardziej. 
Czy Grace faktycznie jest porwaną przed laty Heleną? I dlaczego tak nagle zniknęła? Czy Simone uda się odnaleźć dziewczynę zanim będzie za późno? 
Książkę czyta się tak zapamiętale, że naprawdę z przykrością odkładałam ją choćby na chwilę. Bardzo szybko okazało się, że w sprawę porwania było zamieszanych kilka osób i już nawet miałam swój typ. Tym większym dla mnie zaskoczeniem okazało się rozwiązanie, które zaserwowała czytelnikowi autorka. Zupełnie nie tej osoby się spodziewałam i tym przyjemniej dałam się zaskoczyć. 

Córeczka to dobry thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu do ostatniej strony i nie daje o sobie tak szybko zapomnieć. Autorka z dużą wprawą opisuje motywy porywacza, zło kryjące się w jego wnętrzu i sadystyczną skłonność do zadawania bólu. Kim jest? Tego przez bardzo długi czas nie wiadomo, ale jego specyficzna spowiedź budzi niepokój czytelnika. 

Polecam lekturę Córeczki. Napisana z polotem, wciąga w wir domysłów od pierwszej do ostatniej strony. Bardzo dobra powieść.
Dziękuję!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Leisa Rayven: Zły Romeo

Autor: Leisa Reyven
Tytuł: Zły Romeo
Stron:
Wydawca: Otwarte







Która z nas, będąc czy to młodą dziewczyną, czy to młodą mężatką, czy nawet sfrustrowaną kobietą dojrzałą, nie marzyła, by spotkać na swojej drodze mężczyzny w typie Romeo?
Romeo pełnego pasji, płonącego miłosnym pożądaniem, targanego wewnętrznymi sprzecznościami, skłóconego z otoczeniem, ale też z sobą samym? Ponieważ w życiu  codziennym może to być trudne, warto sięgnąć po książkę L. Rayven Zły Romeo. Nie jest może ona zbyt obszerna objętościowo, ale z pewnością dostarczy kilka godzin wrażeń i przyjemnych emocji.

Fabułę powieści poznajemy z dwóch perspektyw czasowych. Pierwsza z nich to fragmenty pamiętnika Cassie i dotyczą one wydarzeń sprzed 6 lat, gdy Cassie i Ethan dopiero się poznali.  Bohaterka  opowiada o swojej fascynacji magnetycznym Holtem, szczerze i bez fałszywej pruderii mówi o swoich fantazjach, z zaskoczeniem odkrywając budzącą się w niej kobietę. Bywa też bardzo zabawnie, bo Cassie nie ma zahamowań, typowych dla szaleńczo zakochanych bohaterek książkowych i pisze, co jej myśl na długopis przyniesie.
Druga, obecna, prowadzona w narracji pierwszoosobowej, po 6 latach od tamtych wydarzeń, miejscami bywa dość zaskakująca, zwłaszcza, jeśli spojrzeć na przemianę, którą przeszła Cassie. Z naiwnego podlotka, ufnego i podającego swe serce na tacy, nie pozostało nic. Obecnie Cassie, mimo że piękna i z etykietką bardzo utalentowanej, nie jest szczęśliwa. Pomimo wielu starań, nie zdołała zapomnieć o swojej pierwszej, wielkiej miłości i kładzie się to cieniem na jej życiu. Proces zapomnienia i rozpoczęcia wszystkiego od nowa jest tym trudniejszy, że Ethan ponownie pojawił się w życiu Cassie. Mało tego, jest zdeterminowany, by odzyskać ukochaną, a co najlepsze jest świadomy swoich wad i popełnionych błędów. 
Co z tego wyniknie?
Zdecydowanie najmocniejszą stroną powieści jest sam pomysł na fabułę. Akcja dzieje się w środowisku aktorskim. Najpierw obserwujemy perypetie studentów pierwszego roku i ich przygotowania do wystawienia adaptacji teatralnej jednego z najsłynniejszych utworów Szekspira Romea i Julii.  Autorka wysuwa tezę, że chemia pomiędzy aktorami pozwala im lepiej wcielić się w odgrywane przez siebie postacie, przez co odbiór danej historii jest znacznie lepszy. Słowem widzowie wiele na tym zyskują. A jak z chemią radzą sobie odtwórcy głównych ról? Doprawdy nie dziwię się im, że tak emocjonalnie. Człowiek musiałby być z kamienia, aby zdystansować się wobec tego wszystkiego. 
Drugi plus to kreacja postaci kobiecej, czyli Cassie. Chodzi jednak o tę Cassie zaczynającą studia. Nieśmiała i zakompleksiona dziewczyna pod wpływem budzącego się uczucia do Holta, otwiera się i z lekkomyślnością typową dla zakochanych szaleńczo dziewczyn, od razu chce oddać całą siebie ukochanemu. Nie widzi jego wad, nie dostrzega destrukcyjnych zachowań, a wszystko postrzega w kategoriach romantycznych.

Historia jest pełna pikantnych dialogów i zawiera parę zabawnych scen. Trochę brakowało mi perspektywy Ethana i tego co on czuje, co myśli i czego tak bardzo się obawia w związku z Cassie. Mam nadzieję, że druga część rzuci nieco światła na wydarzenia, które miały miejsce w ciągu tych 6 lat, gdy bohaterowie się nie widzieli.
Książka zdecydowanie spodoba się zwolenniczkom szalonych miłosnych historii, nad którymi unosi się duch gwałtownej chemii spod znaku Romea i Julii Williama Szekspira. Rozgorączkowani pożądaniem bohaterowie zmagają się z iście starożytnymi dylematami, każdy wybór może okazać się zgubny. Co zatem wybrać? Czy poddać się pragnieniom, czy je stłumić? Walka będzie iście epicka.

Dziękuję!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Mindy Mejia: Ostatnia rola Hattie

Autor: Mindy Mejia
Tytuł: Ostania rola Hattie
Stron: 368
Wydawca: Burda Książki








Małe mieściny mają to do siebie, że nie dość, że wszyscy mieszkańcy bardzo dobrze się znają, to jeszcze w przypadku jakiegoś niespodziewanego wydarzenia czy to czyjegoś sukcesu czy też czyjejś nagłej śmierci, sprawą żyje całe miasto. W przypadku tej drugiej możliwości jest pewne niemal na sto procent, że sprawca pochodzi stąd, a więc dokonał zbrodni na własnym podwórku. 
Pine Valley  w Minnesocie jest taką właśnie małą mieściną. Starsi mieszkańcy zajmują się uprawą roli lub hodowlą zwierząt, a młode pokolenie marzy, by się stąd wyrwać. Generalnie jednak wszystko toczy się własnym, spokojnym trybem, dlatego gdy w starej, opuszczonej stodole zostaje odnalezione ciało 18-letniej Hattie Hoffman, wiadomość o tragicznej śmierci dziewczyny stawia na nogi całe miasto.


Sprawę prowadzi miejscowy szeryf Del Goodman, przyjaciel rodziny Hoffmanów. Pierwsze oględziny świadczą o tym, że zabójstwa dokonano w afekcie, jednak cała reszta już nie jest tak oczywista. 
Hattie była dobrą córką, wzorową uczennicą, miała talent i zacięcie teatralne. Dziewczyna marzyła, by wyjechać do Nowego Jorku i tam się rozwijać. Lubiana przez rówieśników, miała chłopaka, który był w niej zakochany, choć społecznie była raczej postrzegana jak ktoś, kto lubi chadzać własnymi drogami. W zasadzie nie miała wrogów, bo niby z jakiego powodu? Komuś jednak musiała w jakiś sposób podpaść, biorąc pod uwagę brutalność czynu. 

Powieść jest napisana z kilku perspektyw. Oczami szeryfa Goodmana obserwujemy postępy w śledztwie, natomiast ostatnie miesiące życia Hattie zgłębiamy dzięki jej narracji i jeszcze jednego bohatera, którego tutaj nie wskażę po imieniu, co by sprawa i sprawca nie wydały się zbyt oczywiste. 

Książkę czyta się dobrze i nie można jej odmówić plusów za konstrukcję fabuły czy też kreację głównej bohaterki, jednak uważam, że rekomendacje na okładce porównujące ją do Fargo i Miasteczka Twin Peaks, są nieco na wyrost. Historia nie zawiera wątków nadnaturalnych, jak to było w przypadku Twin Peaks, nikt tu też nie działa z premedytacją. Ostatnia rola Hattie to dobra powieść, jednak z zupełnie innej półki. Świetnie przedstawia małomiasteczkową beznadzieję i brak perspektyw, które większości nie przeszkadzają, jednak dla niektórych są zwykłym podcinaniem skrzydeł i pozbawianiem szans na coś więcej. O tym właśnie marzy główna bohaterka i konsekwentnie do tego dąży, nie dostrzegając jednak po drodze zagrożeń, które pozornie nimi nie są. 

Książka Mindy Mejia to dobra powieść na wiosenne popołudnie. Czyta się ją lekko i z przyjemnością, tak jak ogląda kanadyjski thriller.
Dziękuję!