Tytuł: Sebastian
Tytuł cyklu: Efemera, cz. 1
Wydawca: Initium
Stron: 400
Moja ocena: 10/10
Po bezkonkurencyjnym i bezapelacyjnie najlepszym cyklu fantasy, jakim są według mnie Czarne Kamienie, każdą kolejną książkę tej autorki przeczytam w ciemno i z bardzo pozytywnym nastawieniem.
To dlatego tak niecierpliwie czekałam na premierę pierwszej części nowej trylogii tej autorki, trylogii o magicznym, intrygującym tytule Efemera. Byłam pełna obaw i wielkich nadziei. Czy zostały one należycie spełnione? O tak. Pani Bishop zaskoczyła mnie oryginalnością i prostotą pomysłu i kompletnie zaczarowała stworzonym przez siebie światem, światem, w którym nic nie jest takie jak mogłoby się pozornie wydawać.
Akcja pierwszego tomu trylogii nosi tytuł Sebastian, co ma dobitnie sugerować kto tu jest głównym bohaterem. Z tym głównym bohaterem, to chyba wyszło trochę inaczej niż sama autorka planowała, ale po kolei.
Już od pierwszych stron książki czytelnik zostaje wciągnięty w nowy nieznany, ale jakże kuszący świat o nazwie Efemera. Efemera składa się z wielu mniejszych magicznych krain - krajobrazów. Podziału na mniejsze krainy dokonano ze względów bezpieczeństwa. Bowiem gdzieś w ukrytym wiezieniu, zapomniane śpi pradawne zło, Zjadacz Światów.
Krajobrazy są tworzone przez kobiety czarodziejki o wielkiej mocy, powszechnie nazywane krajobrazczyniami. Podróż między krajobrazami umożliwiają magiczne portale zwane mostami, których strzegą mężczyźni - mostowi. Przechodzenie z jednej krainy do drugiej nie jest łatwe, ponieważ miejsca te reagują na najgłębiej ukryte ludzkie pragnienia i właśnie to decyduje o przynależności danej istoty do konkretnej krainy. Jeżeli ktoś ma złe zamiary lub chce wejść do danej krainy ze złych pobudek, nigdy nie znajdzie właściwej drogi. W krajobrazach podobnych do zwykłych wiosek lub miast mogą mieszkać przeciętni zwykli ludzie. Istnieją jednak krajobrazy, gdzie swoje miejsce odnalazły demony, sukuby, inkuby i inne mroczne istoty.
Jednym z takich krajobrazów jest Gniazdo Rozpusty. Żyją tam rozmaite demony i panuje wieczna noc. Gniazdo jest domem półkrwi inkuba Sebastiana. Młodzieniec prowadzi łatwe i pełne uciech życie, do momentu kiedy w swoich snach nie poznaje kobiety, której jedynym pragnieniem jest być bezpieczną i kochaną. Gdy kobieta, Lynnea niespodziewanie pojawia się w Gnieździe, całe życie Sebastiana stanie na głowie. Na miłosne zaloty będzie jednak niewiele czasu, gdyż Zjadacz Światów uwolnił się ze swojego więzienia i zaczyna siać spustoszenie w krainach Efemery. Powstrzymać go może tylko jedna osoba; najsilniejsza z krajobrazczyń, Belladonna.
To tyle na temat treści, która może się wydać dość zawikłana, ale gdy już zacznie się czytać, wszystko ładnie układa się w całość i z ciekawością poznaje się zasady rządzące Efemerą.
Pani Bishop wcale nie odeszła tak daleko od ideologii, którą tak rozbudowała w Czarnych Kamieniach. Okazuje się, że nawet w ciemnych królestwach może panować prawość, a honor być wartością najwyższą. W krainach Efemery jest podobnie. Prościej poskromić dobrym omletem skorego do awantur Minotaura, niż oczekiwać uczciwości po czarowniku, który obiecywał strzec niewinnych. Łatwiej zawstydzić w kąpieli nagiego inkuba, niż wytłumaczyć ludziom uważającym się za mądrych, że nawet to co mroczne musi mieć dokąd przynależeć, aby było mniej kłopotliwe.
Sebastian w swoich niepohamowanych namiętnościach bardzo przypominał mi Lucivara Yaslanę, a Lynnea ze swoją nieporadnością i licznymi krzywdami, których zaznała od własnej rodziny jest podobna do domowej czarownicy, Marian.
Jednak mimo, że to Sebastian jest tytułowym bohaterem i to jego podróż w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie będzie czytelnik obserwował, to tak naprawdę zupełnie niepostrzeżenie na pierwszy plan wysunął się ktoś zupełnie inny. A mianowicie Belladonna, która siłą magii, tworzeniem niesamowitych krain i zrozumieniem dla każdej nawet najdziwniejszej istoty, zwyczajnie ukradła Sebastianowi rolę. Bo tak naprawdę Belladonna, której imię budzi szacunek w czystych sercach i postrach w tych niegodziwych, jest nikim innym jak odpowiednikiem Jeannelle Angeline. Piękna, tragiczna i pełna empatii, potrafiąca sądzić Sprawiedliwością Serca nie jedno serce, a wszystkie na raz. To istna Burza Mocy, tylko w innym wydaniu.
To dlatego jestem zachwycona i poruszona. Książka jest niezwykle romantyczna, a historia w niej zawarta opowiedziana pięknym, poetyckim i pełnym mądrych spostrzeżeń językiem. Czyta się szybko i wciąż chce się więcej. Kiedy trzeba jest dramatycznie lub łzawo; a kiedy trzeba zabawnie i rozbrajająco śmiesznie. Autorka w niecodziennej oprawie podkreśla wagę takich uniwersalnych wartości jak dom, rodzina, przyjaźń i obrona tego w co się wierzy i co się kocha.
Pochwała należy się wydawnictwu za zachowanie oryginalnej okładki z ilustracją autorstwa L. Rostanta, który tworzył również ilustracje dla okładek Czarnych Kamieni. Podoba mi się nie tyle sam Sebastian, ile rozpościerający się za nim widok w ciepłych, złocistych barwach.
Książkę polecam fanom twórczości pani Bishop, na pewno nie będą zwiedzeni. Ci, którzy jeszcze książek tej autorki nie znają mają dobrą okazję, by wreszcie zacząć.
Dlatego kończę moje bezkrytyczne zachwyty i po prostu polecam, bo naprawdę warto! Przekonacie się, że książka swoim bezpretensjonalnym urokiem broni się sama. Tymczasem niecierpliwie czekam na drugą część trylogii Belladonna. Może być już tylko lepiej!











