sobota, 24 czerwca 2017

Wyścig po baletki czyli Ballerina

Reżyseria: Eric Summer, Eric Warin
Scenariusz: Eric Summer, Carol Noble, Leuretn Zeitoun
Wytwórnia: Quad Productions
Czas trwania: 90 min.








11-letnia Felicia wychowuje się w sierocińcu na francuskiej prowincji.  Dziewczynka marzy o tym, aby zostać tancerką baletową.

Gdy nadarza się okazja wraz z przyjacielem Wiktorem, Felicja ucieka do Paryża. To tutaj dwójka przyjaciół postanawia spełnić swoje marzenia. Felicja szczęśliwym zbiegiem okoliczności poznaje tajemniczą Odette, która obiecuje nauczyć ją techniki, co zaowocuje tym, że dziewczynka będzie mogła powalczyć o wymarzone miejsce w szkole, a może nawet i o cenną rolę. Wiktor tymczasem spełni swoje marzenia o skonstruowaniu samolotu. Nie będzie to jednak takie proste, jak się wydaje. Bo przecież o marzenia trzeba powalczyć.

Największą rywalką Felicji okaże się jej własny brak samodyscypliny, a także ambitna Camille, która wydaje się pewna, że otrzyma wymarzoną rolę.

Przepięknie jest tutaj pokazany Paryż. Tło muzyczne, typowe dla kina francuskiego (trochę jak w Amelii) dodatkowo dodaje czaru. Jeszcze bardziej magicznie jest dzięki temu, że wieża Eiffela dopiero powstaje i jeszcze nikomu się nawet nie śni, że stanie się ona symbolem Francji. Natomiast słynna dziś Statua Wolności szykuje się do podróży do Ameryki.

Relacja Felicji i Odetty trochę przypomina wątki z filmów Karate Kid. I tam i tu mistrz każe uczniowi robić rzeczy, pozornie bez związku i wpływu na daną umiejętność, gdy tymczasem szybko okazuje się, że w jest w tym metoda. Felicja jest może i utalentowana, ale brakuje jej pokory i jest zbyt samowolna. Czy posłucha wskazówek Odetty i nauczy się pokory? A może nie będzie jej dane zostać Klarą w Dziadku do orzechów? 

Ballerina jest magiczna i ogląda się ją z wielką przyjemnością. Seans polecam przede wszystkim dziewczynkom i ich ambitnym mamom. Ten drugi wątek świetnie reprezentuje chorobliwie zawzięta i ambitna mama Camilli. 
Polecam. Ciepła, mądra i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść.

wtorek, 20 czerwca 2017

Platte F. Clark: Miły ogr

Autor: Platte F. Clark
Tytuł: Miły ogr
Seria: Zły jednorożec t. 3
Stron: 376
Wydawca: CzyTam





Jednego nie można Platte F. Clarkowi odmówić, a mianowicie bujnej pisarskiej wyobraźni. Choć z drugiej strony, przy siódemce dzieci to bardzo przydatna umiejętność. Słuchające bajań taty dzieci z pewnością wiele wybaczą i na wiele rzeczy nie zwrócą uwagi. Nie będzie ich razić brak logiki, albo nazwijmy to inaczej, bajkowa logika rządząca się zupełnie innymi prawami. Jednak marzącego o zakończeniu historii czytelnika takie rzeczy mogą już nieco drażnić. 

Historia Maxa Spencera i jego przyjaciół mogła spokojnie zakończyć się na drugim tomie. Chłopiec i jego przyjaciele wrócili bezpiecznie do domu, po uprzednim rozprawieniu się ze złem w krainie Magrusu. Okazuje się jednak, że Max po powrocie do normalności, nie umie sobie znaleźć miejsca. Tam był kimś, synem najpotężniejszego czarnoksiężnika w dziejach, posiadaczem magicznej Księgi, którą tylko on mógł odczytać. W gimnazjum jest tylko Maxem Spencerem, który nawet po gimnastycznej linie wspiąć się nie potrafi. Nic więc dziwnego, że gdy nadarza się okazja do powrotu, bo przecież nie wszystkie drzwi pozamykano, Max bez zastanowienia wciąga przyjaciół w portal, co prawdopodobnie grozi im utratą życia.

Pierwsza część trylogii zatytułowana Zły jednorożec była rewelacyjna. Przewrotna historia o zjadającej baśniowe stwory sfiksowanej i złośliwej księżniczce skrzyła humorem, dowcipem i pełnymi garściami czerpała z kultury masowej. To było naprawdę coś i pamiętam, że często się śmiałam w trakcie czytania. 
Kiedy pojawiła się druga część Puchaty smok podeszłam do niej dość nieufnie, ale generalnie po skończonej lekturze, uznałam że pomysł był udany, a i realizacja wyszła nie najgorzej. Poza tym bardzo fabułę wspomógł wątek ognistych kociąt. 

Jakie są ogry, wiemy wszyscy, więc tytułowa sugestia, że ogr będzie miły, wiele czytelnikowi obiecuje. W sumie, jakby na to nie spojrzeć, fabularne pole do popisu jest ogromne. Dlatego nie rozumiem, czemu autor wątek z ogrem tak szybko zepchnął na bok, że właściwie ograniczył jego bytność w książce do otwarcia i zamknięcia portalu. Trzecia część cyklu została oparta na pomyśle związanym z grami RPG. Gimnazjum Parkside zmienia się w nieprzyjazną przestrzeń, w której mieszkańcy stają się krwiożerczymi stworami, które należy unieszkodliwić. Max i jego przyjaciele wcielają się w role typowe dla tej konwencji: w drużynie znajdzie się więc mag, bard, elf, uzdrowicielka i kilkoro innych. To dlatego historia przypadnie do gustu dzieciom, bo który nastolatek nie stroni dziś od gier i nie lubi wcielać się w role? 
Starszego czytelnika to piętrzenie problemów może już nieco nużyć, choć jest kilka fragmentów, które pozwalają książce się obronić. 

Miły ogr jest dobrym zakończeniem trylogii, ale nie rewelacyjnym. Sporo tu kombinacji, w których jako czytelnikowi zdarzało mi się pogubić. Oprócz tego uważam, że dana historia ma swój maksymalny potencjał, który, po przekroczeniu pewnego punktu, jest już tylko odcinaniem kuponów. Dobrze wtedy stworzyć nowe uniwersum i dać szansę wykazania się nowym bohaterom, a nie zostawiać sobie kolejne furtki, do tworzenia entych części czegoś, co początkowo miało być trylogią. Autor też taką możliwość sobie pozostawił i mam ogromną nadzieję, że z niej nie skorzysta i  zaangażuje się raczej w coś nowego.

Dziękuję!

sobota, 17 czerwca 2017

A. G. Riddle: Atlantydzka zaraza

Autor: A. G. Riddle
Tytuł: Atlantydzka zaraza
Seria: Zagadka pochodzenia, t. 2 
Stron: 512
Wydawca: Jaguar






Doszło do najgorszego: starożytna zaraza opanowała świat. Ludzkość ogarnęły najpierw panika, potem apatia. Lekarstwo zwane Orchideą traci na skuteczności. 
Za kulisami władzy dwie frakcje Atlantów toczą walkę o władzę, a jej wynik zadecyduje o dalszych losach ludzkości. Tak w skrócie przedstawia się fabuła drugiego tomu trylogii zatytułowanej Zagadka pochodzenia autorstwa A. G. Riddle'a. 

Kiedy na początku lata czytałam pierwszą część  Gen atlantydzki, wspominałam o moich obawach, co do zasadności tworzenia trylogii, podczas gdy cała fabuła mogłaby się zmieścić w jednym tomie. Po części te obawy okazały się uzasadnione, choć nie powiem, przyjemnie było dowiedzieć się o istnieniu kilku nowych teorii związanych z początkami cywilizacji i udziale starożytnych kosmitów. 

Od wybuchu zarazy minęło blisko trzy miesiące. Ludzie gromadzeni są w obozach tymczasowych i poddawani leczeniu, jednak co raz bardziej oczywisty staje się fakt, że lekarstwo przestaje działać. 
Fabułę drugiej części poznajemy z perspektywy Kate i Davida, początkowo rozdzielonych, potem działających już wspólnie. Dzięki snom, które regularnie do nich powracają, bohaterowie poznają nie tylko swoją przeszłość, ale też swój wkład w rozwój ludzkości i jej przyszłość. 
W książce nie zabraknie pościgów, walk, a nawet powrotów bohaterów do życia po tym, jak w tych walkach zginęli. Całość fabuły sowicie okrasił autor przystępnie podanymi teoriami na temat starożytnych kosmitów. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, powinna mu się ta książka spodobać. 
Sama natomiast byłam trochę zawiedziona. W moim odczuciu przez długi czas niewiele się dzieje. Bohaterowie uciekają przed pościgiem Immarich, sny mają pomóc w odkryciu prawdy, a jednak cały czas miałam wrażenie odwlekania momentu kulminacyjnego, byle tylko wypracować wymaganą ilość stron.  

Gołym okiem widać ogromną fascynację autora teoriami o początkach ludzkiej cywilizacji, zresztą przypuszczenia te są na chwilę obecną tak popularne, że są nawet specjalne programy w telewizji na kanałach naukowych. Czy to jednak aby wystarczy? Niełatwo własną fascynacją zarazić innych, a jeśli ma to być ubrane w atrakcyjną fabułę książkową, to próg trudności dodatkowo rośnie. Oprócz tego pojawia się zagrożenie, że powieść z sensacyjnej zamieni się w naukową i napięcie spadnie do zera. To dlatego książkę czytało mi się trudno i powoli. Może kiepski ze mnie amator takich teorii? Niewykluczone. 
Podejrzewam, że znajdą się czytelnicy, którym taka konwencja przypadnie do gustu, siebie jednak do tej grupy nie mogę zaliczyć. 

Dziękuję!

czwartek, 15 czerwca 2017

Depresyjno-stalkerowskie klimaty czyli Nieznajomy z Mojave

Reżyseria: William Monahan
Scenariusz: William Monahan
Obsada: Oscar Isaac, Garrett Hedlund
Czas trwania: 93 min.
Gatunek: dramat psychologiczny







Hollywoodzki scenarzysta Thomas wyjeżdża na pustynię Mojave. Borykający się z problemami natury osobistej i widmem depresji, chce w odosobnieniu zastanowić się nad swoim życiem. Przypadkowo spotkany tam wędrowiec zmieni całe życie bohatera w koszmar bez wyjścia, okaże się bowiem seryjnym zabójcą turystów. Brzmi całkiem zachęcająco, prawda?  

Główny bohater wraca do domu, przekonany że zgubił intruza, tymczasem okaże się, że intruz nie dość, że bardzo dobrze go zna, to jeszcze coraz większymi krokami zbliża się do jego życia, życia jego bliskich i znajomych. Czy Thomas stał się celem psychopaty? Czy to może zwykły stalker? 

Przyznam, że spodziewałam się czegoś lepszego po tym filmie. Tak, od niechcenia wpisałam nazwisko autora scenariusza w wyszukiwarkę i przyjemnie się zaskoczyłam, okazało się bowiem, że to autor scenariusza do świetnej przecież Infiltracji z L. Di Caprio, Furii z M. Gibsonem czy Królestwa niebieskiego. Dlaczego zatem w przypadku Nieznajomego z Mojave z ekranu wieje nudą?  Trudno powiedzieć jednoznacznie. 

Tak naprawdę już od początku nie wiadomo, o co autorowi filmu chodziło. Główny bohater sprawia wrażenie zmanierowanego, rozpieszczonego bogacza z rozdmuchanym ego. Z drugiej strony nie wydaje się na tyle sławny, by zwrócić na siebie uwagę stalkera. 
Sam pomysł nie jest zły, gorzej z realizacją. Zabrakło, jak dla mnie, napięcia i suspensu w zakończeniu. Nie dowiedziałam się ani kim był nieznajomy, ani dlaczego akurat głównego bohatera upodobał sobie na swoją prześladowaną ofiarę. Spodziewałam się rozwiązania w stylu  Podziemnego kręgu, niestety jakoś się to po drodze rozmyło. Każda historia musi mieć pewną logikę, tutaj wyglądało to tak, jakby ze sceny na scenę, autor tracił koncepcję, o czym właściwie miał być ten film. 
Gra aktorska przeciętna, żeby nie rzec, słaba. Odtwórcy głównych ról robią jakieś miny i na tym koniec. Tak naprawdę najlepszy w tym wszystkim jest Mark Whalberg w roli uzależnionego od seksu i narkotyków scenarzysty, chodzący w puchowych butach i niedopiętym szlafroku. 

Szkoda mi zawsze historii mających potencjał, który nie wiadomo gdzie się podział. Niby coś jest, ale tego nie ma. Dlatego z żalem, ale nie polecam. Zmarnowany czas i poczucie, że historię położono już na samym początku.

Dziękuję!

wtorek, 13 czerwca 2017

Dzieciaczki kontra szczeniaczki czyli Dzieciak rządzi

Reżyseria: Tom McGarth
Scenariusz: Michael McCullers
Wytwórnia: Dream Works
Czas trwania: 97 min.









Fajnie jest być jedynakiem. Cała uwaga i miłość rodziców skupia się na jednym dziecku, a na dobranoc jest trzy razy więcej bajek i tyleż samo przytulasów. 
To dlatego 7-letni Tim jest bardzo szczęśliwym dzieckiem i nie marzy o rodzeństwie, bo i po co?
Gdy zatem w domu pojawia się Bobas, chłopiec jest zrozpaczony. Potem jednak robi się także podejrzliwy, gdyż mały Bobas ma neseser, garniturek i ...mówi! 
Początkowo Tim stara się zdemaskować tajemniczego osobnika. Kiedy jednak okazuje się, że rodzicom grozi niebezpieczeństwo, chłopcy, choć nie bardzo chcą, muszą się zjednoczyć. Co z tego wyniknie? I czy wygrają bobasy, czy szczeniaczki? To się okaże.

Film jest zabawny, nie można mu tego odmówić, momentami miałam jednak wrażenie, że twórcy raczej silą się na żartobliwą atmosferę niż faktycznie taka ona jest. Sam Bobas nie jest zabawny. Wtłoczony w garniturek i z teczką budził raczej mój niesmak, niż rozbawienie. Jakoś mi ta cała idea szefowania nie pasowała do wizerunku małego berbecia. 

W bardzo fajny sposób, mądry i bez przesady czy słodzenia został pokazany proces przyzwyczajania się i dorastania Tima do faktu, że ma młodsze rodzeństwo i że od tej pory rodzice muszą dzielić swoją uwagę i opiekę między dwoje dzieci. Pokazano to z dwóch perspektyw: Tima, który do tej pory był rozpieszczonym i wychuchanym jedynakiem oraz jego rodziców, którzy skonani opieką nad niemowlęciem zwyczajnie padają wieczorem na pysk. 

Oczywiście nietrudno przewidzieć zakończenie historii, jednak i tak czeka się na nie z przyjemnością. 
Dzieciak rządzi to przyjemna komedia o dorastaniu do nowych ról społecznych i o tym, że najważniejsi są bliscy. Choć czasem trudno się jest dzielić uwagą rodziców, to jednak w efekcie i tak wychodzi na to, że dobrze jest mieć rodzeństwo. Nic nie zastąpi przeżytych wspólnie przygód. To naprawdę bezcenne.
Polecam.

niedziela, 11 czerwca 2017

Dominka Rosik: Projekt Królowa

Autor: Dominika Rosik
Tytuł: Projekt Królowa
Stron: 564
Wydawca: Zysk i S-ka






Emily budzi się w swoim pokoju. Nie jest to jednak pokój w jej rodzinnym domu, a w ośrodku do leczenia zaburzeń psychicznych. Okno okazuje się hologramem, a co gorsza Emily w ogóle nie pamięta jak ani dlaczego się tu znalazła.
Kobieta nie jest sama. Oprócz niej w w ośrodku znajduje się siedem osób, z których każda ma swoje sekrety oraz posiada wiedzę, która być może ułatwi im przebieg eksperymentu. Albo utrudni.

Alex i Matt to tajemniczy przystojniacy, którzy wiedzą bardzo dużo, jednocześnie udając kogoś innego.
Nadpobudliwy George zbyt łatwo traci panowanie nad sobą, a Katia wygląda na taką, na której lepiej nie polegać zbyt mocno. Britta i Olaf to bardzo zżyte ze sobą rodzeństwo, a spokojny Jian może być zbyt spokojny.
Czy Emily odkryje prawdę, dlaczego tu trafiła? Komu może zaufać, a kogo od razu powinna unikać? I jak ma podejmować decyzje, skoro co rusz coś manipuluje jej zmysłami?

Swoim klimatem powieść przypomina filmy z serii Cube. Różnorodni bohaterowie zostają zamknięci w nieznanej, pełnej zagadek, a co gorsze niebezpieczeństw, przestrzeni. Szybko okazuje się, że każdy ma jakiś brudny sekret, a w sytuacjach kryzysowych każdy reaguje inaczej. Jeden ujawni się jako strateg, inny jako najsłabsze ogniwo, jeszcze inny jako zagrożenie dla reszty grupy. Oczywiście od razu wiadomo, że nie wszyscy przeżyją to ekstremalne doświadczenie, ofiary są nieuniknione. 

Na uwagę zasługuje też umiejętnie wykreowana atmosfera zamknięcia. Bohaterowie-uczestnicy eksperymentu, w sumie niemal do końca nie wiadomo, czy są tutaj z własnej woli, czy też podstępnie ich tu zwabiono. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że ktoś lub coś odebrał im wspomnienia, co wiele utrudnia. 
Bohaterowie tak naprawdę nie mają kontroli nawet nad przebiegiem eksperymentu. Gdy już wydaje się, że coś osiągnęli, że pokonali nieznane, albo zasypiają, albo tracą świadomość. 
Dzięki temu klimat opowieści jest tajemniczy i niepokojący. 

Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czy przełom, jaki następuje w eksperymencie, jest nim faktycznie, czy też może bohaterowie dalej śnią? I chyba to właśnie jest w tej historii najlepsze. Finał powieści tak naprawdę nie ujawnił wszystkich sekretów bohaterów. Emily, Matt, Alex i dr Stone wciąż mają wiele w zanadrzu. Projekt Królowa to pierwsza część trylogii, oczywistym jest więc, że dużo się tu jeszcze wydarzy. Dlatego niecierpliwie czekam na kolejny tom.

Polecam. Dobry thriller.

Dziękuję!

środa, 7 czerwca 2017

Emelie Schepp: Biały trop

Autor: Emelie Schepp
Tytuł: Biały trop
Seria: Jana Berzelius, t. 2
Stron: 400
Wydawca: Media Rodzina






Jeszcze dobrze nie  ucichły echa głośnej sprawy dotyczącej nielegalnych imigrantów,  a młoda prokurator Jana Berzelius już pakuje się w nowe kłopoty. Przeszłość, która wróciła do niej z siłą huraganu, nie daje o sobie zapomnieć, wręcz przeciwnie każde odgrzebywać stare rany, szukać śladów dawnych wrogów, a jeśli śladów, to i zemsty. 
Spotkany przez Janę po latach Danilo Pena wyzwala w kobiecie burzę uczuć od niepokoju po wściekłość. Ich spotkanie kończy się walką, z której Jana ledwo wychodzi cała. Co więcej jest świadek tego wydarzenia. Czyżby sekrety ambitnej prokurator miały ujrzeć światło dzienne? 

Biały trop to druga część serii autorstwa Emelie Schepp. Główną bohaterką uczyniła Schepp młodą prawniczkę, której tragiczna i mroczna przeszłość łączy się z przestępczą działalnością wielu ludzi w kraju. 
Tym razem policjanci z komendy zostają wezwani do znalezionej w pociągu dziewczyny, która umarła z przedawkowania narkotyków. Nie byłoby w tym nic zastanawiającego, gdyby nie fakt, że nastolatka przemycała je we własnym żołądku. Trop ponownie prowadzi Janę do Danila, a także do jej ojca, z którym Jana ma chłodne relacje. Czy te dwie sprawy mają wspólny mianownik w osobie tajemniczego Starca? Dlaczego giną pozornie przypadkowe osoby niezwiązane ze sprawą?  Jana Berzelius ma mało czasu. Albo odnajdzie Danila i odzyska stracone prywatne dokumenty, albo jej kariera i życie osobiste legną w gruzach. 

Tym razem, takie miałam odczucie, akcja toczy się nieco wolniej niż w części pierwszej. Autorka bardzo oszczędnie raczy czytelnika szczegółami z życia Jany. Prawdopodobnie było to celowy zabieg, raz że jest to druga część (a często środkowymi częściami rządzi taka zasada), a dwa dlatego, że sama bohaterka wielu rzeczy ze swojej przeszłości nie pamięta. Pamięć wraca do niej stopniowo i w takim tempie czytelnik poznaje te szczegóły. 
W drugiej części fabuła skupia się także na życiu prywatnym policjantów, w którymi na co dzień współpracuje Jana. Przyglądamy się zatem dwóm policyjnym związkom. Anneli i Gunnar, w teorii ze sobą od 20 lat, ponownie się zeszli. Czy aby jednak była to dobra decyzja?  Henrik Levin i jego żona spodziewają się właśnie trzeciego dziecka. Czy zapracowany policjant poradzi sobie z nadmiarem obowiązków i poświęci partnerce odpowiednią ilość czasu?  Nadal samotna Mia Bolander wciąż spotyka na swojej drodze nieodpowiednich mężczyzn i nieustannie boryka się z kłopotami finansowymi. Wszystko to jest prawdziwe i ludzkie. Policjanci, tak jak każdy mają swoje słabości, obawy, lęki, ich życie nie składa się przecież z samej tylko pracy śledczej.

Powieść, jako całokształt, czyta się nieźle. Krótkie rozdziały, w których prowadzona sprawa przeplata się z prywatnymi sprawami policjantów, stopniowo przybliżają czytelnika do rozwiązania części zagadki. Piszę części, bo i tym razem autorka nie odkryła wszystkich sekretów dotyczących Jany Berzelius. Objedliśmy się smakiem i pozostaje jedynie czekać na trzecią część, której poprzeczka ustawiła się dość wysoko. 

Dziękuję!

niedziela, 4 czerwca 2017

Brandon Sanderson: Calamity

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Calamity, t.3
Trylogia Mściciele
Stron: 436
Wydawca: Zysk i S-ka






Gdy niebo rozświetliła ognistym płomieniem tajemnicza Calamity, z ludzi, zwykłych do tej pory zjadaczy chleba, narodzili się Epicy, istoty o wyjątkowych, nadprzyrodzonych właściwościach.  W krótkim czasie Epicy stali się niemal oddzielną rasą, a ponieważ bardzo urośli w liczbę, życie zwykłych śmiertelników stało się nie do zniesienia. Gdzie zbyt wiele mocy, tam eskalacja, a cierpią jak zwykle cywile. Do walki z Epikami, stanęły oddziały samozwańczych Mścicieli.

Walka z Epikami jest jednak niczym syzyfowa praca; pokonanie jednego Epika, sprawia, że po przetasowaniu na szachownicy sił, wyrasta kolejny tyran.
David Charleston, obecny przywódca jedynego pozostałego przy życiu teamu Mścicieli, dobrze o tym wie. Epicy nie tylko pozbawili go domu rodzinnego i ojca, ale też sprawili, że mentor młodzieńca Profesor przeszedł na ciemną stronę mocy. Teraz David stoi przed trudnym zadaniem: Profesora trzeba pokonać i zabić, albo pokonać i zawrócić z drogi zniszczenia, ku której podąża. David wierzy, że skoro Megan się to udało, to każdy Epik jest do tego zdolny. Ale jak zapanować nad swoją największą obawą, która może być jednocześnie i przyczyną siły i słabości?

Trzecia część ma swoje plusy.
Przyjemnie obserwować, jak David dorasta do roli przywódcy i jak zmaga się z faktem, że być może ma w sobie coś, co uczyniłoby go Epikiem. Zabawna i urocza jest jego relacja z Megan i nie da się nie lubić innych bohaterów, w tym irytującego, pokrzywdzonego przez los Knighthawka. W fascynujący sposób opisał autor miasto z soli, które żyjąc własnym rytmem, rozpada się i odnawia w przeciągu tygodnia.

Cała historia przypomina trochę film spod znaku Mission impossible. Bohaterowie gromadzą broń, wchodzą na salę w przebraniach cukierników, kontaktują się przez odbiorniki i podkładają ładunki wybuchowe. W tle cały czas majaczy wątek z rzeczywistościami równoległym, który, przyznam szczerze sprawiał, że niekiedy się gubiłam. Dlatego, choć niby jest fajnie i czyta się w ogromną przyjemnością, to ma się takie poczucie, że czegoś tu jest jakby za dużo. Być może dlatego ta finałowa część nie ma już w sobie tego klimaty, który miała część pierwsza i przez pewien czas jeszcze druga.
Chodzą słuchy, że całość ma trafić do kin, że szykuje się ekranizacja i faktycznie, czytając część trzecią miałam takie wrażenie, że bardziej oglądam film niż czytam książkę. Nie znaczy to, że finał mi się nie podobał. Trylogię o Mścicielach polecam młodym czytelnikom i tym nieco starszym. W ferworze walki przyjemnie pomarzyć sobie, że mogłoby się być takim Epikiem i wpływać na przykład na wzrost roślin w ogrodzie czy na szybkość czytania książek. 
Polecam. Przyjemna lektura.

Dziękuję!