Tytuł: Jedyna cz. 3
Stron: 320
Wydawca: Jaguar
Każda kobieta marzy o księciu z bajki. Każda kobieta może swojego księcia znaleźć, trzeba tylko umieć szukać. Bo któż to właściwie jest, taki książę z bajki? Oprócz takich oczywistych przymiotów jak uroda i charyzma, powinien być kochający, wpatrzony w swoją księżniczkę i gotowy dla niej na wszelkie poświęcenia.
A czy księżniczka powinna spełniać dane wymogi, posiadać listę cech pożądanych, aby być tą jedyną? No jasne. Oprócz takich oczywistych przymiotów jak uroda, skromność, powinna być kochająca, wpatrzona w swojego księcia i gotowa dla niego na wszelkie poświęcenia.
Czy America Singer jest taka? Czy nadaje się na królową, mimo że nie jest pewna co do swoich uczuć wobec Maxona, mimo że jej poparcie w sondażach spada i mimo że potencjalny teść jej nie znosi? Jak zakończy się Selekcja, której owocem będzie nowa para królewska Illei?
W trzeciej części swojej debiutanckiej trylogii, Kiera Cass stara się dać swoim czytelnikom odpowiedzi na te pytania.
W pałacu zostało już tylko cztery dziewczyny. America, która w finale części drugiej, już była spakowana i miała odejść, poszła jednak po rozum do głowy i zdecydowała się zagrać o wszystko. Została, choć Maxon wydawał się być nieco rozbity pomiędzy nią a Kriss. Postanawia także użyć wszelkich środków, by tą Jedyną zostać. America Singer uwodzicielką? Hmm, to mogłoby wyglądać ciekawie.
Niestety takie nie jest i nie będzie, bo Ami w roli kuszącej hurysy jest nienaturalna i nieco śmieszna. Jedyne co może zrobić, to po prostu być sobą, tak jak do tej pory. Tylko, czy to wystarczy?
Bądźmy szczerzy, trzecia część trylogii Selekcja jest nudna. I wcale nie chodzi tu o to, żeby się nad książką pastwić, czy kogoś zniechęcać.
Pierwsza część pt. Rywalki, była naprawdę fajna. Widać było, że autorka ma pomysł, który jak na potrzeby tomu pierwszego, był dopracowany. Ciekawie przedstawiono ustrój społeczeństwa, podział na kasty oraz problemy, z jakimi borykają się Ami, jej rodzina oraz sąsiedzi. Ograniczenie kastowe bowiem nie tylko zabraniało ludziom robić to, do czego mieli zdolności, ale też pozbawiało ich w ten sposób szansy na lepsze życie. Moment, w którym dziewczyna z nizin, z burzą rudych włosów i równie ognistym temperamentem trafiła do grona Rywalek, był miłym powiewem świeżości. Część pierwszą czytało się miło, przyjemnie, tak jakby zjadało się pyszny ulubiony deser. Zresztą, kto czytał, ten wie, co mam na myśli.
A potem?
Potem przyszła pora na Elitę, w której Ami i innych pięć dziewcząt się znalazły. Głowna bohaterka zaczęła się trochę miotać, jeszcze nie do końca pewna, czego właściwie chce. Odejść już nie, ale zostać też jakby jeszcze nie. Kiedy już była prawie pewna, zawsze wydarzyło się coś, co ją od tej pewności, odciągało.W dodatku zaczęła zdawać sobie sprawę, że bycie królową to nie tylko piękna oprawa sukni, przyjęć i słodkich wyznań. To także polityka, naciski z różnych stron, to wymagania i potrzeby ludu. Słowem, władza to ciężar i obowiązek, często bardzo uciążliwy. Dwójkę czyta się dobrze, ale już widać pewien spadek formy. Trudno dokładnie powiedzieć, czym jest on spowodowany, ale już nie jest tak świeżo i ożywczo, jak w części pierwszej.
Wreszcie nadchodzi ta Jedyna i...
Być może dlatego, że z góry wiadomo, kto nią zostanie jest tak nudno i ospale. Po części można za to winić budowę fabuły, która zakłada, że nikomu nie wolno wychodzić z pałacu, bo na zewnątrz jest niebezpiecznie. W ten sposób lista rzeczy, które można robić w pałacu, zawęża się. Część trzecia jest, jak dla mnie, odwlekaniem tego, co i tak się zdarzy. Ami i Maxon, jedną szczerą rozmową mogliby zakończyć Selekcję i byłoby po sprawie. A tak, mamy jakieś dziwne sprzeczki, fochy, przemieszane planowaniem przyjęcia czy publicznym wystąpieniem. Czasem na scenę wpadną rebelianci, którzy po kilku strzałach uciekają. Aż chciałoby się zapytać, to po co w ogóle wpadają. Oprócz tego, nie wiem, jak innym czytelnikom, ale mnie pomiędzy Ami i Maxonem, brakowało ognia, tej elektryczności, która towarzyszy zakochaniu się.
Leży także sam finał. Zamiast postawić główną bohaterkę przed problemami, z którymi koniecznie powinna się zmierzyć, autorka zamiata wszystko pod dywan. Jest miło, słodko i szczęśliwie. A jak się zamiata? Tego już może nie napiszę, aby nie psuć czytania, tym którzy jeszcze nie zaczęli lub są w trakcie.
Naprawdę nie lubię krytykować, ale po tak dobrym początku, oczekiwałam równie dobrego zakończenia. Stonowaną część drugą idzie przeboleć, bo wiadomo, że w trylogiach środek zawsze (albo przynajmniej zawsze) zwalnia. Ale jeśli ten spadek dotyczy też finału, to jest nieciekawie, a czytelnik jest zawiedziony. Osobiście jestem i trochę mi z tego powodu smutno.







