piątek, 13 lipca 2012

Anne Bishop: Sebastian

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Sebastian
Tytuł cyklu: Efemera, cz. 1
Wydawca: Initium
Stron: 400
Moja ocena: 10/10
Po bezkonkurencyjnym i bezapelacyjnie najlepszym cyklu fantasy, jakim są według mnie Czarne Kamienie, każdą kolejną książkę tej autorki przeczytam w ciemno i z bardzo pozytywnym nastawieniem.
To dlatego tak niecierpliwie czekałam na premierę pierwszej części nowej trylogii tej autorki, trylogii o magicznym, intrygującym tytule Efemera. Byłam pełna obaw i wielkich nadziei. Czy zostały one należycie spełnione? O tak. Pani Bishop zaskoczyła mnie oryginalnością i prostotą pomysłu i kompletnie zaczarowała stworzonym przez siebie światem, światem, w którym nic nie jest takie jak mogłoby się pozornie wydawać. 
Akcja pierwszego tomu trylogii nosi tytuł Sebastian, co ma dobitnie sugerować kto tu jest głównym bohaterem. Z tym głównym bohaterem, to chyba wyszło trochę inaczej niż sama autorka planowała, ale po kolei. 
Już od pierwszych stron książki czytelnik zostaje wciągnięty w nowy nieznany, ale jakże kuszący świat o nazwie Efemera. Efemera składa się z wielu mniejszych magicznych krain - krajobrazów. Podziału na mniejsze krainy dokonano ze względów bezpieczeństwa. Bowiem gdzieś w ukrytym wiezieniu, zapomniane śpi pradawne zło, Zjadacz Światów. 
Krajobrazy są tworzone przez kobiety czarodziejki o wielkiej mocy, powszechnie nazywane krajobrazczyniami. Podróż między krajobrazami umożliwiają magiczne portale zwane mostami, których strzegą mężczyźni - mostowi. Przechodzenie z jednej krainy do drugiej nie jest łatwe, ponieważ miejsca te reagują na najgłębiej ukryte ludzkie pragnienia i właśnie to decyduje o przynależności danej istoty do konkretnej krainy. Jeżeli ktoś ma złe zamiary lub chce wejść do danej krainy ze złych pobudek, nigdy nie znajdzie właściwej drogi. W krajobrazach podobnych do zwykłych wiosek lub miast mogą mieszkać przeciętni zwykli ludzie. Istnieją jednak krajobrazy, gdzie swoje miejsce odnalazły demony, sukuby, inkuby i inne mroczne istoty. 
Jednym z takich krajobrazów jest Gniazdo Rozpusty. Żyją tam rozmaite demony i panuje wieczna noc. Gniazdo jest domem półkrwi inkuba Sebastiana. Młodzieniec prowadzi łatwe i pełne uciech życie, do momentu kiedy w swoich snach nie poznaje kobiety, której jedynym pragnieniem jest być bezpieczną i kochaną.  Gdy kobieta, Lynnea niespodziewanie pojawia się w Gnieździe, całe życie Sebastiana stanie na głowie. Na miłosne zaloty będzie jednak niewiele czasu, gdyż Zjadacz Światów uwolnił się ze swojego więzienia i zaczyna siać spustoszenie w krainach Efemery. Powstrzymać go może tylko jedna osoba; najsilniejsza z krajobrazczyń, Belladonna. 
To tyle na temat treści, która może się wydać dość zawikłana, ale gdy już zacznie się czytać, wszystko ładnie układa się w całość i z ciekawością poznaje się zasady rządzące Efemerą. 
Pani Bishop wcale nie odeszła tak daleko od ideologii, którą tak rozbudowała w Czarnych Kamieniach. Okazuje się, że nawet w ciemnych królestwach może panować prawość, a honor być wartością najwyższą. W krainach Efemery jest podobnie. Prościej poskromić dobrym omletem skorego do awantur Minotaura, niż oczekiwać uczciwości po czarowniku, który obiecywał strzec niewinnych.  Łatwiej zawstydzić w kąpieli nagiego inkuba, niż wytłumaczyć ludziom uważającym się za mądrych, że nawet to co mroczne musi mieć dokąd przynależeć, aby było mniej kłopotliwe.
Sebastian w swoich niepohamowanych namiętnościach bardzo przypominał mi Lucivara Yaslanę, a Lynnea ze swoją nieporadnością i licznymi krzywdami, których zaznała od własnej rodziny jest podobna do domowej czarownicy, Marian. 
Jednak mimo, że to Sebastian jest tytułowym bohaterem i to jego podróż w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie będzie czytelnik obserwował, to tak naprawdę zupełnie niepostrzeżenie na pierwszy plan wysunął się ktoś zupełnie inny. A mianowicie Belladonna, która siłą magii, tworzeniem niesamowitych krain i zrozumieniem dla każdej nawet najdziwniejszej istoty, zwyczajnie ukradła Sebastianowi rolę. Bo tak naprawdę Belladonna, której imię budzi szacunek w czystych sercach i postrach w tych niegodziwych, jest nikim innym jak odpowiednikiem Jeannelle Angeline. Piękna, tragiczna i pełna empatii, potrafiąca sądzić Sprawiedliwością Serca nie jedno serce, a wszystkie na raz. To istna Burza Mocy, tylko w innym wydaniu. 
To dlatego jestem zachwycona i poruszona. Książka jest niezwykle romantyczna, a historia w niej zawarta opowiedziana pięknym, poetyckim i pełnym mądrych spostrzeżeń językiem. Czyta się szybko i wciąż chce się więcej. Kiedy trzeba jest dramatycznie lub łzawo; a kiedy trzeba zabawnie i rozbrajająco śmiesznie. Autorka w niecodziennej oprawie podkreśla wagę takich uniwersalnych wartości jak dom, rodzina, przyjaźń i obrona tego w co się wierzy i co się kocha. 
Pochwała należy się wydawnictwu za zachowanie oryginalnej okładki z ilustracją autorstwa L. Rostanta, który tworzył również ilustracje dla okładek Czarnych Kamieni. Podoba mi się nie tyle sam Sebastian, ile rozpościerający się za nim widok w ciepłych, złocistych barwach.
Książkę polecam fanom twórczości pani Bishop, na pewno nie będą zwiedzeni. Ci, którzy jeszcze książek tej autorki nie znają mają dobrą okazję, by wreszcie zacząć. 
Dlatego kończę moje bezkrytyczne zachwyty i po prostu polecam, bo naprawdę warto! Przekonacie się, że książka swoim bezpretensjonalnym urokiem broni się sama. Tymczasem niecierpliwie czekam na drugą część trylogii Belladonna. Może być już tylko lepiej!

czwartek, 12 lipca 2012

Rudiger Bertram: Coolman i ja

Autor: Rudiger Bertram
Tytuł: Coolman i ja 
Zilustrował: Heribert Schulmeyer
Stron: 176
Wydawca: Dreams
Moja ocena: 10/10!!!
Pamiętacie książki o przygodach Mikołajka i jego kolegów - oryginałów? Jeden był szkolnym prymusem, inny ciągle jadł, a jeszcze inny chciał wszystkimi rządzić. Mikołajek i jego koledzy mieli masę dobrych chęci i pełne garści pomysłów na ich realizację, a i tak wszystko kończyło się wielką klapą i wstydem na całe osiedle. Czytałam te książki z zapałem i śmiałam się jak szalona. Książki o Mikołajku stoją na regale na honorowym miejscu i należą do moich ulubionych. 
Natomiast wczorajszego popołudnia miałam przyjemność poznać Kaja i jego oryginalnego towarzysza zabaw Coolmana i wielce jestem z tej znajomości zadowolona. 
Kaj wraz z rodziną niedawno przeprowadził się do małego miasteczka. Jego rodzice są aktorami teatralnymi i poglądy na życie mają iście hipisowskie, a starsza siostra Antygona, zdrobniale zwana Anti jest wyzwoloną i pomysłową gotką. Ale to nie wszystko. Kaj ma jeszcze wyimaginowanego towarzysza Coolmana, superbohatera od siedmiu boleści w masce i obcisłych rajtuzach. Nikt inny poza chłopcem go nie widzi, stąd posądzenia, że Kaj jest dziwakiem, bo gada do siebie. Głównym zajęciem Coolmana jest pakowanie Kaja w kłopoty i choć nie robi tego celowo, ani złośliwie, to zawsze z przekonaniem o jak najlepszych intencjach. Dzięki Coolmanowi życie Kaja nabiera barw i wskakuje na tory, które niekoniecznie chłopiec sam by wybrał. Szalona jazda w kontenerze na śmieci jest skutkiem celnej riposty do dwóch chuliganów, a oczywiście autorem tej riposty jest Coolman. Zrażenie do sobie burmistrza miasteczka już przy pierwszym spotkaniu także jest winą Coolmana, a także zgubienie majtek w basenie, kupienie lewych dokumentów na dworcu kolejowym oraz  pocałowanie nie tej dziewczynki co trzeba na balu szkolnym. Podobne sytuacje można by mnożyć, a co najgorsze nie da się ich uniknąć. Coolmana również nie da się w żaden sposób pozbyć, choć Kaj niejednokrotnie próbował. 
Świat wykreowany przez R. Bertrama jest optymistyczny i zabawny. Narratorem jest Kaj, dzięki czemu świat widziany jego oczami jest znacznie ciekawszy, bo wiadomo, że z perspektywy dorastającego chłopca wiele rzeczy wygląda inaczej niż dla dorosłego. 
Książka jest powieścią komiksową co oznacza, że ilustracje są podane w formie komiksowych ramek. Dodatkowo zwiększa to komizm sytuacyjny i słowny. 
Rozbrajający są bohaterowie: spokojny i zdystansowany Kaj, który mimo szaleństw Coolmana  nigdy nie wpada w gniew; siostra Kaja Anti, zaradna i pomysłowa gotka, zafascynowana sztukami walki; rodzice Kaja, wyzwoleni aktorzy, wciąż w sobie zakochani jak nastolatkowie oraz cała plejada bohaterów drugoplanowych, takich jak szkolni koledzy Kaja, czy starszy pan z domu seniora.
Książka Coolman i ja nie jest wielka pod względem objętości, ma raptem niecałe dwieście stron; jest więc lekturą na jedno popołudnie. Oryginalna czcionka podobna do komiksowej także ułatwia czytanie. Na pochwałę zasługuje także twarda oprawa, zszyte, a nie sklejone kartki i przezabawna ilustracja na okładce.
Przygody Kaja i Coolmana mogą być doskonałym prezentem dla najmłodszych, ale czytać je mogą osoby w każdym wieku, zwłaszcza że im starszy czytelnik, tym więcej aluzji słownych on wyłapie.
Na początku wspomniałam o Mikołajku Sempego. Nie chcę tutaj dokonywać porównań, ale klimatem i mentalnością małych bohaterów obie książki są do siebie bardzo podobne. Tylko dzieci potrafią w tak zabawny sposób postrzegać pewne sprawy i szukać rozwiązań trudnych sytuacji tam, gdzie człowiekowi dorosłemu nawet nie przyszłoby do głowy. 
Powieść Bertrama zapewniła mi niespełna godzinę niepowtarzalnej rozrywki; już dawno się tak nie śmiałam i wiem, że jeszcze nie raz do tej książki wrócę. 
Coolman i ja jest idealną pozycją na wakacje dla tych, którzy szukają czegoś lekkiego, stuprocentowo zabawnego i wręcz rozkładającego czytelnika na łopatki. Osobiście jestem zachwycona i nie mogę doczekać się kolejnych części. 
Polecam wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Naprawdę warto!
Za egzemplarz 
do recenzji bardzo, 
ale to bardzo serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Dreams

wtorek, 10 lipca 2012

Jon Sprunk: Syn Cienia - Przedpremierowo!

Autor: Jon Sprunk
Tytuł: Syn Cienia
Tytuł cyklu: Trylogia Cieni
Wydawca: Papierowy Księżyc
Premiera: 18. 07.2012
Moja ocena: 8/10
Znane wszystkim powiedzenie mówi, żeby nie oceniać książki po okładce, ale wiadomo, że człowiek jest wzrokowcem i to co ładne z wierzchu automatycznie wydaje mu się wartościowe również w środku. Do lektury Syna Cieni zachęciła mnie właśnie okładka, na której znajduje się tajemniczy mężczyzna w kapturze i z mieczem, a nad jego lewym ramieniem unosi się srebrzysta dziewczyna. Ilustracja zasugerowała mi, że oto czeka mnie łotrzykowska przygoda i muszę przyznać, że tym razem moja intuicja mnie nie zawiodła. Książka dotarła do mnie wczoraj, a ja poszłam spać dość późno i dziś jestem już po lekturze, to chyba całkiem dobra rekomendacja. Jak sądzicie?
Akcja powieści J. Sprunka toczy się w epoce przypominającej nasze średniowiecze, w mieście o nazwie Othir. Dawniej było to imperium rządzone przez rodzinę cesarską, obecnie zaś rządzą duchowni, a ich metody i postępowanie zamiast być wzorem dla innych, budzi strach i grozę. Duchowni bowiem dawno zapomnieli o swoich powinnościach, teraz liczy się dla nich tylko władza, dominacja i pieniądze. Rozprzężenie, do którego doszło bardzo przypomina średniowieczny kościół, w którym panował nepotyzm i symonia, w którym łamano złożone śluby, a duchowni niczym nie różnili się od zwykłych obywateli i tak samo jak oni posiadali żony, dzieci i kochanki, a do załatwiania spraw wynajmowali płatnych zabójców. 
Poza tym Othir poznaje czytelnik z tej gorszej strony; odwiedza karczmy, domy publiczne, obserwuje powierzanie zadań, odbieranie płatności za dokonane morderstwa, przy czym aż krztusi się od nieprzyjaznych zapachów bijących  z gorszych dzielnic. Othir jest skorumpowane, każdy tutaj dba tylko o własny interes, a o przyjaźni czy lojalności mowy nie ma. Najlepiej ufać tylko sobie.
Główny bohater dwudziestoparoletni Caim jest płatnym zabójcą, w branży nazywanym Nożownikiem. Swoją profesję bohater traktuje dość obojętnie; wykonuje zadanie, odbiera zapłatę i przechodzi nad wszystkim do porządku dziennego. Posiada również pewną tajemnicę, a właściwie nawet dwie. Pierwsza to Kit, srebrzysta dziewczyna z okładki. Nie zdradzę, kim jest, bowiem odkrycie tego samemu będzie nie lada przyjemnością. Natomiast druga tajemnica Caima, to dziwaczna zdolność wtapiania się w tło otoczenia, w chwilach, gdy jego życie jest zagrożone lub nie ma innej drogi ucieczki. Inaczej mówiąc młodzieniec staje się niemal niewidoczny. Nietrudno się domyślić, że taka umiejętność bardzo mu wiele rzeczy ułatwia, a dodatkowo czyni go bezkonkurencyjnym w branży. Caim nie jest do końca pewien, skąd się te umiejętności w nim wzięły i korzysta z nich bardzo niechętnie, ponieważ ma wrażenie, że im częściej to robi, tym większą kontrolę one nad nim zyskują.
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, gdy Caim po wykonaniu jednego zlecenia dostaje następne. Przyjmuje je dość niechętnie i gdyby nie naciski człowieka, który mu te zadania zleca, odmówiłby. Decyduje się jednak zabić wskazanego człowieka, zakładając, że potem zmieni otoczenie i na jakiś czas wycofa się z interesu. Kiedy jednak przybywa na miejsce, okazuje się, że jego cel już nie żyje, w dodatku ma jeszcze córkę, która staje się mimowolnym świadkiem całej sytuacji, a żeby było ciekawiej po chwili do drzwi pukają żołnierze, gotowi aresztować Caima i co dziwne zabić Joesy, bo tak ma na imię córka zamordowanego. 
Trochę wbrew sobie Caim ratuje Joesy, zabierając ją ze sobą, co nie tylko przysporzy mu dodatkowych kłopotów, ale też zmieni jego pogląd na wiele spraw. 
Bohater szybko orientuje się, że został wrobiony i że w całą sprawę wmieszani są najważniejsi ludzie imperium, zaś on stał się tylko nic nie znaczącym pionkiem, który jednak wielu osobom przeszkadza.
Po takim wstępie autor zabiera czytelnika w szaloną, pełną emocji, pogoni, pojedynków podróż i nie pozwala nawet na chwilę oddechu. Kłopoty z nieufną i kapryśną początkowo Joesy, przymówki złośliwej Kit, ścigający go nie tylko stróże prawa, ale i groźne, obce cienie przybierające straszliwe postaci oraz wspomnienia własnej, pogrzebanej w mrokach niepamięci przeszłości. Z tym wszystkim Caim będzie musiał się zmierzyć. Czy zdemaskuje spiskowców i autorów intrygi? Czy  dowie się, dlaczego cienie odgrywają tak istotną rolę w jego życiu? I co najważniejsze, czy znajdzie innych podobnych do siebie? A może okaże się, że jest jedyny?
Na te i wiele innych pytań daje odpowiedź J. Sprunk w swojej książce Syn Cieni. 
Akcja toczy się wartko i nie ma zbędnych dłużyzn. Czyta się szybko i bez wytchnienia aż do końcowej sceny. Intryga jest dobrze i solidnie zbudowana, zawiera odpowiednią ilość dramatyzmu i zgrabną klamrą spina bogatą historię Imperium. Jeśli o mnie idzie, to nie domyśliłam się, dlaczego człowiek pozornie bez wrogów został zamordowany, tym milej byłam zaskoczona, gdy w trakcie czytania stopniowo poznawałam motywy. Powieść zawiera również delikatnie zaznaczony wątek romansowy, co tylko dodaje historii smaku, bo kimże byłby główny bohater, bez pięknej kobiety u swojego boku?
W części wątków i w niektórych postaciach tkwi spory potencjał, którego autor nie wykorzystał, zważywszy jednak na fakt, że jest to trylogia, można mieć nadzieję, że w drugiej części zostanie to nadrobione. W części pierwszej autor zamyka pewne wątki, nie robi tego jednak definitywnie, dlatego  w kolejnych częściach niektóre czarne charaktery na pewno jeszcze dadzą o sobie znać. Bardzo jestem również ciekawa, co odkryje Caim w mrokach własnej przeszłości i jaką drogę wybierze, dlatego naprawdę z wielką niecierpliwością czekam na drugą część cyklu. 
Powieść polecam miłośnikom historii łotrzykowskich i fantasy, ale nie tylko. Każdy, kto lubi ciekawe historie z odrobiną romansu i dużą dawką sensacji również będzie zadowolony. 
Zapraszam Was zatem do miasta Othir, gdzie za każdym rogiem czają się cienie, gdzie należy strzec zawartości swojej sakiewki, koniecznie chronić gardło i to nie przed przeciągami. Dajcie się porwać wielkiej intrydze i razem z Caimem, Kit i Joesy zasmakujcie wielkiej przygody. 
Na pewno się nie zawiedziecie. Polecam, bo naprawdę warto!
Za egzemplarz          
do recenzji 
bardzo serdecznie dziękuję 


niedziela, 8 lipca 2012

Andriej Diakow: Do światła

Autor: Andriej Diakow
Tytuł: Do światła
Projekt: Dmitry Glukhovsky. Uniwersum Metro 2033.
Wydawca: Insignis
Stron: 326
Moja ocena: 8/10
Powieść Do światła powstała w ramach projektu Uniwersum Metro 2033 Dmitry'a Glukhowsky'ego, autora  książek Metro 2033 i Metro 2034. W projekcie biorą udział pisarze osadzający swoje historie w postapokaliptycznym świecie Metra 2033. 
Książka A. Diakowa jest pierwszą przeze mnie przeczytaną powieścią z tego cyklu i już wiem, że nie ostatnią. Świat Metra wstrząsnął mną i chętnie poznam go jeszcze dokładniej.
Akcja książek z projektu Metro 2033 toczy się  w Rosji, a konkretnie w tunelach metra, dokąd zeszli ludzie po tym, jak na powierzchni doszło do katastrofy atomowej i wszystko uległo skażeniu, mutacji i zostało napromieniowane. Świat po katastrofie to widok gorszy od najgorszego koszmaru. Skażone jest wszystko, dlatego na powierzchni są w stanie egzystować jedynie zmutowane, pokraczne i żarłoczne mutanty - krzyżówki różnych gatunków zwierząt, a także istoty, które kiedyś były ludźmi, by po wybuchu zmienić się w dzikich kanibali lub stworzenia przypominające wilkołaki. Tych prawdziwych zwierząt jest coraz mniej i raczej nie mają one zbyt wielkich szans na przetrwanie. Podobnie jest z ludźmi. Ukryli się oni w tunelach metra i tam od ponad 20 lat, próbują na nowo zorganizować sobie życie z nadzieją, że może kiedyś znowu będą mogli wyjść na powierzchnię, odetchnąć nieskażonym powietrzem i popatrzeć na czyste, błękitne niebo. Na razie w podziemiach kwitnie handel wymienny lekarstwami, konserwami, paliwem i bronią. Tworzą się nowe społeczności, które nawet toczą ze sobą wojny. Nie można tego nazwać normą, ale każdy przecież chce żyć i stara się radzić sobie najlepiej jak tylko umie. 
Głównym bohaterem jest niejaki Taran, zwany przez mieszkańców metra stalkerem. Stalker to ktoś w rodzaju łowcy, handlarza i najemnika. Od mieszkańców petersburskiego metra Taran dostaje propozycję poprowadzenia ekspedycji do Kronsztadu, który ma być źródłem tajemniczego światła. Atmosferę dodatkowo podsyca jeden z kapłanów, tworzącej się religii Exodusa, która głosi, że gdzieś tam musi istnieć ziemia obiecana, wolna od promieniowania i gotowa przyjąć nowych wyznawców. 
Za udział w wyprawie Taran żąda Gleba, chłopca sieroty, z którego szybko czyni swojego ucznia i asystenta. Początkowo szorstkie relacje między chłopcem a stalkerem stopniowo ulegają ociepleniu. 
Ekspedycja, która od początku nosiła miano samobójczej nie jest łatwa ani bezpieczna i oczywistym jest nie tylko fakt, że nie wszyscy wrócą z niej żywi, ale też świadomość, że owo tajemnicze światło może być zwykłą ułudą i widmem. Poza tym na straceńców czyhają nie tylko krwiożerce bestie i kanibale, ale też szaleństwo, schowane w głębi umysłu każdego z nich. 
Autor w ciekawy sposób opisuje świat po katastrofie, zapełnia go przerażającymi mutantami i dobitnie sugeruje, że gorszy od tych stworzeń stał się tak naprawdę człowiek, który już dawno stracił czystość, umiejętność empatii, czy dostrzegania światła nadziei w najczarniejszej nocy. Egzystencja, którą wiodą ludzie w metrze jest nie tylko godna pożałowania i budzi odrazę. Okropny jest fakt, że wielu ludzi już tak się urządziło w tym atomowym świecie, że o innym nie chce nawet słyszeć.
Czy grupa Tarana odnajdzie źródło światła? Czym się ono okaże: nadzieją, widmem, a może czymś jeszcze innym? Czy młody Gleb nie ulegnie skażeniu okrucieństwem i oprze się chorobie zdemoralizowania?
Na te i inne pytania daje odpowiedź powieść Diakowa.  Ponieważ, póki co, nie znam innych książek z tego cyklu trudno mi porównać Do światła z Metrem 2033, czy Piterem. Jednak historia w tej książce jest zgrabnie opowiedziana, zawiera przesłanie moralne, a zakończenie ma element, który na pewno czytelnika zaskoczy. Są to niewątpliwe plusy tej pozycji.
Książkę czyta się łatwo i szybko, nie tylko ze względu na łatwo przyswajalną treść, ale także dzięki sporej czcionce, która nie męczy wzroku i sprawia, że czytanej historii szybko ubywa.
Powieść polecam nie tylko fanom cyklu, ale też wszystkim, którzy lubią literackie wizje świata po katastrofie. Spodoba się Wam!
Za egzemplarz 
do recenzji 
dziękuję serdecznie 
portalowi Secretum 
Wydawnictwu Insignis 

piątek, 6 lipca 2012

Brandon Mull: Baśniobór

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Baśniobór
Tytuł cyklu: Baśniobór cz. 1.
Wydawca: WAB
Stron: 340
Moja ocena: 9/10
Do lektury Baśnioboru zachęciły mnie opisy wydawcy i pozytywne recenzje innych czytelników. Kiedy wreszcie książka trafiła w moje ręce nie zwlekałam i od razu zabrałam się za czytanie. 
Główni bohaterowie to rodzeństwo: Kendra i Seth. Ponieważ ich rodzice wybierają się w trzytygodniowy rejs, dzieci zostają oddane pod opiekę dziadków, których słabo znają. Dzieciaki nie są zachwycone perspektywą spędzenia trzech tygodni w obcym dla nich domu, tym bardziej, że już na samym początku dziadek stawia mnóstwo zakazów i przestróg, dotyczących lasu i poruszania się wokół domu. 
Dzieci jak to dzieci, rzecz jasna, nie potrafią poskromić swojej ciekawości i co rusz pakują się w kłopoty oraz próbują zapoznać się z ogromną posiadłością dziadków. Zwłaszcza ciekawski i wścibski Seth łamie zakazy, "eksploruje" las, denerwując siostrę i dziadka, któremu dał słowo. Wynika z tego cała masa zabawnych sytuacji, bo Seth mimo lekkomyślności i skłonności do łamania zakazów, jest bystry i pomysłowy, a to cechy przydatne w trudnych sytuacjach. 
Bardzo szybko okazuje się, że dziadek dzieci jest opiekunem i strażnikiem Basnioboru, magicznego rezerwatu dla wróżek, skrzatów, chochlików, nimf i wielu innych stworzeń. Zasady, które próbował wpoić wnukom są po to, by w Baśnioborze panowała harmonia między mieszkającymi tam stworzeniami, a ludźmi, którzy rezerwatu strzegą i się nim opiekują. Naruszenie tych zasad może mieć katastrofalne skutki, o czym Kendra i Seth dość szybko i boleśnie przekonają się na własnej skórze. Łamiąc kolejny zakaz, rodzeństwo obudzi siły, które zagrożą nie tylko rezerwatowi, ale i całej rodzinie Sorensonów. 
To tyle na temat treści. Kto chce poznać więcej szczegółów, ten musi przeczytać książkę. 
Teraz czas na wrażenia. Pierwsze co zwróciło moją uwagę to klimat książki. Ciepły, wakacyjny i kojący. Zazdrościłam Kendrze i Sethowi możliwości spacerowania i przebywania w tym cudownym, pełnym dziwów ogrodzie. 
Kolejna sprawa to lekki i zabawny język; błyskotliwe dialogi i opisy zachowań bohaterów nie raz skłaniały mnie do śmiechu.
W bardzo ciekawy sposób opisał autor stworzenia zamieszkujące Baśniobór. Ceni się w nim inność i oryginalność. Nawet jeśli jakieś stworzenie nie jest do końca dobre, nie znaczy to, że należy je z rezerwatu usunąć. Wystarczy po prostu zapewnić mu odpowiednie warunki, takie by nie zagrażało innym ani sobie. Bardzo mi się ta ideologia podobała. 
Dużo miejsca poświęca autor kwestii posłuszeństwa i trzymania się zakazów, idzie nawet o krok dalej, mianowicie przedstawia skutki nieposłuszeństwa. Idealnym przykładem jest Seth, który łapie wróżkę i próbuje trzymać ją w słoiku, nie mając pojęcia o specyfice jej gatunku, ani o tym, na co ją może narazić. 
Plusem jest też wyraźna czcionka, która nie męczy wzroku i sprawia, że książkę czyta się naprawdę szybko.  Z rozdziału na rozdział akcja biegnie coraz szybciej i jest naprawdę coraz ciekawiej.
Choć książka jest skierowana raczej do młodszych czytelników warto, by zajrzeli do niej również rodzice. Na końcu zawarto 11 tematów do dyskusji związanych z zachowaniami, sytuacjami i postępowaniem bohaterów książki. Z takim rozwiązaniem spotykam się po raz pierwszy i muszę przyznać, że pomysł jest całkiem niezły.
Drobnym minusem są ilustracje, które niestety są czarno-białe, a szkoda bo robią znacznie mniejsze wrażenie, niż gdyby były kolorowe. Da się to jednak przeboleć, bo poza tym jednym mankamentem książka jest po prostu super i podziwiam autora, że z tak prostego pomysłu zrobił tak fantastyczną historię.
Dajcie się uwieść magii Baśnioboru, zaprzyjaźnijcie się z wróżkami i pohandlujcie z satyrami. Napijcie się magicznego mleka, a zobaczycie wszystko w zupełnie innym świetle.
Polecam, bo naprawdę warto!
                                                              *****************
U mnie dziś jak nie burza, to taka duchota, że ciężko oddychać. Niemal czuję, jak mi się myśli sklejają w głowie. Doprawdy mam nadzieję, że szybko się ta pogoda ustabilizuje. A jak jest u Was?
A na koniec zamieszczam zdjęcie dzikiego, niemal półtorametrowego dziko rosnącego ostu. Kłujący jest straszliwie, ale wygląda super. 
Pozdrawiam!

czwartek, 5 lipca 2012

Margaret Peterson Haddix: Wśród zdradzonych. Wśród notabli.

Autor: Margaret Peterson Haddix
Tytuł: Wśród zdradzonych. Wśród notabli.
Tytuł cyklu: Dzieci cienie, cz. 3 i 4.
Wydawca: Jaguar
Stron: 383
Moja ocena: 6/10
Wśród zdradzonych. Wśród notabli to 3. i 4. część cyklu M. Peterson Haddix Dzieci cienie. Akcję swojej powieści umieściła autorka w totalitarnym państwie, w którym bardzo wyraźnie zarysowany jest podział na ludzi biednych i tych bardzo bogatych. Życiem obywateli rządzi ustawa populacyjna, w myśl której każdemu małżeństwu wolno mieć tylko dwoje dzieci. Każde kolejne dziecko to pojaw, egzemplarz nadliczbowy i powinno być zabijane. Oficjalna propaganda głosi, że ustawę wprowadzono, by zapobiec widmu głodu, ciekawe jednak, że pomimo tego ludzie biedni nadal przymierają głodem, a u bogatych jedzenie się marnuje. 
Głównym bohaterem tej historii jest Luke Garner trzecie dziecko swoich rodziców. Po opuszczeniu domu rodzinnego w poprzednich częściach cyklu Luke trafił do szkoły dla chłopców i zyskał nową tożsamość, dokumenty chłopca, który zginął w wypadku na nartach. Finał części drugiej sugerował, że w życiu Luke'a/Lee doszło do przełomu i że teraz wszystko powinno się już ułożyć. Okazuje się jednak, że nie do końca. Tego czytelnik dowiaduje się jednak w części 4. zatytułowanej Wśród notabli. Luke trafia bowiem do rodzinnego domu chłopca, którego tożsamość przejął. Poznaje jego rodziców i młodszego brata, pogrążonego w bólu po stracie bliskiej mu osoby. Zdezorientowany Luke bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że w domu Grantów ściera się kilka wrogich sobie frakcji, a sami Grantowie też mają wobec niego własne plany. Co zrobi bohater? Czy znajdzie wyjście z sytuacji? Czy pomoże Smitsowi, czy też może pójdzie na współpracę w ruchem wywrotowców? Na te pytania daje odpowiedź 4. część cyklu i przyznam, że podobała mi się ona znacznie bardziej niż trzecia. Co prawda jej zakończenie było nieco naciągane, jeśli idzie o załatwienie sprawy z Grantami, bo trudno było mu uwierzyć, że tak łatwo się to wszystko udało, no ale przecież to książka dla młodszych odbiorców. :)
Część 3. Wśród zdradzonych podobała mi się średnio. Główną bohaterką jest nastoletnia Nina schwytana przez Policję Populacyjną. Dziewczyna zostaje zmuszona do współpracy z rządem i dostaje obietnicę, że jeśli skłoni swoich współwięźniów do przyznania się, wtedy odzyska wolność. Od tej pory rozpoczyna się gra, w której nikt nie jest tym za kogo się podaje. Sam pomysł całkiem dobry, ale nie mogłam polubić Niny, która nieustannie zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka, co zresztą było efektem wychowania przez babcię i trzy ciotki, które dziewczynkę w tym przekonaniu utwierdzały. Nina jest samolubna, niezaradna i zdumiewająco naiwna. Niechęć do bohatera znacznie utrudnia pozytywny odbiór książki. Wierzcie mi.
Książkę czyta się w tempie ekspresowym. Jest to głównie zasługa sporej czcionki i dość małej ilości tekstu na stronie. Pamiętam, że części 1. i 2. zrobiły na mnie większe wrażenie. Może dlatego, że Luke był znacznie bardziej sympatyczny od Niny, a może dlatego, że cała wiarygodność tej historii jakby zmalała. Brakowało mi wątków, dotyczących restrykcyjnych działań rządu wobec nadliczbowych dzieci. Od razu też widać, że dzieci bez pomocy dorosłych nie potrafią znaleźć wyjścia z sytuacji kryzysowych, dlatego odniosłam wrażenie że ci "dobrzy" dorośli pojawiają się trochę tak jak diabeł z pudełka. No i na koniec; czyżby cały totalitaryzm tego rządu opierał się tylko na jednej ustawie? Przydałoby się nieco więcej szczegółów na temat funkcjonowania samego państwa. 
Czy sięgnę po kolejną część, tego na dzień dzisiejszy nie wiem, bo przyznam, że trochę się zawiodłam. Zdaję sobie sprawę, że cykl jest adresowany głównie do młodszego czytelnika i być może na nim zrobi żądane wrażenie. Dla mnie, jako osoby dorosłej, jest po prostu naiwny i niedopracowany. 
Sięgnąć po tę książkę mogą fani cyklu lub osoby szukające dla siebie łatwego czytadła na deszczowe popołudnie. Zanim przestanie padać, skończycie czytać. :)
W każdym razie ja nie polecam. Sądziłam, że będzie lepiej.
P.S. Przypominam o konkursie. Szczegóły tutaj :)

środa, 4 lipca 2012

Aleksandar Tesic: Zakon Smoka

Autor: Aleksandar Tesic
Tytuł: Zakon Smoka
Tytuł cyklu: Kosingas, t.1.
Wydawca: Prószyński i S-ka
Stron: 504
Moja ocena: 9/10
Jako wielbiciela wszelkich mitów i wierzeń ludowych interesują mnie wszystkie historie nawiązujące do mitologii różnych krajów. Dlatego, kiedy w notce Wydawcy zobaczyłam słowo Serbia, a potem Hades i wreszcie na końcu tajemniczo brzmiącą nazwę Zakon Smoka pomyślałam, że może to być książka dla mnie. Początkowe wątpliwości, czy aby w książce nie będzie zbyt dużo historii, która przyćmi stronę fantastyczną, szybko umknęły, gdy tylko zaczęłam czytać. Właśnie jestem świeżo po lekturze i wiem, że czas poświęcony na tę powieść, zdecydowanie nie był czasem straconym. Ale po kolei. 
Zakon Smoka to pierwsza część planowanej trylogii pod intrygującym tytułem Kosingas. Jest to także debiutancka powieść A. Tesica, nad którą autor zaczął pracować już w młodości. Zebrał w niej wierzenia swojego kraju, dotychczas przechowywane głównie w formie ustnej. 
Czym więc jest Zakon Smoka, kim są tajemniczy Kosingas? Po kolei. 
Jednym z głównych bohaterów i jednocześnie narratorem całej historii jest mnich -  wojownik Gabriel, którego sława zdążyła już dawno wyprzedzić. Dokądkolwiek by się nie udał ludzie oddają mu należny szacunek i słuchają jego słów. Nic dziwnego, skoro jako jedyny żywy Gabriel był w Hadesie, z którego następnie udało mu się uciec. Ponadto Gabriel jest Kosingas, członkiem Zakonu Smoka, zrzeszającego wybitnych wojowników walczących ze złem, z hordami potworów Hadesu, strzegących kruchej granicy między dwoma światami.
W przededniu wielkiej bitwy na Kosowym Polu zaczyna się spełniać pradawna przepowiednia, mówiąca że nadejdzie Wybraniec, który raz na zawsze powstrzyma ataki bestii z Hadesu. Wybrańcem ma być książę Marko, a zadaniem mnicha jest wskazanie Marko drogi, pomoc w zdobyciu dla niego magicznego miecza Smoczana oraz uświadomienie mu, że jest Wybrańcem.
W ten oto sposób zaczyna się długa i pełna przeróżnych niebezpieczeństw podróż, w trakcie której bohaterowie będą walczyć z potworami, rozmawiać z elfami, powoływać się na mądrość krasnoludów oraz uczestniczyć w obrzędach prostych ludzi, którzy mimo przyjęcia wiary chrześcijańskiej, nie potrafią i nie chcą zapomnieć i zaprzestać dawnych, pogańskich zwyczajów. I w sumie trudno im się dziwić, skoro np. człowieka podejrzanego o bycie wampirem nie wolno pogrzebać w ziemi, a spalić, bo inaczej wróci i będzie polował na ludzi. Pogrzebany w ziemi faktycznie wraca, a spalony nie. I jak tu wierzyć Kościołowi katolickiemu? Podobne przykłady można by mnożyć. Jedne mogą wydawać się śmieszne, inne budzą przerażenie, ale wszystkie składają się na barwny i różnorodny obraz tego kraju, o którym wciąż tak mało wiemy.
O Gabrielu bardzo mało się dowiadujemy. Autor oszczędnie odsłania szczegóły jego bogatego w przygody życia, czyni go jednak doświadczonym, odważnym i rozsądnym człowiekiem, który potrafi znaleźć kompromis pomiedzy tym co nakazuje ludziom Kościoł, a tym w co prości ludzie wierzą od urodzenia. 
Za to bardzo irytował mnie książę Marko. Plus dla autora, że nie kazał mu być nieopierzonym nastolatkiem, a człowiekiem w średnim wieku, co jest doskonałym dowodem, że na zostanie bohaterem nigdy nie jest  zbyt późno. Mimo to Marko bardzo długo nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, a tym co go intersuje najbardziej jest aby dobrze zjeść, wypić i wyspać się. Na szczęście z czasem i to ulega zmianie. 
Ilość pokonanych przez bohaterów potworów jest naprawdę imponująca i trzeba przyznać, że jak na jeden tom Gabriela i Marko spotyka naprawdę wiele i aż się zastanawiam, co jeszcze może ich spotkać w kolejnych częściach. Niemal na każdej stronie czytelnik czegoś się dowiaduje a to o jakimś magicznym artefakcie, a to poznaje kolejny ludowy obrzęd lub też śledzi walkę z kolejną bestią. W tej podróży naprawdę nie można się nudzić.
Książka zawiera imponującą liczbę historii, zgrabnie ze sobą połączonych, opisanych barwnym i klarownym językiem. Widać od razu, ile pracy włożył autor w jej napisanie i nadanie jej atrakcyjnego kształtu. Trochę mi tu pachniało Tolkienem, trochę mitologią grecką. Po prostu zgłębiając te wierzenia miałam wrażenie, jakbym już je znała. Wszystko jednak jest tu przedstawione w tak oryginalny sposób i jakby z innej strony, że po prostu chłonie się tę historię i tylko zastanawia się, co będzie dalej.
Powieść ma zakończenie otwarte, to znaczy Gabriel w pewnym momencie przestaje opowiadać i czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak czekać na ciąg dalszy, choć powtarzam, nie mam żadnych podejrzeń, w którą stronę może pójść akcja. Dlatego na pewno sięgnę po kolejną część, gdy tylko się pojawi.
Jeśli zatem lubicie mitologię, opowieści z mnóstwem potworów, magiczne przedmioty i pełne przeszkód misje, to Zakon Smoka jest książką dla Was. Powieść wciągnie Was i nie pozwoli się od siebie oderwać aż do ostaniej strony.
Polecam, bo naprawdę warto!

Za egzemplarz 
do recenzji 
serdecznie dziękuję 
Panu Marcinowi 
z Wydawnictwa Prószyński i S-ka.