środa, 31 lipca 2013

Melissa Marr: Opiekunka Grobów

Autor: Melissa Marr
Tytuł: Opiekunka Grobów
Stron: 315
Wydawca: Replika
Moja ocena: 8/10





Powszechnie uznaje się, że duchom zmarłych ludzi po śmierci nic nie jest potrzebne, bo w Zaświatach mają już wszystko. Jednakże w wielu tekstach kultury pojawiają się przesłanki, że nie do końca jest tak jak myślimy. Jedzenie, napitek, dobre słowo, czy też modlitwa mogą zdziałać wiele. Kto czytał słynne Dziady cz. II Adama Mickiewicza wie dobrze co mam na myśli.
Zwyczaj karmienia zmarłych był świętem ludowym w kalendarzach Białorusinów i Ukraińców i tradycję tę kultywowano nawet 6 razy w roku. Wierzono, że dusze należy ugościć mlekiem, miodem czy kaszą; oświetlić im drogę, by tę noc mogły spędzić wśród bliskich. 
Ekspansja chrześcijaństwa spowodowała, że zwyczaje te uznano za gusła i zabobony, wiadomo jednak, że z tego powodu wcale nie wyginęły, raczej zmieniły postać, przystosowując się do zmieniających się czasów. Współczesnym odpowiednikiem Dziadów są Zaduszki. A do dzisiaj w niektórych regionach wschodniej Polski, na Białorusi, Ukrainie i części Rosji kultywowane jest wynoszenie symbolicznego jadła, w symbolicznych dwójniakach, na groby zmarłych.  Natomiast  w Krakowie co roku odbywa się tradycyjne Święto Rękawki (Rękawka) bezpośrednio związane z pradawnym zwyczajem wiosennego święta przodków.
Autorka Opiekunki Grobów dorastała wierząc w zjawiska ponadzmysłowe, co w niniejszej powieści bardzo dobrze widać. Przyznam, że czasami w trakcie lektury miałam wrażenie, że autorka musiała kiedyś słyszeć lub czytać o Mickiewiczu. (ale może to tylko wrażenie). 
Niewielkie Claysville jest spokojnym i bezpiecznym miasteczkiem. Mało kto stąd wyjeżdża, zawody i stanowiska przechodzą z rodziców na dzieci, a ludzie umierają tylko z powodu starości lub nieszczęśliwych (należy dodać rzadkich) wypadków. 
I nagle w tej spokojnej mieścinie, gdzie wszyscy znają wszystkich, dochodzi do brutalnego mordu na nic nikomu nie wadzącej staruszce. Jakby tego było mało szeryf zamiata sprawę pod dywan, nawet nie wszczynając śledztwa. I nikt nie widzi w tym nic niewłaściwego. Na tym jednak się nie kończy. Wkrótce umiera jeszcze jedna osoba, a kilka kolejnych zostaje zaatakowanych i zranionych. Wszyscy jednak uważają, że spowodowało to jakieś dzikie zwierzę. 
Do Claysville na pogrzeb babci przyjeżdża Rebeka. Od kilku lat dziewczyna mieszkała to tu to tam, ale dopiero tutaj czuje się dziwnie na miejscu i tam, gdzie powinna być. Tym samym na Rebekę spadają dawne głęboko tłumione uczucia do byłego chłopaka siostry oraz nowe zobowiązania, które będzie musiała przejąć po babci. Czy wraz z zakochanym w niej Byronem Rebeka pogodzi się z przeznaczeniem, zgodnie z którym mieszkańcy miasteczka żyją już od 300 lat? I czy zakochani zaprowadzą konieczny ład między światem żywych i umarłych?  Czego będą musieli się wyrzec, a co zyskają? Odpowiedzi na te i inne pytania kryje w sobie powieść Melissy Marr.
Napisana prostym i przystępnym językiem powieść, nie jest może wielka pod względem objętości (315 stron w jedno popołudnie), ale bez wątpienia ma w sobie swoisty klimat i czar. Klimat małego miasteczka, w którym niewiele się zmienia, wszyscy znają wszystkich, prawie nikt stąd nie wyjeżdża i w którym życie wygląda jak zastygnięta w bursztynie chwila. Swój czar mają także Opiekunki Grobów, które funkcjonując niejako na pograniczu dwóch światów, są inne i dosłownie lśnią. I znowu nie wiem, czy tylko mnie w tym miejscu przypominał się serial Zaklinaczka duchów? Melinda nie świeciła wiem, ale jej wewnętrzny przymus by pomagać duchom, często kosztem własnego życia, był naprawdę niesamowity. Podobnie jest z Rebeką, która początkowo zdezorientowana, z czasem bardzo umiejętnie i fachowo wchodzi w swoją rolę. Wiadomo, że nie dałaby sobie rady bez wiernego Byrona u boku, ale tak czy siak, ich pierwsze wspólne zadanie wykonują wzorowo. 
Opiekunka Grobów przypomina trochę kryminał, a trochę thriller z elementami romansu. Czytelnicy szukający dla siebie lekkiej, niezobowiązującej lektury na leniwe popołudnie na pewno będą zadowoleni. Polecam!

poniedziałek, 29 lipca 2013

Jay Kristoff: Tancerze burzy

Autor: Jay Kristoff
Tytuł: Tancerze burzy
Seria: Wojna lotosowa, księga 1.
Stron: 435
Wydawca: Uroboros
Moja ocena: 10/10





Steampunk święci ostatnio triumfy na rynku czytelniczym. Gatunek ten łączący w sobie elementy tradycji i daleko posuniętej nowoczesności daje pisarzom ogromne możliwości w kreowaniu świata przedstawionego. Dla mnie steampunk to taki cudowny literacki oksymoron, gdyż łączy to co w zasadzie niepołączalne. Czy to w ogóle możliwe? Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, a zatem tak, możliwe. I co więcej połączenie, które wtedy powstaje jest niesamowite i niepowtarzalne. 
Tancerze burzy otwierający trylogię Wojna Lotosowa przenoszą czytelnika do Azji, a konkretnie do Japonii.
Akcja dzieje się cesarstwie położonym na wyspach Shima, którymi włada młody i szalony szogun Yoritomo.
Koniunkturę państwa napędza uprawa rośliny zwanej krwawym lotosem. Ponad 90 procent powierzchni gruntów użytkowych przekształcono w pola uprawne, na których sieje się wyłącznie tę toksyczną roślinę. Z krwawego lotosu produkuje się niemal wszystko: tkaniny, lekarstwa, żywność i narkotyki, a zwłaszcza paliwo do machin i broni produkowanej przez tajemniczą Gildię. Krwawy lotos niszczy glebę, na której rośnie, opary z rafinerii zatruwają powietrze i wodę, nad Shima unosi się krwawoczerwony dym, zasłaniający niebo. Wyginęły już niemal wszystkie zwierzęta i rośliny, nie ma bowiem już miejsc, których krwawy lotos by nie skaził. Słońce, które czasem przebije się przez warstwę smogu może wypalić oczy, jeśli nie założy się ochronnych gogli, a zatrute powietrze po dostaniu się do układu oddechowego przyczynia się do powstania choroby zwanej czarnopłucem. Świat stoi na progu katastrofy ekologicznej i społecznej i tylko patrzeć, kiedy to wszystko runie. Społeczeństwo dzieli się wyraźnie na dwie grupy: bogatych, których stać na pewne i solidne maski i kombinezony, chroniące przed skażeniem, i biednych, którzy mogą używać środków doraźnych, które chorobę jednie odsuną w czasie, ale przed nią nie uchronią.
Państwem rządzi młody szogun, człowiek dumny, ambitny i okrutny. Kierowany pychą wysyła swojego wielkiego łowczego na samobójczą wyprawę, której owocem ma być schwytanie legendarnej arashitory, tygrysa burzy, potocznie zwanego gryfem. Istota ta, jak wszystkie jej podobne czyli smoki, feniksy, ogromne węże, w zasadzie jest tylko legendą, do czego w dużej mierze przyczynił się wielki łowczy, który na rozkaz swojego władcy zabijał kolejne wyjątkowe bestie. Szogunowi marzy się jednak arashitora, gdyż posiadanie i ujarzmienie jej byłoby dla wszystkich ostatecznym dowodem, że jest władcą jedynym i niepokonanym.
Główną bohaterką jest córka wielkiego łowczego, Yukiko, prawa ręka swojego ojca. Dziewczyna boryka się z piętnem sieroctwa (matka odeszła od rodziny bez pożegnania), utraty brata w tragicznym wypadku i uzależnieniem ojca. 
Próba schwytania tygrysa burzy to według niej misja samobójcza. Ponieważ jednak obywatele Shima kierują się w życiu kodeksem bushido, w którym podstawą każdej życiowej decyzji jest honor i wierność szogunowi, nie ma nawet mowy o tym, by w tę wyprawę nie ruszyć. 
Polowanie na żywą legendę okaże się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Yukiko będzie musiała zmienić swoje poglądy i wiele rzeczy przewartościować. Od dziecka karmiona propagandą Gildii, odkryje, że nie wszystko jest takie jak się ludziom wmawia, a odruch samodzielnego myślenia, próba krytyki, pytania czy wątpliwości nie są niczym złym. Yukiko wyraźnie dostrzeże, że świat, w którym żyją zmierza ku zagładzie i to właśnie teraz jest ten moment, by  spróbować jeszcze wszystko zmienić. Ale jak to zrobić? Jak obudzić społeczeństwo, jak przeciwstawić się szogunowi i Gildii? Odpowiedzi na te pytania będą krwawe niczym lotos.
Świat wykreowany przez Jaya Kristoffa poraża rozmachem. Od pierwszych stron książki widać, że cała historia jest głęboko i dokładnie przemyślana i nie ma tu niepotrzebnych elementów. Wszystko do siebie pasuje i idealnie ze sobą współgra. Duży nacisk położył autor na wspomniany wcześniej kodeks bushido, oparty na konfucjanizmie, buddyzmie zen oraz shinto. W teorii idee te są bardzo piękne i słuszne, bo zakładają, że ten kto będzie wcielał bushido w swoje życie będzie odważny, wierny, prawdomówny i będzie dążył do nieustannego samodoskonalenia. W praktyce jednak widać, że kodeks ten posłużył jedynie temu, by uzależnić lenników od panów, zrobić z nich bezkrytycznych i ślepo oddanych żołnierzy i sługi. 
W ten właśnie sposób zasadami bushido żongluje młody Yoritomo i widać na pierwszy rzut oka, że ma je za nic. Natomiast ludzie, którzy mu służą, tacy na przykład jak Masaru (ojciec Yukiko) kierują się w życiu honorem, bo to ich jedyne bogactwo i nawet gdyby szogun żądał od nich rzeczy niemożliwych lub wątpliwych moralnie, to i tak mu służą, bo w ich mentalności nie ma miejsca na sprzeciw czy bunt. 
Nie można nie wspomnieć o aspekcie ekologicznym. To co się stało z przyrodą, glebą, powietrzem i zwierzętami woła o pomstę do nieba. Niewolnicy pracujący w rafineriach płacą życiem i własnym ciałem za bogato zdobione maski i kombinezony ochronne bogatych i nikt nie widzi w tym nic niewłaściwego. Smutne, ale jakże prawdziwe są słowa arashitory, na temat chciwości i ambicji ludzi : "Rabusie. Niszczą wszystko, czego się tkną" (s.192)
Powieść Tancerze burzy zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. To naprawdę dobry kawał steampunkowej fantastyki i z czystym sercem polecam powieść nie tylko miłośnikom gatunku, ale też każdemu, kto szuka czegoś innego, orientalnego z gorzkim lotosowym posmakiem. 
Niecierpliwie czekam na kontynuację i mam nadzieję, że będzie równie dobra, a może nawet lepsza. W każdym razie potencjał tkwiący w tej historii jest ogromny. 
Polecam, bo naprawdę warto!

piątek, 26 lipca 2013

Mark Hodder: Zdumiewająca sprawa nakręcanego człowieka

Autor: Mark Hodder
Tytuł: Zdumiewająca sprawa nakręcanego człowieka
Seria: Burton & Swinburne
Stron: 505
Wydawca: Fabryka Słów
Moja ocena: 10/10!!!


Macie tak może po przeczytaniu książki, że brak Wam słów na wyrażenie tego, co czujecie? Możliwości zazwyczaj są dwie. Albo książka podobała się bardzo i każda próba jej oceny lub próba dokonania choć drobnej refleksji jest niesamowicie trudna, gdyż w oczach takiego czytelnika powieść broni się sama. Po cóż więc cokolwiek wtedy dodawać? Możliwość druga jest natomiast taka, że książka nie podobała się wcale i wtedy jeszcze trudniej wymyślić coś co można by o taki egzemplarzu napisać. 
W moim wypadku oczywiście miejsce ma możliwość pierwsza. 
Zdumiewająca sprawa nakręcanego człowieka to druga część cyklu o przygodach dwóch dżentelmenów sir Richarda Burtona i  młodego poety Algernona Swinburne'a oraz bezpośrednia kontynuacja Dziwnej sprawy Skaczącego Jacka. Akcja powieści toczy się w wiktoriańskim Londynie w roku 1862. Powieść reprezentuje bardzo ostatnio modny w fantastyce nurt zwany steampunkiem. Co to takiego? Właściwie to taki literacki misz-masz. Do takiej powieści można wrzucić wszystko, grunt, aby te składniki umiejętnie połączyć. Na porządku dziennym u Hoddera są zwyczaje spod znaku "rewolweru i melonika", dżentelemeńska mentalność i takiż sposób życia. Ale to nie wszystko. Bo tylko w steampunkowym Londynie po ulicach mogą oprócz maszyn parowych, przemieszczać się mechaniczne konie, ogromne kraby czyściciele, wiadomości mogą przenosić wiecznie głodne psy kurierskie lub obrażające odbiorców hałaśliwe papugi. Gdyby komuś zamarzył się lot nad miastem może wynająć olbrzymiego łabędzia, do którego podpina się latawiec. Tylko w wersji steampunk historia ludzkości może się potoczyć zupełnie inaczej (lepiej lub gorzej, zależy), a znane nam osobistości możemy zobaczyć w zupełnie innych rolach od tych, które nasza historia im przeznaczyła. I tak dla przykładu młodziutki Oscar Wilde jest ulicznikiem i gazeciarzem, a filozof Herbert Spencer to uliczny włóczęga i obdartus.
Pierwsza część przygód Burtona i Swinburne'a podobała mi się bardzo. Część druga jest nie tylko jej godną następczynią. W moim odczuciu jest dużo lepsza! Mark Hodder zafundował czytelnikowi dziką jazdę bez trzymanki i nie pozwolił, by czytelnik choć przez chwilę się nudził.  
Na skutek ingerencji Skaczącego Jacka w różne zdarzenia, cała historia potoczyła się nieco inaczej, niż powinna była. Burton jest tego doskonale świadom i choć wie, że zrobił wszystko co mógł, to i tak ma poczucie niedosytu. 
Tymczasem Londynem wstrząsa wieść, że zaginiony dziedzic rodziny Tichborne odnalazł się i ma zamiar dochodzić swoich praw. Zarówno w kręgach arystokracji, jak i w klasie robotniczej wrze. Jakby tego było mało sprawa ta wiąże się z kradzieżą drogocennych czarnych diamentów zwanych Oczami Naga, starą rodzinną klątwą, nawiedzonym domem oraz zjawami i martwiakami atakującymi mieszkańców miasta. To jednak dopiero początek wielkiej przygody, w którą uwikłany zostanie Burton, wraz z Swinburnem, Trouncem, Spencerem oraz nakręcanym Lordem Nelsonem.
Każdy rozdział powieści jest poprzedzony wycinkiem z gazety, ogłoszeniem społecznym lub reklamą znanego wówczas produktu. Dodaje to światu przedstawionemu nie tylko głębi i prawdziwości, ale też stanowi doskonałe tło dla działań bohaterów.
Krótko mówiąc czyta się od deski do deski, choć jednocześnie nie chciałoby się skończyć nigdy. Bohaterowie są barwni i dowcipni. Bardzo rozwinął autor postać Swinburne'a, który oprócz swych specyficznych upodobań, jest niesamowicie zaradny, błyskotliwy, a co najważniejsze jest wiernym przyjacielem. Przezabawne są także postaci drugoplanowe takie jak gosposia Burtona pani Angell. Trudno nie wspomnieć o dowcipie, którym aż skrzy każda z kart powieści; wyzwiska papug oraz ich niezwykła sympatia do Spencera, pociąg Swinburne'a do szukania rozkoszy w bólu, udoskonalany eugeniczne premier (dziś byłby uzależniony od operacji plastycznych), czy martwiaki przepraszające za to, że zaraz ogryzą człowiekowi ramię. 
Umiejętnie połączył również autor wątek pretendenta do tytułu ze sprawą czarnych diamentów, a wszystko okrasił motywami miediumicznymi,  kontrolą umysłu, upiorami i zombiakami. Wydawać by się mogło, że jest to literacka potrawa nie do przełknięcia. Nic bardziej błędnego.
Zdumiewająca sprawa nakręcanego człowieka wciąga już od pierwszych stron. Zjawiskowa, pełna humoru i wielkiej przygody, obejmującej nie tylko Londyn, ale sięgająca również dalej, od Ameryki Południowej, przez Australię, Rosję i Niemcy. Niesamowita. Inspirująca i działająca na wyobraźnię. Po prostu super.
Długo jeszcze mogłabym chwalić. Powiem więc tylko, że czekam niecierpliwie na Wyprawę w Góry Księżycowe. 
A Wam polecam. Bez dwóch zdań. 

środa, 24 lipca 2013

Steven Erikson: Łowcy Kości

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Łowcy Kości
Seria: Opowieść z Malzańskiej Księgi Poległych, t. 6
Stron: 890
Wydawca: MAG
Moja ocena: 8/10






Co się stanie, gdy Podpalacze Mostów przestaną istnieć? Odpowiedź jest prosta: na to miejsce powstaną Łowcy Kości. Aż kusi, by rzec z ironicznym uśmieszkiem: z deszczu pod rynnę. 
Łowcy Kości to 6 tom sagi wielowątkowej i bardzo burzliwej historii Imperium Malazańskiego. 
Tom 6, a zatem powoli, acz nieuchronnie zbliżamy się do końca podróży i wielkiego finału. 
Po bardzo dobrych Przypływach nocy (część 5) mój czytelniczy apatyt uległ zaostrzeniu, bo oprócz rzeczy, do których autor zdążył już czytelnika przyzwyczaić, czyli krwawe boje, przeplatane refleksyjnymi wtrętami o naturze świata i człowieka, niesamowite postaci, których nie spotkasz nigdzie indziej, zaskakujące zwroty akcji i ukazani nieco z przymrużeniem oka bogowie (często and wyraz ludzcy), Erikson pokazał, że ma też poczucie humoru i umie je dobrze zaprezentować. To dlatego Przypływy nocy były tak dobre; przecież każdy lubi od czasu do czasu uśmiechnąć się pod nosem, robiąc sobie krótki oddech pomiędzy jednym dramatycznym wyborem, a kolejną krwawą łaźnią, którą może bohaterom zgotować czający się w zaułku oddział Szponów. 
6 tom sagi powraca do wydarzeń przedstawianych w Domu Łańcuchów, ale nie tylko. Widać wyraźnie, że powoli autor zaczyna łączyć ze sobą pewne wątki, co pozwala czytelnikowi dostrzec sens pewnych pisarskich decyzji.
Armia cesarzowej Lassen pod dowództwem przybocznej Tavore krwawo rozprawiła się z oddziałami Sha'ik. Jedyne miasto, które jeszcze się opiera i w którym ukrywają się ostatnie niedobitki buntowników to starożytna forteca Y'Ghatan. To właśnie tam rozegra się ostatni etap walki pomiędzy buntownikami, dowodzonymi przez fanatycznego, zaprzedanego bogini, Leomana od Cepów. 
To również tam w ogniu, pochłaniającym całe miasto i wszystko co jeszcze w nim żyje, narodzą się, w bólach trzeba dodać, Łowcy Kości. Pożoga, która ogarnęła miasto, to ostatnia krwawa klamra, spinająca brutalnie rozdział pod znakiem Sha'ik i jej buntowników. Zresztą Sha'ik także zginęła, jednak niebawem na jej miejsce przyjdzie nowa i będziemy mieli okazję dokładnie się przyjrzeć, jak to co często otacza się szumnym mianem nowej wiary i idei, w środku cuchnie rozkładem i zgnilizną zepsucia moralnego, dużo gorszego od tego,  z czym rzekomo walczy.
Ale to nie wszystko. W tomie 6 towarzyszymy opętanej przez Kotyliona Tancerce Cieni, Apsalar, która na zlecenie boga zabija wyznaczone cele. Towarzyszą jej przypadkowo spotkane dwa duchy, wyjątkowo złośliwe, które jak się okazuje niegdyś były potężnymi smokami. Co sprowadziło je do tak nędznej roli? No cóż niewykluczone, że za jakiś czas się tego dowiemy. 
Równolegle swoje podróże, niezależnie od siebie kontynuują  też Crokus, obecnie zwany Nożownikiem, Karsa Orlong (Toblakai), który niczym niezniszczalny terminator daje wycisk każdemu napotkanemu po drodze demonowi, uwolniony przez Bezimiennych (których zresztą po uwolnieniu zniszczył) prastary D'ivers, który w trakcie swojej wędrówki także przeleje sporo krwi, Ganoes Paran, który wbrew sobie stał się Władcą Talii i ma do powiedzenia więcej niż by sam chciał oraz ogarnięty amnezją wojownik Icarium, skazany na wieczne błędne koło w przelewaniu krwi i zapominaniu o tym.
Jednocześnie z biegiem akcji do czytelnika docierają echa pogłosek o coraz bardziej szalonych i krwawych decyzjach samozwańczego cesarza Tiste Edur,  Rhulada, który opętany przez jednego z bogów, nie ma możliwości umrzeć, a uwolnić spod tej władzy też się nie może. 
Wymieniać można by jeszcze długo. Łowcy Kości nie pozwolą miłośnikom cyklu się nudzić.  Śmiertelnicy jak zwykle są zabawką w rękach Ascendentów, nikt nie umiera tutaj naprawdę, bo zawsze ktoś może interweniować i nikt nie trwa w łaskach cesarzowej Lassen na zawsze, o czym boleśnie przekonają się Tavore i Kalam Mekhar.
 Pomysłowość autora w tworzeniu nowych wątków i kreowaniu nowych postaci oraz zmianie życiorysów, tych już dobrze znanych, nie ma granic. Żaden wątek nie jest tu kontynuowany na siłę, nic nie jest na pewno i głównie dzięki temu czytelnik nie może się nudzić. 
Przeogromny i nieobliczalny świat Imperium Malazańskiego przyciąga uwagę czytelnika i nie pozwala się od siebie oderwać. 
Co też jeszcze wymyśli autor i jakim próbom i przemianom podda swoich bohterów? Aż strach się bać. A jednak tak bardzo chce się wiedzieć, co będzie dalej. 
Łowcy Kości to kolejny tom naprawdę dobrego, twardego fantasy, często brutalnego i przygnębiajacego, niekiedy śmiesznego,  a jednak na wskroś prawdziwego. Tak naprawdę trudno sagę jednoznacznie sklasyfikować i chyba właśnie to jest w niej najlepsze. Jest trudna do opisania i niejednoznaczna. Ilu czytelników tyle może być interpretacji. Różnych należy dodać.
Dlatego polecam, bo naprawdę warto.


Za książkę dziękuję pani Katarzynie z Wydawnictwa MAG.
Pozdrawiam ciepło!


Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Matras
Księgarnia Gandalf
Księgarnia Fabryka.pl

wtorek, 23 lipca 2013

Mirjam Mous: Boy 7

Autor: Mirjam Mous
Tytuł: Boy 7
Stron: 247
Wydawca: Dreams
Moja ocena: 6/10
















Utrata pamięci i związane z tym komplikacje to niesamowicie wdzięczny temat dla twórców filmowych, jak i literackich. Z takim bohaterem ogarniętym amnezją można zrobić praktycznie wszystko. Można mu dać barwną, tragiczną przeszłość, można przypisać mu czyny, których normalnie by się nie dopuścił, a co najciekawsze dla widza i czytelnika, można takiego bohatera nieustannie konfrontować z jego dawnym życiem, co oczywiście owocuje lawiną kłopotów, intryg i niebezpieczeństw. Tak, w skrócie oczywiście, wygląda przepis na dobry thriller. Dla odbiorcy nie ma bowiem nic przyjemniejszego niż docieranie wraz z bohaterem do prawdy ukrytej tuż za zasłoną wspomnień, które uparcie gdzieś tam się schowały. 
W takiej właśnie sytuacji znalazł się główny bohater książki M. Mous, tytułowy Boy 7. Nastolatek budzi się na odludziu z pustką w głowie i kilkoma drobiazgami w plecaku. Nie pamięta niczego; kim jest, jak się tu znalazł, nie wie dokąd powinien się udać, tym bardziej, że nagrana w w telefonie wiadomość stanowczo każe mu się trzymać z dala od policji. Bohater jest zdezorientowany i tylko dzięki przypadkowo spotkanej dziewczynie ma się gdzie podziać. Lara bowiem zabiera go do swojej ciotki, wynajmującej pokoje. 
Chwytając się tych nielicznych drobiazgów, jakie przy sobie znalazł, bohater szuka miejsc i osób, które pomogłyby mu dotrzeć do prawdy o nim samym. To co początkowo wydawało się czymś niegroźnym, stopniowo odsłania przed bohaterem bardzo niebezpieczną prawdę i rzeczywistość reprezentowaną przez tajemniczą organizację Cooperation X. 
Historia jest przedstawiona w narracji pierwszoosobowej, a narratorem oczywiście jest Boy 7. Żeby jednak było ciekawiej mamy tu dwie perspektywy czasowe. Pierwsza z nich dotyczy tego co się dzieje teraz i poszukiwań prowadzonych przez Boya i Larę. Druga perspektywa to przeszłość bohatera, którą poznajemy z pisanego przez niego dziennika, odczytywanego przez Boya obecnie. W ten sposób możemy skonfrontować przeszłość ze stanem obecnym, zobaczyć, czy bohater się zmienił, a przede wszystkim co doprowadziło go do tego punktu w życiu, w którym znajduje się teraz.
Jak już wspomniałam na początku wątek utraty pamięci zawsze będzie krył w sobie spory potencjał. Inna sprawa co się z tym wątkiem zrobi i jak się go przedstawi.
Powieść M. Mous czyta się szybko i lekko; w zasadzie jest to lektura na 2-3 godziny. Początek jest interesujący i wciąga na tyle, by czytać dalej. Jednak im dalej..., no właśnie. Spotykamy te same wątki, które już znamy z filmów i książek. Tajemnicza organizacja, bohater, który postanowił się zbuntować i zawalczyć o siebie, przyjaciele, którzy okazują się wrogami, stopniowo odkrywane tajemnice i bohaterski finał. Znamy to? Znamy na pewno. Jedyna różnica polega na tym, że w książce Boy 7 mamy to w nastoletnim wydaniu. I tutaj właśnie nie poczułam się do końca przekonana. Bo choć czytało się naprawdę przyjemnie i z zainteresowaniem, to jakoś trudno było mi uwierzyć, że jeden nastolatek mógł wyprowadzić w pole swoich oprawców i jeszcze rozwalić całą organizację od środka, a FBI i inne służby wywiadowcze nawet na to nie wpadły. Ktoś może mi powiedzieć, że się czepiam. Otóż nie. Książka jest naprawdę sympatyczna i z pewnością przypadnie do gustu nastoletnim czytelnikom. Gdy się jednak ma już trochę więcej lat, to trudno udawać, że się nie widzi pewnych nieścisłości. 
Mimo to Boy 7 na pewno jest miłą odmianą. W dobie historii o bohaterach z paranormalnymi zdolnościami, na wskroś ludzki Boy 7 jest  przyjemną odskocznią od codzienności. 
Właściwie to ani nie polecam, ani nie odradzam. Niech każdy zdecyduje sam i sam na własnej skórze się przekona co to za książka.
 

niedziela, 21 lipca 2013

Kevin Hearne: Kijem i mieczem. Przedpremierowo!

Autor: Kevin Hearne
Tytuł: Kijem i mieczem
Seria: Kroniki Żelaznego Druida, t.5.
Stron: 366
Wydawca: Rebis
Data premiery: 23.07.2013
Moja ocena: 8/10


Powieść Kijem i mieczem to piąta już część przygód Żelaznego Druida oraz jego przyjaciół i wrogów.  Historia rudowłosego celtyckiego kapłana, który całą swoją magię czerpie z Gai - Ziemi, a przy tym ma całą masę starych i nowych zatargów z bóstwami z wszystkich chyba mitologii, okazała się literackim strzałem w dziesiątkę. 
Przygody Żelaznego Druida początkowo miały być trylogią, jak widać jednak, na trylogii się nie skończyło. Piąta część także finałem perypetii Atticusa nie będzie, gdyż za oceanem czytelnicy cieszą się już tomem szóstym. 
Małe przypomnienie. Atticus O'Sullivan jest ostatnim druidem na świecie. Wszyscy inni zostali w czasach rzymskich pozabijani przez wampiry, które miały już dość tego, że każdy druid może zwyczajnie wampira "rozpleść" czyli za pomocą odpowiednich zaklęć rozłożyć go na pojedyncze składniki, tym samym powodując koniec istnienia takiego krwiopijcy. Utrzymanie się przy życiu nie było więc łatwe, tym bardziej że kłopoty Atticusa nie opuszczają, a liczni bogowie nie dają mu spokoju, albo czegoś od niego żądając, albo zwyczajnie chcąc go unicestwić.
Od wydarzeń z części czwartej minęło 12 lat. Tyle właśnie trwa szkolenie nowego adepta sztuki druidzkiej. Atticusowi udało się znaleźć kandydatkę na nowego druida i przeprowadzić szkolenie pod płaszczykiem upozorowanej śmierci. Buntownicza i pyskata Granuaile właśnie przygotowuje się do ostatniego, finalnego rytuału. W ten sposób światowa populacja druidów podwoi się do niesamowitej liczby dwa. (czy jak kto woli dwojga). Okazuje się jednak, że czasem trudno pewne sprawy dokończyć, zwłaszcza, gdy przeszłość i dawni znajomi dobijają się gromko do drzwi. 
 I tak Atticus wraz z wiernym Oberonem i świeżo upieczoną druidzką towarzyszką Granuaile odwiedzą Grecję, gdzie wdadzą się w walkę z Bachusem i jego szalonymi bachantkami oraz "wykradną" Panu kilka driad. Następnie naszych bohaterów czeka śmiertelna batalia z krwiożerczymi i ulotnymi jak dym faeriami, które z sobie tylko znanych powodów przybierają postaci cyrkowych klaunów. To jednak nie wszystko, a ledwie początek bijatyk, z których nasi bohaterowie wyjdą ranni, otruci, poparzeni i poobijani. Sprawdzianem ze zdobywanych przez długie lata doświadczeń będzie finałowa walka z gigantycznym wilkiem Fenrisem. 
W jednym trzeba celtyckim bóstwom oddać sprawiedliwość. Nie wszyscy chcą się Atticusa pozbyć. Kiedy chwila tego wymaga z honorami przyjmują do wiadomości istnienie nowej druidki, a nawet obdarowują ją pożytecznymi prezentami. Mitologiczne bóstwa przypominają trochę uciążliwych krewnych, którzy na ogół są bardzo denerwujący i nieustannie zawracają człowiekowi głowę, ale potrafią też pokazać się z dobrej strony i zrobić coś miłego. 
Cykl o przygodach Żelaznego Druida ma wszystkie cechy dobrego urban fantasy. Pradawna magia przeplata się tu z nowoczesną techniką; chwile dramatyczne i niebezpieczne okraszone są świetnym dowcipem, a postaci są nietuzinkowe i barwne. Z pewnością nie łatwo jest w jednej historii umieścić różne bóstwa i potwory ze znanych mitologii, a potem jeszcze tak wszystko ze sobą połączyć, aby cała intryga miała ręce, nogi i sens, a przede wszystkim była zabawna, błyskotliwa i miała w sobie ten literacki pazur.  W tomie poprzednim trochę mi tego pazura brakowało, ale w części piątej widać zwrot ku stylowi żartów z tomów 1-3, choćby  w  zabawnych mentalnych dialogach Atticusa z Oberonem. Czytelnicy, którzy czekali na wątek romansowy i zastanawiali się czy między Atticusem a Granuaile do czegoś dojdzie, też powinni być zadowoleni. Wreszcie (przypominam, że minęło 12 lat!) bowiem faktycznie coś się wydarzy.
Jedyne z czego można być niezadowolonym to zakończenie, które jest nagłe i w zasadzie nie przynosi gotowych rozwiązań. Liczne bóstwa i inne stwory już wiedzą, że druid żyje. Pogoń zatem zaczyna się na nowo. Zbliża się czas starych porachunków i nowych perypetii. Czas oczekiwania na tom szósty.
Powieść polecam nie tylko miłośnikom Atticusa i jego przyjaciół. Ci którzy lubią mitologie w nowych odsłonach oraz dobre powieści z gatunku urban fantasy także powinni znaleźć tu coś dla siebie. Polecam!
Za egzemplarz przedpremierowy 
serdecznie dziękuję panu Bogusławowi 
z Domu Wydawniczego Rebis
Pozdrawiam ciepło!






|Zbrodnia i Kojot |Kijem i mieczem


Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Matras
Księgarnia Fabryka.pl
Merlin
Empik

wtorek, 16 lipca 2013

Steven Erikson: Przypływy nocy

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Przypływy nocy
Seria: Opowieść z Malazańskiej Księgi Poległych, t.5.
Stron: 806
Wydawca: MAG
Moja ocena: 10/10



Przypływy nocy to 5 już część 10-tomowej sagi ze świata Imperium Malazańskiego, można więc śmiało stwierdzić, że oto jesteśmy na półmetku całej podróży. Sporo się już wydarzyło, ale z pewnością dużo jeszcze przed nami. 
Piąty tom tej wielowątkowej i rozbudowanej opowieści przenosi nas w świat Tiste Edur, rasy o długiej tradycji, rasy dumnej i świadomej własnych często wybujałych ambicji, które kumulują się w osobie rządzącego nimi tajemniczego władcy króla - czarnoksiężnika, Hannaga Mossaga. Władca ten jest nie tylko tajemniczy, otacza się Widmami, w swojej świcie jako zakładników ma synów książęcych, ale też ma naprawdę dalekosiężne plany, chce bowiem wygrać wojnę z Imperium Letheru, jak dotąd niepokonanym. W tym celu wysyła najbardziej zaufanych ludzi w niebezpieczną wyprawę po dar od nieznanego bohaterom sprzymierzeńca. Podróż ta nie zakończy się zgodnie z przewidywaniami, a magiczny artefakt, który okaże się być magicznym mieczem, zmieni losy wszystkich Tiste Edur.
W piątej części nie spotykamy znanych nam z poprzednich części bohaterów. Są to nieliczne wyjątki, które tym razem pozostają bez wpływu na główne wydarzenia, uzupełniają jedynie wiedzę czytelnika na temat wcześniej zadzierzgniętych wątków. Mimo to autorowi udało się mnie zaskoczyć i mam tu na myśli nie tylko atrakcyjną fabułę i ciekawe wątki oraz nietuzinkowe postaci. W Przypływach nocy po raz pierwszy autor ujawnia swój pisarski talent komiczny. Oprócz bohaterów tragicznych, obłożonych klątwą, uwikłanych w stare konflikty między bóstwami czy też targanych przeróżnymi ambicjami i żądzami, mamy tu dla równowagi, a pewnie i dla urozmaicenia, postaci nadzwyczaj komiczne.
Jednym z głównych wątków są oczywiście plany podboju Letheru najpierw przez Hannaga Mossaga, a potem przez targanego obłędem i magią Rhulada Sengara oraz przeplatające się i zderzające ze sobą spiski na obu dworach. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo przecież nie wszystko co ważne dzieje się na szczytach władzy. 
Czasem równie istotne są warstwy niższe i tym razem ci właśnie pozorni szaraczkowie zapewniają czytelnikowi nie lada rozrywkę. Na arenę wchodzi komizm, wynikający z dialogów i sytuacji oraz sprytnie zaprawiony odrobiną makabry i brzydoty. Mamy zatem pana i sługę, parę która nie może bez siebie być, a która często niemal zamienia się rolami. Na dokładkę mamy martwą złodziejkę, która wróciła do życia i ma niespożyty apetyt seksualny, jej kompana, również martwego, który marzy, by mieć kły jak wampir, dziewczynkę o imieniu Imbryk, oczyszczającą ulice z rzezimieszków oraz całą grupę innych, tak że długo by wymieniać. Zabawne są nie tylko dążenia bohaterów i próby spełnienia takich czy innych marzeń. Najzabawniejsze są dialogi, które (autentycznie) wywoływały u mnie głośny śmiech.
Piąta część cyklu jest zatem tragiczna (do czego autor zdążył nas już przyzwyczaić): leje się krew, magia obraca w perzynę całe armie, noże i miecze bezlitośnie są wbijane w plecy. Tragiczny jest młody Rhulad Senger, który niezależnie od siebie staje się igraszką w ręku Ascendentów i ma coraz mniejszą kontrolę nad własnym życiem. Ale oprócz krwawych utarczek jest tu wiele zabawnych momentów, które równoważą, choć nie pozwalają zapomnieć o tym, że za tą błazeńską zasłoną toczy się naprawdę brutalna i bezpardonowa walka o władzę. Na największą ironię zakrawa fakt, że ci, którzy tak bardzo chcą panować i podbijać, swoimi wybujałymi ambicjami tylko dają bóstwom pretekst, by wtrącać się w sprawy śmiertelników. 
Przypływy nocy to moim zdaniem jedna z lepszych i mocniejszych części cyklu. Autor bardzo wysoko stawia poprzeczkę i pozwala czytelnikowi oczekiwać naprawdę ciekawych rozwiązań i śmiałych posunięć. 
Naprawdę mi się podobało!
Za książkę serdecznie dziękuję
pani Katarzynie z Wydawnictwa MAG.
Pozdrawiam ciepło!




Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Gandalf
Księgarnia Matras
Księgarnia Fabryka.pl