poniedziałek, 29 września 2014

Kate O'Hearn: Pegaz. Ogień życia

Autor: Kate O'Hearn
Tytuł: Pegaz. Ogień życia.
Stron: 343
Wydawca: Papilon






Jedną z moich ulubionych postaci z mitów greckich jest Pegaz. Ten przecudnej urody biały, skrzydlaty rumak uosabia nie tylko wdzięk, grację i siłę. Jest także wojowniczy i wolny. Dla mnie jest on wszystkim, co wiąże się ze sferą marzeń i pragnień, które chciałoby się spełnić, ale często z braku wiary w siebie tłumaczy się je jako nieosiągalne.
Powieść pt. Pegaz. Ogień życia autorstwa Kate O'Hearn narodziła się z miłości autorki do koni wszelakiej maści. Jak sama pisze w krótkim posłowiu, już sama możliwość pisania o Pegazie była dla niej największą nagrodą i spełnieniem najskrytszego marzenia.
Niejeden miłośnik koni na pewno marzy o tym, aby to na jego podwórku wylądował Pegaz, żeby pozwolił się dotknąć, obłaskawić, pokochać. 
13-letniej Emily trafia się taka możliwość. Okoliczności są co prawda niezbyt sprzyjające, ale nie może być przecież za łatwo. 
Bezpieczny i spokojny dotąd Olimp zostaje zaatakowany przez niradów. Te silne i przypominające kamienne trolle stworzenia śmiercionośną powodzią wpadają do siedziby bogów i dokonują rzezi wśród Olimpijczyków. Ich celem jest jednak Pegaz, któremu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, udaje się uciec na Ziemię do Ameryki. Wojna w niebiosach odbija się na świecie śmiertelników; przez Amerykę przetaczają się burze, zaczyna brakować elektryczności, wielu rannych ludzi trafia do szpitala. To jednak nie koniec. Niradzi w ślad za Pegazem przybywają na Ziemię i kontynuują pościg, stając się coraz większym zagrożeniem dla świata ludzi. 
Pegaz tymczasem zyskuje niespodziewanych sojuszników: Emily, jej kolegę Joela, a z czasem także młodego złodzieja z Olimpu Pelena oraz przybyłą na Ziemię boginię Dianę. Bohaterowie będą musieli nie tylko uciekać przed pościgiem niradów, ale też ukrywać się przed tajemniczą rządową agencją, która najchętniej zamknęłaby Pegaza w laboratorium. Kluczowe dla całej intrygi okaże się także odnalezienie dziewczyny, która nosi w sobie zarzewie olimpijskiego ognia i pomoże nie tylko w walce z niradami, ale też odnowi cały Olimp.
Czy bohaterom uda się osiągnąć zamierzony cel? O tym warto się przekonać samemu. 
Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem i spodoba się każdemu, kto lubi mitologię i sympatyczne historie z nutką przygody i dobrego humoru. Bohaterowie są sympatyczni i prawdziwi, akcja trzyma w napięciu aż do samego końca. Szczególnie podobała mi się więź, jaka nawiązała się miedzy Emily a Pegazem. Wszyscy miłośnicy zwierząt, nie tylko koni, ale i psów i kotów, będą wiedzieli co mam na myśli. Sceny takie chłonę z zapartym tchem, nie mogąc się oderwać od książki.
Przezabawne były też chwile, gdy Olimpijczycy zajadali się ziemskimi słodkościami, będącymi dla nich odpowiednikiem ich ambrozji. Pochłonięcie stosu pączków, lodów, syropu i cukru to naprawdę dokonanie i przyznam, że sama nie byłabym w stanie tego dokonać. Dla bóstw zaś była to najpyszniejsza z przekąsek. 
Co prawda zakończenie historii jest częściowo zamknięte, ale pewne sprawy pozostają niedokończone, więc wiadomo, że na jednym tomie przygody Emily i jej przyjaciół się nie skończą.
Powieść Kate O'Hearn to dobra pozycja dla młodych czytelników 12+, którzy swoją przygodę z czytaniem chcieliby dopiero zacząć, sądzę jednak, że starsi czytelnicy także będą zadowoleni z lektury. Historia jest lekka, przyjemna w odbiorze i naprawdę wciąga.
Polecam.

Dziękuję!

Recenzja opublikowana także na:
Matras
Gandalf
nakanapie.pl



piątek, 26 września 2014

Mira Grant: Blackout

Autor: Mira Grant
Tytuł: Blackout
Przegląd Końca Świata, cz. 3. 
Stron: 509
Wydawca: Sine Qua Non




W minione już (niestety!) wakacje rozpoczęłam swoją przygodę z trylogią Miry Grant Przegląd Końca Świata. Książki te są niezwykłym połączeniem sensacji, intrygi, tematyki związanej z blogowaniem, apokalipsą spełnioną, a wszystko to okraszone jest sosem zombie, które, jak na zombie przystało, jęczą, gryzą i zarażają.
Ktoś kto jeszcze nie czytał książek z cyklu PKŚ mógłby teraz powiedzieć, że to już było i to wiele razy. Otóż nie do końca. 
Obecnie zombie faktycznie często goszczą w kulturze masowej i przyznam, że mimo ich ograniczonej żywotności i motoryki, zawsze dreszczem przejmuje mnie  ich upór do zarażania i gryzienia zdrowych osobników. To ich konsekwentne parcie do przodu, mimo braku kończyn lub innych członków, przejmuje mnie głębokim lękiem. 
Mira Grant w stworzonej przez siebie historii poszła jednak nieco inną drogą. 
Po pierwsze rozwój i rozprzestrzenienie się wirusa podbudowała solidnymi i bardzo logicznie brzmiącymi tłumaczeniami. Na początku XX wieku wynaleziono remedium na grypę i raka. Coś jednak poszło nie tak i w ten sposób powstał groźny szczep wirusa, który w ciągu 40 minut od zarażenia, opanowuje ciało każdej istoty ważącej powyżej 20 kg. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zombie opanowały świat, a pozostałym przy zdrowiu i życiu ludziom nie pozostało nic innego jak  zaostrzyć procedury bezpieczeństwa, a metody badań krwi i dezynfekcji doprowadzić niemal do skrajności. 
Na szczęście w całym tym chaosie gryzienia i zarażania Internet nadal działa, dlatego triumfy święci dziennikarstwo blogowe. Pozamykani w domowych pieleszach ludzie chętnie czytają relacje z dźgania zombie w oko, wynurzenia natury filozoficznej oraz wszelkie inne fikcyjne owoce klawiatury. 
Blogi stały się ważną siłą przekazu, a walka o statystyki oraz wejścia trwa i bywa niekiedy bardzo zajadła.
Głównymi bohaterami są młodzi (na szczęście jednak powyżej 20 lat) dziennikarze tworzący serwis blogowy o nazwie Przegląd Końca Świata. Tej różnorodnej i ekscentrycznej grupie szefuje rodzeństwo Georgia i Shaun Masonowie. 
W finale pierwszej części Feed Mira Grant zrobiła coś, co trudno autorowi wybaczyć, jeśli idzie o głównego bohatera. Georgia została zarażona wirusem i zginęła z ręki własnego brata. Okazało się także, że to co bohaterom wydawało się jedynie echem epidemii, jest wierzchołkiem góry lodowej, spisku obejmującego najwyższe kręgi władzy. 
W drugiej części Deadline towarzyszymy Shaunowi, który we własnej głowie wciąż rozmawia z siostrą i otrzymujemy kolejne rewelacje dotyczące badań nad wirusem. Jednak to ostatnie strony dosłownie wbijają czytelnika w fortel, bo dowiadujemy się, że Georgia Mason nie dała się tak łatwo zepchnąć ze sceny i wróci. W jaki sposób? 
Odpowiedź na to pytanie daje nam część trzecia pt. Blackout.
W części trzeciej wreszcie poznamy wszystkie sekrety CZKC, ESW oraz tych wszystkich, którzy o naturze epidemii wiedzą najwięcej. Trzeba autorce przyznać, że do samego końca nie zabrakło jej fantazji i tej rzadkiej umiejętności logicznego tłumaczenia rzeczy, na dźwięk których większość czytelników zaczęłoby fukać z pogardą.
Wyjaśnia się także natura związku Georgii i Shauna. W tomie drugim autorka zasiała ziarno niepewności, pojawiły się zbyt gorące, jak na rodzeństwo, wyznania i dość długo się nad tym zastanawiałam. Podpytywałam nawet koleżankę, która już miała lekturę za sobą, zdecydowałam jednak pożyć w niepewności i zaczekać na tom 3. Teraz gdy już to wiem, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zostawić sprawy tak, jak je przedstawiał tom pierwszy. Relacja dwójki sierot, obudowana wzajemną troską o zdrowie i komfort, chyba jednak bardziej mi się podobała.
Pochwała należy się także autorce za zakończenie; ani zbyt krwawe, ani zbyt łzawe. Takie jak powinno być. 
Trylogia Przegląd Końca Świata naprawdę zasługuje na uwagę wszystkich zainteresowanych tematem zombie. Jest inna i to stanowi o jej sile.

Dziękuję!

wtorek, 23 września 2014

Veronica Roth: Wierna

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Wierna, cz. 3
Stron: 377
Wydawca: AMBER





Prędzej czy później musiało do tego dojść. We frakcyjnym tyglu Chicago zawrzało, frakcje stanęły przeciwko sobie, tylko po to, by upaść. Wyjawiona w finale informacja, dotycząca powstania frakcji, wywołała burzę w społeczności. 
Rzuciwszy taką bombę, autorka zostawiła i bohaterów i czytelnika z naprawdę twardym orzechem do zgryzienia. 
Trzecia i ostatnia część o przygodach nieustraszonych Tris i Tobiasa, zaczyna się właściwie tam, gdzie się zakończyła część druga.
Tym razem powieść ma dwóch narratorów. Część wydarzeń śledzimy z perspektywy Tris, a część z Tobiasa. Możemy dzięki temu lepiej poznać Tobiasa i myślę, że częściowo właśnie o to chodziło, ale nie tylko taki był  cel.
Fabuła trzeciej części skupia się na wyjściu bohaterów za mur otaczający Chicago. Teraz, kiedy frakcje upadły, zaczęło się dziać jeszcze gorzej. Zdezorientowani obywatele niezbyt dokładnie wiedzą, czego chcą. Frakcje nie były dobrym rozwiązaniem i miały wiele minusów, jednak ich brak, też nie jest dobry. Społeczeństwo dzieli się na zwolenników nowego, bezfrakcyjnego systemu i na tych, którzy chcieliby jego powrotu (choć na trochę innych zasadach). Ci ostatni nazywają siebie Wiernymi.
Specjalnie przygotowana ekipa, w której znajdą się Tris, Tobias, Cara, Caleb, Christina, Uriah i Peter, wybierze się poza mur. Bohaterowie trafią do Agencji i wreszcie poznają prawdę na temat powstania Chicago, podziału frakcyjnego, defektów genetycznych i wszystkiego, co legło u podstaw istnienia ich świata. Przy okazji dowiedzą się, że i sama Agencja ma pewne tajemnice. Tak naprawdę w części trzeciej kłamstwo goni kłamstwo i w którymś momencie już trudno jest się połapać w gąszczu sprzecznych dążeń i interesów.
Dzięki podwójnej narracji lepiej poznajemy Tris i Tobiasa. Z dawnej Altruistki; skromnej i cichej, wyrosła myśląca i poważna młoda kobieta. Przenikliwość i rozwaga bohaterki nie tylko budzą podziw, ale też pokazują, jak długą drogę przeszła. Jej poszukiwanie rozwiązań dobrych dla wszystkich i poświęcenie sugerują, że powinna być znacznie starsza, niż jest. 
Tobias za to okazuje się zupełnie inny, niż początkowo myślałam. Miałam go za silnego i niezłomnego, tymczasem w środku jest nie tylko głęboko wrażliwy i skrzywdzony, ale też momentami bardzo naiwny. Przyznam, że kierunek, w którym autorka kazała pójść tej postaci nie bardzo mi się podobał. 
Związek Tris i Tobiasa staje się jeszcze bardziej burzliwy. Każde z nich ma własną wizję przyszłości, co prowadzi do wielu sprzeczek i kłótni między nimi.
Także pozostali bohaterowie zyskują głębi. Lepiej poznajemy Carę, dzięki czemu naprawdę można ją polubić. Szansę na rehabilitację zyskuje Caleb, który w drugiej części uwiedziony ideologią, zdradził siostrę. Nawet nielubiany Peter, też okazuje się nie taki zły, jak kazano nam myśleć. 
Co do samego zakończenia...
No cóż, przyznam, że poczułam się trochę tak, jakbym dostała policzek. Veronica Roth nie oszczędza swoich bohaterów i trup ściele się tu dość gęsto i są to nie tylko bohaterowie drugoplanowi, ale i główni. Dużo o tym myślę, bo w końcu śmierć jednego z głównych bohaterów nie zdarza się w książkach dla młodzieży często i dochodzę do wniosku, że nie było to zbyt logiczne dla całej fabuły. Dlaczego autorka pożałowało swoim bohaterom happy endu? Żeby było wznioślej? Bardziej heroicznie? Doprawdy nie wiem i uważam, że można było się bez tego obyć. Zabijanie bohatera, w dodatku głupią śmiercią, gdy już tyle przeżył i wycierpiał, jak dla mnie, jest bez sensu.
Trylogia Niezgodna naprawdę jest ciekawa i w fajny sposób napisana. Z pewnością niejeden młody, ale i ten nieco starszy czytelnik będzie zadowolony. 
Jeśli o mnie idzie, jestem zawiedziona i czuję się oszukana. I kropka.

niedziela, 21 września 2014

Jamie McGuire: Piękna katastrofa

Autor: Jamie McGuire
Tytuł: Piękna katastrofa
Stron: 464
Wydawca: ALBATROS Kuryłowicz







Okładka książki okazała się w moim przypadku myląca. Błędnie założyłam, że czarne, jakby porysowane tło oraz motyl w zamkniętym słoiku w jakiś sposób wiążą się z tematyką fantasy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku stronach zdałam sobie sprawę, że zachwalana przez rzesze czytelniczek książka, jest płomiennym romansem o toksycznej miłości. Ponieważ historia zaczęła się całkiem ciekawie, a bohaterowie byli sympatyczni, zdecydowałam się czytać dalej.
Ona jest tą grzeczną. Spokojna, niekonfliktowa Abby decyduje się na rozpoczęcie nauki w innym mieście, gdzie nikt jej nie zna, ani, co za tym idzie, nie wytknie bycia córką sławnego hazardzisty. Abby chce zostawić przeszłość za sobą i skupić się na nauce. Pewnego wieczoru jednak wybiera się z przyjaciółką do klubu, gdzie właśnie odbywa się nielegalna walka. Kiedy dziewczyna znajdzie się zbyt blisko sceny, krew jednego z zawodników poplami jej bluzkę. I od tego się zacznie. 
On jest tym niegrzecznym. Walczy dla pieniędzy, jest cały w tatuażach, a dziewczyny zmienia jak rękawiczki. Mimo opinii podrywacza i uwodziciela, kobiety lgną do niego jak ćmy do światła, a on bryluje w towarzystwie. 
Abby ma być tą, z którą się nie prześpi, bo za bardzo ją szanuje. Oprócz tego jego kuzyn chodzi z jej najlepszą przyjaciółką. Jednak w krótkim czasie bohaterowie przechodzą od etapu niezobowiązującej znajomości, przez przyjaźń, zaborczą (w moim odczuciu) troskę, do miłosnych podchodów zakończonych płomiennym i burzliwym romansem. To Abby będzie miała na Travisa największy wpływ, to o nią będzie się troszczył, na jej dobru będzie mu zależało, aż wreszcie się w niej zakocha, do tego stopnia, że zatraci samego siebie. 
Trzeba przyznać, że pierwsza połowa książki, gdy związek między bohaterami się krystalizuje, jest świetna. Początek ich relacji obfituje w zabawne dialogi, gorące sceny i naprawdę nie pozwala się od książki oderwać. Potem jednak jest już nieco gorzej. Relacja Abby i Travisa oscyluje wokół nieustannych kłótni, scen i awantur. Ona zalewa się łzami i ucieka, on się piekli, by już za moment błagać ją na kolanach o przebaczenie. Kiedy są razem, wszystko jest piękne i jest dobrze. Gdy są skłóceni, cierpi na tym także całe ich otoczenie. Ich uczucie, a także cały związek jest bardzo toksyczne. Kiedy miłość jest tak wielka i zaborcza, że nie pozostawia miejsca na innych przyjaciół, znajomych, czy nawet chwilę dla siebie, większość ludzi zaczyna się zwyczajnie dusić. Dla Travisa każdy mężczyzna, choćby przechodzący obok Abby już jest potencjalnym kandydatem do pobicia go. Wydaje mu się, że wszyscy mu zazdroszczą i tylko czekają na moment, gdy nadarzy się okazja, by mu Abby odbić. Na nic zdają się zapewnienia dziewczyny, że kocha i pragnie tylko jego. Na nic także jej nienaganne pod tym względem prowadzenie się.
Z czasem nieciekawej, jak dla mnie, przemianie podlegają także bohaterowie. Z zuchwałego, wytatuowanego chłopaka, który trząsł całą uczelnią, nie zostaje nic. Zmienia się w niepewnego mężczyznę, który albo się złości, albo błaga. Przyznam, że za którymś razem to jego "Gołąbku" już zaczynało mnie drażnić. Oprócz tego wydaje mi się, że tak naprawdę to on się nie zmienił, a został wzięty pod pantofel. Chcąc być z Abby po prostu jej uległ, to wszystko. Już samo to jest dla mnie nieprawdziwe. W jednej chwili zrezygnować ze wszystkich swoich nawyków i uzależnień, niby to z miłości? Nie, to jest po prostu niemożliwe.
Sama Abby natomiast początkowo nieśmiała i zahukana, złamana tragicznym dorastaniem, staje się stanowcza i pewna siebie, by już za chwilę płakać jak bóbr.
Im bliżej ku końcowi, tym rozwiązania serwowane przez autorkę wydają się mniej prawdziwe. Dlatego samo zakończenie było trochę na wyrost. Szkoda, że autorka nie dała bohaterom więcej czasu, a od razu umieściła ich w tak poważnym związku.
Wiem, że znajdą się czytelnicy, których książka zachwyci. Zresztą sam pomysł jest naprawdę świetny i gdyby go tylko trochę inaczej poprowadzić, byłoby super. Jednak toksyczna strona związku trochę mnie zniechęciła, tym bardziej, że toksyczne związki takich szczęśliwych zakończeń nie mają, albo tu więc zabrakło konsekwencji, albo cała toksyczność była mocno przerysowana. A może zbyt wiele od romansów wymagam? Nie wydaje mi się. 
Dlatego ani nie zachęcam, ani nie odradzam. 

piątek, 19 września 2014

Jennifer L. Armentrout: Onyx

Autor: Jennifer L. Armentrout
Tytuł: Onyx
Seria: Lux, t.2
Stron: 448
Wydawca: FILIA




Pierwsza część cyklu o dziewczynie-blogerce-ogrodniczce i jej kosmicznym ukochanym zauroczyła mnie na maxa. 
W recenzji części pierwszej tłumaczyłam już powody tego zauroczenia, dlatego nie będę się powtarzać, powiem tylko, że za lekturę części drugiej zabrałam się tak szybko, jak tylko się dało.
W finale części pierwszej Deamon uleczył Katy, ratując ją od śmierci. Tym samym między nimi wytworzyło się niezwykłe połączenie, które raczej zostanie im na zawsze. W praktyce polega ono na tym, że wyczuwają własne emocje, uczucia i z dnia na dzień wiążą się ze sobą coraz mocniej. Z czasem okaże się, że jeśli jednemu dzieje się krzywda, to cierpi i drugie. Katy i Deamon decydują się zachować to w sekrecie, z obawy by DOD nie wmieszało się w ich sprawy. Niedługo potem okaże się, że przed takimi firmami nic się nie ukryje, ale póki co bohaterowie będą mieli inne sprawy na głowie. 
Wytworzona między Katy i Deamonem więź przysporzy głównej bohaterce niemało kłopotów. Dziewczyna nadal jaśnieje, co naraża ją i otoczenie na niebezpieczeństwo ze strony Arum. To dlatego Deamon wciąż kręci się wokół Katy, na lekcjach, ku jej irytacji, dźga ją długopisem w plecy, a także coraz bardziej otwarcie okazuje jej swoje zainteresowanie. Katy jednak jest przekonana, że uczucia chłopaka są spowodowane przez więź, a więc nie są prawdziwe i opiera się przystojnemu kosmicie jak tylko może. To jednak nie wszystko. Nastolatka będzie musiała się zmierzyć z faktem, że jej mama się z kimś spotyka, a oprócz tego, w szkole pojawi się nowy całkiem sympatyczny chłopak, który wydaje się Katy szczerze lubić. Ale i to nie wszystko. Katy bowiem odkryje w sobie zdolności, które będą się nasilać i wymagać wzięcia w karby, słowem bohaterka będzie miała pełne ręce roboty. 
Z przyjemnością stwierdzam, że druga część cyklu jest równie zabawna i urocza, jak pierwsza. Deamon w roli uwodziciela nie traci nic ze swojej ostrości i nadal jest trudny, a nawet niekiedy chamski. On i Katy nadal się ścierają, walczą ze sobą i wzajemnym przyciąganiem, a także coraz więcej dowiadują na swój temat, co w przyszłości mocno wpłynie na ich związek. Oprócz tego na dokładkę mamy Blake'a, choć na szczęście autorka nie zrobiła tu trójkąta. Od razu widać, że pod tą miłą aparycją coś się kryje i bohater nie ma dobrych zamiarów. Czytelnik może jedynie trzymać kciuki, by Katy i inni nie dowiedzieli się o tym, gdy już będzie za późno. Coraz więcej dowiadujemy się także na temat działań DOD oraz ich powiązań z Arum i hybrydami. Okazuje się, że instytucja ta ma sporo na sumieniu, tym bardziej, że Katy zaczyna widywać osoby, które oficjalnie uznano za zmarłe, a tymczasem są całkiem żywe. Firma ukrywa więc więcej niż początkowo myślano i ma wobec kosmitów własne plany. 
Drugi tom wraca do tematu zaginionego brata Deamona i Dee, pojawiają się kolejni Arum, dostajemy także garść informacji na temat tego, jak w ludziach uleczonych przez kosmitów ujawniają się nowe umiejętności. Czytając te rozdziały, miałam przed oczami jedną z końcowych scen Roswell: W kręgu tajemnic, gdy odmieniona Liz wparowuje do pokoju, w którym Max rozmawia z przybyłą niedawno na Ziemię Tess. Moment, kiedy drzwi się otwierają, niczego nie spodziewająca się Tess leci na ścianę, a Liz z rozwianym włosem i jarzącą się dłonią mówi "Get up bitch!" to moja ulubiona scena całej serii.
Początkowo, podobnie jak w tomie pierwszym, nie dzieje się zbyt wiele. Autorka buduje napięcie stopniowo. Śledzimy postępy Katy w nauce opanowywania mocy, kibicujemy jej i Deamonowi, choć podskórnie podejrzewamy, że lada chwila zacznie się dziać coś poważniejszego. I faktycznie. Finałowe rozdziały dostarczają całą masę emocji i do samego końca trzymają w niepewności. A scena końcowa w bardzo okrutny sposób podsyca czytelniczy apetyt. 
Jak już mówiłam wcześniej, cykl znajdzie tyle samo miłośników co i krytyków. Dla mnie liczy się to, że jest zabawny, lekki i tak zajmuje moją uwagę w czasie czytania, że wszelkie inne czynności wykonuję pędem, byle tylko wrócić do książki. To chyba coś znaczy. Albo może jestem beznadziejną romantyczką. A jeśli nawet, co mi tam.

środa, 17 września 2014

Kiera Cass: Jedyna

Autor: Kiera Cass
Tytuł: Jedyna cz. 3
Stron: 320
Wydawca: Jaguar



Każda kobieta marzy o księciu z bajki. Każda kobieta może swojego księcia znaleźć, trzeba tylko umieć szukać. Bo któż to właściwie jest, taki książę z bajki? Oprócz takich oczywistych przymiotów jak uroda i charyzma, powinien być kochający, wpatrzony w swoją księżniczkę i gotowy dla niej na wszelkie poświęcenia.
A czy księżniczka powinna spełniać dane wymogi, posiadać listę cech pożądanych, aby być tą jedyną? No jasne. Oprócz takich oczywistych przymiotów jak uroda, skromność, powinna być kochająca, wpatrzona w swojego księcia i gotowa dla niego na wszelkie poświęcenia. 
Czy America Singer jest taka? Czy nadaje się na królową, mimo że nie jest pewna co do swoich uczuć wobec Maxona, mimo że jej poparcie w sondażach spada i mimo że potencjalny teść jej nie znosi? Jak zakończy się Selekcja, której owocem będzie nowa para królewska Illei?
W trzeciej części swojej debiutanckiej trylogii, Kiera Cass stara się dać swoim czytelnikom odpowiedzi na te pytania. 
W pałacu zostało już tylko cztery dziewczyny. America, która w finale części drugiej, już była spakowana i miała odejść, poszła jednak po rozum do głowy i zdecydowała się zagrać o wszystko. Została, choć Maxon wydawał się być nieco rozbity pomiędzy nią a Kriss. Postanawia także użyć wszelkich środków, by tą Jedyną zostać. America Singer uwodzicielką? Hmm, to mogłoby wyglądać ciekawie. 
Niestety takie nie jest i nie będzie, bo Ami w roli kuszącej hurysy jest nienaturalna i nieco śmieszna. Jedyne co może zrobić, to po prostu być sobą, tak jak do tej pory. Tylko, czy to wystarczy?
Bądźmy szczerzy, trzecia część trylogii Selekcja jest nudna. I wcale nie chodzi tu o to, żeby się nad książką pastwić, czy kogoś zniechęcać.
Pierwsza część pt. Rywalki, była naprawdę fajna. Widać było, że autorka ma pomysł, który jak na potrzeby tomu pierwszego, był dopracowany. Ciekawie przedstawiono ustrój społeczeństwa, podział na kasty oraz problemy, z jakimi borykają się Ami, jej rodzina oraz sąsiedzi. Ograniczenie kastowe bowiem nie tylko zabraniało ludziom robić to, do czego mieli zdolności, ale też pozbawiało ich w ten sposób szansy na lepsze życie. Moment, w którym dziewczyna z nizin, z burzą rudych włosów i równie ognistym temperamentem trafiła do grona Rywalek, był miłym powiewem świeżości. Część pierwszą czytało się miło, przyjemnie, tak jakby zjadało się pyszny ulubiony deser. Zresztą, kto czytał, ten wie, co mam na myśli.
A potem? 
Potem przyszła pora na Elitę, w której Ami i innych pięć dziewcząt się znalazły. Głowna bohaterka zaczęła się trochę miotać, jeszcze nie do końca pewna, czego właściwie chce. Odejść już nie, ale zostać też jakby jeszcze nie. Kiedy już była prawie pewna, zawsze wydarzyło się coś, co ją od tej pewności, odciągało.W dodatku zaczęła zdawać sobie sprawę, że bycie królową to nie tylko piękna oprawa sukni, przyjęć i słodkich wyznań. To także polityka, naciski z różnych stron, to wymagania i potrzeby ludu. Słowem, władza to ciężar i obowiązek, często bardzo uciążliwy. Dwójkę czyta się dobrze, ale już widać pewien spadek formy. Trudno dokładnie powiedzieć, czym jest on spowodowany, ale już nie jest tak świeżo i ożywczo, jak w części pierwszej. 
Wreszcie nadchodzi ta Jedyna i...
Być może dlatego, że z góry wiadomo, kto nią zostanie jest tak nudno i ospale. Po części można za to winić budowę fabuły, która zakłada, że nikomu nie wolno wychodzić z pałacu, bo na zewnątrz jest niebezpiecznie. W ten sposób lista rzeczy, które można robić w pałacu, zawęża się. Część trzecia jest, jak dla mnie, odwlekaniem tego, co i tak się zdarzy. Ami i Maxon, jedną szczerą rozmową mogliby zakończyć Selekcję i byłoby po sprawie. A tak, mamy jakieś dziwne sprzeczki, fochy, przemieszane planowaniem przyjęcia czy publicznym wystąpieniem. Czasem na scenę wpadną rebelianci, którzy po kilku strzałach uciekają. Aż chciałoby się zapytać, to po co w ogóle wpadają. Oprócz tego, nie wiem, jak innym czytelnikom, ale mnie pomiędzy Ami i Maxonem, brakowało ognia, tej elektryczności, która towarzyszy zakochaniu się.
Leży także sam finał. Zamiast postawić główną bohaterkę przed problemami, z którymi koniecznie powinna się zmierzyć, autorka zamiata wszystko pod dywan. Jest miło, słodko i szczęśliwie. A jak się zamiata? Tego już może nie napiszę, aby nie psuć czytania, tym którzy jeszcze nie zaczęli lub są w trakcie. 
Naprawdę nie lubię krytykować, ale po tak dobrym początku, oczekiwałam równie dobrego zakończenia. Stonowaną część drugą idzie przeboleć, bo wiadomo, że w trylogiach środek zawsze (albo przynajmniej zawsze) zwalnia. Ale jeśli ten spadek dotyczy też finału, to jest nieciekawie, a czytelnik jest zawiedziony. Osobiście jestem i trochę mi z tego powodu smutno.

niedziela, 14 września 2014

Jennifer L. Armentrout: Obsydian

Autor: Jennifer L. Armentrout
Tytuł: Obsydian
Seria: Lux
Stron: 346
Wydawca: FILIA



Zdarza się Wam tak czasem, że to co się nie podoba ogółowi, Wam tak? Mnie ostatnio to właśnie spotkało. W sumie nie bardzo wiem czemu, ale recenzje Obsydianu, które spotykałam w Sieci, były negatywne. Na mnie zadziałało to odwrotnie; zamiast mnie zniechęcić, tym mocniej mnie ciekawiło. Oprócz tego, lubię sama przekonać się co i jak. Złota zasada wszystkiego, nie tylko czytelnictwa, brzmi: Co się jednemu podoba, drugiemu nie musi. Poza tym nudno byłoby, gdyby wszystkim podobały się te same rzeczy. 
Główna bohaterka 17-letnia Katy przeprowadza się wraz z mamą do innego stanu. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że nie dość, że prowadzi ona bloga o książkach, to jeszcze lubi prace ogrodowe i sadzenie roślin. Już to wystarczyło, bym polubiła główną bohaterkę.
Chcąc zapytać o drogę do sklepu ogrodniczego, Katy poznaje swoich nowych sąsiadów, rodzeństwo. Oboje są piękni i niezwykli, co widać już na pierwszy rzut oka. Dziewczyna jest jednak znacznie milsza i bardzo, ale to bardzo chce się z Katy zaprzyjaźnić. Dee, bo tak ma na imię, trudno nie lubić, w przeciwieństwie do jej brata Deamona, który jest złośliwy, niemiły, chamski i stety, niestety uderzająco przystojny, ale to tak oszałamiająco, jak to tylko w takich książkach być może. Nie podoba mu się, że siostra chce się przyjaźnić z kimś tak zwykłym i bez ogródek to mówi. Katy początkowo jest tym oburzona, potem zdegustowana, a potem na przemian jedno i drugie. Z czasem tych dwoje zacznie ze sobą spędzać więcej czasu, aż stopniowo zacznie się rodzić wzajemna fascynacja, którą będzie pogłębiać ciągłe przyciąganie. Bystra blogerka zauważy, że Dee i Deamon nie są jak inni. Pewne wydarzenia utwierdzą ją tylko w przekonaniu, że rodzeństwo skrywa jakąś tajemnicę, a brutalna napaść w miasteczku, tylko te podejrzenia podbuduje. Katy, przebywającej w towarzystwie Blacków zagrozi tajemnicza siła i zrobi się naprawdę groźnie. Co się może stać, gdy niezwykły chłopak uratuje zwykłą dziewczynę? Oj dużo, naprawdę dużo.
W moim przypadku na odbiór książki wpłynęły dwa czynniki. 
Po pierwsze w latach 1999-2002 byłam (i w sumie jestem nadal) wierną fanką serialu Roswell: W kręgu tajemnic, którego fabuła nawiązywała do incydentu w tymże Roswell w roku 1947. Jak głosi plotka/legenda/ czy co tam kto woli, w 1947 roku doszło tam do lądowania UFO. Nie będę się tu rozwodzić o teoriach spiskowych i spotkaniach trzeciego stopnia, ale sam serial był świetny i pod względem obsady i przedstawianej tematyki. Problemy dojrzewania przeplatały się z sensacją, zagadkami obcych i ich staraniami, by ich tożsamość nie została ujawniona. Czworo nastoletnich kosmitów równoważyło czworo Ziemian. Tworzyły się pary, związki, rywalizacje, było super. Kibicowałam oczywiście Liz i Maxowi, ale większą sympatią darzyłam trudny związek Marii i Michaela, co nie zmienia faktu, że i tak kochałam wszystkich. Nawet do Tess, w pewnym momencie, udało mi się przekonać. Miłość fana nie ma granic. 
W Obsydianie jest kilka podobieństw do serialu. Są młodzi kosmici i jedna (jak na razie Ziemianka). On ją ratuje i odmienia. Uczucie jest trudne i przechodzi przez liczne perypetie. 
Drugą rzeczą, która wpłynęła ma mój odbiór książki jest prostota. Lubię rzeczy zwykłe, ale ładnie podane. Uwielbiam rzutkie, błyskotliwe dialogi i cięte riposty, a miłosne podchody i drapieżne flirty cenię bardziej od samego, formalnego już związku. Myślę, że to dlatego Obsydian tak bardzo mi się spodobał. Lektura tej książki naprawdę jest przyjemnością, bo kto nie lubi się pośmiać? Początkowo może nie dzieje się zbyt wiele; ot przepychanki słowne i piesze wędrówki, okraszone podejrzeniami głównej bohaterki. Z czasem jednak zaczyna być coraz ciekawiej, a głowni bohaterowie nie tracą swojego drapieżnego poczucia humoru i ścierają się niczym dwie rakiety, ku uciesze gawiedzi.
Obsydian to tak naprawdę dopiero początek serii i już po zakończeniu widać, że może być tylko lepiej. Wciągnęło mnie i to chyba na dobre. Jestem literacko zakochana w tej kosmicznie zabawnej, pomysłowej i błyskotliwej serii. Chcę jeszcze. I w dużych ilościach.