czwartek, 9 sierpnia 2012

Brandon Mull: Baśniobór III. Plaga cieni.

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Baśniobór. Plaga cieni.
Tytuł cyklu: Basniobór, t. 3.
Wydawca: WAB
Stron: 458
Moja ocena: 10/10
Z kolejnymi częściami cyklu sprawa nigdy nie przedstawia się łatwo. Rosną wymagania zarówno ze strony czytelników, którzy chcą więcej, jak i samego autora, który mając świadomość tych wymagań, również chce się pokazać z jeszcze lepszej strony. Zatem wszyscy chcą więcej i lepiej.
Z tomem drugim nie było źle, ale jak już wspomniałam w poprzedniej recenzji, nie potrafiłam się pozbyć uczucia irytacji i finałowe wrażenia z lektury były średnie. Całkiem ok, ale nie super. Z tym większą ostrożnością podchodziłam do części trzeciej, w obawie, by przykre uczucie się nie powtórzyło. 
Tym razem jednak było zdecydowanie lepiej i jestem zadowolona i to bardzo. Ale po kolei. 
Słowo na temat treści. 
Trzecia część cyklu zatytułowana Plaga cieni zaczyna się w zasadzie tam, gdzie zakończyła się część druga. Złapano sabotażystę i zdrajcę, artefakt znaleziono i teraz trzeba go strzec, no i żyć dalej. 
Kendrze jednak pewne sprawy nie dają spokoju, tym bardziej po tym, czego się dowiedziała z widzialnego tylko dla jej oczu listu. Czy można wierzyć kłamcy? A z drugiej strony, czy mądrze byłoby zlekceważyć przekazane przez niego informacje, zwłaszcza że pokrywają się z pewnymi faktami? Przed takim dylematem stają bohaterowie już na wstępie trzeciego tomu. W dodatku wakacje zbliżają się ku końcowi i rodzice dopominają się o powrót swoich pociech do domu, a dziadkom kończą się już racjonalne wymówki.
W trzeciej części cyklu autor podzielił fabułę na dwa wątki, po raz pierwszy rozdzielając ze sobą rodzeństwo. 
Seth ma pozostać z dziadkami w Baśnioborze. Natomiast Kendra ze względu na swoje niezwykłe umiejętności zostaje zaproszona do Rycerzy Świtu, bractwa walczącego ze Stowarzyszeniem Gwiazdy Wieczornej. Dziewczynka wraz z opiekunami wyjeżdża na niebezpieczną misję, której celem jest odszukanie drugiego artefaktu. Oczami Kendry będziemy poznawać drugi magiczny rezerwat w Arizonie, Zaginioną Górę. Miejsce to może się poszczycić specyficzną "hodowlą" zombi oraz olbrzymim systemem niezbadanych dotąd jaskiń, a także smokiem, który strzeże drogi do magicznego przedmiotu. 
Tymczasem Baśniobór opanowuje mrok i plaga cieni, co w praktyce oznacza, że wszystkie stworzenia światła przemieniają się w złośliwe stworzenia mroku. W rezerwacie zapanowuje chaos, a rodzina Soerensonów i przyjaciele muszą się bardzo pilnować, żeby nie dać się zmienić w cienie.
W pewnym momencie, gdy Kendra wraca z Zaginionej Góry akcja toczy się już jednotorowo i jeszcze bardziej przyśpiesza. 
Trzecia część cyklu nie pozwala się nudzić. Autor co raz to zaskakuje czytelnika jakimś ciekawym rozwiązaniem. Rozwijają się moce Kendry, Seth zaczyna myśleć bardziej racjonalnie i wykazuje się nie lada pomysłowością, a nawet pojawia się owiany legendą i uznany za zmarłego Patton. Zmianie ulega Hugo, rozbudowana zostaje postać Warrena, pojawia się kilka nowych postaci i stworzeń magicznych. Jest ciekawie, błyskotliwie, a kiedy trzeba poważnie i niebezpiecznie. Z finałowej potyczki nie wszyscy wyjdą cało. Czy oryginalne i w sumie dość egoistyczne, magiczne stworzenia z rezerwatu wreszcie zaczną współpracować, by ocalić Baśniobór?
Bardziej aktywni stają się też dziadkowie dzieci, choć w pewnym momencie Patton kradnie im rolę mentora. Swoją drogą był w tym całkiem niezły. 
Na końcu książki tradycyjnie już znajdziemy tematy do dyskusji.
Basniobór. Plaga cieni to bardzo dobra powieść dla młodszej i nieco starszej młodzieży. Ma wszystko co konieczne, by zapewnić czytelnikowi dobrą rozrywkę; intrygę, zwroty akcji, ciekawie postaci, błyskotliwe dialogi. 
Polecam wszystkim bez wyjątku.

środa, 8 sierpnia 2012

Simon R. Green: Błękitny Księżyc

Autor: Simon R. Green
Tytuł: Błękitny Księżyc, część 1.
Wydawca: Fabryka Słów
Stron: 349
Moja ocena: 8/10
Do przeczytania powieści S. Greena zachęcił mnie irytująco mało mówiący opis, nazywający postaci po stanowiskach, jakie zajmują w fabularnej społeczności, a także pozytywne opinie innych czytelników. Dlatego, gdy nadarzyła się finansowa okazja nie wahałam się ani chwili i zakupiłam, a potem od razu zaczęłam czytać.
Fabuła wydaje się być banalnie prosta. Oto młody i odważny Książę wyrusza w świat na swoim rumaku (jednorożcu dla ścisłości), by przebyć Czarnobór, zawitać do domu Wiedźmy, aby otrzymać od niej mapę, która doprowadzi młodziana do jaskini smoka, którego następnie ma ubić. Smok okazuje się całkiem do rzeczy gadem i idzie z młodzieńcem na pewien układ, który zadowoli obie strony. Inaczej mówiąc i wilk będzie syty i owca cała.
Motyw ten stary jak świat zna każdy, kto choć raz czytał lub słuchał baśni. Jednak w książce Greena nic nie będzie takie, jak mogłoby się wydawać. Zaczerpnięty ze znanych baśni pomysł posłużył tylko jako pretekst do opowiedzenia ciekawej historii w sposób niezwykle pomysłowy i oryginalny, a przy tym okraszony ogromną dawką błyskotliwych dialogów i dobrego humoru.
Rupert, bo tak na imię książę, odwagę i zdecydowanie zdobywa dopiero z czasem i to pod wpływem okoliczności. Jego jednorożec potrafi mówić i jest nie dość, że pyskaty, to jeszcze nadzwyczaj tchórzliwy. Smok, zamiast zabijać rycerzy i pożerać dziewice, Rupertowi decyduje się pomóc, a gratis dorzuca mu księżniczkę Julię, która nie jest ładna, tylko przystojna, nie lubi nosić sukienek, a gdy jej się coś nie podoba wali pięścią jak popadnie.
I tak w powieści Greena każdy znany nam już z baśni motyw jest krok po kroku obracany w co innego i prezentowany z innej, nietypowej strony.
A tak serio. 
Leśne Królestwo jest w niebezpieczeństwie. Grozi mu nie tylko zamach stanu i spiskowcy, ale przede wszystkim demony z Czarnoboru, które z dnia na dzień podchodzą coraz bliżej zamku. Niszczą i mordują. Obawiają się tylko światła dziennego. Ale z czasem nawet ono nie będzie w stanie ich powstrzymać. Zbliża się bowiem Błękitny Księżyc czyli druga w miesiącu pełnia, a wtedy wszelkie bariery ochronne zanikną i nic już nie powstrzyma demonów.
Rupert musi zatem po raz kolejny wyruszyć w trudną i niebezpieczną podróż, której celem będzie odnalezienie Arcymaga, ostatnią nadzieję mieszkańców Leśnego Królestwa.
Julia natomiast zostaje w zamku i z nudów pomaga w poszukiwaniach zaginionego skrzydła zamku, w którym to skrzydle jest ukryty magiczny miecz. Jego użycie może zmienić losy królestwa i odegnać demony.
Powieść Błękitny Księżyc nie jest obszerna i może być lekturą na jedno popołudnie. Jej główną siłą jest element zaskoczenia, jaki zastosował autor, prezentując kolejne postaci i ich przygody.
Jednak pod komicznym sposobem przedstawienia tej historii, kryje się kilka ważkich, życiowych prawd, dotyczących polityki, kondycji zła, walki o siebie i swoje miejsce w życiu. 
Książka Greena jest najlepszym przykładem tego, jak pod płaszczykiem humoru przekazać mądrości uniwersalne. Napisana jest lekkim i przystępnym językiem, akcja nie nuży. Zakończenie jest otwarte, ponieważ historia ta składa się z dwóch tomów.
Niezadowolona jestem za to z ilustracji na okładce, raz, że mało oddaje zawartość, a dwa, że nie przepadam, za takimi kanciastymi postaciami. 
Polecam wszystkim czytelnikom lubiącym powieści w niekonwencjonalnym wydaniu. Jeśli lubicie błyskotliwe dialogi i dobry humor oraz przygodę i niebezpieczeństwo to jest to książka dla Was. 

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Brandon Mull: Baśniobór II. Gwiazda Wieczorna wschodzi.

Autor: Brandon Mull
Tytuł: Gwiazda Wieczorna wschodzi.
Tytuł cyklu: Baśniobór, cz. 2.
Wydawca: WAB
Stron: 413
Moja ocena: 9/10
Dzisiejsze słoneczne popołudnie było idealne w swym klimacie na lekturę drugiej części Baśnioboru. Pierwsza część zdobyła moje serce i zauroczyła mnie, więc przeczytanie kontynuacji było tylko kwestią czasu. Historia dwójki rodzeństwa, przeżywającego niesamowite przygody w magicznym, pełnym niezwykłych stworzeń rezerwacie na długo zapada w pamięć i nie ma znaczenia, czy potencjalny czytelnik ma lat 13 czy 30.
Od wydarzeń z części pierwszej minął już rok. Przez ten czas Seth i Kendra prowadzili zwyczajne życie, a teraz wielkimi krokami zbliżają się wakacje i bohaterom zostały już ostatnie sprawdziany i egzaminy, a potem być może będzie im dane odwiedzić dziadków. 
Tymczasem niespodziewanie do klasy Kendry dochodzi nowy kolega. Wszyscy od razu mile do przyjmują, a dziewczyny momentalnie chcą go usidlić. Jedna tylko Kendra widzi jak ohydną facjatę skrywa pod płaszczykiem piękna, tajemniczy chłopak. W finale części pierwszej Kendra zyskała magiczny dar przekazany przez pocałunki wróżek. Umiejętność widzenia magicznych stworzeń bez picia mleka, znajomość języków to tylko niektóre z cennych umiejętności dziewczynki. Nieznajomy brzydal wprowadza trochę zamieszania w życie klasy i szkoły. Na szczęście pojawia się drugi nieznajomy, podający się za przyjaciela dziadka Soerensena i obiecuje dzieciom pomoc. Jak się zakończy historia tej pomocy tego nie zdradzę, powiem tylko, że jest to wstęp do kolejnej wielkiej przygody w Baśnioborze. 
Nad magicznym rezerwatem gromadzą się ciemne chmury. Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej zrobi wszystko, by móc wejść do rezerwatu, a następnie odnaleźć ukryty w nim drogocenny artefakt, który jak nietrudno się domyślić, zagraża światu. 
Seth i Kendra z pomocą dziadków, a także nowo poznanych Vanessy, Tanu i Coultera będą musieli się zmierzyć z przebudzonym demonem Ollochem Żarłocznym, wykryć sabotującego ich starania zdrajcę oraz odnaleźć artefakt, zanim zrobi to wróg. 
Tym, co mi się podobało w powieści jest starannie nakreślone tło i szczegóły składające się na obraz całego magicznego rezerwatu.  Specyfika stworzeń zamieszkujących to miejsce jest ciekawa i zaskakująca; wróżki nadal są egoistyczne i złośliwe, a dwaj satyrowie spekulują, ile się tylko da. Z dobrej strony pokazują się skrzaty, które w odpowiedniej chwili pomogą dzieciom. 
Poza tym powieść czyta się lekko i łatwo, w zasadzie nie można się nudzić. 
Autor pamięta też o wydźwięku dydaktyczno wychowawczym historii. Tym razem porusza kwestię ostrożności w kontaktach z obcymi osobami. Wraca też motyw przestrzegania reguł i zasad. Z tym ostatnim większy kłopot ma Seth, nie tylko dlatego, że jest młodszy i bardziej łatwowierny, ale też dlatego, że ma taki charakter. Po prostu nie umie siedzieć bezczynnie i aż się pali do działania.
Mimo pozytywnego wrażenia z całej lektury, tym razem nie uniknęłam uczucia irytacji. Tyczy się ono dziadków Sorensenów. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby dojrzali i doświadczeni opiekunowie takiego rezerwatu byli tak naiwni i nieprzewidujący. W rezultacie z całym niebezpieczeństwem mierzą się dzieci, bo dorośli znowu wpadli w kłopoty i trzeba ich ratować. A czy nie lepiej byłoby, gdyby dzieci razem z dziadkami pokonywali przeciwników? Skoro w przyszłości Kendra i Seth mają przejąć rodzinną schedę, to chyba powinni mieć się od kogo uczyć? A od kogo mają się uczyć, jak nie od własnych dziadków? 
Na końcu książki podobnie jak w części pierwszej znajdują się tematy do dyskusji. 
Zakończenie jest częściowo otwarte, bo tak naprawdę chwilowo obie strony konfliktu znalazły się w impasie. Co będzie dalej? O tym przekonam się, czytając część trzecią. 
Mimo tej drobnej irytacji polecam Baśniobór. Książka jest mądra, zabawna i oryginalna. Może być zarówno dobrym prezentem dla kogoś nastoletniego, kto chce zacząć swoją przygodę z fantastyką, jak i ciekawą lekturą na jedno popołudnie.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Mark Hoder: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka

Autor: Mark Hodder
Tytuł: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Tytuł cyklu: Burton & Swinburne
Wydawca: Fabryka Słów
Stron: 511
Moja ocena: 10/10
Steampunk zyskuje sobie coraz więcej miejsca w literaturze i zwolenników wśród czytelników. Podobnie jak w przypadku powieści o wampirach i wilkołakach zachodzi wtedy obawa, by ilość nie odbijała się na jakości. Najgorsze jednak dla potencjalnego czytelnika jest to, że nigdy nie wie, jak to z daną książką będzie, dopóki sam jej nie przeczyta. Oczywiście można się sugerować recenzjami i opiniami innych czytelników, ale co jednemu się podoba, drugiemu niekoniecznie musi, a poza tym większość czytających dany gatunek lubi sama sobie wyrobić opinię na temat danej książki. 
Steampunk to taki ciekawy nurt, który jest niesamowicie oryginalny, bo łączy ze sobą rzeczy pozornie nie mające żadnych punktów stycznych. Dlatego na porządku dziennym są rewolwer, melonik i wiktoriańska mentalność, ale też jak najbardziej normalne będą machiny latające, bawienie się genetyką w celu wyhodowania ciekawych, nowych gatunków, czy też ukazywanie znanych nauce i polityce osób w całkiem nowym świetle. Takie połączenie to zabawna, aczkolwiek wybuchowa mieszanka, ma ona jednak niesamowity i urokliwy klimat, który wciąga czytelnika i każe chcieć więcej. 
Debiut powieściowy M. Hoddera czekał na swoją kolej na półce już kilka miesięcy. Wystarczała mi sama świadomość, że go mam, póki nie usłyszałam, że szykuje się część druga. Tym prędzej zabrałam się za czytanie i dziś przedstawiam moje wrażenia z lektury.
Powieść W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka otwiera cykl o przygodach dwóch dżentelmenów, o dość wątpliwej reputacji: sir Richarda "Bandziora Dicka" Burtona i sir Algernona Swinburne'a. Ten pierwszy to podróżnik, odkrywca, badacz, fechmistrz, człowiek honoru, o bystrym, przenikliwym umyśle, choć gwałtowny i zabijaka. Nie stroni od alkoholu, zna ponad 20 języków i często ma poobijaną twarz i złamany nos. Ten drugi to poeta, wielbiciel Markiza de Sade, szukający w życiu natchnienia, a w bólu - rozkoszy. 
Trzecim, niekwestionowanym bohaterem jest wiktoriański, "nowoczesny" Londyn, roku 1861. Londyn Hoddera to miasto pełne mgły i brudu. Po ulicach poruszają się wielkie konie mechaniczne, dymiące welocypedy, olbrzymie kraby sprzątacze, krążą psy - kuriery i papugi - telegramy głosowe, a po niebie śmigają rotofotele. Aby pies raczył dostarczyć przesyłkę należy go nakarmić, natomiast papuga przekaże wiadomość za darmo, ale za to zwyzywa adresata od najgorszych, a treść wiadomości okrasi stekiem wulgaryzmów. Dwa obozy inżynierów i eugeników prześcigają się w coraz to nowszych wynalazkach.
Tymczasem w Londynie dzieją się tajemnicze rzeczy. Po East Endzie grasują wilkołaki, a na młode kobiety napada legendarny Skaczący Jack. Burtnowi również się od niego obrywa w jednym z zaułków, choć sam zainteresowany nie wie, z jakiego powodu. Jakby tego było mało, dawny przyjaciel Burtona, obecnie zaciekły rywal, próbuje popełnić samobójstwo, a potem w tajemniczy sposób znika ze szpitala. Czy te dwie sprawy mają ze sobą coś wspólnego? Tym już z pomocą jęczącego, że się nudzi Swinburne'a i inspektora Trounce'a, zajmie się specjalny śledczy Jego Królewskiej Wysokości Króla Alberta, Richard Burton. 
Będą szalone pogonie i pościgi, pojawiający się znienacka, strzelający błyskawicami Skaczący Jack, tajemniczy albinos, z którym przyjdzie się Burtonowi zmierzyć w pojedynku, dziwaczny orangutan i mali kominiarczykowie.
Powieść M. Hoddera to mieszanka wybuchowa i istny majstersztyk. Burton, mimo nieciekawej reputacji i srogiej miny oraz trudnego charakteru od razu daje się lubić, a rudowłosy i patykowaty Swinbourne jest zabawny i patrzy się na niego z pewną dozą pobłażania. Obydwaj bohaterowie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości, co tylko dodaje powieści pikanterii i smaku. Burton swoim sposobem bycia przypominał mi nieco R. Downeya jr w kreacji Sherlocka Holmesa.
Spotykamy tutaj też znanych z historii ludzi, w nieco innych rolach, niż można by oczekiwać. Młody Śmieszek sprzedający na ulicy gazety to Oscar Wilde, ale oprócz niego pojawią się też i to w zaskakujących momentach Karol Darwin i Florence Nightingale.
Na uwagę zasługuje też postać Skaczącego Jacka. Szczegółów nie zdradzę, ale powiem, że czasami było mi go żal, choć po części sam na to zasłużył. Człowiek w pewne sprawy nie powinien ingerować. 
Powieść podzielona jest na trzy części. W pierwszej zaznajamiamy się z Burtonem, wędrujemy po Londynie i poznajemy szczegóły prowadzonego śledztwa, w drugiej części mamy dokładną historię Skaczącego Jacka, a w trzeciej wszystko się zgrabnie łączy, by znaleźć swój finał. 
Fabuła jest misternie skonstruowana i nie nuży, akcja biegnie sprawnie do przodu, tajemnica goni tajemnicę. Jako czytelnik byłam zachwycona.  Klimat Londynu fascynuje i jeszcze długo będę o tym mieście w wydaniu Hoddera pamiętać. To miasto żyje swoim życiem, a ludzie są jego doskonałym uzupełnieniem. Fantazja autora w opisywaniu nowych wynalazków również nie ma granic, choć mnie najbardziej podobały się papugi, przekazujące wiadomości. Da się podczas czytania wyczuć klimat z powieści J. Verne'a i Conan Doyle'a, autorowi bardzo precyzyjnie udało się go uchwycić.
Na końcu książki znajduje się aneks, który wymienia wszystkich bohaterów powieści, mających rzeczywiste odpowiedniki i wyjaśnia co jest prawdą, a co wytworem literackiej fantazji. 
Powieść została wydana w oprawie zintegrowanej, czyli niby wygląda jakby miała twardą okładkę, ale w rzeczywistości jest ona miękka, choć na pewno bardziej stabilna od tych tradycyjnych miękkich. 
Bardzo mi się też podoba ilustracja na okładce, która przedstawia naszych bohaterów, oczywiście ze Skaczącym Jackiem na pierwszym planie. Zaś tył okładki przypomina wycinki z różnych gazet, co daje świetny efekt. 
Powieść polecam miłośnikom przygód i zagadek, w zasadzie każdy czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. Natomiast ci którzy kochają steampunk koniecznie powinni po książkę sięgnąć. Polecam i zachęcam oraz niecierpliwie czekam na wrześniową premierę części drugiej. To już niedługo!



sobota, 4 sierpnia 2012

M. Weiss & T. Hickman: Smocze kości

Autor: Margaret Weiss & Tracy Hickman
Tytuł: Smocze kości
Tytuł cyklu: Smocze okręty Vindrasów
Wydawca: Rebis
Stron: 700
Moja ocena: 8/10
Powieść Smocze kości otwiera cykl zatytułowany Smocze okręty Vindrasów i jest kolejnym owocem literackiej współpracy M. Weis i T. Hickmana. Pisarze ci stworzyli razem również serię Dragonlance, wywodzącą się ze RPG, która okazała się niezwykle poczytna i cieszyła się dużą popularnością. 
Smocze kości to moje pierwsze spotkanie z twórczością tych autorów i muszę przyznać, że jestem z niego dość zadowolona. Literacka rzeczywistość, wykreowana przez duet pisarski Weiss & Hickman zapewniła mi wartościową rozrywkę intelektualną i sprawiła, że łatwiej było mi znieść kaprysy pogody za oknem. Świat morskiego ludu Vindrasów pochłonął mnie całkowicie, a paleta intryg i przygód oczarowała mnie naprawdę mocno.
Głównym bohaterem serii jest Skylan  Ivorson, syn wodza Torgunów. Młodzieniec wzrastał w powszechnym przekonaniu, że jest wyjątkowy i że czuwają nad nim sami bogowie. Na skutek tego, oprócz oczywistych przymiotów takich jak uroda, siła i zręczność, Skylan posiada też kilka mniej chwalebnych cech, takich jak upodobanie do brawury, zbędnego ryzyka i myślenie, że skoro jest wyjątkowy, to wszystko należy mu się bez kolejki i w najlepszym gatunku. Jak nietrudno się domyślić cechy te przyniosą mu więcej szkód, niż pożytku. 
Vindrasowie, jak już wcześniej wspomniałam, to lud morski, utrzymujący się głównie z łupieżczych wypraw. Ich sposób bycia i życia przypomina Wikingów.  Dzięki swoim niezwykle szybkim okrętom, z zaklętymi w nich smokami, które w razie czego można przywołać na pomoc, Vindrasowie są właściwie niepokonani. 
Ostatnimi czasy, wyprawy jednak nie przynoszą żadnych łupów, a przydomowe poletka straciły na żyzności. Po cichu zaczyna się szeptać, że bogowie odwrócili się od Vindrasów. 
Jakby tego było mało któregoś dnia do brzegu przybija okręt pełen ogrów, które stwierdzają, że w niebie była wielka wojna bogów. Bogowie ogrów pokonali bogów Vindrasów i zabili ich. Ogry proponują Vindrasom układ oparty na kompletnym wyzysku i niewolnictwie. Czy ogry mówią prawdę i bogowie faktycznie zginęli w walce? Czy Vindrasów czeka stopniowa śmierć w beznadziei i niewolnictwie? 
W ten sposób zaczyna się cała historia. Początkowo akcja rusza z kopyta, potem nieco zwalnia, ale ogółem toczy się dość wartko. 
Autorom bardzo dobrze udało się oddać północny, morski klimat opisywanych krain. Odpowiednia ilość detali związanych z życiem i zwyczajami plemienia pozwala lepiej wczuć się w całą historię. Ważną rolę w społeczności Vindrasów, nadającą rytm ich życiu, pełni religia. Przekonani o przychylności bogów potrafią zdziałać wiele, gdy sądzą, że bogowie ich opuścili, tracą motywację i wolę walki. Mimo tego, że są narodem, który łupi inne krainy, to nie budzą niechęci. Na co dzień starają się kierować honorem i zasadami braterstwa i lojalności. 
Z dbałością o szczegóły i rys charakterologiczny zostały również wykreowane postacie. Z biegiem historii okazuje się, że nikt nie jest kryształowo dobry lub zły, bowiem każdy może ulec przemianie pod wpływem przeżyć lub warunków otoczenia.
Dobrym tego przykładem jest główny bohater. Skylan to typowy złoty chłopiec, któremu wydaje się, że jest najlepszy, który ciągle marzy o sławie i zaszczytach i któremu nigdy nie przyszłoby do głowy, że coś może mu się nie udać. Jak na przyszłego wodza plemienia jest zbyt porywczy, najpierw chwyta za miecz, a potem myśli, co przysparza mu masę kłopotów. Jego pycha i egoizm są w dużej mierze motorem akcji i gdyby bohater w pewnym momencie nie zaczął kłamać na potęgę, to połowa rzeczy w powieści w ogóle nie miałaby miejsca. Trudno wierzyć, że Skylan w końcu dorośnie i było to naprawdę irytujące, choć dzięki temu bohater jest prawdziwszy. A z drugiej strony, każdy kto od dzieciństwa byłby tak wychowywany jak on, z pewnością stałby się podobny do niego. 
Również bardzo ciekawie przedstawione są ogry i smoki, choć w zasadzie nie jest to nic, o czym czytelnik już by nie wiedział. Ogry są złośliwe, śmierdzące i tępe, choć walczą dość nieźle, a smoki są silne i zieją ogniem.
W oryginalny sposób przedstawiono za to bóstwa, które niby są boskie i wiele mogą, ale zawsze potrzebują pomocy śmiertelników. Ich dary często mogą się okazać przekleństwem pod przykrywką błogosławieństwa, a kłamstwa wypowiadane lekkomyślnie przez ludzi mogą za karę zamienić w prawdę.
Bardzo znaczący jest również sam tytuł  powieści. Smocze kości to bowiem nie tylko rodzaj magicznego artefaktu. To również gra, w którą chętnie grają Vindrasi i która ma wiele wersji. Przypomina ona nieco szachy pod tym względem, że aby wygrać należy się wykazać umiejętnością przewidzenia ruchów przeciwnika, logiką i bystrością umysłu.  Skylan w pewnym momencie rozumie, że sami ludzie w rękach bogów są takimi właśnie kostkami, które są przerzucane na planszy życia i tylko ślepy los decyduje, gdzie upadną.
Książkę czyta się ciekawie i szybko i mimo 700 stron nie nudziłam się ani chwili. Świat bogobojnych Vindrasów, Wikingów z krwi i kości, bitnych, czasem chciwych, czasem brutalnych, a czasem nawet namiętnych, bardzo mi się spodobał. Za dzień lub dwa sięgam po kolejny tom przygód Skylana, a Wam polecam zapoznanie się z częścią pierwszą. 
Pozdrawiam!




piątek, 3 sierpnia 2012

Lubimy Fintę!


Masz w domu książki, które przeczytałeś i wiesz, że więcej po nie nie sięgniesz? Nietrafione prezenty? Obejrzane filmy? Gry, które już Ci się znudziły? Dostałeś na prezent perfum, a wolałbyś nowe głośniki do komputera? Jest na to rozwiązanie – Finta! Nowoczesny portal wymiany przedmiotów, dosłownie wszystkiego! Książki, gry, filmy, biżuteria, kosmetyki, ubrania, akcesoria elektroniczne i wiele innych atrakcyjnych rzeczy jest dostępne na działającym już od ponad roku serwisie.

Na www.finta.pl możesz wymienić przedmioty w bardzo prosty sposób, za zamówione przedmioty możesz otrzymać punkty i to właśnie one są walutą, za którą później zamówisz kolejne rzeczy. Ty decydujesz, za ile wystawisz swój przedmiot. Masz także możliwość negocjowania ceny z innymi użytkownikami. Bezgotówkowa wymiana przedmiotów z bogatej bazy portalu umożliwia swobodne kompletowanie własnych kolekcji, przy minimalnym nakładzie kosztów. Przedmioty nowe i używane, światowe bestsellery i zapomniane przez świat woluminy.

Zalogowanie się do portalu trwa zaledwie kilka chwil i już możesz wystawiać swoje stare rzeczy, by pozyskać za nie nowe. Ciekawą funkcją jest obecność konsultantów – bardziej doświadczonych użytkowników serwisu, którzy chętnie rozwieją wszystkie twoje wątpliwości. Fintę polecamy wszystkim koneserom dobrej literatury, w bazie mamy obecnie ponad 4 tysiące książek! Ruch jest naprawdę duży, blisko 150 transakcji tygodniowo, warto więc być czujnym i wypatrywać naprawdę świetnych okazji [;)]

Ponadto portal zawiera bardzo wiele udogodnień, których na próżno szukać w innych tego typu serwisach. Można na nim korzystać z atrakcyjnych rabatów i programu partnerskiego oraz giełdy punktów.

Dlatego zwłaszcza miłośników książek chcielibyśmy zaprosić na www.finta.pl oraz na nasz FanPage pod adres:  https://www.facebook.com/fintapl
Zapraszam i polecam!
Miłego dnia!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Rosa Montero: Łzy w deszczu

Autor: Rosa Montero
Tytuł: Łzy w deszczu
Wydawca:MUZA
Stron: 414
Moja ocena: 10/10
Mimo że kocham czytać o smokach, magach i dzielnych bohaterach ratujących świat, czasami pragnę odmiany i wtedy sięgam po książki z gatunku fantastyki naukowej. Kiedy w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam okładkę najnowszej książki Rosy Montero Łzy w deszczu, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać, a opis treści tylko mocniej mnie utwierdził w tym przekonaniu. Dlaczego? 
Kilka lat temu duże wrażenie zrobił na mnie film z B. Willisem pt. Surogaci. Pokazywał on świat, w którym ludzie egzystowali w świecie za pośrednictwem sterowanych przez impulsy nerwowe replikantów. Mając takiego klona, człowiek leżał sobie w fotelu w domu, a prawdziwym życiem żył za niego właśnie surogat. Niestety, sytuacja ta miała więcej złych niż dobrych stron, o czym dobitnie przekonali się na własnej skórze bohaterowie filmu. Na widok okładki, przypomniałam sobie o tym filmie i pomyślałam, że jeśli tematycznie książka i film będą choć trochę podobne, to będzie to ciekawa i satysfakcjonująca lektura. 
Akcja powieści R. Montero toczy się w Stanach Zjednoczonych Ziemi, w Madrycie, roku 2109. Ludzie skolonizowali Kosmos, okazało się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Ziemia, planeta, na której żyjemy obecnie, nie przypomina tej dawnej. Powietrze jest skażone, wiele państw zniknęło pod wodą z powodu  globalnego ocieplenia.  W społeczeństwie oprócz ludzi, funkcjonują także Obcy z innych planet, a przede wszystkim replikanci lub jak kto woli technoludzie. Początkowo tworzono ich do rozmaitych zawodów, np. do ciężkich prac w fabrykach i kopalniach na innych planetach. Obecnie wykorzystuje się ich w wielu branżach: wojskowej, reklamowej, itp. Replikanci są istotami bardzo podobnymi do ludzi. Co prawda żyją o wiele krócej, ale pragnienia, priorytety i marzenia mają takie same. Chcą być potrzebne, akceptowane, kochane. Nie jest to jednak takie proste. Ludzie bowiem, jak to ludzie szybko zapominają o pierwotnym przeznaczeniu replikantów, a odwieczne agresywne zachowania skierowane przeciw każdej inności, znów mają swoje miejsce. 
Główną bohaterką jest replikantka, Bruna Husky, były żołnierz, obecnie prywatny detektyw. Któregoś dnia do jej mieszkania wpada sąsiadka i próbuje ją zabić, a następnie sama popełnia samobójstwo. Okazuje się, że podobnych przypadków jest więcej. Obłęd i nieuzasadniona agresja replikantów wobec ludzi, nie wróży niczego dobrego. Sytuacja i tak jest napięta, a kolejne napaści, tylko ją potęgują. 
Bruna, trochę wbrew sobie, zostaje wciągnięta w śledztwo, które przynosi zaskakujące rezultaty i nieustanie kluczy. Podejrzanym przecież może być każdy, w pewnym momencie nawet sama Bruna nim jest. 
Jednocześnie w Centralnym Archiwum Ziemi anonimowa osoba dokonuje zmian w ważnych dokumentach i fałszuje w ten sposób historię ludzkości. Wygląda na to, że komuś bardzo zależy na postawieniu technoludzi w złym świetle. Tylko komu i po co? Tego już nie zdradzę, a ciekawscy niech dowiedzą się sami.
Wizja przyszłości ziemi wykreowana przez R. Montero zaskakuje dokładnością i bogactwem detali. Rozdziały opisujące śledztwo prowadzone przez Brunę, przeplatają się z rozdziałami-dokumentami Centralnego Archiwum, opisującymi losy Ziemi. Dzięki temu czytelnik może się więcej dowiedzieć na temat powstania replikantów, kolonizacji kosmosu, wojny między ludźmi a technoludźmi, czy chociażby poznać tajniki teleportacji oraz specyfikę Obcych.
Nadzwyczaj ciekawą postacią jest Bruna, pełna sprzeczności i nieokreślonych lęków, android, który jest bardziej ludzki od wielu prawdziwych ludzi. Nie jest dziwne, że z powodu długości życia, tym czego replikanci boją się najbardziej, jest śmierć. Obsesją Bruny i pierwszą czynnością każdego dnia po przebudzeniu, jest wypowiedzenie liczby lat, miesięcy i dni, które jej jeszcze pozostały. Drażni ją to, ale nie potrafi przestać.
Powieść Łzy w deszczu jest również ukłonem w stronę twórczości P. Dicka, a zwłaszcza powszechnie znanego Łowcy androidów, filmu na podstawie opowiadania tego autora.
Jednak w moim odczuciu klimat książki R. Montero jest mniej przygnębiający, a znacznie bardziej przyjazny. Na swojej drodze Bruna spotyka naprawdę wielu dziwaków i mimo że momentami ma wiele wątpliwości, komu może ufać, a komu nie, to każda spotkana istota czegoś ją uczy. Bardzo podobały mi się egzystencjalne przemyślenia głównej bohaterki, a żeby nie było za nudno i za smętnie, autorka w odpowiednich momentach okrasiła je szczyptą humoru i błyskotliwymi dialogami.
Książka dotyka również wielu istotnych kwestii, takich jak rodzina, wolność, tolerancja, tożsamość i wiele innych. Co dla jednych może być tylko fantastyką naukową, dla innych może być motorem do cennych przemyśleń i wniosków. 
R. Montero stworzyła naprawdę dobrą powieść, z dopracowaną fabułą, ciekawymi, oryginalnymi postaciami, skłaniającą do refleksji, a co najważniejsze, z dającym do myślenia zakończeniem. 
Polecam wszystkim bez wyjątku, bo naprawdę warto!
Za możliwość 
towarzyszenia Brunie 
podczas śledztwa 
i poznania Bubiego 
bardzo serdecznie dziękuję 
panu Arturowi 
z Wydawnictwa MUZA
Pozdrawiam serdecznie!