piątek, 4 listopada 2016

Rhys Bowen: Do grobowej deski

Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Do grobowej deski
Seria: Molly Murphy # 3
Stron: 392
Wydawca: Noir sur Blanc






Od wydarzeń z tomu drugiego minęło kilka miesięcy. Ameryka otrząsnęła się po śmierci prezydenta Williama McKinleya. Obecnie prezydenturę sprawuje Theodore Roosevelt.  Po śmierci Paddy'ego Rileya, w sytuacji braku jakichkolwiek spadkobierców, Molly przejęła jego biuro i chce wreszcie zacząć pracę jako samodzielny detektyw. Kobieta zorientowała się już, że sprawy o zabójstwa są zbyt niebezpieczne dla niej jako kobiety, dlatego postanawia zająć się szukaniem zaginionych w Ameryce Anglików i Irlandczyków na prośbę ich bliskich.
I faktycznie po zamieszczeniu w prasie ogłoszenia, zgłaszają się do Molly zrozpaczeni rodzice córki, która uciekła z domu, by poślubić parobka. To zlecenie wydaje się Molly idealne, cóż szkodzi trochę popytać ludzi o dwoje ludzi, którzy niedawno przybyli do Ameryki. Szybko się okazuje, że ów parobek to bardzo niebezpieczny typ, mający powiązania z gangami. Sprawa, która zapowiadała się na łatwą i szybką w realizacji, nabiera nagle bardzo niebezpiecznych barw. 

Rhys Bowen w swoich powieściach poświęca dużo miejsca kobietom i ich naprawdę trudnej sytuacji społecznej. W trzeciej części przygód Molly mamy okazję zaobserwować środowisko kobiet pracujących w dużych szwalniach. Wbrew pozorom jest to ciężka i żmudna praca, głównie przez panujące w szwalniach przenikliwe zimno i znikome oświetlenie. Pracujące tam kobiety traktuje się jak niewolnice, z byle powodu potrąca im się z pensji, która i tak jest licha. Stopniowo budząca się świadomość i powstające związki zawodowe są szansą dla tych kobiet, które dotąd nie miały w nikim wsparcia. Druga prowadzona przez bohaterkę sprawa, jest bezpośrednio związana ze szwalniami, dlatego Molly na własnej skórze ma okazję się przekonać, jak wygląda praca oraz co potrafi zrobić pracodawca, aby zmusić strajkujące kobiety do powrotu do pracy. 

Mocniej niż w poprzednich dwóch tomach został tu zarysowany wątek romansowy. Ponieważ Molly ma bardzo trudny charakter i do potulnych nie należy, non stop ląduje w areszcie co naraża ją na spotkania z kapitanem Sullivanem. Okazało się, ku zaskoczeniu Molly i czytelnika, że sympatyczny policjant ma już narzeczoną, o czym nawet nie napomknął Molly. Zraniona bohaterka próbuje zapomnieć o kapitanie, ale nie jest to takie proste, bo serce nie sługa. Czy poznany podczas strajku sympatyczny fotograf Jacob uleczy złamane serce kobiety?  To się okaże. 
Ponieważ Nowy Jork początków wieku jest istnym tyglem narodowościowym, dzięki wprowadzeniu postaci Jacoba mamy szansę przyjrzeć się zwyczajom żydowskich imigrantów, co także jest bardzo ciekawe. 

Klimatu swojskości nadają powieści znani już czytelnikowi bohaterowie tacy jak Seamus i jego dwójka dzieci, czy wierne przyjaciółki Molly Sid i Gus. To miłe, że bohaterowie, do których się już przyzwyczailiśmy, nie znikają nagle bez powodu.

Trzecia część cyklu trzyma poziom.  Pełno tu zabawnych sytuacji i dialogów, ale też poważnych nieporozumień, które gdyby nie wsparcie przyjaciół, mogłyby poważnie Molly zaszkodzić. Bohaterka coraz lepiej poznaje miasto, ale jeszcze wiele przed nią, a zarazem przed czytelnikiem. 
Polecam miłośnikom powieści kryminalnych  z szerokim tłem obyczajowo-kulturowym. To prawdziwa gratka dla miłośników retro.
Dziękuję!

środa, 2 listopada 2016

Kate Morton: Dom nad jeziorem

Autor: Kate Morton
Tytuł: Dom nad jeziorem
Stron: 544
Wydawca: ALBATROS







Powieściom Kate Morton nie można się oprzeć, gdy się już złapie bakcyla, ale wiem, że dla niektórych mogą być one zbyt rozwlekłe i nieco przegadane. Mnie one urzekły, zaczarowały sielskim klimatem brytyjskiej prowincji, opisami przyrody zalanej słońcem i zielenią, a także schowaną na kartach powieści tajemnicą sprzed lat.
Dom nad jeziorem to już piąta powieść tej autorki. Miłośnik jej prozy otrzymuje to, do czego został przyzwyczajony w poprzednich książkach. Tajemnicę, która odkrywana jest przed jego oczami stopniowo, przy czym na porządku dziennym jest mylenie tropów, gdyż niby wiemy mniej więcej co się stało, ale tak do końca to nie wiemy, ani jak, ani dlaczego, a może się nawet okazać, że stało się coś zupełnie innego. Jak zwykle, akcja toczy się na kilku płaszczyznach czasowych, z których najważniejsze są w sumie dwie. 

Rok 1933, Kornwalia. Przepiękną rezydencję Loeanneth skrytą w dolinie przed oczami ciekawskich zamieszkuje rodzina Edevane: małżonkowie Anthony i Eleonor oraz ich ich trzy dorastające córki Deborah, Alice i Clemmie, a także malutki, niespełna roczni synek Theo, oczko w głowie wszystkich. Edevane'owie wydają się szczęśliwi, zżyci, szykują się do przyjęcia z okazji czerwcowego święta przesilenia. Dzień zakończy się tragedią dla rodziny, która wyjedzie z Loeanneth, aby nigdy więcej tu nie wrócić. Dotkliwa strata, która rozpali umysły dziennikarzy w całej Wielkiej Brytanii z czasem doprowadzi do rozpadu rodziny. 

Rok 2003, także Kornwalia. Młoda, uparta policjantka Sadie Sparrow przyjeżdża do domu dziadka na przymusowy urlop. Przymusowy, bo zbyt zaangażowała się w śledztwo i nastąpił wyciek do prasy. Kiedy Sadie, podczas biegania, natrafia na dom nad jeziorem, znajduje tam stare ślady bytności mieszkańców i... łapie bakcyla. Od tej pory nie potrafi odpuścić i postanawia wyjaśnić sprawę zaginionego przed laty dziecka. Czy poznanie sędziwej Alice Edevane ułatwi jej rozwiązanie zagadki?

W przeplatających się rozdziałach poznajemy dzieciństwo i młodość Eleonor, Alice i Sadie, nic dziwnego zatem, że jednym z głównych wątków powieści jest macierzyństwo i relacje matek z dziećmi. Jest to bardzo mocna wieź, czego najlepszym przykładem jest pomniejszy wątek matki, której córka niespodziewanie zaginęła i choć wszyscy łącznie z policją już sprawę zamknęli, serce matki nie chce odpuścić i pogodzić się w faktem, który wydaje mu się naciągany, a co za tym idzie podejrzany.
Drugi motyw, który powtarza się w każdej z powieści autorki, to wątek tworzenia, tym razem powieści kryminalnych. Na przykładzie Alice dowiadujemy się, jakimi prawami winna się rządzić fabuła powieści, aby była logiczna, zaskoczyła czytelnika i była niepowtarzalna.

Może jestem bezkrytyczna, ale i ta powieść Kate Morton bardzo mi się podobała. Za serce chwyciła mnie zwłaszcza Eleonor w roli kochającej żony i matki i to jak przez lata pod wpływem różnych spraw codziennych zmieniał się jej charakter i podejście do wielu rzeczy. W tym miejscu autorka bardzo dobitnie porusza problem traumy pourazowej spowodowanej udziałem w wojnie. Problem ten wówczas niezdiagnozowany do końca, dla wielu byłych żołnierzy był wstydliwym kłopotem, który utrudniał życie i izolował od życia i bliskich. Podobały mi się opisy relacji rodzinnych oraz zagmatwana zagadka. Najlepsze jest to, że dopiero złożenie w całość wspomnień każdego z bohaterów daje nam pełny obraz układanki i pozwala odkryć tajemnicę.

Dom nad jeziorem spodoba się miłośnikom powieści tej autorki. Zajrzyjcie do tego domu i spróbujcie odkryć jego tajemnice. Wsłuchajcie się w melodię lasu i dajcie się porwać historiom młodej Alice. Spodoba się Wam. Polecam.

wtorek, 1 listopada 2016

Halloween według Cooltowych animacji

Zupełnie przypadkiem natrafiłam wczoraj na blok animacji krótkometrażowych związanych tematycznie z dniem Halloween. Stąd wziął się pomysł na wpis. W zestawieniu znajdą się tylko filmy krótkometrażowe, bo jak wiadomo znalazłaby się też garść pełnometrażowych animacji, (takich jak Straszny dom, Hotel Transylwania, czy Frankenweenie) ale o tych będę pisać oddzielnie. Jednocześnie, gdybyście wiedzieli o istnieniu podobnych filmików z udziałem znanych i lubianych postaci, proszę o info w komentarzach. 

1. Legenda o Smoku Gnatochrupie (czas trwania: 16 min.)


Może nie do końca w klimacie Halloween, ale jest atmosfera grozy i tajemnicy oraz co najważniejsze jest smok wyglądem przypominający ogromny szkielet lub jak kto woli Dracolicha z Nightwood. 

Tym razem bliżej poznajemy Pyskacza, który przez całe swoje życie jest prześladowany przez smoka Gnatochrupa. Mało kto wierzy staremu Wikingowi, znając jego zdolności do koloryzowania. Czkawce żal się robi przyjaciela, dlatego wyruszają na wyprawę mającą udowodnić istnienie tego niezwykłego gada. 
Za dużo się tu rozpisywać nie będę, w końcu to tylko kwadransik, powiem więc tylko, że twórcom udało się utrzymać ten sam poziom dowcipu co w filmach pełnometrażowych, a sam Gnatochrup to majstersztyk. 

Nie tylko dla wielbicieli smoków. 





2. Shrek 3-D (Czas trwania: 12 min.)

Jest cmentarz na odludziu? Jest. 
Czy bohaterowie głupio wybierają gorszą, strasznie wyglądającą drogę? Pewnie
Czy jest żądny zemsty duch? Jak najbardziej. 

Na krótko do życia powraca duch lorda Farquada, który marzy o tym, by uczynić z Fiony swoją duchową (dwuznaczność zamierzona) królową. 

Świetnie skonstruowana fabuła, z brawurowym pościgiem przez wodospad, znany już shrekowski dowcip oraz dwa smoki w pakiecie. 
Niezła gratka. 








3. Shrek ma wielkie oczy (czas trwania: 21 min.) 

Jak najbardziej w klimacie Halloween, w końcu nikt tak dobrze nie zna się na straszeniu, jak ogry. 

Shrek, Osioł, Puszek, Pinokio, Ciastek oraz Świnki wybierają się na noc strasznych opowieści do opuszczonego zamku lorda Farquada w Duloc. 
Że Osioł i Puszek opowiadać nie potrafią, to wiadomo. Ale świetnymi historyjkami uraczą nas Ciastek i Shrek. Opowieści o przesłodzonej narzeczonej i opętanym Pinokiu z pewnością przypadną do gustu miłośnikom kultury popularnej z  Egzorycystą i psychopatycznymi narzeczonymi w głównej roli. 









4. Potwory kontra Obcy: Dynie mutanty z kosmosu (czas trwania: ok. 30 min.) 

Trwają przygotowania do Halloween i całe miasteczko wręcz tonie w dekoracjach, słodyczach i oczywiście dyniach. Susan wraz z zaprzyjaźnionymi potworami liczy na wolny wieczór, tymczasem okaże się, że będzie musiała stanąć do walki ze zmutowanymi dyniami żądnymi słodyczy. 
Coś pięknego. 
Zachęciło mnie to do zapoznania się z pełnometrażową wersją Potworów i Obcych, co też uczynię dziś. 












5. Potwory kontra Obcy: Noc żywych marchwi (czas trwania: 12 min.) 


To tak naprawdę bezpośrednia kontynuacja Dyń mutantów. 
Żywe marchwie powstały na skutek zmutowanej dyni i zwyczajem zombiech, chcą zarażać. Może i są małe i nieco zeschnięte, ale też szybkie i złośliwe. 
Jak w poprzedniej części asoekt dydaktyczny był czytelny: za dużo cukru, tak i tej jest bardzo wyraźny. Mianowicie alternatywą są warzywa. 
Tak naprawdę wszystko dobre, byle z umiarem. 














To tyle. Powtarzam: jeśli znacie inne tytuły w tego tematu, będę wdzięczna.

niedziela, 30 października 2016

Straszliwy palec zagłady czyli Kung Fu Panda

Tytuł: Kung Fu Panda
Reżyseria: Mark Osborne, John Stevenson
Scenariusz: Jonathan Aibel, Glenn Berger
Czas trwania: 92 min.
Wytwórnia: Dream Works







Pandy są słodkie. Powolne, puszyste, miśkowate. Tym bardziej za genialny uważam pomysł scenarzystów filmu, aby właśnie tłustą pandę czynić mistrzem wschodniej sztuki walki. Ale po kolei.  

Akcja filmu dzieje się w Chinach, w Dolinie Spokoju.  Jak sama nazwa mówi, mieszkańcy żyją tam sielsko i spokojnie. Nad bezpieczeństwem całej doliny czuwają adepci Kung Fu pod czujnym okiem surowego mistrza Shifu. Właśnie zbliża się wielka uroczystość, podczas której w świątyni stary mistrz Oogway (ogromny Żółw Słoniowy) wskaże Smoczego Wojownika. Ten dostąpi zaszczytu przeczytania Smoczego Zwoju, kryjącego wielki sekret. 
Główny bohater, wielka Panda o imieniu Po bardzo chce (tak jak wszyscy zresztą) być świadkiem tego wyboru. Po jest wielkim fanem wszystkiego co związane z Kung Fu, a członkowie Wielkiej Piątki: Tygrysica, Żmija, Małpa, Modliszka i Żuraw,  to jego idole. 
Zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, nawet dla Po, mistrz Oogway, jako smoczego wojownika wskazuje właśnie Pandę, która chcąc się dostać na dziedziniec świątyni (bo bramę już zamknięto), ląduje tuż przed nosem mistrza na krzesełku napędzanym fajerwerkami.  (To było naprawdę niezłe). 

Pierwsza połowa filmu skupia się głównie na próbach zniechęcenia Po do szkolenia, co wydaje się nietrudne, biorąc pod uwagę jego żarłoczność (ujawniającą się, gdy jest zdenerwowany), niezgrabność i pewną krnąbrność (tradycyjne metody nauczania nie skutkują i jest w sumie już za stary, by się uczyć od podstaw). 
Druga połowa to przyśpieszony i zmodyfikowany kurs Kung Fu, a bohaterowie mają coraz mniej czasu. Z pilnie strzeżonego więzienia uciekł bowiem Tai Lung, który teraz pała żądzą zemsty i zagraża całej dolinie. 

Kung Fu Panda to klasyczna historia o tym, jak niezgraba i ciamajda staje się wojownikiem. Mamy więc tutaj kandydata, który kompletnie nie spełnia wymagań; Po to bardziej zaciekły fan, niż kandydat na zbawcę, jest rozgoryczony mistrz, który stracił ucznia. Shifu pokładał w Tai Lungu wielkie nadzieje, dopóki tamten nie popadł w pychę. Mamy też niestandardowe szkolenie, które wreszcie czyni z niedojdy bohatera. I to ostatnie jest moim zdaniem najlepsze. Po nie stał się nagle niekwestionowanym mistrzem w klasycznym słowa znaczeniu. Shifu zawierzając mistrzowi Oogway, musiał go wyszkolić, więc zrobił to, wykorzystując to co Po kochał najbardziej czyli jedzenie. Oprócz tego Panda ma czyste serce i potrafi myśleć, co udowodnił otwierając Smoczy Zwój. Czy to wszystko wystarczy, by pokonać demonicznego Tai Lunga?

Kung Fu Panda to naprawdę świetny film. Zabawnie wykreowano bohaterów; zarówno członków Wielkiej Piątki (każde ze zwierząt uosabia unikalny styl walki), jak i małego mistrza Shifu, który może jest i mały wzrostem, ale nie do pokonania. Wzruszająca jest postać mistrza Oogwaya, wiekowego żółwia, który reprezentuje starożytną mądrość i doświadczenie. Rozczula ojciec głównego bohatera, ze swoją akceptacją decyzji życiowych syna. Swoją drogą ojcem Po jest gęś i nie wiemy dlaczego. Tę tajemnicę pozostawiono do wyjaśnienia w drugiej części serii. Dobrze udało się twórcom odtworzyć klimat chińskiej prowincji, poprzez tamtejszą architekturę, ubrania mieszkańców, czy ulotne mądrości wygłaszane jak sentencje. 

Słowem, bardzo mądra opowieść o dorastaniu, walce o swoje marzenia i o to, co się kocha. No i bardzo czytelne przesłanie, że gabaryty lub pozorny brak predyspozycji nie mają prawa decydować o tym, kim będziemy. Wystarczy tylko odrobina pracy nad sobą. I odpowiedni mistrz.

Magdalena Knedler: Nic oprócz milczenia

Autor: Magdalena Knedler
Tytuł: Nic oprócz milczenia
Seria: Komisarz Anna Lindholm
Stron: 653
Wydawca: Czwarta Strona








Bezpośrednim efektem strachu często jest milczenie, dlatego po dramatycznych wydarzeniach, jakie były udziałem Anny i jej bliskich, główna bohaterka zaszyła się w egzotycznej, barwnej Wenecji i nabrała wody w usta. Nie przyznaje się nikomu kim jest, ani czym zajmowała się w poprzednim życiu. Pamięć o zamordowanej śpiewaczce Sofii Stiatessi wciąż jest tu żywa i Anna trochę się obawia niezdrowego rozgłosu, który mógłby dotknąć jej osobę.
Nie kontaktuje się z rodziną ani przyjaciółmi, sprawy firmowe prowadzą za nią pełnomocnicy i kobieta może w spokoju zastanawiać się, co powinna zrobić z własnym życiem.

Tak w skrócie przedstawia się początek drugiej części trylogii o komisarz Annie Lindholm, o trochu Szwedce, po trochu Polce. 
Anna nie szuka przygód. Zamieszkała u antykwariuszki Lucrezzi Doldano  i pomaga jej w wycenie oraz sprzedaży mebli. Zbliża się karnawał, w Wenecji obchodzony wyjątkowo hucznie i barwnie. W dniu jego rozpoczęcia Anna i Lucrezzia znajdują w jednej z uliczek ciało młodego gondoliera, a w rezydencji Marconich na inauguracji balu palona na stosie kukła okazuje się martwą kobietą. W głównej bohaterce budzi się policyjny instynkt, uśpiony od czasów Malmo. Rozpoczyna współpracę z prowadzącym śledztwo commissario Antonio Valle. Szybko okazuje się, że sprawa jest bardziej złożona, niż to się początkowo wydawało. Jej początki sięgają czasów drugiej wojny światowej, a zamieszanych w całą intrygę jest kilka najpotężniejszych w Wenecji rodzin. 

Kiedy myślę o książce teraz, zbierając wrażenia, dochodzę do wniosku, że druga część jest lepsza od pierwszej z kilku powodów. Po pierwsze sam klimat Wenecji, jej krętych uliczek, życzliwych, gadatliwych ludzi i długiej historii, odpowiadał mi bardziej niż zimna, surowa Szwecja. Obraz Wenecji w książce jest żywym dowodem, że autorka dokładnie przygotowała kreację świata przedstawionego. Wenecja na kartach książki jest ciekawa i intrygująca oraz tak żywa, że nabiera się chęci, by pojechać tam osobiście. 
Po drugie równie dokładnie, żeby nie rzec pieczołowicie, jest zbudowana cała intryga, której początki sięgają II wojny światowej i istniejącego w rzeczywistości frachtowca Niobe, który przewoził belgijskich Żydów. Sprawa, nazwijmy to, odnawia się w l. 90 z udziałem potomków Marconich, Foscarich i Ronsardów, by w 2015 roku znaleźć swój dramatyczny finał. Bardzo lubię tak zbudowane fabuły, a motyw skarbu, który już pochłonął tyle istnień ludzkich, dodatkowo dodaje całej historii głębi i tajemniczości. 
Wreszcie po trzecie główny bohater męski jest taki, jak powinien być. Po ciamajdowatych i tylko wzdychających do Anny Leonie i Ingverze, nastała era komisarza Vallego, który jest właściwym facetem na właściwym miejscu. Oprócz tego nie wzdycha, ale też działa i nie boi się podejmować ryzykownych decyzji, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. 

Być może właśnie w powieściach z solidną bazą historyczną tkwi potencjał autorki i taką drogę powinna kontynuować? Tak, chyba właśnie o to chodzi i właśnie dlatego lektura części drugiej poszła znacznie sprawniej.
Nic oprócz milczenia jest godną kontynuacją swojej poprzedniczki, a nawet lepszą. Widać, że autorka się rozwija, starannie przygotowuje, chcąc dać czytelnikowi naprawdę dobrą opowieść z polskim akcentem. Dobra lektura na jesienną szarugę. Polecam.

Dziękuję!

czwartek, 27 października 2016

Soman Chainani: Świat bez książąt

Autor: Soman Chainani
Tytuł: Świat bez książąt
Seria: Akademia Dobra i Zła #2
Stron: 438
Wydawca: Jaguar






Niespodziewanie udało się. Przedkładając przyjaźń Sofii nad miłość do Tedrosa, Agata przełamała klątwę i przyjaciółki wróciły do domu. Od teraz już żadne dzieci nie będą znikać, porywane przez Dyrektora Akademii. Czas mija i stopniowo fala sławy, w jakiej dziewczyny wróciły do domu opada, zmieniając się w zwykłą rutynę i codzienność. O ile Agata jeszcze mógłby się przystosować, o tyle uzależniona od ludzkiego podziwu Sofia dosłownie więdnie. Zresztą sama Agata też nie ma się najlepiej. Wybrała Sofię, bo wszystkiego czego chciała, to uratować przyjaciółkę, ale czy faktycznie tak to miało wyglądać? Czy już zawsze będzie tylko Agatą, która chroni duszę Sofii przez czającą się w niej wiedźmą? Przychodzi taki moment w życiu dorastającej dziewczyny, gdy przyjaciółka przestaje wystarczać...

Na skutek życzenia, choć przez długi czas nie wiemy, które to właściwie życzenie to spowodowało, dziewczyny wracają do Akademii, jednak to co zastają, jest koszmarem.  Wydawało się, że wybór przyjaciółki, zamiast księcia, wpłynął tylko na życie Agaty i Sofii, tymczasem teraz okazuje się, że wszystkie baśnie uległy koszmarnej deformacji. Mężczyźni przestali być w nich potrzebni. Władzę przejęły kobiety, które radzą sobie same, mało tego, są niesamowicie okrutne wobec płci męskiej. To już nie jest tylko bajkowy feminizm, to radykalny feminizm nakazujący kobietom wojnę z mężczyznami oraz ich zabijanie. Wyrzucenie mężczyzn na margines spowodowało, że bez kobiet zdziczeli i schamieli.  Słowem jest koszmarnie. Sprawy nie ułatwia nowa pełniąca obowiązki dyrektora Akademii Ewelina Sader. 

Czy Agacie i Sofii uda się wszystko naprawić i skierować baśnie na ich właściwe tory? Hmmm, łatwe na pewno nie będzie. 

Wielokrotnie podczas czytania zadawałam sobie pytanie o zasadność trylogii i tego, czy w tym przypadku nie byłoby lepiej zrobić z tej historii dylogię. Dlaczego? Bo z jednej strony doskonale wiemy, że rozłam między Agatą a Sofią jest nieunikniony. Że do tego dojdzie, wiemy już na początku drugiej części. Pytanie tylko jak i kiedy i być może to właśnie chciał autor pokazać w procesie dorastania bohaterek. Jak dla mnie Sofia wcale się nie zmieniła. Tak bardzo boi się zostać sama i podejmować samodzielne decyzje, że kurczowo trzyma się Agaty i nie chce dostrzec, że jej przyjaciółka nie jest szczęśliwa w takim układzie. Dobrze widzi, że Agata się męczy, że powodują nią rozpaczliwa lojalność i strach o przyjaciół i Akademię, że w ogóle nie myśli o sobie. Dla mnie prawdziwym zwycięstwem Sofii nad tkwiącą w niej wiedźmą byłoby, gdyby pozwoliła Agacie być szczęśliwą. Czy dojdzie do tego w trzecim, finałowym tomie trylogii? Zobaczymy. 

Tom drugi jest dla mnie właśnie odwlekaniem tego co i tak musi nadejść. Chwilami dochodziło już do takiego galimatiasu, że gubiłam się, nie mając pewności, czy to co widzi Agata jest prawdą, czy wytworem jej umysłu. Kolejna sprawa to uczucia, które są jak istna burza hormonów. W pewnym momencie już nie wiadomo, co kto do kogo czuje. 
To głównie dlatego tom drugi podobał mi się mniej niż pierwszy. Owszem, jest parę fajnych momentów, jak np. Sofia spuszczająca łomot trollicy, czy chwile, gdy odchudzająca się Dot wszystko zmienia w warzywa. Ale po rewelacyjnym pierwszym tomie to trochę za mało. Za to bardzo dużo tu brutalności i przemocy, zupełnie, jakby baśniowe feministki nie umiały sobie poradzić, bez zabijania i trucia. 

Za to bardzo ciekawa jestem tomu trzeciego, bo po tym, jak w drugim wszystko się nagmatwało, nie widzę doprawdy drogi wyjścia z tego bałaganu. Jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli autor.

poniedziałek, 24 października 2016

Sekretne życie zabawek czyli Toy story

Tytuł: Toy story
Reżyseria: John Lasseter
Scenariusz: Joss Whedon, Andrew Stanton,  Joel Cohen, Alec Sokolow
Czas trwania: 80 min.
Wytwórnia: Disney - Pixar






Toy story znają chyba wszyscy, ale założę się, że mało kto zdaje sobie sprawę, że animacja ta ma już 21 lat.  Niezły wynik, co? 
Dziś Toy story to już klasyk w swojej dziedzinie. Dziedzinie, która niesamowicie się rozrosła i wyewoluowała. Stworzony techniką animacji komputerowej film otworzył worek, z którego zaczęły się wysypywać inne animacje. Jedni je lubią, (tak jak ja), inni nie mogą na nie patrzeć (jak np. pokolenie mojej Mamy). Nie da się jednak zaprzeczyć, że w przypadku tego gatunku nie ma mowy o limicie wiekowym, tym bardziej, że animacje nie stoją w miejscu i nie mam tu na myśli tylko osiągnięć techniki, ale przede wszystkim podejście do tematu. Powstające filmy mają coraz lepsze intrygi, mogące się równać z tymi w filmach fabularnych, że już nie wspomnę o całej masie nawiązań do kultury popularnej. 

Przyznam, że akurat Toy story nigdy mnie specjalnie nie pociągało, ale skoro ostatnio zajęłam się tematem animacji na serio, nie mogłam przegapić okazji obejrzenia filmu, skoro wyemitowała go telewizja. 
Bohaterami filmu są zabawki małego chłopca o imieniu Andy i to z ich perspektywy śledzimy całą fabułę. To dlatego pojawiający się w tej historii ludzie są najczęściej widziani tylko do kolan. Widać wtedy wyraźnie, jakimi olbrzymami są ludzie, a jak małe i kruche są zabawki. Grupie zabawek przewodzi kowboj Chudy, ulubiona zabawka chłopca i niekwestionowany lider tej grupy. Oprócz tego mamy tu jeszcze zielonego tyranozaura o małej pewności siebie, pana Bulwę stale gubiącego oczy i wąsy, pasterkę z trzema owieczkami, pieska, którego ciałko rozciąga się dzięki sprężynie, samochodzik na baterie, zielone żołnierzyki i kilka innych pomniejszych. Wszystko układa się dobrze do momentu, gdy Andy dostaje na urodziny najnowszy model robota Buzza Astrala. Naturalnie, że od teraz to on będzie ulubieńcem chłopca. Chudy nie może się z tym pogodzić i próbując pozbyć się rywala, powoduje, że obaj z Buzzem trafiają w ręce małego Sida, który lubi poddawać swoje zabawki nieprzyjemnym eksperymentom. Zabawki muszą wrócić do domu Andy'ego, ale jak to zrobić?

Podczas seansu widać różnice pomiędzy animacjami współczesnymi a tym, co stało się dla nich początkiem, choć jak na debiut, to i tak niezły start. Nie uświadczymy tu tylu zabawnych powiedzonek, których obecnie jest cała masa, ale trochę ich już tu mamy. Opowiedziana historia jest zabawna i do samego końca trzyma w napięciu, bo nie mamy pewności, czy Chudemu i Buzzowi uda się dogonić chłopca. Wszystko zależy od ich własnej pomysłowości, a tej, jak na ich małe możliwości, im nie brakuje. Prowodyrem jest tu oczywiście Chudy, bo Buzz, co jest akurat bardzo zabawne, bardzo długo żyje w przekonaniu, że nie jest zabawką, a prawdziwym Buzzem Astralem. 

Toy story to historia o przyjaźni, która przychodzi trochę znienacka, a wzmacnia się pod wpływem wspólnych przeżyć. Kibicujemy bohaterom w ich staraniach, śmiejemy się z ich obaw i życia uczuciowego, które jak na zabawki, mają bardzo bogate. Grunt to trafić do rąk odpowiedniego dziecka bez sadystycznych skłonności, a wtedy wszystko się jakoś ułoży.