wtorek, 8 października 2013

George R. R. Martin, Lisa Tuttle: Przystań Wiatrów

Autor: George Martin, Lisa Tuttle
Tytuł: Przystań Wiatrów
Stron: 409
Wydawca: Zysk i S-ka
Moja ocena: 8/10





 Przystań Wiatrów jest historią dość starą, ponieważ jej pierwsze wydanie ukazało się w roku 1981. Książka może się zatem poszczycić naprawdę pięknym wiekiem "kobiety  balzakowskiej".  Nie znaczy to jednak, że jeśli coś ma już trochę lat, to wyszło z mody lub jest nieciekawe.  Bardzo często w powieściach, które już trochę "przeżyły" można znaleźć coś naprawdę cennego, fajnego i pouczającego. Niekoniecznie będzie to okraszone fajerwerkami mnóstwa reklam i gorącej promocji, ale jeśli trafi na właściwego odbiorcę, czytelnika skłonnego do refleksji, wtedy cała, pozornie zwykła historia  odsłoni się w całej okazałości. 
Akcja powieści toczy się na planecie, na której dominują dwa żywioły: woda i wiatr. Większość planety jest pokryta oceanami, a ludzie żyją na skalnych, oddalonych od siebie wyspach. Przez to ostatnie komunikacja jest utrudniona, bo statki płyną do celu bardzo długo, a zdarza się, że daną informację trzeba przekazać już, teraz. 
I tu właśnie do akcji wkraczają lotnicy. Są to ludzie, którzy wykorzystując powietrzne prądy, latają, a właściwie szybują, tak jak kanie rude czy lelki zwyczajne. Dzieje się tak dzięki skrzydłom wykonanym z niezwykłego metalu, pochodzącego z porzuconego na planecie statku. Należy bowiem dodać, że ludzie żyjący na tej planecie są potomkami ludzi z planety Ziemia. Obecnie ich wspomnienia są niemal świętością i nie nazywa się ich inaczej jak "gwiezdnymi lotnikami". Latanie to nie jest łatwe, ale nie niemożliwe. Wymaga długich lat ćwiczeń i samodyscypliny, znajomości prądów przenikających się w powietrzu oraz przede wszystkim dużego samozaparcia. Nie każdy jednak może latać. Liczba skrzydeł jest ograniczona i zgodnie ze starym zwyczajem są one dziedziczone z rodzica na dziecko. W efekcie społeczeństwo dzieli się na lotników i lądowców. Nietrudno się domyślić, że lotnicy przez długie lata stali się czymś w rodzaju kasty, grupy bardzo zamkniętej, uważającej się za lepszą od innych. Zazdrośnie strzegą starych zasad i bardzo niechętnie rozstają się ze skrzydłami, które są dla nich czymś najcenniejszym. Cenniejszym od zdrowia, szczęścia osobistego, a nawet własnego życia. Zwykły lądowiec, czy człowiek z nizin nie ma szans na to, by lotnikiem zostać. Ta przykra prawda najmocniej uderza w tych, którzy mimo niskiego pochodzenia mają naprawdę wielkie umiejętności i zerowe szanse, by zaistnieć i choć spróbować się zrealizować.
Z tą prawdą i dyskryminacją będzie próbowała się zmierzyć Maris z Amberly, młoda dziewczyna z nizin społecznych. Maris ma umiejętności i upór, ale nie ma wymaganego pochodzenia, ani koneksji. Boli ją taki stan rzeczy i postanawia to zmienić. Ale tak to już na świecie bywa, że jedna zmiana pociąga za sobą kolejne, zarówno na lepsze jak i na gorsze. Samo wprowadzenie zmiany, to jednak nie wszystko, bo wiadomo, że nie da się jednocześnie zmienić mentalności i poglądów ludzi. 
Życie Maris obserwuje czytelnik w trzech odsłonach. 
Młodziutka Maris w części pt. Burze będzie próbowała dokonać tej zmiany, zawalczyć, o tak cenne dla niej skrzydła i posadę lotnika. 
W części drugiej zatytułowanej Jednoskrzydły, dojrzała już bohaterka zmierzy się z wciąż niechętną nowym zasadom kastą lotników, a w trzeciej pt. Upadek z własnymi ograniczeniami, związanymi z wiekiem i niełatwym życiem lotnika. Bohaterka będzie musiała zadać sobie pytanie, gdzie kończy się lotnik, a zaczyna ona sama, jako kobieta, siostra, czy nauczyciel. 
Czy kasta lotników wreszcie się zjednoczy? Czy zmieni się postrzeganie lotników przez lądowców? Czy latanie naprawdę jest dla głównej bohaterki wszystkim? A może okaże się, że są także inne ważniejsze rzeczy? 
Postawa Maris niejednokrotnie kojarzyła mi się z ludźmi, którzy są tak pochłonięci dążeniem do jednego celu, że w pewnym momencie z bólem zdają sobie sprawę, że nie mają nic poza tym i co gorsza nie wiedzą jak mają dalej żyć. 
Przystań Wiatrów nie porywa czytelnika z siłą wodospadu. Miłośnicy Sagi Lodu i Ognia też nie znajdą tu rzeczy, które oferuje im najbardziej znany cykl G. Martina. Być może zadecydował o tym, czas, w którym książka powstała, być może miała na to wpływ współpraca autorska G. Martina z Lisą Tuttle. Nie znaczy to jednak, że książka nie ma zalet. Bo ma. 
Wykreowany świat przedstawiony, nieco zimny w swoim klimacie, ale  niewątpliwie fascynujący, właśnie tym chłodem. Bohaterowie, prawdziwi, bo tak strasznie uparci i zawzięci. A także wiele prostych prawd skłaniających do refleksji. 
Dlatego polecam raczej czytelnikom dojrzałym, lubiącym czasem zatrzymać się podczas czytania, by podumać na tym lub owym. Ta historia naprawdę może się podobać. Wystarczy tylko odpowiednio do niej podejść. 
Za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka. 
Pozdrawiam ciepło!



Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Matras
Księgarnia Gandalf
Księgarnia Fabryka.pl

poniedziałek, 7 października 2013

Rudiger Bertram: Coolman i ja 3. Mega kino.

Autor: Rudiger Bertram
Tytuł: Coolman i ja 3. Mega kino.
Zilustrował: Heribert Schulmeyer
Stron: 184
Wydawca: Dreams
Moja ocena: 10/10
Kategoria wiekowa: bez ograniczeń





Nie każdy może być cool, choć niektórym tak właśnie się wydaje. Nie wystarczy bowiem być spokojnym, opanowanym, czy świetnym. To nie wszystko. 
Nie wystarczy być czadowym, czy wyluzowanym. To także nie wszystko. 
Nie wystarczy nawet bycie równym i fajnym. To także nie jest wszystko. 
Bo bycie cool to sposób na życie, to nieustannie dobry humor, podsycany  optymizmem i chęcią do działania. 
Bycie cool to branie z życia i każdej jej sytuacji pełnymi garściami i robienie tego co się lubi, bez względu na to co pomyślą inni. 
Dlatego bycie cool nie jest łatwe. Bo fajnym, równym, czy optymistycznym luzakiem może w sumie zostać każdy, jeśli się trochę postara. Ale bycie cool przy jednoczesnym byciu cool-manem to wyższa szkoła jazdy. A właściwie takim unikatem jest tylko jeden osobnik. 
To Coolman. 
Najlepszy najgorszy przyjaciel nastoletniego Kaja, superbohater w pomarańczowym, obcisłym kostiumie i powiewającej niebiesko- żółtej pelerynie.
Niepoprawny optymista. 
Niesamowity gaduła, który szybciej mówi niż myśli. 
Niereformowalny gamoń i błazen, który z niespotykaną umiejętnością pakuje Kaja w przemyślne kłopoty. 
Hałaśliwy. Chwalipięta bez krztyny samokrytycyzmu. 
Żyje w przekonaniu, że jest najmądrzejszy i super w każdej dziedzinie. Nie przejmuje się porażkami, ale też nie wyciąga z nich żadnych nauk. Wciąż popełnia te same błędy. 
Kaj ma go już dość. 
Czytelnik wciąż ma go za mało. 
Bo taki właśnie jest Coolman. Z nim bywa ciężko. Bez niego byłoby smutno i bezbarwnie. 
W trzeciej części przygód Coolmana, Kaja i ich zwariowanych przyjaciół poznajemy magię, którą roztacza wokół siebie kino. Oczami Kaja zobaczymy ciężką pracę aktorów na planie filmowym, dowiemy się jak się zachować na castingu, by na bank dostać główną rolę oraz co zrobić, aby utrzymać fanki w stanie ciągłego, histerycznego podniecenia. To jednak nie wszystko, bo przecież biznes filmowy ma swoje ciemne oblicze. Przeżyjemy więc dreszcz towarzyszący prowadzeniu śledztwa, wcielimy się w rolę porwanego przez gangsterów zakładnika oraz zmotywujemy gwiazdora filmów akcji, by nas uratował z opresji.
To zaledwie mała garść przezabawnych sytuacji, w których znajdą się Kaj i Coolman. Będzie tu tego o wiele, wiele więcej.  
Trzecia część przygód nastoletniego Kaja i jego zabawnego, wyimaginowanego towarzysza, który nijak nie chce się od niego odczepić, trzyma poziom swoich poprzedniczek. Autor co chwila raczy czytelnika błyskotliwymi dialogami, zabawnymi opisami i śmiesznymi komiksowymi wstawkami.
Wydawać by się mogło, że przy tylu wpadkach trudno będzie autorowi  jeszcze wymyślić coś oryginalnego. Nic bardziej błędnego. Przezabawne gagi i żenujące dla Kaja sytuacje nie mają końca. I dobrze! Bo Coolmana i jego wymysłów nigdy dość. 
Książka jak dla mnie nie ma ograniczeń, jeśli idzie o wiek. Mogą ją czytać milusińscy z rodzicami, mogą też sami rodzice, aż wreszcie mogą też wielbiciele zabawnych, pomysłowych historii, które polepszają humor i sprawiają, że po ich przeczytaniu na duszy robi się lżej, a świat dookoła nabiera jaśniejszych barw. 
Polecam książki o przygodach Coolmana wszystkim, którzy są cool, chcą tacy być oraz myślą, że są. Po poznaniu Coolmana zmienicie pogląd na to, jak być cool i co to w ogóle znaczy. 
Za Coolmana dziękuję Wydawnictwu Dreams. 
Pozdrawiam ciepło!

wtorek, 1 października 2013

Matt Ruff: Miraż

Autor: Matt Ruff
Tytuł: Miraż
Stron: 440
Wydawca: REBIS
Moja ocena: 8/10






Gdyby zrobić ankietę z zapytaniem, o najbardziej znaczące wydarzenia XXI wieku, z pewnością jednym z najczęściej wymienianych byłby zamach terrorystyczny z 11 września 2011 roku. W jego wyniku zginęło około 3 tysięcy osób, a w społeczeństwie rozpanoszyły się strach, nieufność i depresje. Natychmiastowym skutkiem ataku na WTC było „wypowiedzenie wojny terroryzmowi”. Stała się ona nadrzędnym celem działań amerykańskiego rządu. Wzmogły się kontrole na lotniskach, a hasła takie jak Islam, czy Arab do dziś przeważnie są kojarzone z zamachem na WTC. Można więc śmiało powiedzieć, że skutki zamachu były długofalowe i większość świata będzie się z nimi borykała jeszcze długo. Wielu mądrych ludzi nadal zadaje sobie pytania, czy i jak można było zamachu uniknąć. Powstało na ten temat wiele sporów i rozmaitych teorii. Wszyscy jednak zgodnie twierdzą, że od tamtego wydarzenia świat już nie jest taki sam. 
W swojej powieści Miraż Matt Ruff  postanowił trochę się pobawić historią i faktami, trochę pogdybał i w ten oto sposób powstała całkiem zgrabna i przyjemna w odbiorze książka. 
Rok 2009, Bagdad, a konkretnie Zjednoczone Państwa Arabskie. Arabia jest potęgą gospodarczą i militarną, a Ameryka nisko rozwiniętym krajem pełnym białych rasistów. Brzmi dziwnie i niewiarygodnie? A jednak. 
Bohaterami swojej książki uczynił M. Ruff agentów wywiadu i z ich perspektywy poznajemy ten inny świat. Jest to świat w którym tradycyjnie, jak wszędzie rządzi pieniądz, korupcja i zepsucie, co pozostaje w pewnym konflikcie z nakazami islamu, który nadal jest religią dominującą.
Kolejnym zadaniem Mustafy al - Baghdadi, agenta tajnych służb, jest wyśledzenie, złapanie, a następnie przesłuchanie amerykańskiego zamachowca samobójcy.  Zamachowca udaje się złapać i doprowadzić na przesłuchanie, ale więzień nie mówi agentom tego, co chcieliby usłyszeć. Początkowo oporny, potem zrezygnowany zaczyna mówić, że otaczający wszystkich świat, pozorna wielkość Arabii i zepchnięcie Ameryki do rangi podbitej prowincji pełnej terrorystów, jest tylko ułudą i mirażem. W rzeczywistości ma być zupełnie odwrotnie. Drobne zdarzenia, znalezione w trakcie rewizji niezwykłe przedmioty i dziwaczne deja vu, dają do myślenia Mustafie i jego ludziom. Szybko okazuje się, że zagadką mirażu interesuje się wiele osób, w tym znany wszystkim, słynący z przekrętów i dziwactw, gangster Saddam Husajn oraz żyjący w glorii chwały i cieszący się rangą bohatera wojennego Osama bin Laden. 
Całość czytałam z nutą niedowierzania na twarzy, bo zawsze tak jest w przypadku, gdy autor serwuje czytelnikowi alternatywną wersję historii. Autorowi naprawdę nie brakowało inwencji, a efekty jego pomysłów możemy poznać dość dokładnie z umieszczonych po każdym rozdziale artykułów, do złudzenia przypominających wikipedię.  To z nich dowiemy się jak Arabia stała się potęgą, co wspólnego może mieć Szeherezada z Husajnem i co to są małżeństwa tymczasowe. Momentami miałam wrażenie, że niektóre z nich były pisane z lekką kpiną czy przymrużeniem oka, bo wszyscy ludzie są przede wszystkim właśnie ludźmi, a są takie nacje, które ogranicza mentalność, czy wszechobecna religia, co nie znaczy, że nie da sie tego ominąć. Można powiedzieć, że bohaterowie książki Ruffa są dobrymi ( w większości) muzułmanami, właśnie dlatego, że tak dobrze potrafią omijać religijne zakazy i nakazy. 
Czy miraż naprawdę jest mirażem i co się takiego stało, że świat tak się odwrócił? Czy tak już będzie zawsze? A może to jakaś gra lub złośliwy psikus?  Odpowiedź na to pytanie może niektórym czytelnikom wydać się banalna. Prawda jest jednak taka, że należy ostrożnie komentować otaczającą nas rzeczywistość, bo kosmos nie jest głuchy i a nuż tym razem usłyszy właśnie nas?
Z ogromną przyjemnością przeczytałam Miraż. Powieść była dla mnie wspaniałą rozrywką intelektualną i sprawiła, że na niektóre sprawy światowej wagi będę od teraz patrzeć inaczej.
Polecam powieść M. Ruffa wszystkim  lubiącym historie, których akcja dzieje się w "świecie na opak".  Będziecie zadowoleni i na pewno nie raz oczy Wam się otworzą ze zdziwienia.
Polecam.

Za możliwość "pogdybania" na temat losów świata razem z autorem Mirażu dziękuję panu Bogusławowi z Domu Wydawniczego REBIS. 
Pozdrawiam ciepło!

czwartek, 26 września 2013

"Kfiatki" z wyszukiwarki, odsłona szósta.

Dawno nie pisałam nic w tym temacie, głównie dlatego, że była posucha. W końcu się coś tam uzbierało, a że dzień dziś deszczowy, aura kapryśna, to coś wesołego można jak najbardziej opublikować.
1. jak pchnąć do grobu  -  nie wiem, czy tak realnie, czy w przenośni, choć w efekcie prowadzi to do tego samego. W każdym razie ja nigdy nie próbowałam. Nawet kreta z własnego ogrodu się pozbyć nie mogę. 
2. duch w pępku  -  zapachniało mi indiańskimi rytuałami. Pępek miejscem jest małym, to i duch musi być niewielki. No chyba, że on jest jak dżinn z butelki czy lampy.
3. tortury pępka z nożem  -  oj, zaczynam się bać. Pępków w "kfiatkach" ci u mnie dostatek i to w przeróżnych kwestiach.
4. pocałunek w pępek  -  to mogłoby nawet być przyjemne.
5. blog ludzi zdradzonych  -  według mnie lepsza byłaby jakaś grupa wsparcia.
6. grzyby 2013  -  ponoć obrodziły w tym roku, lecz ja ani nie przepadam (z wyjątkiem pieczarek), ani się znam, a zbierać jakoś nigdy weny nie miałam. Nie przepadam z tym aspektem lasu, bo paranoicznie boję się kleszczy.
7. horrory 5 minut do północy  -  ale czemu tylko do? A po, to już nie mogą być? Nie rozumiem. Limit jakiś czy co?
8. najmilsza nauczycielka  -  o, to jest piękny "kfiatek". Choć pomijając mój zawód, i tak jestem dość miła. 
9. czy Brandon zamuli?  -  ojej, nie mam pojęcia. Może faktycznie po Baśnioborze i Pozaświatowcach powinien odpocząć?
To tyle na dziś. Pozdrawiam i dobrej nocy! 
A już jutro weekend!

wtorek, 24 września 2013

Jo Walton: Wśród obcych

Autor: Jo Walton
Tytuł: Wśród obcych
Stron: 366
Wydawca: AKURAT
Moja ocena: 8/10






Powieść Wśród obcych zaliczyłabym do tych książek, które wyprzedza ich własna reputacja. Wystarczy bowiem spojrzeć na listę nagród, licznych nominacji do nagród i pochwał, by się zatrzymać i zastanowić, czy aby nie warto tej książki przeczytać.
Co ciekawe nie jest to debiut literacki walijskiej pisarki, a otrzymane za niniejszą powieść nagrody Hugo, Nebula i British Fantasy, także nie są pierwszymi w dorobku pisarki. Jo Walton otrzymała już bowiem nagrodę im Johna W. Campbella dla najlepszego nowego pisarza  w roku 2002, nagrodę World Fantasy za powieść "Tooth and Claw" w 2004 roku oraz nagrodę Prometeusza za powieść  "Ha'penny" w 2008 roku. Lista ta jest zatem imponująca i godna pozazdroszczenia. 
"Wśród obcych"  jest książką szczególną. Zachęca ilustracją okładkową w ciepłych, jasnych barwach z wyraźnie odcinającą postacią kalekiej dziewczyny w ciemnej sukience, w dodatku odwróconej do nas plecami, zapatrzonej w coś, czego gołym okiem nie widać. 
Krótko na temat treści. 
Fabuła wydaje się być prosta. Jesień roku 1979. 15-letnia Morwenna, zwana przez przyjaciół Mori, po tragicznej śmierci siostry bliźniaczki, przeprowadza się do ojca, który umieszcza ją w szkole z internatem. Wyjątkowo zdolna i bystra dziewczyna co prawda nie od razu adaptuje się w nowym środowisku, ale trzymając się własnego widzimisię i skupiając się na własnych zainteresowaniach, stopniowo tworzy sobie w szkole własne miejsce, w którym może wreszcie zapuścić korzenie. 
Nowa szkoła i nowy dom to także szansa na pogodzenie się z okrutną rzeczywistością, w której nie ma już nieodzownej siostry, traktowanej kiedyś, jak druga połowa oraz przerażająca świadomość, że gdzieś tam jest (nie wiadomo konkretnie gdzie) zaborcza matka, która nie ma dobrych zamiarów.  To także przymus pogodzenia się z własną ułomnością i faktem, że z powodu uszkodzenia biodra, noga nastolatki już nigdy nie będzie w pełni sprawna, a co za tym idzie nie pozwoli jej na taką swobodę, jak kiedyś.
Swoją samotność Mori leczy na kilka sposobów. 
Po pierwsze dużo się uczy, chcąc mieć dobre wyniki. 
Po drugie bardzo dużo czyta, choć właściwie słowo dużo, nie jest tu zbyt dokładnym określeniem. Mori dosłownie połyka książki, czytając kilkanaście tygodniowo, a jej ulubionym gatunkiem jest klasyczne fantasy i sf. Mało tego, bohaterka bardzo krytycznie podchodzi do czytanych książek, w czym nie da się nie dostrzec literackich sympatii samej J. Walton, trudno byłoby bowiem uwierzyć, że zwyczajna 15-latka ma aż tak rozległą wiedzę na temat pisarzy, literatury, motywów i wątków, a ponadto potrafi zgrabnie wszystko interpretować i łączyć ze sobą.
Jakby na dowód tego na samym końcu książki autorka umieściła obszerne wyjaśnienia do przypisów, sygnujących każdy pojawiający się w powieści tytuł.
Po trzecie i być może najważniejsze; bohaterka próbuje nawiązać kontakt z wróżkami, w których istnienie głęboko wierzy. Co więcej według niej wróżki mogą znacząco wpływać na świat ludzi i jego funkcjonowanie, gdy trzeba chronić, gdy trzeba karać. W nowym miejscu znalezienie wróżek nie jest jednak łatwe i Mori będzie z tym miała sporo problemów.
Powieść J. Walton z pewnością jest niezwykła. Nie jest to jednak powieść fantasy, której na hasło: wróżki niejeden czytelnik może oczekiwać. Tak po części było i ze mną.
Wśród obcych skupia się raczej na takich aspektach ludzkiego życia, jak dojrzewanie, szukanie akceptacji i przyjaciół oraz co chyba najważniejsze godzenie się z ciężkimi stratami, które każdego człowieka prędzej czy później w życiu spotkają. Śmierć siostry jest dla Mori swoistym hamulcem, który nie tylko przez długi czas trzyma ją w miejscu i nie pozwala pójść dalej. Najgorsze jest wszechogarniające poczucie winy i natarczywe wątpliwości, dlaczego jedna z sióstr musiała zginąć, a druga została "tylko" okaleczona.
Gdy skupimy się na tym aspekcie książki, kwestię wróżek można będzie rozpatrzyć w zupełnie innym świetle. Mało który dorosły je widzi, a i nie każde dziecko. Czy więc cały ten świat wróżek nie jest po prostu bezpieczną enklawą wyobraźni dziewczyny, która umacnia go przez lekturę licznych książek z tej dziedziny? Czy dorośli, których Mori widzi często w specyficznym świetle, jak istoty władające magią, nie są przez nią trochę demonizowani?  Czy w realnym odbiorze świata nie przeszkadza bohaterce pryzmat bólu, złych wspomnień z wypadku, rozstania rodziców i niezbyt dobrych relacji z krewnymi? Zbyt bujna wyobraźnia? Nadmierna egzaltacja? Ból, który każe uciekać w świat marzeń?
Bardzo trudno to stwierdzić. Dodam jeszcze, że powieść ma formę dziennika, pisanego prawie codziennie, jest to więc relacja bardzo subiektywna i osobista.
Do odpowiedzi na to pytanie o granicę między prawdą a tym co wyobrażone trochę czytelnika przybliża zakończenie powieści i decyzja głównej bohaterki co do jej dalszego życia. Rzecz jasna szczegółów zdradzić nie mogę.
Komu mogę polecić tę książkę? Na pewno czytelnikom, którzy lubią spokojne, klimatyczne powieści z akcją osadzoną w latach 80. Na pewno tym, którzy cenią biblioteki i długie dyskusje o książkach. Każdemu bibliotekarzowi życzyłabym takiego czytelnika jak Mori. A także każdemu, kto zachęcony moimi wynurzeniami,  miałby ochotę tę książkę przeczytać. Prawda jest taka, że każdy lubi sobie wyrobić własne zdanie, a o gustach się nie dyskutuje.
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu AKURAT.
Pozdrawiam ciepło!








Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Merlin
Księgarnia Matras
Księgarnia Gandalf

niedziela, 22 września 2013

Lucy Maud Montgomery: Błękitny Zamek

Autor: Lucy  Maud Montgomery
Tytuł: Błękitny zamek
Stron: 249
Wydawca: EGMONT
Moja ocena: 10/10






Lucy Maud Montgomery należy do tych pisarzy, których książkami zaczytywałam się w mojej wczesnej młodości. Najpierw przeczytałam całą serię książek o Ani, potem dylogię o Pat, aż wreszcie zakochałam się w trylogii o Emilii. Kibicowałam Jane próbującej pogodzić rodziców, zaśmiewałam się ze starań krewnych ciotki Becky, ale szczególnie mocno zapadła mi w pamięć historia zatytułowana Błękitny Zamek. Czytałam ją kilka razy, ale jakoś nigdy nie nabyłam własnego egzemplarza. Gdy więc w zapowiedziach wydawnictwa zauważyłam Błękitny Zamek w odnowionej szacie, nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie. W starych wydaniach Naszej Księgarni główna bohaterka miała na imię Joanna, a jej ukochany - Edward. W nowym wydaniu trochę to zmieniono, ale nie utrudnia to w żaden sposób ani czytania, ani nie wpływa na odbiór książki. 
Książki L.M. Montgomery są niezwykłe w swojej zwyczajności. Z ich kart bije tyle ciepła i miłości do świata, że trudno się im oprzeć. Niesamowitym dla mnie jest, jak skromna i zapracowana żona pastora, którą Lucy Maud była, potrafiła tyle z samej siebie dać swoim kobiecym bohaterkom. Nietrudno się bowiem domyślić, że trudne dzieciństwo, poszukiwanie swojego miejsca w świecie i miłości, walka o uznanie jako pisarka; wszystko to możemy znaleźć w losach Ani, Patrycji, czy Emilii. Zapewne wielu bliższych i dalszych znajomych pisarki także zyskało swoje miejsce w kreowanych przez nią społecznościach, trudno byłoby bowiem uwierzyć, że postaci tak wyraziste, obdarzone temperamentem i humorem, mogłyby powstać bez rzeczywistego pierwowzoru. W każdej z tych społeczności wszyscy znają wszystkich i uważają, że wszystko o sobie nawzajem wiedzą. Kwitną tu przyjaźnie, trwają zadawnione zatargi i spory, życie toczy się swoim, ustalonym trybem. W każdej z takich społeczności żyją marzycielki, dziewczyny, a potem kobiety, obdarzone większą wrażliwością, o bogatym życiu wewnętrznym, które mimo różnych przeszkód i niezrozumienia innych, podążają własną, często trudną drogą. Często kierowane rodową dumą lub ambicją odrzucają szansę na miłość, by dopiero po latach zrozumieć, że popełniły błąd. Na szczęście na naprawienie tego co się prawie zniszczyło, Montgomery  zawsze daje swoim bohaterkom drugą szansę.
Znakiem rozpoznawczym książek Montgomery są także błyskotliwe dialogi, humor skrzący się z każdej rozmowy, opisu postaci czy sytuacji, przepiękne, marzycielskie opisy przyrody i bardzo wnikliwa satyra obyczajowa, piętnująca obłudę, fałsz i chciwość.
Błękitny Zamek porusza większość kwestii wspomnianych w poprzednim akapicie. Cała powieść aż kipi od ukrytych emocji, niewymówionych nigdy na głos prawd. W osobie głównej bohaterki autorka zawarła pragnienia, myślę, wielu kobiet żyjących wówczas, ale także i dziś. Są to marzenia pozornie zwykłe, ale bardzo istotne; by kochać i być kochaną, by móc decydować o samej sobie i nie słuchać toksycznej, uciążliwej krytyki krewnych i znajomych, by zrobić wreszcie coś, co da człowiekowi poczucie spełnienia i bycia potrzebnym.
Dobiegająca trzydziestki Valancy Stirling, przez swoją rodzinę, już dawno została uznana za straconą, starą pannę. Cicha, zakompleksiona, zahukana przez despotyczną matkę i licznych krewnych, Valancy nie ma prawa ani do własnego zdania, ani do decydowania o swojej osobie w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Mieszka w wielkim smutnym domu z owdowiałą matką i ciotką, żyje według ustalonego przed wieloma laty harmonogramu, który jest nie tylko bzdurny i nudny, ale przede wszystkim skostniały i często bezsensowny. W domu Sterlingów od lat niczego nie zmieniano, nikt tu nikomu nie okazuje ciepła, zrozumienia ani czułości. 30- letnia, dorosła już przecież i niegłupia kobieta nie może wyjść do miejscowej biblioteki nie poprosiwszy przedtem matki o pozwolenie i nie wysłuchawszy steku narzekań. Nie może czytać powieści, a jedynie książki przyrodnicze, nie może wyjść bez ciepłej halki, ciągle nie może, nie może, nie może. Valancy ma co prawda bardzo bogate życie wewnętrzne, ale na zewnątrz jest całkowicie podporządkowana klanowym relacjom i rytuałom kultywowanym przez liczne ciotki, wujów i kuzynów.
Jednak któregoś dnia zdarza się coś, co spowoduje, że śpiące dotąd kamiennym snem charakter i temperament Valancy obudzą się i ruszą do działania. Przyjdą zmiany i to na tyle poważne, że klan Stirlingów, zacznie posądzać małą, biedną Dos (rodzinne przezwisko) o chorobę umysłową. Tymczasem bohaterka po uczynieniu pierwszego kroku, zrobi kolejne i diametralnie zmieni swoje życie. Zacznie żyć, tak jak zawsze chciała, robić rzeczy, o których skrycie marzyła, zyska szacunek i pokaże, że potrafi być przydatna, zaradna, a co najważniejsze odnajdzie swój wymarzony Błękitny Zamek, a w nim spokój i miłość mężczyzny, którego przez całe życie szukała.
Powieść Błękitny Zamek przeczytałam w ciągu jednego popołudnia, bo nie potrafiłam się od niej oderwać. Jest tak dobra, jak ją zapamiętałam, a nawet lepsza, bo inaczej odbiera się pewne rzeczy z perspektywy lat nastu, a inaczej z perspektywy lat 30. Książka jest dowcipna, zawiera znakomity portret obyczajowy całej rodziny Sterlingów, a także innych mieszkańców. Oprócz tego pełno tu pięknych opisów dzikiej przyrody, zabawnych sytuacji i powiedzeń, które skłaniają do refleksji. Osoba Valancy jest świetnym dowodem na to, że warto nawet najzwyklejsze marzenia spróbować przekuć w rzeczywistość, a przede wszystkim nie można tego odkładać w nieskończoność, bo człowiek nie jest wieczny, a samymi marzeniami, choćby były najcudniejsze, żyć się nie da.
Polecam Błękitny Zamek wszystkim marzycielom obu płci. W tej zwykłej niezwykłej, mającej już blisko 100 lat książce, każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Teraz powieść czyta mój M. i także bardzo mu się podoba, myślę więc, że w swoim czytelniczym zadowoleniu nie jestem osamotniona.
Polecam, bo naprawdę warto!
Za możliwość przeczytania Błękitnego Zamku serdecznie dziękuję pani Katarzynie z Wydawnictwa EGMONT .
Pozdrawiam ciepło!





A tak wyglądał Błękitny Zamek, gdy go czytałam po raz pierwszy dość, już dawno temu.

niedziela, 15 września 2013

Hannah Kent: Skazana

Autor: Hannah Kent
Tytuł: Skazana
Stron: 392
Wydawca: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 8/10






Do przeczytania powieści Skazana zachęcił mnie głównie opis treści i napomknięcie, że swoją debiutancką książkę H. Kent napisała na podstawie prawdziwych wydarzeń. I faktycznie w posłowiu odautorskim H. Kent wyjaśnia, że podczas pracy nad powieścią korzystała z archiwów parafialnych, spisów ludności i miejscowych publikacji. Rozmawiała też z wieloma Islandczykami. Wszystkie nazwy miejscowe zawarte w powieści są autentyczne, a wiele wspominanych w książce gospodarstw istnieje do dziś. Samo miejsce egzekucji jest do dziś zaznaczone kamienną płytą. Główna bohaterka Agnes Magnusdottir była ostatnią w Islandii osobą, na której wykonano karę śmierci. Już samo to dodaje opowiadanej historii smaczku i sprawia, że chce się czytać. Świadomość, że coś w przeszłości naprawdę miało miejsce, sprawia, że daną historię odbiera się zupełnie inaczej; głębiej i z większym zaangażowaniem.
Islandia, roku 1829. Małą, zamkniętą społecznością wstrząsa wiadomość o podpaleniu i brutalnym zabójstwie dwóch mężczyzn z rąk trojga służących. Dwoje z nich zostaje skazanych na karę śmierci, najmłodsza ze względu na wiek i znikomy udział w sprawie, może ubiegać się o ułaskawienie. Zgodnie z nakazem miejscowej władzy Agnes Magnusdottir (czyli córka Magnusa) musi zaczekać na swoją egzekucję w gospodarstwie urzędnika okręgowego Jóna Jónssona, jego żony i dwóch córek. Rodzina Jonssonów, a także ich sąsiedzi nie są tym zachwyceni. Pobyt Agnes w ich domu traktują jako coś w rodzaju hańby i wstydu, z drugiej strony przyda się darmowa para rąk do pracy, biorąc pod uwagę chorobę Margaret, pani domu. Początkowo Agnes jest traktowana nadzwyczaj chłodno, jak społeczny wyrzutek, czarownica, morderczyni i nikt nie chce z nią rozmawiać. Z czasem jednak zaczyna się to zmieniać. Gdy Agnes w trakcie rozmów z młodym wikariuszem, wyznaczonym na jej duchowego opiekuna, zaczyna snuć swoją historię, stopniowo zyskuje coraz więcej słuchaczy, a nawet odrobinę zrozumienia. Dni jednak mijają szybko, a pora egzekucji zbliża się nieubłaganie i wtedy już niemal wszyscy zaczynają sobie zadawać dręczące pytanie: zabiła czy nie? Winna, czy ofiara? 
Historię poznajemy z kilku punktów widzenia. Narratorką często jest sama Agnes, zwłaszcza gdy rozmawia z Totim, ale autorka oddaje także głos młodemu wikariuszowi oraz Margaret. Dzięki temu snuta opowieść zyskuje pełnię i głębię. 
Autorka bardzo dokładnie opisała sposób życia ówczesnych ludzi, ich codzienną pracę, organizację domowych obowiązków, rodzinną i społeczną hierarchię, liczące się dla nich wartości i rzeczy. W tej społeczności Agnes nie jest może zbyt mile widziana, znajdą się tacy, co ocenią ją od razu i od razu potępią, ale będą też tacy, którzy oceniając ją przez pryzmat jej pracowitości, inteligencji i posiadanej wiedzy zwłaszcza z dziedziny ziołolecznictwa,  docenią ją jako człowieka. 
Ciekawie została sportretowana sama Agnes. Przez długi czas zamknięta w sobie, wydaje się być pogodzona ze swoim losem i tym, co ją czeka. Im więcej jednak zaczyna o sobie mówić, tym lepiej widać, że jest nie tylko inteligentna i bystra. Widać, że miała swoje marzenia i ambicje i marzyła o tym, co każda żyjąca wówczas kobieta. Chciała zostać żoną, matką, gospodynią, (a nie tylko czyjąś służącą), chciała kochać i być kochana. Nie było to łatwe zważywszy na czasy, w których żyła oraz na wyjątkowo trudne dzieciństwo.
Za to w ogóle nie podobał mi się Natan i to nie tylko z powodu złej sławy, którą obrosła jego osoba, a raczej z powodu tej dziwnej niestabilności emocjonalnej, która objawiała się w najmniej spodziewanych momentach i przez którą ucierpiała nie tylko sama Agnes, ale też Rosa, Sigga i wiele innych kobiet. 
Powieść nie obfituje w jakieś wielkie wydarzenia, narracja toczy się powoli i leniwie. Obrazu sytuacji dopełniają fragmenty dokumentów i listów, dotyczących sprawy Agnes. Jednak w surowym i zimnym krajobrazie Islandii, pod skórą wielu ludzi buzują skrywane pragnienia i ambicje i to autorka opisała iście po mistrzowsku. Gdybym miała umieścić książkę w konkretnym literackim gatunku, powiedziałabym, że to dramat obyczajowy, jakich życie napisało wiele, bo w końcu to samo życie pisze najlepsze historie i scenariusze. Nie można tu oczekiwać, jakichś spektakularnych wydarzeń, czy nagłych zwrotów akcji. Jak w każdym dramacie, los bohaterki zmierza do swojego końca, o którym wiemy już na początku. I nawet nie jest to kwestia fatum, czy złego losu. Po prostu tak miało być, bo nie mogło być inaczej i tyle.
Powieść H. Kent jest dobrą lekturą dla kobiet, na chłodny, jesienny weekend. Gdy w domu już ciepło, za oknem deszczowa plucha, warto przenieść się w czasie ponad 100 lat do surowej Islandii i poznać historię Agnes, córki Magnusa. 
Polecam. Warto.

Za możliwość przeczytania Skazanej dziękuję pani Annie z Wydawnictwa Prószyński i S-ka. 
Pozdrawiam ciepło!

Recenzja opublikowana także na: