sobota, 9 marca 2013

Refleksje po Dniu Kobiet.

Z tego co mam za oknem, wynika że Pani Wiosna zaczęła mieć wątpliwości i jednak jeszcze nie przyjdzie. Wielka szkoda, bo było już tak przyjemnie, słonko ogrzewało twarzyczkę, szalik był chętnie zdejmowany z szyi, a ja wpadałam w wir kupowania doniczek i planowania co gdzie zasieję. Przyznam, że było to trochę przez dostrzeżone już gdzieniegdzie, wychodzące spod ziemi tulipany. Aż tu raptem zrobiło się mroźno i nieprzyjemnie. 
Niby co się odwlecze, to nie uciecze i w końcu Wiosna przyjdzie, ale to uczucie zawodu jest bardzo niemiłe, tym bardziej, że o sianiu i sadzeniu wcale myśleć nie przestałam. 
W tym roku wśród klasowych obchodów Dnia Kobiet królowała pizza w rozmiarze XXL. Niesamowite, jak taki kawałek ciasta z dodatkami, podany na serwetce przez usłużnego kolegę z klasy, który potem jeszcze po wszystkim posprząta, może dorastającej kobiecie sprawić radość. Wiele radości. Tak też było i u nas i muszę powiedzieć, że jestem zadowolona. 
Były też tulipany, a u niektórych róże. 
Co do mnie samej, to po ciężkim dniu w pracy, zostałam uraczona pyszną kolacją i była to dla mnie naprawdę miła niespodzianka. Choć w sumie, nie taka niespodzianka, bo mam to wyjątkowe szczęście, że przez cały rok jestem traktowana, jakby był Dzień Kobiet. I to mi sprawia najwięcej radości.
A Wam moje drogie koleżanki bliższe i dalsze, jak minął ten dzień? Czy coś lub ktoś Was mile zaskoczył? 
Pozdrawiam i dobrego dnia!

wtorek, 5 marca 2013

Raymond E. Feist: Wyprawa do Imperium Mroku

Autor: Raymond E. Feist
Tytuł: Wyprawa do Imperium Mroku
Tytuł cyklu: Saga Wojny Mroku
Wydawca: Rebis
Stron: 306
Moja ocena: 9/10


Wyprawa do Imperium Mroku to druga część Sagi Wojny Mroku autorstwa Raymonda E. Feista oraz bezpośrednia kontynuacja części pierwszej, gdyż akcja zaczyna się w zasadzie w punkcie, w którym zakończyła się poprzednio. 
Dla przypomnienia. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch połączonych szczelinami światach Kelewanie i Midkemii. Konklawe Magów staje przed poważnym zagrożeniem, jakim jest powrót szalonego maga Leso Varena, który najprawdopodobniej ma coś wspólnego z rasą Dasatich. Ci ostatni planują najazd na Midkemię i szybką kolonizację. 
Część pierwsza zrobiła na mnie dość dobre wrażenie. Może nie było jakiegoś wielkiego szału, ale było na tyle poprawnie, że z chęcią sięgnęłam po część drugą. 
Pasierbowie Caleba: Zane i Tad oraz ich przyjaciel Jommy zostają wysłani na Uniwersytet w Roldemie, celem nabrania ogłady i zdobycia nowych umiejętności. O problemach adaptacyjnych młodzieńców i o tym, jak sobie radzą czytało się naprawdę przyjemnie, może dlatego, że wątek ten powodował, że powieść lekko schodziła na tory historii młodzieżowej. 
Równolegle druga grupa bohaterów: Pug, Nakor, Magnus i opętany szałem i chęcią zabijania Ralan Bek wyruszają na niebezpieczną wyprawę do świata Dasatich, aby poznać ich naturę, nawyki. Autor stosuje tutaj dość ciekawy zabieg. Mianowicie specyfikę rasy, hierarchię, przejmowanie władzy, pozycję kobiet, magię oraz religię, obserwujemy oczami młodego Valko, który po latach życia w Ukryciu, skrupulatnie warunkowany i determinowany przez własną, mądrą i bardzo ambitną matkę, spotyka swojego ojca i przygotowuje się do przejęcia władzy. Swoisty rasizm, brutalność i rozwiązłość Dasatich mogą szokować i być może dlatego czyta się o nich  tak ciekawie.
Druga część serii jest, w moim odczuciu, znacznie ciekawsza. Czyta się szybko, chyba głównie dzięki krótkim rozdziałom i przeplatającym się w nich przygodach bohaterów. 
Dokładniej poznajemy głównych bohaterów, rys psychologiczny postaci wyraźnie został pogłębiony, choć może nie jest to jeszcze do końca to, co chcielibyśmy wiedzieć. Chyba najdokładniej przedstawiono młodego Valko, który przecież pojawił się w tym tomie po raz pierwszy.
Jeśli o mnie idzie, to chętniej dowiedziałabym się nieco więcej o Pugu i Nakorze. Pewną fabularną obietnicą jest również Ralan Bek, który czuje, że żyje dopiero wtedy, gdy dokonuje rzezi ponad dwudziestu kapłanów, a potem z dąsem stwierdza, że to mało i że nie było tak przyjemnie, jakby chciał. 
Lekturę czyta się szybko, a zakończenie historii, tym razem typowo otwarte sprawia, że od razu chce się sięgnąć po część trzecią. 
Powieść mogę jednak polecić tylko tym czytelnikom, którzy już mają za sobą część pierwszą i chyba jest to zrozumiałe. 
Jak na razie trylogia notuje tendencję rosnącą, dlatego mam nadzieję, że w części trzeciej będzie już tylko lepiej. 
Za książkę dziękuję 
panu Bogusławowi z Domu Wydawniczego Rebis.
Pozdrawiam ciepło!








Recenzja opublikowana także na:

środa, 27 lutego 2013

Raymond E. Feist: Lot Nocnych Jastrzębi

Autor: Raymon E. Feist
Tytuł: Lot Nocnych Jastrzębi
Seria: Saga Wojny Mroku
Stron: 334
Wydawca: Rebis
Moja ocena: 8/10

Raymond E. Feist jest twórcą literatury fantasy i zajmuje się tym zawodowo od ponad 30 lat. Akcja jego książek dzieje się w dwóch fikcyjnych światach: Midkemii i Kelewanie, połączonych ze sobą za pomocą magicznych szczelin. 
Pierwszym napisanym przez Feista cyklem była Saga o wojnie światów, powstała w l. 80.  W następnych latach powstawały kolejne serie, podejmujące nowe wątki, częściowo nawiązujące również do wydarzeń już opisanych oraz z udziałem już znanych bohaterów. 
Lot Nocnych Jastrzębi rozpoczynający trylogię Saga Wojen Mroku jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością tego autora i na pewno nie ostatnim.
Początkowo akcja toczy się w dwóch odrębnych wątkach, które z czasem połączą się w jeden.
Konklawe Cieni czyli rada zrzeszająca magów staje przed poważnym problemem. W okrutny sposób giną ludzie, co szybko zostaje przypisane tajemniczej gildii asasynów Czarnym Jastrzębiom. Zabójcy ci są nieuchwytni i święcie wierzą we własną ideologię, co bardzo utrudnia jakąkolwiek infiltrację grupy od środka. Złapani, wolą umrzeć, niż wydać kompanów.
Oprócz tego gdzieś wśród ważnych tego świata kryje się szalony mag, który potrafi przenosić swoją duszę z ciała do ciała, dzięki czemu nie tylko długo żyje, ale i jest równie nieuchwytny jak Nocne Jastrzębie. 
Rada czarodziejów z Pugiem i jego bliskimi na czele wszczyna dochodzenie. Odkrycie w czyim ciele przebywa Leso Varen jest kluczowe dla losów całego kraju.
We wszystkie te intrygi zupełnie przypadkiem zostają wplątani dwaj przybrani bracia: Zane i Tad. Ich matka, w trosce o ich przyszłość, prosi swojego kochanka Caleba (notabene syn Puga) o pokierowanie edukacją braci i nadanie im celu w życiu. Caleb, żeniąc się z matką chłopców, staje się jednocześnie ich ojcem, więc szybko wciąga młodzieńców w rodzinne sprawy.
Historia toczy się dość przystępnym tempem, ani za szybko, ani za wolno, dialogi są zabawne, a postaci ciekawe, czyta się więc naprawdę dobrze, tym bardziej, że książka do opasłych nie należy. Opowieść jest spójna, zaskakuje dobrze zbudowaną intrygą, co powoduje, że odbierałam ją bardziej jako powieść przygodową, niż fantasy. Zakończenie nie rozwiązuje wszystkich wątków, przeciwnie zapowiada kolejne, wszak jest to trylogia.
Pewna trudność przy odbiorze książki tkwi jednak zupełnie gdzie indziej. Już na samym początku lektury autor zarzuca czytelnika masą imion, pojawiają się nowi bohaterowie i stale są odwołania do tego co już się kiedyś wydarzyło. Dla czytelnika, który poprzednich serii nie zna, stanowi to pewne utrudnienie. Niby Saga Wojen Mroku jest oddzielną historią, ale autor wciąż odwołuje się do innych momentów  z życia swoich bohaterów. Przejrzałam sobie listę tego co napisał Feist, a trochę tego jest i okazało się, że jest cykl, o tym, kiedy Pug był młody i magiem dopiero się stawał oraz kilka innych serii o ważnych dla tej krainy wydarzeniach. Opisy treści tych książek brzmią ciekawie i aż chciałoby się od razu do nich sięgnąć, jednak pierwsze książki tego autora w Polsce pojawiły się w połowie l. 90 i teraz o niektóre z nich będzie trudno, chyba  że ktoś lubi przepłacać. W trakcie  lektury Lotu Nocnych Jastrzębi odzywało się też we mnie uczucie niedosytu oraz wrażenie, że coś przegapiłam, co podejrzewam jest efektem nieznajomości pozostałych książek tego autora. 
Dla mnie stanowi to zachętę do zapoznania się z innymi książkami Feista. Jeśli idzie o kontynuację Lotu Nocnych Jastrzębi zarówno sam świat przedstawiony, jak i bohaterowie są na tyle sympatyczni i ciekawi, że od razu sięgam po drugi tom.
Za książkę dziękuję
panu Bogusławowi
z Domu Wydawniczego Rebis. 
Pozdrawiam ciepło!






Recenzja opublikowana także na:
 nakanapie.pl
Księgarnia Matras
Księgarnia Gandalf
Ksiegarnia Fabryka.pl
Portal webook.pl

piątek, 22 lutego 2013

Stosik 2/2013





Ferie dobiegają końca. Niestety. Zimowy klimat dopisał, odpoczęłam, odespałam i naczytałam się.
Po niedzieli czas wracać do pracy i obowiązków zawodowych oraz z utęsknieniem oczekiwać na marzec, ciepłe dni i wiosnę. 
Na zakończenie ferii chciałam zaprezentować drugi w tym roku stosik. 






Kolejno od góry:
 1. J. Accardo: Dotyk, od Secretum, (Recenzja)
2. T. A. Barron: Merlin. Lustro losu, od pani Renaty z Wydawnictwa G+J  (Recenzja)
3. R. E. Feist:  Lot  Nocnych Jastrzębi, Wyprawa do Imperium Mroku i Gniew Szalonego Boga czyli Saga Wojen Mroku, od niezawodnego pana Bogusława z Rebisu. Właśnie jestem w trakcie lektury.
Wszystkim serdecznie dziękuję za książki!
Pozdrawiam ciepło!




czwartek, 21 lutego 2013

Steven Erikson: Dom Łańcuchów

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Dom Łańcuchów
Seria: Opowieść z Malazańskiej Księgi Poległych
Stron: 853
Wydawca: MAG
Moja ocena: 7/10
Dom Łańcuchów to czwarty etap mojej czytelniczej podróży po uniwersum wykreowanym z ogromnym rozmachem przez Stevena Eriksona. Jest to świat, mówiąc kolokwialnie długi i szeroki,  w którym bóstwa i siły nadprzyrodzone zdominowały w zasadzie każdą dziedzinę życia ludzkiego, a wojnę zwłaszcza. Nic nie ginie tu raz na zawsze, bo zazwyczaj podlega przemianom, których nie da się przewidzieć.
Wydanie, o którym mowa jest podzielone na 4 większe księgi, początkowo nie mające ze sobą nic wspólnego pod względem bohaterów czy wątków. Z czasem jednak czytelnik może dostrzec większą intrygę, na którą składa się wiele mniejszych elementów.
Początek powieści może wprowadzić czytelnika w pewną dezorientację, gdyż oto poznajemy losy młodego wojownika Karsy Orlonga, który wyrusza na wyprawę wojenną. Butny i traktujący wszystkich jak wrogów, co krok wpada w kłopoty lub trafia do niewoli, a i tak nie daje mu to w ogóle do myślenia. Zastanawiający może być natomiast i dla czytelnika i tych, których spotka na swojej drodze, fakt jego odporności na magię. 
Stopniowo historia wojownika zyskuje coraz więcej jasnych punktów, ponieważ okazuje się, że wcześniej (a raczej później) bohater ten był znany pod imieniem Toblakai. Okazuje się zatem, że poznawana przez czytelnika historia była retrospekcją. 
Akcja 4 tomu skupia się głównie na działaniach wojennych. Przyboczna Tavore szykuje się do zdławienia powstania nazywanego Tornadem Apokalipsy. Nie jest to łatwe, gdyż do dyspozycji ma niedobitki oddziałów, które albo składają się ze zmęczonych wojną i życiem weteranów, albo z młodych i niedoświadczonych, a co za tym idzie niezdyscyplinowanych chłopców. Przyboczna nie wie także, że na czele rebelii pod postacią sha'ik, opętana przez szaloną boginię, stoi jej młodsza siostra Felisin. Co się stanie, gdy siostry staną na przeciw siebie? 
Podporą dla wątku głównego są drobniejsze wątki poboczne, w których spotykamy znanych nam już bohaterów. Crokus, obecni zwany Nożownikiem wraz z Apsalar wyruszają z misją zleconą im przez Kotyliona. Przy okazji poznają szczegóły istnienia Pierwszego Tronu, o który już od dawna trwa walka. 
Śledzimy intrygi i walkę o wpływy, zarówno w obozie Malzańczyków, jak i u rebeliantów na pustyni. Każdy chce uszczknąć coś tylko dla siebie, nieważne jaki koszt przyjdzie mu zapłacić. Chciwość władzy potrafi rozpalić w bohaterach naprawdę przerażającą brutalność w działaniu. 
Zupełnie niespodziewanie wyjaśnia się również kwestia, która dla mnie od samego początku była zastanawiająca, a mianowicie, jak Gburka, znana obecnie jako cesarzowa Lassen, zdołała pozbawić Kallenveda tronu i sama utrzymać władzę. W tym świecie, zdominowanym głównie przez mężczyzn, taki czyn w wykonaniu kobiety, wydaje się być czymś naprawdę niezwykłym. W 4 tomie autor rzuca nieco światła na tamte wydarzenia i okazuje się, że to co pozornie wydawało się zamachem stanu, było elementem większej całości, bardzo dokładnie przemyślanej. Gra o władzę toczyła się bowiem nie tylko na ziemskiej płaszczyźnie.
Wielokrotnie odnosi się autor do symboliki łańcuchów. W Smoczej Talii powstał nie tylko nowy, tytułowy dom, z którym pozostali muszą się liczyć. Łańcuchy to różnego rodzaju zobowiązania, przysługi, niewola, którą narzucają bohaterom inni lub też oni sami przez popełniane czyny. To także opętanie przez bóstwo, splot okoliczności lub zagubienie w meandrach własnego umysłu. Pozbywając się jednych łańcuchów, często nakładamy na siebie inne, bo po prostu nie ma możliwości, by ich zupełnie uniknąć. I chyba to jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Nie ma bohatera, który nie byłby przez coś skuty.
Zakończenie powieści, zamykające jedne wątki, a otwierające kolejne (jak to bywa w przypadku serii) nie do końca mnie zadowoliło. Liczyłam, że Tavore i Felisin będą miały choć chwilę, by porozmawiać, a tymczasem wszystko odbyło się jakoś tak poza nimi. Po co w takim razie były te poszukiwania, które Tavore zapoczątkowała? Przyznam, że nie do końca rozumiem motywację Przybocznej. 
Wspominałam już wcześniej, że lektura Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych do łatwych nie należy. Trzeba się posiłkować Dramatis Personae i Glosariuszem, przeglądać załączone mapki, stale zachowywać czytelniczą czujność. Jednak bogactwo szczegółów i rozmach stopniowo wyłaniającej się z chaosu wojny intrygi, nie pozwalają zrezygnować z lektury. I chyba to właśnie stanowi o sile serii S. Eriksona. Jeżeli książka posiada w sobie coś, co mimo napotykanych po drodze trudności, każe czytać ją dalej, to zdecydowanie na to czytanie zasługuje. 
Za książkę serdecznie dziękuję 
Pani Katarzynie z Wydawnictwa MAG
Pozdrawiam ciepło!




Recenzja opublikowana także na:

wtorek, 19 lutego 2013

Elizabeth Miles: Furie

Autor: Elizabeth Miles
Tytuł: Furie
Stron: 239
Wydawca: Amber
Moja ocena: 5/10
Furie znane też jako Erynie, to najkrócej mówiąc, demony zemsty. Są bezwzględne, okrutne i bezlitosne. Zawsze wydawało mi się, że maszczą się one głównie na skrytobójcach i mordercach (taki ciężki kaliber). Przeglądając źródła dowiedziałam się jednak, że wysłuchiwały skarg na młodzież obrażającą starszych, dzieci źle odnoszące się do rodziców, czy nieuprzejmych i niekompetentnych urzędników (o tak, tak!). W sumie roboty okrutne boginie mają zatem co niemiara. Poza tym znając zawziętość dzisiejszego społeczeństwa, nietrudno się dziwić, że za byle drobiazg życzy się innym tego co najgorsze.
Siłą sprawczą (także fatalną, należy dodać) swojej debiutanckiej książki E. Miles postanowiła uczynić właśnie Furie. Pomysł naprawdę dobry. A jak z  jego realizacją? 
Małe, amerykańskie miasteczko, jakich pełno na mapie. Ferie świąteczne w perspektywie. Główna bohaterka, podkochująca się skrycie w chłopaku najlepszej przyjaciółki, przekonana, że on jednak kocha ją, a nie koleżankę. Naiwna, niestety. Ponieważ Gabby wyjeżdża na  ferie, nasza bohaterka, Em, bardzo sumiennie wypełnia prośbę przyjaciółki, aby opiekowała się Zackiem. Regularne spotkania szybko zmieniają się we flirt, a potem w ukradkowe randkowanie. Bardzo szybko okazuje się, że dla Zacka to tylko kolejny skok w bok, a Em jest dla niego tylko rekordem do zaliczenia. Em jednak dość długo się łudzi i właśnie ta jej naiwność bardzo mnie irytowała. 
Drugi bohater to Chase, szkolna gwiazda sportu,  chłopak na pozór w porządku. Co prawda przyjaźni się z Zackiem i często go kryje, ale jego spokój i skłonność do przemyśleń budzą sympatię. Chase ma jednak pewien sekret, który doprowadzi go do zguby.
Tymczasem w miasteczku pojawiają się trzy tajemnicze dziewczyny, bohaterom ktoś podrzuca czerwone storczyki, Chase zakochuje się w magnetycznej Ty, a Em czuje się śledzona. Oprócz tego nad radością młodzieży ze świąt, ciąży ponury fakt, że jedna z uczennic skoczyła z wiaduktu i w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Nikt za bardzo jej nie lubił, wielu się z niej wyśmiewało, więc przyczyna wydaje się być oczywista. 
Jak już wspomniałam, pomysł niezły,  gorzej z wykonaniem. 
Same Furie zostały przedstawione jako beztrosko uśmiechające się psychopatki, które aby się zemścić, stosują tricki rodem z gimnazjum, np. podszywanie się pod nadawcę sms-a, by zwabić ofiarę na opuszczony plac budowy.  
Na kilka stron przed końcem jedna z bohaterek stwierdza, że z Furiami nie idzie się dogadać, bo są nieprzekupne i nie spoczną, dopóki nie osiągną swojego celu. Racja. I jakby przecząc samej sobie, kilka stron dalej autorka doprowadza główną bohaterkę do sytuacji, w której jedna z Furii, zawiera z nią coś w rodzaju układu. Co takiego miała w sobie przeciętna nastolatka, że tysiącletnia istota, nagle zmieniła swoje plany? 
Kolejna sprawa. Chase za to co zrobił może i na karę zasłużył (tylko czy akurat na tak brutalną?), ale żeby ścigać małolatę, która odbiła koleżance chłopaka - manipulanta? Nie twierdzę, że Em nie zrobiła nic złego, chodzi mi tylko o wagę wykroczeń. Gdyby potępiać takie grzeszki, to Furie w ogóle nie wyrabiałyby się z robotą. A już w Hollywood zwłaszcza.
I po trzecie. Jak niby u licha, dwie zwykłe dziewczyny, po uprzednim naczytaniu się mitologii, mają powstrzymać Furie? Tego to już sobie kompletnie nie wyobrażam. Co? Założą amulety na szyję i będą rzucać improwizowane zaklęcia? 
Jednym z nielicznych plusów tej książki jest łatwość i szybkość, z jakimi się ją czyta. Piękna okładka również przyciąga wzrok. Momentami nawet udaje się autorce stworzyć klimat niepokoju.  Tylko, że to niestety za mało, by powstała dobra historia. Im dalej w fabułę, tym mniej wszystko trzyma się całości. A szkoda, bo mogło z tego wyjść naprawdę coś fajnego i wyróżniającego się na tle tych mnóstwa powieści kierowanych ostatnio do młodzieży.
Książka miała być dla mnie oddechem po trudniejszej lekturze i w zasadzie swoją rolę spełniła, ale i tak mam żal. Że nie było lepiej, niż się zapowiadało. 
Nie polecam. Szkoda czasu. 


poniedziałek, 18 lutego 2013

Lenistwa i relaksu słodki czas...

Trwają ferie. Długo na nie czekałam, bo pomorskie ma je w trzeciej turze, ale wiadomo, że co się odwlecze, to nie uciecze. 
Dla mnie odpoczynek jest wtedy, gdy mam wolne i mój umysł tak się przestawia, że w ogóle nie myślę o pracy.
Najprzyjemniej jest złapać się na myśli, że nie ma nic do zrobienia na tzw. już. Tylko rodzina, dom i pełen komfort psychiczny.
Dziś co prawda musiałam wykonać mój obowiązek kronikarza i uzupełnić kronikę, ale poszło dość sprawnie, więc jestem zadowolona z wyników. 
W poprzednim tygodniu sporo czytałam, a dzisiejsze zajęcie traktuję jak przerywnik w czytaniu. Też tak czasem macie? Że natłok fikcyjnych historii i informacji jest tak duży, że trzeba przez chwilę odpocząć? Dlatego dzisiejsze zajęcie było jak najbardziej korzystne. I znowu mogę wrócić do czytania. 
Za pasem marzec. Z optymizmem czekam na jego nadejście, bo wtedy już nic nie stanie wiośnie na przeszkodzie. Będę się upajać słonecznym światłem, którego teraz tak mi brakuje i jak wariatka sadzić cebule kwiatowe, które już teraz gromadzę.
Ech, ogółem jest ok. 
A jak Wam biegnie feryjny czas?
Pozdrawiam!