czwartek, 13 sierpnia 2015

Kai Meyer: Arkadia płonie

Autor: Kai Meyer
Tytuł: Arkadia płonie
Seria: Trylogia Arkadia, t.2
Stron: 416
Wydawca: Media Rodzina






Gdyby pół roku temu ktoś powiedział Rosie, że jej wyjazd na rodzinną Sycylię zaowocuje tym, że dziewczyna zostanie głową mafijnej rodziny, która w dodatku ma mitologiczne korzenie, Rosa najprawdopodobniej popukałaby się znacząco w czoło. 
Teraz kilka miesięcy później Rosa już wie, że wcale nie są to żadne brednie, a historia jej rodziny i innych rodzin sycylijskich jest bardziej zawikłana, niż w niejednej telenoweli. 

Kai Meyer stworzył coś naprawdę godnego uwagi dla czytelników, którzy szukają w licznej rzeszy książek czegoś innego. 
Akcję umieścił na skąpanej słońcem Sycylii, nastolatkę po dramatycznych przejściach uczynił członkiem jednej z mafijnych rodzin, a poszczególnym rodom nadał umiejętność zmieniania się w zwierzęta. Brzmi dziwnie? W czytaniu smakuje jeszcze lepiej! 

Po tragicznych wydarzeniach z części pierwszej Rosa jest obecnie jedyną żyjącą kobietą z rodziny Alcantara co równa się temu, że od teraz stoi na czele rodziny, jest jego głową. Przyznam, że pierwsza część mimo że miała duży potencjał, nie spełniła moich oczekiwań. Ta historia może mieć w sobie tyle żaru, że powinna porwać czytelnika, a tymczasem w tomie pierwszym raz po raz wiało nudą, bohaterowie byli sztywni, a sama kwestia przemiany głównej bohaterki też nie została właściwie wyeksponowana. To dlatego po drugi tom trylogii sięgnęłam tak późno i w sumie szkoda, bo jest on dużo lepszy niż pierwszy. 

Rządzenie rodziną i prowadzenie nielegalnych interesów Rosa ma na razie daleko gdzieś. Bardziej interesuje ją kwestia własnej przeszłości i roli rodziców w tym wszystkim. To dlatego bohaterka wraca na krótko do Ameryki, by porozmawiać z matką. Tam, po części przez nieostrożność, po części przez głupotę, trafia w sam środek polowania, które dla rozrywki urządzają sobie nowojorscy członkowie rodziny Carnevare. Przy tej okazji Rosa dowiaduje się kilku ważnych szczegółów na temat wydarzeń w nocnym klubie sprzed półtora roku, kiedy to padła ofiarą gwałtu. Z dużym zaskoczeniem dowiaduje się, że Alessandro był wtedy w klubie. Czyżby ukochany coś przed nią ukrywał? 

Jak już wspomniałam wcześniej, część druga jest dużo lepsza niż pierwsza. 
Rosa nadal pakuje się w kłopoty, jednak trochę wychodzi ze swojej skorupy i coraz gorliwiej stara się poznać tajemnice własnej rodziny i przeszłości, którą do tej pory postrzegała zupełnie inaczej. Nie jest w tym wszystkim sama; u jej boku wiernie trwa Alessandro. 
Związek młodych ludzi z dwóch wrogich rodzin budzi ogólną niechęć i rodzi liczne komplikacje, na szczęście bohaterowie stanowczo trwają przy swoim. Kluczem jest oczywiście wzajemne zaufanie, bo wszyscy naokoło będą się teraz starali obrócić ich przeciw sobie. Jednak młodzi ludzie pomni przeszłości arkadyjskich dynastii, starają się działać razem. Ich miłość rozwija się, a najzabawniej jest wtedy, gdy ich zwierzęca natura bierze górę. Sceny te były naprawdę śmieszne i pozwoliły uniknąć niepotrzebnego w tej sytuacji patosu. Nie ma tu westchnień spod znaku Romea i Julii, całe szczęście. 

W tomie drugim akcja skupia się na poszukiwaniu zatopionych posągów, próbach dowiedzenia się kim lub czym jest Tabula oraz czym jest tajemnicze serum w piwnicy. 
Dzieje się tutaj całkiem sporo i wygląda na to, że najwięcej trupów zawsze znajduje się we własnej szafie, o czym Rosa niebawem się przekona. Wydarzenia lub ludzie, którzy początkowo wydawali się nieistotni teraz nabierają kluczowego znaczenia, dzięki czemu cała intryga pogłębia się. 

To właśnie lubię w rodowych historiach: stare sekrety, odgrzebywanie ukrytych tajemnic i powiązań, bo takie właśnie elementy powodują, że książkę czyta się z zapartym tchem i od razu  chce się sięgnąć po kolejny tom. 
Polecam!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Brittainy C. Cherry: Kochając pana Danielsa

Autor: Brittainy C. Cherry
Tytuł: Kochając pana Danielsa 
Stron: 432
Wydawca: FILIA






Lubię historie o miłości, zresztą kto ich nie lubi? Napełniają człowieka optymizmem i nadzieją, że i jemu przytrafi się jakaś piękna miłosna przygoda, która, najlepiej by było, potrwa do końca życia. Przyjemnie jest obserwować perypetie bohaterów, kibicować im, a nawet czasem krytykować. Im więcej przeszkód, tym lepsza historia. 

O powieści Kochając pana Danielsa czytałam same dobre opinie, a sam opis, sugerujący miłość zakazaną, jeszcze mocniej mnie zaciekawił, tym bardziej, że jakoś tak założyłam, że nie zakończy się hucznym happy endem. 

19-letnia Ashlyn ciężko przeżywa przedwczesną śmierć siostry. Nie może liczyć na wsparcie rodziców; pogrążona w nałogu i żalu matka ledwie potrafi z córką rozmawiać, a ojciec, który dawno zostawił rodzinę, jest teraz jak obcy człowiek. Tym trudniej bohaterce przyjdzie z nim zamieszkać, gdy na miejscu dowie się, że ma on nową rodzinę. Ashlyn czuje się porzucona i zepchnięta na margines, nie widzi dla siebie przyszłości. I wtedy zupełnie przypadkiem poznaje Daniela. Zupełne zaskoczenie: myślą podobnie, kochają sztuki Szekspira, mają te same marzenia i obawy. Idealne zgranie, symfonia dusz, przeznaczenie. 
Jest tylko jeden problem. Ashlyn jest uczennicą, Daniel jej nauczycielem. Bohaterowie zdążyli się już jednak zakochać i nie potrafią okiełznać swoich uczuć, dlatego rozpoczyna się potajemny romans. Błędem byłoby jednak myśleć, że jest to jedyny i dominujący wątek tej książki. 
Do romansu Ashlyn i Daniela dodane są inne, mniejsze wątki. Mamy tu zatem dysfunkcyjną rodzinę ojca głównej bohaterki. Nowa partnerka Rebbeca i dwoje pasierbów Hailey i Ryan, nigdy nie pogodzili się z tragiczną śmiercią ojca rodziny, oprócz tego dorastający Ryan deklaruje się jako gej, co wyraźnie nie podoba się jego matce. 
Daniel boryka się z tragiczną śmiercią matki i niedawnym odejściem ojca, a  także handlującym narkotykami bratem. 
Być może dlatego główni bohaterowie tak szybko się zakochują i tak do siebie lgną. Potrzeba bliskiej osoby, która rozumie, nie osądza i wspiera jest u nich ogromna. Jeśli druga osoba potrafi sprawić, że się śmiejesz, że w ogóle chcesz wstać z łóżka następnego dnia, że ma cię za najpiękniejszą i najmądrzejszą, to stopniowo wracasz do normalnego życia. Jak zatem nie kochać kogoś takiego? 
Jestem w stanie zrozumieć okoliczności, które bohaterów połączyły. Są jednak w tej książce sprawy, które wydają mi się niewiarygodne. 
Jakim cudem w tak małej miejscowości nikt nie dostrzega spotkań uczennicy i nauczyciela? Jak ostrożni by nie byli, ludzie przecież mają oczy i są wścibscy, tymczasem Ashlyn i Daniel ciągle się gdzieś spotykają, kradną chwile, by razem pobyć i nikt nic nie widzi. Czy sam ojciec dziewczyny, notabene zastępca dyrektora szkoły naprawdę jest tak ślepy, że niczego nie podejrzewa? A koledzy i koleżanki? Ashlyn i tak stała się dość popularna  i rozpoznawalna ze względu na swój biust i naprawdę nikt, nic? 
Przed śmiercią siostra zostawiła dla Ashlyn pudełko z listą rzeczy, które dziewczyna ma wykonać.(Motyw zaczerpnięty z P.S. Kocham cię C. Ahern).  Za każde odhaczenie punktu Ashlyn może przeczytać jeden list od Gabby. To motywuje ją do wykonywania kolejnych rzeczy, co w gruncie rzeczy ma jej pomóc wrócić do normalnego życia, znaleźć przyjaciół, zakochać się, wrócić do pisania książki. Mylnie sądziłam, że będzie to główny wątek książki, który ładne splecie się z romansowym, jednak nie. 

Momentami miałam wrażenie, że autorka nie mogła się zdecydować, czy zająć się rozchwianym emocjonalnie Ryanem, czy zagubioną Hailey, czy może kłopotami Daniela z bratem. Potem okazywało się, że jest jeszcze romans nauczyciela z uczennicą. Nie wiem, dlaczego, ale jak początek historii był obiecujący, tak mniej więcej w połowie zaczęłam się nudzić i ani teraz rzucać, ani czytać dalej. Nie pomogły cytaty z piosenek Daniela, ani piękne słowa o miłości. Pozostało tylko uczucie znużenia i wrażenie, że ta historia miała pójść zupełnie innym torem. 

Spodziewałam się czegoś zupełnie innego i przyznam, że trochę szkoda mi czasu, który tej książce poświęciłam. Zabrakło mi napięcia, które koniecznie powinno towarzyszyć romansom zakazanym. Zabrakło mi piętrzenia trudności, gdy sprawa wychodzi na jaw, w końcu to najlepszy sprawdzian dla tego, co dwoje ludzi połączyło. Przetrwają, znaczy to, że łączy ich coś o co warto się starać; nie przetrwają: albo są niedojrzali, albo łączył ich tylko kaprys, poryw namiętności, atrakcyjny tylko wtedy, gdy jest sekretem. Tutaj tego nie było.
Wszyscy wciąż piszą, jak piękni się w tej książce mówi o miłości, bo w końcu językiem Szekspira. Jednak jak dla mnie, jeśli to faktycznie trudna miłość, a trudna z wielu względów, o których było powyżej, to same słodkie słowa i zapewnienia, to jak dla mnie za mało. Przykro mi, ale nie kupuję tego.
Spodziewałam się książki z fabułą bardziej w stylu 10 płytkich oddechów czy Jedno, małe kłamstwo, ale okazuje się, że to dwie zupełnie różne płaszczyzny. 
Co było nie tak z moim odbiorem? Nie wiem, ale wiem, że już dawno się tak nie wynudziłam.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Wilbur Smith: Ognisty bóg

Autor: Wilbur Smith
Tytuł: Ognisty bóg
Seria: Cykl egipski, t. 5
Stron: 512
Wydawca: ALBATROS





Urodzony w Afryce Wilbur Smith, uczynił Czarny Ląd miejscem akcji wielu swoich powieści.  Sławę i uznanie przyniosła mu wydana w 1964 r. powieść Gdy poluje lew, rozpoczynająca serię książek o wpływowej i bogatej rodzinie Courtney'ów. Po tym sukcesie, Smith porzucił pracę księgowego i został pisarzem na pełen etat. Od tamtej pory wydał blisko 40 powieści, a kilka z nich przeniesiono nawet na ekran. 

Ognisty bóg to piąty tom cyklu zwanego egipskim. Akcja obejmuje czasy faraonów, a głównym bohaterem cyklu jest niewolnik Taita, który stanowi też pewną klamrę dla wszystkich tych historii. Dlaczego? Ponieważ Taita nie jest zwykłym niewolnikiem. Posiada nie tylko niezwykle bystry i rzutki umysł, zna obce języki, jest oczytany i pomysłowy wielu dziedzinach. Z racji tego, że nie do końca jest człowiekiem, może żyć bardzo długo, co czyni go naocznym świadkiem wielu przemian, jakim ulega Egipt, za kolejnych przychodzących i odchodzących władców. Liczne talenty Taity, prowadzą go wysoko na szczyty władzy, czyniąc go najbliższym doradcą młodego faraona, którego jest także zresztą wychowawcą. Każdy inny przyboczny starałby się wykorzystać nadaną mu władzę do własnych celów. Jednak szczerze przywiązany do młodego faraona Taita, stara się robić wszystko dla dobra kraju i swoich trojga wychowanków, bo oprócz młodego władcy, Taita wychowuje także jego dwie młodsze siostry. 

W tomie 5 Taita zostaje obarczony wyjątkowo trudną i odpowiedzialną misją. Podzielony Egipt staje w obliczu zagrożenia najazdu ze strony wojowniczego plemienia Hyksosów. Sprytny niewolnik ma jednak dalekosiężny plan, którego celem będzie nie tylko wyeliminowanie barbarzyńców, ale też skierowanie ich agresji zupełnie gdzie indziej. Jednak na tym nie koniec. Wraz z całym tabunem ludzi i młodymi księżniczkami, Taita, jako prawa ręka faraona, wyrusza w długą podróż w górę Nilu, przez Półwysep Arabski, aż do Babilonu, a potem na Kretę. Chce zapewnić Egiptowi nie tylko nowe okręty bojowe, ale i sojuszników politycznych, dzięki mariażowi z egipskimi księżniczkami. 
Długa i wyczerpująca podróż przez pustynię będzie obfitować nie tylko w liczne zasadzki i przygody, ale też będzie swoistym sprawdzianem z umiejętności Taity, który ciesząc się łaską boga Horusa i względami bogini Isztar, da sobie radę w każdej sytuacji. 

Początkowo byłam nastawiona do książki sceptycznie. Mam w domu wielkiego fana powieści Wilbura Smitha i sporo się już o nim nasłuchałam, głównie, że jego książki bardzo wciągają, ale też są brutalne i chyba tej brutalności obawiałam się najbardziej. Okazało się, że w przypadku Ognistego boga obawy te były nieuzasadnione. 
Powieść napisana jest jasnym, przystępnym językiem, a sprawna narracja nie pozwala na nudę. Czyta się szybko, rozdział za rozdziałem i ani się człowiek obejrzy, a tu już koniec. Duża w tym zasługa samego głównego bohatera, który jest największym atutem powieści. 
Taita to nie tylko zręczny dyplomata i zdolny strateg, to przede wszystkim kochający i lojalny człowiek, który, choć ma świadomość, że polityczne posunięcia są najważniejsze dla dobra kraju, to dla swoich księżniczek zrobiłby dosłownie wszystko. Chyba żaden rodzic tak nie rozpieszcza swoich córek, jak Taita Tehuti i Bekathę. 
Drugą sprawą jest wszechobecny dowcip i język narracji. Spostrzegawczy i doświadczony Taita zna się na ludziach jak nikt i co chwila opisuje towarzyszy podróży w jakiś zabawny sposób, np. pierwsze zauroczenie młodziutkich księżniczek określa jako przegrzanie jajników. Druga sprawa to samoocena bohatera, który obiektywnie ma się za najpiękniejszego, najmądrzejszego i najwspanialszego człowieka, jaki chodził po ziemi. Dowcip tkwi w słownictwie, za pomocą którego to opisuje. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i niesłychanie mnie to bawiło, tym bardziej, że bohater nie mówił tego celem przechwalania się, a po prostu stwierdzał to jako fakt. 

W bardzo subtelny sposób przemycił autor różne szczegóły i ciekawostki z życia starożytnych, dotyczące higieny osobistej, jedzenia, mieszania, medycyny, a nawet budowania okrętów czy nawadniania ogrodów. Niby są to drobiazgi, ale dzięki temu świat przedstawiony jest bardziej wiarygodny i naprawdę przyjemniej się czyta.  

Ognisty bóg spodoba się miłośnikom prozy Wilbura Smitha i tym, którzy lubią czytać o świecie starożytnym. Myślę jednak, że każdy kto szuka dla siebie dobrej powieści przygodowej z odrobiną intrygi, tajemnicy i mitologii, bo są tu i takie odwołania, też powinien być zadowolony. 
Polecam.
 Dziękuję!
Recenzja napisana dla portalu Secretum.pl

piątek, 7 sierpnia 2015

K. Bromberg: Napędzani pożądaniem

Autor:K. Bromberg
Tytuł: Napędzani pożądaniem
Seria: Driven t.2.
Stron: 472
Wydawca: Helion







Ostatnio przeczytałam pierwszą część wyścigowej trylogii Driven. Jest to historia burzliwej miłości typowej grzecznej dziewczyny i złotego bad boya z mrokiem w duszy. Pierwsza część była zabawna i napisana z pomysłem, a zakończyła się w dość niespodziewanym momencie, dlatego od razu sięgnęłam po część drugą. Poniżej moje wrażenia z lektury. 

Gdy Rylee Thomas poznaje Coltona Donovana i chcąc nie chcąc zostaje z nim związana pracą, wie że od tej pory jej życie już nie będzie takie jak do tej pory. Koniec z bezpieczeństwem i umartwianiem się po tragicznej śmierci narzeczonego. Czas na pożądanie, wyzwolenie pragnień, czas na romans, który, jak ma nadzieję bohaterka, pozwoli jej zamknąć pewien etap w życiu. Jednak nic bardziej mylnego. 
Urok i osobowość Coltona są tak wszechobecne i wszechogarniające, że pomimo oczywistych zapewnień z jego strony, że nie wiąże się na dłużej, Rylee zaczyna się w nim zakochiwać i marzyć po cichu, że może wyrwie ukochanego z trzymającego go na uwięzi przeżytego w dzieciństwie koszmaru. Co z tego będzie? 

Druga część serii przybliża czytelnikowi osobę Coltona, a dzięki temu, że od czasu do czasu autorka czyni go narratorem dowiadujemy się co się dzieje w głowie tego człowieka. Poznajemy treść dręczących go koszmarów, dowiadujemy się o jego życiu już po adopcji i śledzimy powolny i bardzo żmudny proces dorastania do tego, by otworzyć się przed drugą osobą. 
Dzięki wprowadzeniu nowych postaci mamy też okazję spojrzeć na bohatera oczami innych i co najciekawsze, mimo tak niskiej samooceny, każda  z osób z otoczenia Coltona widzi go jako dobrego i kochanego człowieka, choć często dość trudnego w relacjach z innymi. 
Mimo minionych przeżyć, bohater miał w życiu naprawdę dużo szczęścia; jego adopcyjni rodzice i siostra darzą go ogromną miłością, a członkowie ekipy wyścigowej, zwłaszcza Becks, stoją za nim murem. 
Wszystko to jednak blednie w starciu z koszmarami, które cyklicznie powracają i czynią z Coltona człowieka zimnego i odpychającego. Przeżyta w dzieciństwie trauma, każe bohaterowi szukać wytchnienia w przygodnych związkach z kobietami. Lekarstwem na wszystko ma być seks; on pozwala zapomnieć, wyżyć się, odetchnąć. 
Być może dlatego prezentując bardziej szczegółowo głównego bohatera, autorka umieściła w tomie drugim dużo więcej scen seksu niż w części pierwszej. 
Od momentu poznania Rylee, Colton postępuje według tego samego schematu, z tą różnicą, że tym razem jest to tylko jedna kobieta. Stąd Rylee dostaje od niego emocjonalną huśtawkę: dobre chwile przeplatają się ze złymi, sceny kłótni z seksem na zgodę, aż w końcu bohaterka zaczyna sobie zadawać pytanie, czy naprawdę takiego związku chciała? Bilans końcowy nie wychodzi zbyt pozytywnie. Walczy się o kogoś, bo się kocha, ale czy można walczyć o kogoś, kto już dawno ma się za przegranego? 

To co się najlepiej udało autorce w tomie drugim, to pokazanie miłości fizycznej w roli zagłuszacza bólu. Gołym okiem widzimy jednak, że nie działa to zbyt długo i tak naprawdę leczy tylko zewnętrzne objawy, a przyczyny gdzieś tam głęboko w człowieku nadal tkwią. To, co przeżył Colton jest straszne i choć czasami naprawdę miałam go serdecznie dość, to jestem w stanie zrozumieć, dlaczego stał się taki w dorosłym życiu. 

Tom drugi kończy się  naprawdę mocnym akcentem i jestem ciekawa, co też zaserwuje nam autorka w tomie finałowym.

środa, 5 sierpnia 2015

Lauren Oliver: Requiem

Autor: Lauren Oliver 
Tytuł: Requiem 
Seria: Delirium, t.3
Stron: 392
Wydawca: Otwarte 







Niektórzy ludzie postanawiają sobie, że będą w życiu kierować się rozumem i chłodną kalkulacją, dzięki czemu osiągną sukces. Świadomie godzą się na to, że w ich życiu nie będzie miejsca na miłość i wszystkie rozterki z nią związane. Uważam, że jeśli im to wystarcza i ich zadowala, to wszystko jest w porządku. 
Są też i tacy, którzy realizują się dopiero wtedy, gdy kochają i są kochani i nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej. Ponownie; jeśli to ich świadomy wybór, wszystko jest, jak być powinno. 
Kluczem jest tak naprawdę wolna wola i świadomość wyboru. 
Jednak co by było i jak wyglądałoby życie ludzi, gdyby odgórnie, za nich decydowano, że miłość to choroba i pozbywano się jej za pomocą pozornie prostego zabiegu? Jak wyglądałoby życie takiej społeczności? 

Bohaterowie trylogii Delirium mają okazję przekonać się o tym na własnej skórze, bo właśnie w takim świecie przyszło mi żyć. Lena, Alex, Julian, Raven, Coral, Tack i inni wybrali życie na marginesie społeczeństwa. Decydując się na ucieczkę przed zbiegiem, skazali się na życie buntowników, ściganych przez rząd. Od teraz są wrogami porządku publicznego, zarazą, którą należy wyplenić, inaczej się rozprzestrzeni. Do czego dojdzie, gdy te dwie grupy społeczne: Wyleczeni i Odmieńcy spotkają się? Siłowego konfliktu raczej nie da się uniknąć. 

Tom drugi trylogii zakończył się dramatycznie dla głównej bohaterki. W bolesny dla siebie sposób Lena przekonała się, że była pionkiem w rękach ruchu oporu. Wydawało się jej też, że ból po śmierci Alexa minął i dziewczyna jest gotowa, by obdarzyć uczuciem Juliana. Ku własnemu przerażeniu Lena dowiaduje się, że Alex jednak żyje. Co teraz? Czyżby autorka chciała uraczyć czytelnika łzawym finałem sowicie okraszonym rozterkami Leny, rozbitej między uczuciami do Alexa i Juliana? Na szczęście nie. 

Trzeci, finałowy tom trylogii zdołał uniknąć popadnięcia w schematyczny, romantyczny wzór. 
Fabuła Requiem jest prowadzona dwutorowo i z dwóch perspektyw. 
Lena opowiada o tułaczce Odmieńców przez Głuszę, twardej walce o przetrwanie, o stopniowo budzącej się świadomości, że człowiek potrzebuje wolności i nie można go zredukować do sztywno myślącego automatu. Niewyleczeni to bardzo liczna grupa społeczna i teraz mamy okazję zobaczyć, w jakich warunkach żyją ci ludzie i że nie można tego problemu po prostu zamieść pod dywan. 

Oczami Hany, która obecnie szykuje się do ślubu z burmistrzem Portland, zobaczymy podejście władz do problemu, jakim według nich są ludzie, którzy z różnych względów nie przeszli zabiegu. Środki restrykcyjne, które zamierza podjąć nowy burmistrz ścinają krew w żyłach. 

Stopniowo te dwie narracje połączą się w jedną, a dwie strony: Wyleczeni i Odmieńcy spotkają się. Zmiany w społeczeństwie nadejdą nieuchronnie. Co z tego wyniknie? Otóż nie wiadomo i uważam, że w takim właśnie zakończeniu tkwi największa siła tej historii.

W pewnym momencie, dość kluczowym, autorka zostawia swoich bohaterów, a czytelnik sam może sobie dopowiedzieć resztę, co nie jest takie trudne, jeśli uważnie czytało się końcowe rozdziały.  Miło zaskoczyło mnie takie właśnie podejście do tematu, raczej rzadkie wśród autorów powieści dla młodzieży, i bardzo mi się ono podobało. Co bohaterowie zrobią i jak dalej pokierują swoim losem? To już zależy od nich samych, tak jak w życiu bywa. 

Trylogia Delirium, opowiadająca o świecie, w którym pozbawia się ludzi możliwości przeżywania namiętności i uczuć spokrewnionych z miłością, naprawdę zasługuje na uwagę czytelników. To nie tylko opowieść o walce o to co ważne w życiu, ale też o dorastaniu do samodzielnego podejmowania decyzji i ponoszeniu konsekwencji.

Delirium
Delirium | Pandemonium | Requiem

oraz świetna powieść tej samej autorki:
7 razy dziś
 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Lauren Oilver: 7 razy dziś

Autor: Lauren Oilver
Tytuł: 7 razy dziś
Stron: 384
Wydawca: Otwarte






Przykro to mówić już na samym wstępie, ale Sam i jej koleżanki nie są miłymi, sympatycznymi licealistkami. Te cztery dziewczyny, jakby nie były ze sobą zżyte, dla innych są złośliwe, paskudne i niemiłe. Biedniejszych, czy słabszych w nauce kolegów i koleżanki traktują jak śmieci. Uchowaj Boże, aby poznały jakiś wstydliwy sekret, bo za chwilę będzie wiedziała o tym cała szkoła. Jeśli już się do kogoś przyczepią, ich pomysłowość w dręczeniu tej osoby nie będzie miała granic. Oprócz tego ubierają się wyzywająco, nadmiernie piją i palą, wagarują i wydaje się, że nie przestrzegają żadnych zasad. 
Gdy patrzy się na te dziewczyny oczami jednej z nich, Sam, która jest narratorką, wygląda na to, że prywatnie nie są takie złe. Mają swoje hobby, pasje i plany. Kiedy jednak działają w grupie, są po prostu straszne.
Wszystko jednak ulega zmianie, gdy nadchodzi walentynkowa impreza w domu jednego z uczniów, wieńcząca szkolny Dzień Kupidyna. To tam dochodzi do kilku incydentów, które zmienią życie wszystkich, a życie niektórych zakończą. 
Gdy późną nocą Sam, Lindsey, Elody i Allie wracają z imprezy, mają wypadek. Sam siedząca obok kierowcy doznaje głębokich obrażeń i umiera na miejscu. Ku swojemu przerażeniu i dezorientacji, następnego dnia budzi się we własnym łóżku i ze zgrozą stwierdza, że znowu jest piątek! Początkowo myśli, że wszystko się jej tylko śniło, ale szybko dochodzi do wniosku, że dzień się powtarza. Znowu jadą tą samą trasą do szkoły, planują drobne złośliwości, a Sam doświadcza żartów ze strony koleżanek, które trochę nabijają się z jej decyzji pójścia pierwszy raz do łóżka z chłopakiem.
Od tego momentu sądny dzień powtórzy się jeszcze 7 razy, a Sam będzie miała okazję przyjrzeć się nie tylko sobie, ale też swoim koleżankom i całemu szkolnemu środowisku z nauczycielami włącznie. Wszystko okaże się zupełnie inne, niż do tej pory myślała, pozna brudne sekrety, o istnieniu których wolałaby nie wiedzieć. Zorientuje się też, że czasem drobne, jak się jej wydawało, złośliwości mogą drastycznie wpłynąć na czyjeś życie i na zawsze go skrzywdzić. 

Przy pierwszych powtórkach Sam przybiera postawę buntu. Nie rozumie, dlaczego akurat ona przeżywa wciąż od nowa ten sam dzień i nie ma pojęcia co ma zrobić. Jednak stopniowo zaczyna bardziej krytycznie patrzeć na to co się dookoła niej dzieje i rozumie, jak wiele może zmienić jedna osoba. A jeśli jedna może aż tyle, to co byłoby gdyby każdy postarał się choć odrobinę? 
Po kilku niezbyt udanych próbach, Sam już rozumie, że jej celem jest uratowanie życia. Ale czyjego, to już nie zdradzę, aby nie psuć przyjemności czytania. 

Autorka powieści w bardzo krytyczny sposób przedstawiła środowisko szkolne i domowe młodych bohaterów. Rozwody i nałogi rodziców unieszczęśliwiają dzieci, ile by nie miały lat. Zapracowani rodzice nie dostrzegają cierpienia dorastających dzieci, dla których jedynym lekarstwem na brak akceptacji i bliskości są alkohol, narkotyki i szybki seks bez zobowiązań. Tacy młodzi, a już często życiowe wraki, wyżywają się na innych ludziach, bo tylko to kompensuje im, to czego w głębi duszy tak bardzo pragną: miłość, poczucie własnej wartości i podziw innych.

7 razy dziś to piękna, dojrzała opowieść o tym, że czasem zbyt późno doceniamy, to co ważne w naszym życiu. W pogoni za popularnością i poklaskiem, zapominamy o bliskich, przyjaciołach, pięknie otaczającego nas świata i momentach drobnych, takich jak szczęście, gdy jesteś z kimś, kto cię potrzebuje i lubi dla ciebie samego. 
Zakończenie powieści może zaskakiwać, ale jest naprawdę logiczne i spójne z wydarzeniami z prologu. Czasem warto postawić kogoś przed własną osobą, zdławić próżność lub samolubstwo i pomóc temu, kto tej pomocy rozpaczliwie potrzebuje. Książka zmusza do refleksji i naprawdę zapada w pamięć. Zachęcam do zapoznania się z nią. Bawi, wzrusza, trochę zasmuca, ale z pewnością warto po nią sięgnąć.

sobota, 1 sierpnia 2015

John Green: Papierowe miasta

Autor:  John Green
Tytuł: Papierowe miasta
Stron: 400
Wydawca: Bukowy Las







Do przeczytania Papierowych miast zachęcił mnie trailer filmu, który właśnie wchodzi na ekrany kin. Zaciekawiła mnie zwłaszcza sama kwestia zniknięcia jednej z bohaterek. Szybko zabrałam się do czytania i muszę przyznać, że dawno się tak nie ubawiłam, czytając powieść obyczajową. Jednocześnie zaznaczam, że było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Greena, którego do tej pory znałam jedynie z pochlebnych recenzji innych czytelników. 


18-letni Quentin to spokojny chłopak, grzeczny, kochający syn i dobry przyjaciel. Dobrze się uczy, nie opuszcza lekcji w szkole, nie sprawia rodzicom problemów wychowawczych. Czyniąc go narratorem tej historii, autor wyposażył go w błyskotliwość, dystans i autoironię, dzięki czemu lektura książki jest naprawdę przyjemna. 
Niemal od zawsze Q kocha się w swojej szkolnej koleżance Margo, która jest też jego sąsiadką. Kiedyś nawet się razem bawili, ale potem poszli do liceum i ich drogi się rozeszły. Margo jest tą, z którą wszyscy chcą się przyjaźnić, którą wszyscy podziwiają i która robi niezwykłe rzeczy. Q jest po prostu zwyczajny. 

Wiosna. Niebawem Q i jego rówieśnicy kończą szkołę. To zamknie pewien etap w ich życiu, więc z niepokojem, ale i ekscytacją oczekują balu maturalnego, egzaminów, dyskutują, o tym na jakie studia się wybiorą. 
Pewnej nocy do okna Q, jak za dawnych czasów, puka Margo i prosi chłopaka, by był jej kierowcą. Dziewczyna oznajmia, że ma listę zadań do wykonania. Zafascynowany i zakochany chłopak godzi się i tak zaczyna się szalona eskapada, która prowadzi przez supermarkety do domów ich kolegów  i koleżanek, którzy w ten czy inny sposób Margo podpadli. 
Po powrocie do domu Quentin naiwnie myśli, że od tej pory wszystko się zmieni w jego relacjach z Margo, tymczasem po kilku dniach okazuje się, że dziewczyna zniknęła bez śladu. Ponieważ jednak nie jest to jej pierwszy taki wyskok, a Margo jest pełnoletnia, rodzina nie może nic zrobić, jak tylko czekać, aż Margo łaskawie postanowi wrócić do domu. Czy jednak wróci?

Pomyli się ten, kto uzna, że oto czeka go kryminalna historia z trupem w szafie. Nic bardziej błędnego. 
Gdy mijają kolejne dni, a po Margo ani śladu, swoistym wyzwaniem lub jak kto woli obsesją Q, staje się odnalezienie Margo. Wspólnie z najlepszymi kolegami: Benem i Radarem oraz bliską koleżanką Margo, Lacey, bohaterowie starają się ustalić miejsce pobytu dziewczyny. Drobiazgowe poszukiwania polegające tak naprawdę na poznawaniu zwyczajów, hobby i zainteresowań Margo, stopniowo ułożą się w większy plan, nad którym dziewczyna musiała pracować od miesięcy. Czy Q odnajdzie Margo? Czy odnajdzie to, czego szuka? 

Jestem bardzo mile zaskoczona. Przede wszystkim książka jest zabawna, choć często ten humor opiera się na rzeczach drobnych, takich jak wzajemne relacje nastolatków, pozycja towarzyska w szkole, czy dziwne niekiedy zajęcia bohaterów (edytowanie Omniklopedii, czy kolekcjonowanie czarnoskórych świętych Mikołajów).  Umiejętność pokazania rzeczy zwyczajnych w takim świetle, aby bawiły, uważam za swoisty kunszt i widzę, że John Green jest w tym naprawdę dobry. 
Zabawni i sympatyczni są bohaterowie i naprawdę nie da się ich nie lubić. 
No i jest jeszcze warstwa psychologiczna. Na przykładzie Q i jego przyjaciół widzimy, że często poznawanie innych prowadzi nas do lepszego poznania siebie. Przekonujemy się na co nas stać i co jest dla nas ważne. Q uparcie goni za dziewczyną, w której się beznadziejnie kocha,  przy okazji, jak sam mówi, stworzy parę niemożliwą (Lacey/Ben), zmieni swoją pozycję w szkole oraz swoje podejście do wielu spraw.
Spokoju nie daje mi osoba Margo, której mimo starań, nie mogłam polubić. Niespokojny duch, który nie może sobie znaleźć miejsca i którego żaden stan rzeczy nie zadowala, bez słowa ucieka z domu i przez miesiąc nie dzwoni do rodziny ani przyjaciół, nie daje choćby najmniejszego znaku życia. Przed ucieczką oczywiście włamuje się na konto rodziców i bierze sobie trochę gotówki, bo przecież potrzebuje. Nie widzi sensu w skończeniu szkoły, ani podejmowaniu studiów, bo wszystko jest takie papierowe. 

Rozumiem dobrze, co autor chciał przekazać i że najczęściej ludzie, przy bliższym poznaniu, okazują się zupełnie inni niż myśleliśmy; trudniejsi w obyciu, z wadami. Poszukiwanie Margo to także pewna podróż w dorosłość, w której często tracimy złudzenia, a nasze wyobrażenia okazują się zupełnie, zupełnie inne od faktycznego stanu rzeczy. 

Polubiłam sposób pisania i prezentowania rzeczywistości przez Johna Greena i z pewnością sięgnę po jego inne powieści. Tymczasem zachęcam do zapoznania się z powieścią Papierowe miasta
A może już ją znacie? Jakie były Wasze wrażenia?