niedziela, 31 sierpnia 2014

Max Kidruk: Bot

Autor: Max Kidruk
Tytuł: Bot
Stron: 622
Wydawca: AKURAT






Max Kidruk z pochodzenia jest Ukraińcem, a  z wykształcenia  inżynierem energetykiem. Bardzo dużo publikuje i uczestniczy w życiu politycznym kraju. Stopniowo w swojej twórczości skłania się ku fantastyce, w której nietrudno się dopatrzeć wielu elementów naukowych. 
Jego powieść Bot w 2012 roku uznano za najlepszą ukraińską powieść SF. On sam określa ją mianem technothrillera czyli połączenia powieści wojennej, gatunku sci-fi oraz thrillera szpiegowskiego. Można w niej znaleźć dokładne opisy badań naukowych czy najnowszych osiągnięć techniki, ale nie tylko. 
Powieść zaciekawiła mnie już w momencie, gdy o niej wspomniano. Ostatnio do mnie dotarła i od razu zabrałam się do lektury. 
Akcję swojej powieści usytuował Max Kidruk w bardzo egzotycznym miejscu, bo na Pustyni Atakama w Chile. Miało to zapewne na celu zwiększenie tajemniczości całej historii, tym bardziej, że Atakama, jest ponoć najgorszą z pustyń.  W tajnym laboratorium dochodzi do nieprzewidzianych wydarzeń, a stąd już blisko do tego, żeby cały projekt wart miliardy dolarów, skończył się fiaskiem. Niedługo potem jadący opustoszałą drogą mężczyzna, potrąca stojącego na poboczu półnagiego chłopca. Zabiera go do szpitala, gdzie poddany rezonansowi magnetycznemu chłopak, dosłownie eksploduje na stole.
Tymczasem młody, zdolny programista Tymur Korszak, dostaje propozycję pracy w tymże właśnie laboratorium. Zleceniodawcy bardzo zależy na czasie i proponuje naprawdę duże pieniądze. Młodzieniec, który niebawem ma się żenić, postanawia skorzystać z propozycji. Chodzi przecież tylko o stworzony przez niego trzy lata temu kod do gry komputerowej. Pestka. Tymur zostawia wściekłą narzeczoną i wyjeżdża, nie przeczuwając, co go czeka. 
Na miejscu okazuje się, że kod stworzony przez Tymura został użyty do zupełnie czegoś innego. Ekipa uczonych pracowała nad modelem wojownika, zdolnego wytrzymać w każdych warunkach i posłusznego każdemu poleceniu. Zaszokowany młodzieniec jest świadkiem nie tylko wzmożonych procedur bezpieczeństwa, ale też zmęczenia i wyczerpania wszystkich pracowników, którzy wręcz odchodzą już od zmysłów.
Czym dokładnie są Boty i jak funkcjonują? Do czego są zdolne i dlaczego uciekły? Tego nie zdradzę, bo odebrałabym innym czytelnikom przyjemność z odkrywania tajemnicy, mogę tylko powiedzieć, że jak to w tego typu historiach bywa, projekt wymknął się spod kontroli swoich twórców, którzy w pracy nad nim, przekroczyli chyba wszystkie możliwe granice. Co gorsza, mimo że sytuacja jest już naprawdę poważna, oni nadal nie widzą, że popełnili gruby błąd, a obawiają się tylko o inwestycję. Tymurowi przyjdzie walczyć o życie i nie raz zatęskni do swojej ciepłej posadki i kochającej go narzeczonej.
Trzeba przyznać, że autor miał naprawdę fajny pomysł i widać od razu, że z wielką pasją go zrealizował. Wszystko jest dokładnie opisane, gdzie trzeba, zilustrowane i czytelnik naprawdę nie może się nudzić. Historia utrzymana jest w klimacie sensacyjnej strzelanki, więc z pewnością dobrze by się oglądała jako film. Oprócz tego zachęca do refleksji i namysłu nad tym, gdzie jest granica, której w nauce przekraczać się nie powinno. Ile razy już tak było, że dzieło obróciło się przeciw swojemu twórcy i stało się zagrożeniem dla ludzkości? Tutaj jest podobnie. Przyznam, że obserwując Boty w działaniu, w tym, jak próbują upodobnić się do ludzi, (a i tak nigdy się im to nie uda, bo czegoś im zabrakło) niejednokrotnie miałam ciarki na plecach.
Mimo sporej objętości, bo ponad 600 stron, powieść czyta się szybko i nie ma czasu na nudę.
Myślę, że fani gier komputerowych, miłośnicy wszelkiego rodzaju teorii spiskowych, a także thrillerów z pewnością będą zadowoleni, czytając tę powieść.


Dziękuję!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Emmy Laybourne: Monument 14. Niebo w ogniu

Autor: Emmy Laybourne
Tytuł: Monument 14. Niebo w ogniu. (t.2)
Stron: 252
Wydawca: Rebis







Tamten dzień zaczął się tak samo, jak wszystkie poprzednie. Autobus wiózł dzieci do szkoły. Nie dotarł jednak do celu. Najpierw niespodziewanie zaczął padać duży grad i autobus wpadł w poślizg. Grupa nastolatków i młodszych dzieci schroniła się w pobliskim supermarkecie. Powietrze uległo skażeniu, więc supermarket stał się nie tylko schronieniem, ale i więzieniem. Było to jednak miejsce uprzywilejowane; wewnątrz było ciepło, sucho, a wyposażenie sklepu i towary, które w nim sprzedawano, mogły wystarczyć do życia na długie miesiące. Na zewnątrz natomiast świat uległ rozpadowi. Skażenie różnie działało na ludzi, zależnie od grupy krwi. Jedni wpadali w paranoję, inni stawali się agresywni, a jeszcze inni będą w przyszłości bezpłodni. Oprócz tego, niemal wszystko co znalazło się na zewnątrz uległo rozkładowi pod wpływem dziwnej, białej piany. 
W części pierwszej czytelnik mógł obserwować, jak grupa zupełnie różnych od siebie dzieciaków, daje sobie radę w sytuacji zamknięcia. Niejeden okazał się w czymś dobry lub przodujący, ale byli i tacy, co w ogóle nie potrafili stanąć na wysokości zadania. 
W finale części pierwszej bohaterowie dowiedzieli się, że na lotnisku w Denver trwa ewakuacja ocalałych w bezpieczne, nieskażone rejony. Grupa uległa podziałowi. Dean, Astrid oraz troje młodszych dzieci (Chloe, Henry i Caroline) zdecydowali się zostać w supermarkecie. Decyzja Deana i Astrid była podyktowana ich grupą krwi; gdyby wpadli w szał, wszystko by zaprzepaścili. 
Pozostali z Niko, Alexem, Shalią i Josie na czele, spakowali się do swojego rozklekotanego autobusu i wyruszyli w długą i niebezpieczną podróż.
Początkowo wydaje się, że gorszej decyzji nie mogli podjąć. Maluchy źle znoszą podróż i skażenie, mimo masek i grubej warstwy ubrań, autobus jedzie strasznie wolno, a w dodatku w ciemnościach czai się groza, często w zdegenerowanej, człowieczej postaci. Bohaterowie staną także w obliczu utraty autobusu i pieszej podróży. Czy w ogóle mają szansę dotrzeć na miejsce ewakuacji? Czy napotkani pod drodze ludzie bardziej im pomogą czy zaszkodzą? 
Pozostali w supermarkecie tylko na pozór mają lepiej.  Kilka razy, ktoś próbuje staranować bramę i dostać się do środka. Jedno z bliźniaków zaczyna chorować po ugryzieniu przez szczura. Niespodziewanie wraca Jake, a niedługo potem na dachu pojawia się grupa, opanowanych przez paranoję i urojenia, kadetów. Jak poradzą sobie Astrid i Dean? 
Druga część cyklu ma dwóch narratorów, co jest logiczne, z racji, że grupa się rozdzieliła. Wydarzenia w supermarkecie relacjonuje Dean, który jako jedyny "dorosły" mężczyzna musi wejść w rolę opiekuna przybranej rodziny. O pasażerach autobusu, opowiada Alex; jego relacja jest skierowana do brata, o którego bardzo się martwi.
Niebo w ogniu to godna następczyni swojej poprzedniczki. Nie ma tu czasu na nudę. Świat obserwowany oczyma nastolatków przygnębia szarością i  przeraża brutalnością. Nie ma tu miejsca na bohaterstwo i doniosłe czyny. Jest twarda, groźna rzeczywistość i trzeba sobie z nią radzić, dlatego bohaterowie robią co mogą i na tyle ile mogą, bo, bądźmy szczerzy, grupka dzieciaków, niewiele może zrobić. 
Sceny finałowe sugerują, że tak właściwie, to na tym historia mogłaby się już zakończyć. Ale katastrofa przecież nagle się nie skończy, niczym ucięta nożem wstążka. Wydarzenia wciąż mogą toczyć się dalej, trzeba tylko nadać im bieg. Wygląda na to, że autorka tak właśnie zrobiła, gdyż już niebawem czeka nas spotkanie z częścią trzecią zatytułowaną Wściekły wiatr.

Dziękuję!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Cassandra Clare: Miasto upadłych aniołów

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Miasto upadłych aniołów
Cykl: Dary Anioła, t.4
Stron: 434
Wydawca: MAG





Cykl Dary Anioła, to tak naprawdę dwie trylogie, z czego zdałam sobie sprawę, tuż po zakończeniu Miasta Szkła. Oczywiście pewne wątki są kontynuowane, ale granicę widać wyraźnie, tym bardziej, że w części trzeciej wiele spraw i problemów zostało rozwiązanych, było nawet kilka miłosnych happy endów. Trzecia część cyklu dosłownie wgniatała mnie w fotel. Od książki nie mogłam się oderwać, bo z rozdziału na rozdział robiło się coraz ciekawiej, a samo zakończenie było i zjawiskowe i zaskakujące, a przede wszystkim zadowalające dla czytelnika. Mój zachwyt był niezmierzony, dlatego sięgnęłam po tom 4. Z trudem wytrzymałam ten jeden dzień przerwy, kiedy paczka od Mamy ku mnie zmierzała. 
Od wydarzeń w Idrisie, kiedy to Nocni Łowcy solidarnie wraz z Podziemnymi zwarli się w walce z armią demonów Velantine'a, minęły dwa miesiące. Zapanował pokój i wreszcie bohaterowie mogą się skupić na sprawach dla nich ważnych. Clary rozpoczyna szkolenie Nocnego Łowcy, a oprócz tego może mówić, że Jace to jej chłopak, jest więc bardzo szczęśliwa. 
Trwają przygotowania do ślubu Jocelyn i Luke'a. Alec Lightwood odbywa podróż swojego życia w towarzystwie ukochanego Magnusa, a Simon próbuje się odnaleźć w nowej dla siebie rzeczywistości. Bycie nastoletnim wampirem nie jest łatwe; nagle stał się atrakcyjny dla wielu dziewcząt, które do tej pory go nie zauważały, musi także pić krew, co trochę go obrzydza, ale nie to jest jego największym kłopotem. Simon jest jedynym wampirem, który może chodzić w świetle dziennym, a w dodatku na czole ma znak, który uniemożliwia komukolwiek skrzywdzenie go. Efekty takich prób będziemy śledzić w kolejnych rozdziałach książki. Ciekawe, że z niepozornego przyjaciela głównej bohaterki, autorka uczyniła postać naprawdę wyjątkową, a przy tym ważną dla całej fabuły. Czasami wręcz miałam wrażenie, że Nocni Łowcy bez Simona, by zginęli. 
Szybko okazuje się, że na terytoriach wampirów, wilkołaków oraz faerii, ktoś zabija Nocnych Łowców. Początkowo śledztwo idzie jednak dość mozolnie, gdyż ( takie odniosłam wrażenie) bohaterom jakby trudno się pozbierać. Akcja toczy się dużo wolniej, cała intryga krystalizuje się wyjątkowo długo. To czego autorka unikała w poprzednich częściach, tu niemal staje się główną osią fabuły. Pod wpływem podszeptów jednej wampirzycy, Alec zaczyna wątpić w Magnusa i popełniać kolejne głupoty. Simon nie umie zdecydować, którą z dziewcząt lubi bardziej, więc chwilowo żadnej nie mówi o tej drugiej. Isabelle odsłania swoją ludzką stronę, bo ku swojemu zaskoczeniu zaczyna się zakochiwać. Najgorzej dzieje się jednak z Clary i Jace'm. To co miało być wspaniałym początkiem pięknego związku, traci swój żar i ten dawny pazur. Właściwie cały Jace jakby traci pazur i tę ostrość. Z walecznego i pewnego siebie mistrza ciętej riposty nie zostało prawie nic.  Niepewny własnej tożsamości, podatny na podszepty ciemnej strony mocy, Jace oddala się od Clary. Koszmarne sny i krwawe wizje, których doświadcza sprawiają, że młodzieniec zamyka się w sobie. Być może gdyby powiedział przyjaciołom o wszystkim wcześniej, cała historia potoczyłaby się inaczej, a tak sekrety doprowadzają do tragedii.
Nie wiem, co prawda, jak będzie z częścią szóstą, ale na dzień dzisiejszy, mogę powiedzieć, że część czwarta jest zdecydowanie najsłabsza i trąca nudą. Pierwsze trzy tomy przyzwyczaiły czytelnika do szybkiej akcji, ciekawych rozwiązań i ciągłego dziania się. Tom czwarty skupia się głównie na rozterkach uczuciowych bohaterów, a główna intryga objawia się w zasadzie na samym końcu. Nie to, żeby czytało się źle, bo było całkiem sympatycznie, ale kiedy po lepiej przychodzi gorzej, to trudno jest się tym cieszyć. Jest to pewna degradacja i tyle. Plusem są nowi bohaterowie: Kyle, Camille i Maureen, bo przynoszą ze sobą nowe wątki. Ale cały czas wszystko kręci się i tak wokół tego co było. Jedyne, co czytelnik może zrobić, to pogodzić się z faktem, że każdy cykl zalicza w końcu tendencję spadkową i tylko od autora zależy, czy na nowo się wzbije, czy już zupełnie padnie. 
Co będzie dalej? Zobaczymy.

sobota, 23 sierpnia 2014

Lois Lowry: Dawca

Autor: Lois Lowry
Tytuł: Dawca
Cykl:  Tetralogia Dawcy
Stron: 292
Wydawca: Galeria Książki




Często powtarzam, że piękno i siła tkwi w tym, że różnimy się od siebie. To różnice sprawiają, że jesteśmy oryginalni i wyjątkowi. Gdyby wszyscy byli tacy sami, byłoby nudno i monotonnie. 
Mówi się także, że to różnice i wszelka inność prowadzą do nieporozumień i konfliktów, że gdy do głosu dochodzą ludzkie emocje, wszystko zaczyna się psuć. 
Wizja ujednoliconego społeczeństwa, sztucznie warunkowanego przez władze, które za wszelką cenę chcą sobie podporządkować jednostkę, nie jest nowa. Pisał o  niej już sam Jonathan Swift w Podróżach Guliwera, ale prawdziwym wysypem tego typu historii jest wiek XX, który zaowocował Rokiem 1984 G. Orwella, Nowym, wspaniałym światem A. Huxleya, czy powieścią My J. Zamiatina. Jednym z lepszych obrazów filmowych z tego tematu jest, moim zdaniem, Equilibrium w reżyserii Kurta Wimmera.
Obecnie takich historii mamy mnóstwo, nawet w kategorii młodzieżowej, więc cykl autorstwa Lois Lowry, może już nie zwrócić takiej uwagi. A szkoda. Nie tylko dlatego, że pierwsza część cyklu jest dość stara, bo została napisana w 1993 roku, ale głównie dlatego, że język jakim jest opowiedziana i wizja świata, która w ten sposób powstaje, naprawdę zasługują na uwagę.
Społeczeństwem, w którym żyją bohaterowie Dawcy, rządzi zasada jednakowości. Każdy, w odpowiednim czasie,  dostaje tyle samo, co bliźni. Każdy ma męża lub żonę, dwoje (tylko!) dzieci, dom, przypisaną, ze względu na preferencje, pracę. Nie ma konfliktów, złych snów, emocji, niewygodnych pytań. Doprecyzowano nawet sam język, pozbawiając go frazeologizmów czy dwuznaczności. Nie mówi się o rodzinie, a o komórce rodzinnej. Odpowiednio dobrane surogatki rodzą dzieci, które dopiero w wieku 3 lat trafiają do opiekunów. Zgodę na małżeństwo otrzymuje się dopiero po kilku latach dokładnych obserwacji. Każdy wykonuje pracę, do której go przypisano, nie grymasi, nie leni się, nie robi fuszerki, bo wie, że służy całości. Wyeliminowano klęski żywiołowe, zapanowano nad klimatem, zapobiegnięto wojnom, nie ma rozwodów, niezadowolenia, niepokojów społecznych. Wszyscy są zadowoleni, najedzeni, wyspani, nie mają pragnień, działają jak dobrze naoliwione maszynki.
Jonasz jednak czuje, że jest inny. Jego odczucia znajdują potwierdzenie w rzeczywistości, gdy podczas ceremonii nadawania zawodu, zostaje wybrany do szkolenia na Odbiorcę wspomnień. Jest to bardzo unikalna profesja, bo w społeczności jest tylko jeden Odbiorca i w zasadzie wolno mu znacznie więcej niż pozostałym. W trakcie szkolenia, które polega głównie na przekazywaniu obrazów, kolorów i wrażeń dotykowo - wizualnych, Jonasz z bólem przekonuje się, z ilu rzeczy zrezygnowano i czego tak naprawdę pozbawiono ludzi, by mogło powstać takie społeczeństwo. Pozornie jest ono lepsze, ale czy szczęśliwe i równie głębokie? Odpowiedź na wszystkie wątpliwości czai się tuż pod powierzchnią. 
Czy wszędzie jest tak samo? Już niebawem Jonasz stanie w obliczu decyzji, która zmieni nie tylko jego samego, ale i całą społeczność. Być może też uratuje kogoś przed śmiercią, jeśli tylko znajdzie w sobie dość odwagi i uporu. 
Muszę powiedzieć, że Dawca, mimo niewielkiej objętości, naprawdę robi wrażenie. Autorka, oczami Jonasz, stopniowo odsłania kulisy działania komórek rodzinnych, opieki nad starszymi oraz najmłodszymi, szkolenia nowych specjalistów. Początkowo są to tylko przebłyski, niczym pasma kolorów, które Jonasz zaczyna widzieć. Z czasem jest tego coraz więcej i wizja robi się coraz mroczniejsza i przerażająca. 
Napisana prostym językiem, bez ubarwień historia ma jedno proste, ale piękne przesłanie. Ludzkie wspomnienia i doświadczenia minionych pokoleń to największy skarb ludzkości, to mądrość i siła. Nie wolno z nich rezygnować, choćby nawet bolały. Inaczej zamienimy się w bezduszne automaty, które zamiast żyć, będą zwyczajnie wegetować. 
Polecam powieść Dawca i już niecierpliwie czekam na część drugą o sugestywnym tytule Skrawki błękitu
Z ciekawości obejrzałam także sobie trailer do filmu Dawca pamięci, który do polskich kin wchodzi już 22 sierpnia. Od razu widać, że film będzie różnił się od książki, ale myślę, że warto skonfrontować go z książką.


czwartek, 21 sierpnia 2014

Cassandra Clare: Miasto szkła

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Miasto szkła
Cykl: Dary Anioła, t.3
Stron: 526
Wydawca: MAG





W finale części drugiej Clary niespodziewanie dowiaduje się, jak obudzić ze śpiączki Jocelyn. Wymaga to jednak wizyty w legendarnym Idrisie, ojczyźnie wszystkich Nocnych Łowców. Do miasta nie da się wejść ot tak, wymagane jest zaproszenie rady, oprócz tego należy otworzyć portal, by móc się tam przemieścić. Już na wstępie wszystko jednak idzie nie tak. Lightwoodowie zostają zaatakowani przez demony, Jace, chcąc nie chcąc musi zabrać ze sobą Simona, a Clary razem z Lukiem przechodzi przez zupełnie inny portal, bo na pierwszy nie zdążyła. To jednak nie koniec kłopotów. 
Nastroje w Idrisie nie są najweselsze. Krążą plotki o tym, że Valentine powrócił i ma w swym posiadaniu już dwa z trzech darów Razjela. Do kompletu, który tworzą Kielich i Miecz brakuje mu tylko Lustra. Jak to zwykle bywa, doświadczeni Łowcy niechętnie w to wierzą, a młodych nikt nie chce słuchać. Zapowiada się bardzo ciekawa przeprawa. 
Z przyjemnością stwierdzam, że trzecia część cyklu, która zamyka pierwszą trylogię, jest równie dobra, co jej poprzedniczki. Czytałam ją z zapartym tchem aż do finału, a potem głowa mi nie chciała przestać pulsować od nadmiaru wrażeń. 
Głównym wątkiem trzeciego tomu jest zrównanie wszystkich ras w prawach oraz ich zjednoczenie w walce ze wspólnym wrogiem. Prawda jest taka, że Nocni Łowcy to tylko jedna z ras, są jeszcze przecież lykantropy, wampiry oraz faerie. Tylko solidarna walka ramię w ramię, odrzucenie uprzedzeń i niechęci, przyniesie im zwycięstwo z armią demonów Valentine'a. Dużą rolę odegrają tu umiejętności Clary. 
Oprócz tego czytelnik zyskuje kolejne informacje na temat przeszłości Jocelyn, Luke'a oraz innych członków Kręgu, a więc pośrednio dowiadujemy się coraz więcej na temat samego Valentine'a. 
Na scenę wchodzą nowe postaci, z których największą rolę odegra tajemniczy Sebastian. 
Tymczasem Clary i Jace wciąż nie mogą dojść do porozumienia ze sobą i tym, co ich łączy. Podskórnie czują, że nie są spokrewnieni, nie potrafią przestać się kochać, a jednocześnie niepewni prawdy, wciąż się ranią. Jace dodatkowo przeżywa rozterki związane ze swoim pochodzeniem; czy faktycznie jego przeznaczeniem jest być tym złym? 
W części trzeciej każda z postaci otrzymuje to, na co zasłużyła. Wszystkie wątki zostają zgrabnie pokończone i znów na uwagę zasługuje poprowadzenie postaci Simona, który przeszedł naprawdę długą drogę oraz Aleca, który wykazał się dużą odwagą. Trochę mało w tym wszystkim było Isabelle, a szkoda, bo uważam, że z tej postaci sporo można by jeszcze wyłuskać.  Mam nadzieję, że autorka nadrobi to w kolejnych częściach.
Według mnie do najlepszych scen, oprócz tych końcowych związanych z walką, należy ta, w której Valentine rozmawia z Razjelem. Tak właśnie sobie to wyobrażałam i bardzo mi się to podobało. 
Ci, którzy kibicowali wątkowi romansowemu także będą usatysfakcjonowani, wszystko zostaje ładnie wypowiedziane i dopowiedziane. 
Epilog zawiera pewne drobne aluzje, które jednak łatwo zignorować. Gdyby nie powstały kolejne części, cykl mógłby się spokojnie zakończyć na tym właśnie tomie. Do tego momentu nie wiedziałam, że są to dwie trylogie, dlatego lekko się zaskoczyłam.
Książki Cassandry Clare czyta się lekko i aż strony furkoczą. Takiej lekkości, dowcipu, sympatycznych postaci i zwrotów akcji życzyłabym sobie w każdej czytanej serii. Te książki aż chce się czytać i naprawdę trudno się od nich oderwać, celem dopełnienia domowych obowiązków. 
Na koniec wyznam, że martwi mnie tylko jedna rzecz: tom ostatni ukazuje się pod koniec września. Nie mam pojęcia jak wytrzymam tak długo, więc może to, że zaczęłam czytać tak późno ma jakiś plus. Z tej dziwacznej perspektywy czekam teraz choć trochę krócej. 
Wciągnęło mnie, wiem. I bardzo mnie to cieszy!

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kevin Crossley - Holland: Bransoletka z kości

Autor: Kevin Crossley - Holland
Tytuł: Bransoletka z kości 
Stron: 332
Wydawca: Bellona




Bransoletkę z kości chciałam przeczytać, odkąd się tylko pojawiła. Tak naprawdę przemówiła do mnie okładka i hasło Wikingowie. Opis treści z tyłu okładki obiecuje czytelnikowi  podróż pełną niebezpieczeństw, niezwykłych przygód raz poznanie nietuzinkowych bohaterów.  Obecnie jestem po lekturze i chciałby się rzec: obiecanki cacanki...
No właśnie. 
Początek książki jest bardzo obiecujący. Na wstępie otrzymujemy dokładny spis postaci ludzkich i boskich, a także mapkę ilustrującą trasę podróży głównej bohaterki. W wielu książkach takiej mapki na ogół brakuje, a dla mnie okazuje się ona bardzo przydatna. Lubię od czasu do czasu na nią zerkać, tak dla orientacji. 
Główną bohaterką jest 15-letnia Solveig, córka Halfdana  z zacnego i szanowanego rodu Wikingów. Dziewczyna jest mocno związana z ojcem, gdyż jej matka zmarła przy porodzie, a z macochą nie potrafi i nie chce się porozumieć. Gdy ojciec dziewczyny wyrusza bez pożegnania w długą podróż do Konstantynopola, w powieści zwanego Miklagardem, Solveig bez wahania wyrusza za nim. Bez przygotowania, w maleńkiej, jak łupina orzecha łódeczce, jest skupiona tylko na jednym: chce odnaleźć ojca i dołączyć do niego. Bohaterka ma dużo szczęścia, gdyż zostaje przyjęta na statek szypra i kupca Czerwonego Ottara  i wraz  z jego rodziną będzie odbywać dalszą podróż. 
Podróż będzie długa i niebezpieczna; Solveig nie raz przekona się, że światem rządzi pieniądz, dla którego ludzie są w stanie zrobić wszystko, a wówczas nie liczą się żadne sentymenty. 
Możliwe, że patrząc na okładkę książki, zasugerowałam się trochę cyklem J. Flanagana Drużyna.  Oczekiwałam historii spod znaku powieści drogi, która będzie skrzyła się dowcipem i pomysłowymi rozwiązaniami i którą będzie się czytało z zapartym tchem do ostatniej strony. Tymczasem...
Mamy tutaj co prawda powieść drogi, temu zaprzeczyć się nie da. Jednak im dalej w książkę, tym bardziej rosła moja irytacja. Dlaczego? 
Otóż książka zawiera bardzo mało opisów. Partie dialogowe przeważają nad opisowymi, których tu mamy na lekarstwo. Nikt nie lubi zbyt długich wynurzeń autorskich to fakt, ale powieść bez opisów jest po prostu sztuczna i nudna. Bransoletka z kości jest powieścią drogi, wspaniałej morskiej podróży, widzianej oczami dorastającej dziewczyny. Opisy miejsc i rzeczy, które widzi, powinny być ciekawe i świeże. Zamiast tego mamy niemal same dialogi, co często owocowało tym, że na początku rozdziału trzeba się było domyślać, co się dzieje i kto do kogo mówi. Książka miała być skierowana głównie do młodzieży, a sama wiem z doświadczenia, że jeśli nie dasz młodemu człowiekowi opisu, który jest bazą, to z samego dialogu niestety nic nie wyczyta.
Wiele do życzenia pozostawia także osoba Solveig. Bardzo mało się na jej temat dowiadujemy. Kocha ojca, jest zdeterminowana, by go odnaleźć i umie rzeźbić, choć to ostatnie wychodzi jej kiepsko, bo ciągle coś jej to uniemożliwia. Podobnie jest z innymi bohaterami, niby są, a jakby ich nie było. Krzyczą, coś tam robią, ale w ogóle nie dowiadujemy się niczego na temat ich wyglądu, pragnień, ambicji. Zabrakło głębi. A najgorsze jest to, że po uważnym przeczytaniu książki, niewiele na jej temat mogę powiedzieć.
Być może założeniem autora było stworzenie prostej, lekkiej historii. Sęk w tym, że wyszło aż za prosto i za lekko. Nie było obiecanych przygód i niezwykłych przeżyć. Wszystko oparło się o banał, a zakończyło czytelniczym zniecierpliwieniem i irytacją oraz poczuciem, że straciłam popołudnie na coś, co w ogóle nie było tego warte. 


niedziela, 17 sierpnia 2014

Cassandra Clare: Miasto popiołów

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Miasto popiołów
Cykl: Dary Anioła, t.2
Stron: 442
Wydawca: MAG






Miasto popiołów jest bezpośrednią kontynuacją Miasta kości. 
Akcja drugiego tomu zaczyna się w zasadzie od momentu, na którym zatrzymała się część pierwsza. Po iście epickim spotkaniu z Valentinem, Clary i Jace, każde na swój sposób, próbują jakoś przetrawić rewelacje, którymi ich zarzucił.
Clary mieszka u Luke'a, odwiedza wciąż nieprzytomną mamę w szpitalu i nieudolnie próbuje zbudować z zakochanym w niej Simonem coś na kształt związku. Tymczasem Jace, pozornie osamotniony, staje przed problemem, jakim jest jego pochodzenie. O ile w części pierwszej prym wiedli nastoletni Nocni Łowcy, o tyle w tomie drugim do głosu dochodzą ci starsi; dorośli, opiekunowie, rodzice. Do Instytutu przybywają rodzice Aleca i Isabelle, Maryse i Robert Lightwoodowie. (choć Roberta mamy tu znikomą ilość). Adoptowany i wychowany przez Lightwoodów, Jace teraz jest oskarżany o to, że jest szpiegiem Valentine'a, bo skoro jest jego synem, to nie może być przeciw niemu. Przybyła do Instytutu Inkwizytorka, zamiast szukać prawdy, jest negatywnie nastawiona do młodzieńca. Butny i zuchwały Jace, naprawdę znajdzie się w patowej sytuacji. Jeszcze tak do końca nie wie, jak traktować Valentine'a, choć wszelkie oskarżenia i aluzje o współpracę z Morgensternem, złoszczą go.
Zahamowaniu ulega także wątek miłosny, który tak dobrze się zapowiadał. Clary i Jace w obliczu przykrej prawdy, jakoby mieliby być dziećmi wspólnych rodziców, miotają się pomiędzy tym, co się dzieje w ich sercach, a tym, czego wymagają od nich społeczne konwenanse. Uważny czytelnik od razu domyśli się, że tak naprawdę bohaterowie nie są ze sobą spokrewnieni. Są postaci, które o tym wiedzą, ale nie są pewne, są aluzje królowej faerii, jest wreszcie zachowanie samego Valentine'a. Tym przyjemniejsze jest zastanawianie się, który z bohaterów jest prawdziwym bratem Clary. Sama próbowałam zgadywać i już mogę powiedzieć, że nie miałam racji. Prawda okazała się znacznie ciekawsza i lepsza.
Miłym zaskoczeniem był dla mnie wątek Simona. Wierny przyjaciel głównej bohaterki, beznadziejnie w niej zakochany, wychodzi wreszcie z cienia oraz piętna okularów i gier komputerowych, stając się jednym z głównych bohaterów i to nie byle jakich. Zmiana, jaka się w nim dokona, będzie niezłą próbą przyjaźni dla niego i Clary, ale także szansą, by spojrzeć na przyjaciółkę z nieco innej strony.
Sama Clary odkryje w sobie pewną umiejętność, która niebawem ( w tomie 3) przyda się całej społeczności Nocnych Łowców. 
Drugą część czyta się dobrze i sprawnie. Po pierwsze dlatego, że chciałoby się wiedzieć, czy główni bohaterowie poznają prawdę, czy autorka każe im jeszcze zaczekać i odrobinę dłużej pomęczy czytelników. Po drugie dlatego, że dialogi nadal są błyskotliwe i cięte, a bohaterowie sympatyczni. Autorka nie bała się poddawać ich przemianom i licznym próbom, co sprawiło, że są prawdziwsi i głębocy, a nie papierowi. Bardzo dobrze też stało się, że nasza zakochana dwójka nie jest płaczliwa i wzdychająca. Wątek miłosny jest tu ważny, to fakt, ale ważniejsze są inne sprawy i to na nich Jace i Clary starają się skupić. Stopniowo rozpędu nabiera także wątek tożsamości seksualnej Aleca, a jego niekiedy żartobliwe potraktowanie na szczęście nie czyni całej sprawy zbyt drażliwą. Warto wspomnieć też o Luku, który świetnie sprawdza się w roli przywódcy watahy oraz przybranego ojca Clary. Obiecujące jest także zakończenie, które sugeruje, że część trzecia będzie baaardzo ciekawa. 
To wszystko i sporo innych rzeczy, o których teraz nie pamiętam, bo piszę na gorąco, sprawiają że książka jest naprawdę fajna.  I tylko jednego żałuję, że nie sięgnęłam po nią wcześniej, choć wtedy musiałabym dłużej czekać na finałową część szóstą, która ukazuje się już pod koniec września.