niedziela, 27 stycznia 2019

Donato Carrisi: Trybunał dusz

Autor: Donato Carrisi
Tytuł: Trybunał dusz
Cykl: Marcus, t.1
Stron: 496
Wydawca: Albatros






Moja znajomość z autorem zaczęła się od seansu filmu "Dziewczyna we mgle". Film przykuł nas do ekranu na bite dwie godziny i był to bardzo dobrze spędzony czas. Misternie ułożona fabuła, logika oraz spójność sprawiły, że do dziś wspominam film z dużym sentymentem. Był tak oryginalny i zaskakujący. Potem dowiedziałam się, że za scenariusz był odpowiedzialny sam autor książki i zapragnęłam poznać jego inne tytuły. 
Mój wybór padł na pierwszą część Trybunału dusz, tytuł zakupiony na biedronkowej wyprzedaży. Przeczytałam i przepadłam. Ten autor jest kopalnią pomysłów i jeszcze w dodatku umie je zgrabnie zrealizować. 

Powieść składa się z kilku wątków i początkowo trudno się w nich zorientować, tym bardziej, że osoba głównego bohatera też jest bardo tajemnicza. 

Trybunał Sumienia to tajna organizacja Kościoła. Posiada ona największe na świecie, oczywiście też tajne, archiwum dotyczące wszelkiego zła. Archiwum to jest prowadzone niemal od tak dawna, jak stary jest Kościół, a informacje są pozyskiwane w trakcie spowiedzi, więc raczej wiarygodne. 
Marcus, katolicki ksiądz, jest agentem Trybunału. Kolejna sprawa, którą zlecają mu przełożeni, dotyczy zaginięcia, a raczej porwania młodej studentki, Lary. Dziewczyna zniknęła z własnego mieszkania, a jakichkolwiek śladów brak. Marcus podejrzewa, że sprawa ta może mieć związek z innymi zaginięciami kobiet, do których dochodziło na przestrzeni lat i za którymi może stać ten sam człowiek. Podejrzanym jest Jeremiah Smith, który obecnie leży nieprzytomny w jednym z włoskich szpitali. W jego domu znaleziono mocne dowody na to, że jest poszukiwanym seryjnym zabójcą. 

Drugą bohaterką, która początkowo nie ma nic wspólnego z Marcusem jest policyjna fotografka Sandra Vega. Kobieta jeszcze nie uporała się z żałobą po śmieci męża. Bieżące wydarzenia przekonują ją, że być może nie był to zwyczajny wypadek, a pozostawione przez niego rzeczy tylko utwierdzają ją w tym przekonaniu. 

Tymczasem w różnych okolicznościach giną ludzie mający na sumieniu stare zbrodnie. Jak to wszystko się ze sobą łączy?

Narracja jest prowadzona z kilku perspektyw, nie tylko Marcusa i Sandry, ale też na przykład tajemniczego Myśliwego. 
Całość może sprawiać wrażenie nieco chaotycznej, ale jeśli tylko da się tej historii szansę i popłynie się z prądem wydarzeń, będzie się zadowolonym. 

Czy w każdym człowieku tkwią pokłady zła? Czy dobro pociąga za sobą zło? Czy zawsze musi dojść do dramatycznego wyboru? A czy jeśli nie pamięta się o wyrządzonym złu, to jest się rozgrzeszonym?
Autor bardzo ciekawie kreuje strukturę Trybunału Sumienia oraz Marcusa. Mężczyzna ma amnezję i nie pamięta wielu wydarzeń ze swojej przeszłości. Być może nie jest tak kryształowym rycerzem dobra, jak początkowo wygląda. Przyznam, że kwestia jego tożsamości była dla mnie dużym zaskoczeniem. 

W książce znajdziemy także nawiązanie do innego cyklu autora, którego bohaterką jest policjantka Milla Vasquez. Bardzo lubię takie pomosty, daje mi to poczucie, że świat wykreowany przez autora jest wiarygodny i pełny. 

Bardzo spodobała mi się ta historia. Dziewczyna we mgle i Trybunał dusz to dwa mocne dowody na to, że warto zapoznać się z twórczością tego autora, bo jego książki nie pozostawiają czytelnika obojętnym.

wtorek, 1 stycznia 2019

Jo Nesbo: Pierwszy śnieg

Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Pierwszy śnieg
Stron: 432
Wydawca: Dolnośląskie





Najpierw obejrzałam film. I szczerze mówiąc choć historia zapowiadała się nieźle, to wyszło słabo. Było nudno i bez napięcia, a sam główny bohater zachowywał się jakby nie miał w sobie odrobiny iskry. Ponadto, tu zgodzę się z innymi widzami, w filmie pojawiały się wątki i postaci, które nie miały logicznego uzasadnienia, by w ogóle tam być. Oprócz tego niemal od początku dało się rozgryźć tożsamość mordercy i aż dziw, że głównemu bohaterowi udało się to dopiero w ostatnich minutach filmu. 
Po seansie byłam pełna niedowierzania. 
Poczytałam recenzje widzów, a także czytelników. Wniosek był jeden. Podobno książka miała być dużo lepsza. Musiałam się na własnej skórze o tym przekonać i dlatego sięgnęłam po książkę. 
Trochę zmartwiło mnie, że to środkowa część cyklu o komisarzu Harrym Hole'u, no ale cóż. Chciałam się dowiedzieć, jak ta historia wygląda w literackiej wersji. 
Od razu mogę powiedzieć, że książka okazała się dużo lepsza niż film. Myślę, że gdybym nie oglądała filmu w ogóle, to wydałaby mi się super. Sama wiedza, kto jest Bałwanem sprawiała, że prowadzone śledztwo nie budziło we mnie takich emocji. Ale i tak  książka uzyskała znacznie wyższe noty, niż wersja filmowa. 

Harry Hole to genialny śledczy. Jest błyskotliwy i pomysłowy, ma także za sobą specjalne szkolenie w  FBI. Pracownikiem jest niezłym. Prywatnie jednak, i często rzutuje to na jego zachowanie w pracy, jest trudny. Nadużywa alkoholu i papierosów, co nie podoba się jego przełożonym, a przed wyrzuceniem z pracy ratuje go tylko niesamowity zmysł do rozwiązywania śledztw. 

Powieść pod tytułem Pierwszy śnieg to siódma część cyklu o przygodach Harry'ego. Swoją drogą polska wersja tytułu tłumaczy go tylko symbolicznie, nawiązując do pory, w której morderca atakuje. Oryginalnie tytuł oznacza Bałwana i wolałabym, aby takie dano mu brzmienie. Ale przecież wszyscy wiemy, jak to bywa z tłumaczeniami. 

W Oslo i okolicach ktoś zabija kobiety. Dokładniej mówiąc najpierw rodzina zgłasza zaginięcie, a potem zostaje znaleziona część ciała, bo całe raczej nie.  Charakterystycznym motywem dla miejsca zaginięcia jest ulepiony ze śniegu bałwan, który z czasem staje się przydomkiem zabójcy. Harry Hole wspólnie z nową pracownicą wydziału, Katerine Bratt zaczyna skomplikowane śledztwo, które wykaże powiązania z nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. 
Równolegle ze sprawami zawodowymi podglądamy życie prywatne bohatera; jego próby, aby zerwać z nałogiem alkoholowym, a także trudną relację z byłą partnerką Rakel i jej nastoletnim synem Olegiem.

Jo Nesbo ma ciekawy sposób opowiadania. Dokładnie opisuje środowisko, w którym toczy się akcja historii. Daje czytelnikowi kilka oddzielnych wątków i całkiem sporo postaci, które początkowo wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Dopiero  z czasem okazuje się, że wszystko zgrabnie się łączy. Gdy już wydaje się, że odkryto tożsamość zabójcy, a sprawcę ujęto, autor gra na nosie czytelnikom i wprowadza nowe poszlaki, które ponownie oddalają nas od rozwiązania zagadki. 
Główny bohater nie jest taki zimny i obojętny, jak to go pokazano w filmie. Niepozbierany życiowo, w duchu przyznaje, że miesiące spędzone z Rakel i jej synem były najlepszymi w jego życiu. Czy już za późno, aby tych dwoje się na nowo połączyło? Doprawdy nie wiem, jak autor poprowadzi ten wątek. 

Jednym z głównych wątków powieści jest kwestia ojcostwa i fakt, że bardzo duży odsetek dzieci jest wychowywany przez mężczyzn, który nawet nie mają pojęcia, że nie są biologicznymi ojcami dzieci, które mają za swoje. Oczywiście to nie ich wina, a niewiernych żon i tym tropem pójdzie całe śledztwo. Bardzo podobała mi się relacja Harry'ego z Olegiem, synem Rakel. Mimo że dorośli nie są już razem, a Harry nie jest przecież biologicznym ojcem chłopca, Oleg bardzo liczy się ze zdaniem mężczyzny i to jego uważa za swojego ojca. Posłuch, który Oleg ma wobec Harry'ego w pewnym momencie uratuje chłopcu życie. 

Po zakończeniu lektury powieści staję przed decyzją, czy kontynuować znajomość z Harrym Hole, czy zostawić sprawę jak jest. Początek był w miarę udany. No cóż, czas pokaże.

piątek, 21 grudnia 2018

Jeff Giles: Na krawędzi mroku

Autor: Jeff Giles
Tytuł: Na krawędzi mroku, t.2
Stron: 384
Wydawca: IUVI






Piekło istnieje, choć coraz mniej osób w nie wierzy. Najgorsze jest to, że swoim postępowaniem sami je sobie tworzymy. Oczywiście po części nieświadomie. 

Na krawędzi mroku to kontynuacja czytanej przeze mnie ubiegłej jesieni powieści pt. Na krawędzi wszystkiego. Była to intrygująca historia Zoe, zwykłej dziewczyny, która przez przypadek znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Napadnięta w śnieżycy przez nieznajomego człowieka, Zoe otrzymała niespodziewaną pomoc od dziwnego nieznajomego, który mimo że dysponował nadludzką mocą, wydawał się zaskakująco ludzki. Dziewczyna nadała mu imię Iks, bo własnego nie posiadał. Tak rozpoczęła się dramatyczna historia, w której znaczącą rolę odgrywa Nizina, przerażające miejsce, do którego trafiają grzesznicy, ścigani przez bezwzględnych Łowców. 
Z biegiem akcji okazało się, że wszystko jest ze sobą powiązane, a ważną rolę w całej historii odgrywa uznany za zmarłego ojciec Zoe. 
Finał części pierwszej nie przyniósł jednak czytelnikowi ostatecznych rozwiązań, gdyż było zbyt wiele niewiadomych, domagających się wyjaśnienia lub nawet kontynuacji. Niedawno, celem rozwiania moich wątpliwości, sięgnęłam po część drugą i teraz mam już pełny obraz całej historii. 

Aby ochronić Zoe i jej bliskich, Iks dobrowolnie wrócił na Nizinę. Pozbawiono go mocy i skazano na niepewność i wegetację. 
Zoe tymczasem próbuje wrócić do normalnego życia, jednak nie jest to łatwe, gdy wie, że jej ukochany jest tam gdzieś i cierpi. W odruchu desperacji dziewczyna postanawia przejść do Niziny, aby pomóc Iksowi. 

Przyznaję z przyjemnością, że bardzo łatwo wciągnąć się na nowo w ten świat. Nizina wydawała się strasznym miejscem. Lektura drugiej części pokazuje, że to tak naprawdę dopiero przedsionek i że może być znacznie gorzej. Od zawsze było wiadomo, że Iks, jako ludzkie dziecko, w dodatku żyjące, nie pasuje do Niziny. Naturalną więc konsekwencją jest to, że bohater będzie chciał odszukać prawdę o swoim pochodzeniu, dowiedzieć się kim była jego matka i jak w ogóle doszło do tego, że przyszedł na świat. Wspólnie z bohaterem wyruszymy więc w najgorsze zakamarki Niziny, poznamy historie grzeszników, a nawet rozwiążemy zagadkę pochodzenia drobnych artefaktów z przeszłości Iksa. 
Wizja Niziny fascynuje. Dla mnie największym ewenementem było to, że kaźń tych ludzi nigdy się nie kończy, a największą dla nich karą jest ponowne oglądanie tego, co doprowadziło ich do zbrodni i punktu, w którym są teraz. Większość z nich rozumie i żałuje tego, co zrobiła, a jednak nie ma dla nich nadziei, bo prawdą jest, że choćby dostali drugą szansę, wszystko potoczyłoby się zapewne tak samo, gdyż na wiele rzeczy człowiek ma znikomy wpływ. 

Na krawędzi mroku to bardzo dobra kontynuacja. Zastanawia mnie jako czytelnika cisza ze strony mocy nadrzędnej, która przecież istnieje, ale z niewiadomych przyczyn nie ingeruje w bieg wydarzeń. Jasnym punktem w całej historii jest fakt, że nawet Piekłu należy się szereg reform i zmiana, która nastąpi w finale powieści być może wiele ulepszy. Jeśli można to tak nazwać. 

Czy Iks i Zoe otrzymają swoje szczęśliwe zakończenie? Czy dla chłopaka wychowanego w Piekle jest miejsce na Ziemi? Jak naprawdę ma na imię Iks? W tym miejscu bardzo mile się zaskoczyłam, bo zdałam sobie sprawę, że autor przemyślał to na samym początku. 
Polecam. Bardzo dobra, przemyślana i intrygująca historia. 

Dziękuję!

poniedziałek, 26 listopada 2018

Luca D'Andrea: Lissy

Autor: Luca D'Andrea
Tytuł: Lissy
Stron: 430
Wydawca: WAB








Piękna i młoda Marlene, pozornie spełniona żona i bizneswoman, decyduje się na radykalny krok. Postanawia uciec od męża gangstera, kradnąc mu przy okazji z sejfu cenne kamienie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku w zimowej aurze, kobieta traci panowanie nad pojazdem i zjeżdża z drogi. Życie ratuje jej samotnik Simon Keller. Ten, na oko, prosty i zwyczajny człowiek może się okazać dla Marlene cennym sojusznikiem lub największym zagrożeniem, gorszym nawet od mściwego męża lub nasłanego przez niego zabójcy.

 Historia zaczyna się niepozornie.  Oto młoda żona miała dość życia u boku zaborczego męża gangstera i zdecydowała się z tym skończyć. Miała misternie ułożony plan, który jednak nie udał się w pełni z powodu wypadku kobiety. Równolegle poznajemy przeszłość i życiowe drogi męża Marlene, Herr Wegenera oraz Zaufanego Człowieka, zabójcę wysłanego przez Konsorcjum w ślad za uciekinierką. To jednak nie jest cała historia. Można powiedzieć, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. 

Sporym zaskoczeniem była dla mnie tożsamość tytułowej Lissy. Świnie nie są zbyt częstym motywem w literaturze, a jeśli już, tak jak to było w jednej z powieści autora Milczenia owiec, są one przedstawiane jako krzykliwe, brutalne, groźne dla człowieka, jako marionetka w rękach innego człowieka. 
Wniosek jest jeden. Każda istota żywa, nie będąca człowiekiem, staje się taka, jak ją człowiek uwarunkuje. Traktowana okrutnie, będzie okrutna i złośliwa. Jednak świnie starego Simona mają w sobie coś bardzo niepokojącego. Wyglądają jak świnie, jednak zachowują się jakby napędzała je prastara, pierwotna moc, która jedyne, czego łaknie, to krew. 

Lissy L. D'Andrei to niepokojąca historia o ludzkim szaleństwie, rodzącym się w wypaczonym umyśle, który to szaleństwo pielęgnuje, a po wielu latach już nie jest w stanie wyjść z jego labiryntu. Opowiadana przez autora historia jest niepokojąca, tak bym to nazwała jednym słowem. Wszechogarniająca zima w odciętych od świata górach, osamotnione gospodarstwo i ogarnięty religijnym szałem główny bohater, popychany do działania, zewnętrznym głosem.  Czyim? Tego nie wiemy. Czy to Bóg, zmarła siostra, sumienie, czy jeszcze coś innego? 

Zakończenie to starcie dwóch sił, żywiołów równie niszczących co negatywnych. Żadnemu się nie kibicuje, bo nie o to w tym chodzi. Można się jedynie zastanawiać, jak się to dla bohaterów skończy. I z jakim bilansem wyjdzie z tego Marlene?

Przyznam, że po lekturze mam mieszane uczucia.  Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Ma w sobie coś, co przykuwa uwagę czytelnika, jednocześnie sam aspekt psychologiczny jest tak mocno zaakcentowany, że trudno oczekiwać tutaj jakichś sensacyjnych rozwiązań. Prawda jest taka, że jeśli bohater wygra ze swoim szaleństwem to takie też będzie zakończenie. Jeśli mu ulegnie, to również wpłynie to na finał historii.

Mimo to Lissy to dobra opowieść na zimne, jesienne popołudnie. Jej pierwotna siła i mroczna, niepokojąca atmosfera na długo zapadną w pamięć. 


Dziękuję!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Erin Hunter: Sfora. Opuszczone miasto

Autor: Erin Hunter
Tytuł: Sfora. Opuszczone miasto, t.1
Wydawca: Nowa Baśń
Stron: 309









Świat ludzi ogarnęła katastrofa. Nastąpiło Wielkie Warczenie. Długonodzy w pośpiechu opuścili swoje siedziby, ale, z niewiadomych przyczyn, swoich zwierząt nie zabrali ze sobą. Dlatego dla czworonogów nadszedł czas wielkiej, życiowej próby. Oto psy do tej chwili uważające się za domowe, teraz muszą przetrwać bez pomocy i opieki ludzi. Czy nawykłe do wygód, regularnego karmienia i czułej opieki, dadzą sobie radę na wolności? Oddzielnie może nie. Ale gdyby utworzyły stado...
Fuks, złotowłosy mieszaniec goldena i oczawarka szetlandzkiego woli być sam. Nie czuje się dobrze w sforze i nie ma ambicji, aby być jej członkiem. Kiedy jednak spotyka na swojej drodze siostrę z miotu Bellę oraz jej przyjaciół, postanawia choć na jakiś czas przewodzić sforze, aby nauczyć ją podstawowych umiejętności przetrwania. 
Sfora początkowo nie budzi nadziei na to, by przetrwać. Psy są skrajnie różne od siebie, okazuje się jednak, że każdy z nich posiada umiejętności niedostępne dla pozostałych. Marta nowofunlandka świetnie pływa, mieszaniec owczarka niemieckiego i chow chowa, Bruno jest duży i chętnie uczy się polować. Border Collie Miki jest pomysłowy i przejmuje inicjatywę. Maltańczyk Promyk, choć malutka, ma sobie bojowego ducha, podobnie jak równie mała Stokrotka, będąca Jack Russel Terrierem. Buldog Alfik jest wesoły i pełen życia, a siostra Fuksa, Bella ma zadatki na dobrego przywódcę.

Pierwsza część cyklu o psich przygodach trafiła w moje czułe punkty zadeklarowanego psiarza. Czytając, nie mogłam się pozbawić przyjemności, aby wracać do niektórych fragmentów, a co ważne koniecznie pogłaskać mojego pupila. Podoba mi się pomysł, według którego jest skonstruowana fabuła powieści. Wszystko odbywa się na psim poziomie mentalnym i psich możliwości. Co za tym idzie nie ma tu cudownych zwrotów akcji i niewytłumaczalnych rozwiązań. Psy radzą sobie tak, jakby to zrobiły w rzeczywistości, czytelnik zaś otrzymuje cenny wgląd w ich uczucia, starania, psie lęki i emocje. To naprawdę niesamowite popatrzeć na świat oczyma psa. Ludzie są tu nazywani Długonogimi, a samochody Warczącymi Pudłami. Psy mają nawet coś w rodzaju swojej mitologii; wszelkie zjawiska przyrody, takie jak burza, czy błyskawice, deszcz, wschód słońca są dla psów bóstwami i należy je darzyć szacunkiem, a wtedy ześlą pomyślność. 

Opuszczone miasto to historia o tym, jak formuje się stado. Psy do tej pory należące do ludzi i mocno z nimi związane, muszą się nauczyć samodzielności i odrzucić zachowania, które mieszkanie z ludźmi w nich wykształciło. Słowem, muszą zdziczeć. Nie jest to łatwe, bo nasza sfora bardzo kocha swoich ludzi i wierzy, że opiekunowie po nich wrócą. Sposób, w jaki zwierzęcy bohaterowie wyrażali się o swoich ludziach, chwytał za serce. Wiodący bohater Fuks, musi natomiast dorosnąć do roli alfy sfory. Podświadomie cały czas boi się zobowiązań, wciąż powtarza, że to tymczasowe i w końcu odejdzie. Wiemy jednak, że to nie nastąpi i tym przyjemniej obserwuje się jego dojrzewanie i kiełkujące w nim zarzewie odpowiedzialności za stado, które bez niego nie da sobie rady. Z nim jednak, mogą zajść bardzo daleko. 

Jednym słowem, jestem książką zachwycona i chętnie sięgnęłabym po kolejny tom, gdyby był. Myślę, że Sfora spodoba się młodym czytelnikom; historia uczy empatii i budzi poczucie odpowiedzialności za naszych podopiecznych. Czytelnicy nieco starsi także mogą spokojnie po książkę sięgnąć. Fabuła jest tak zbudowana, że i dorosły znajdzie tu wiele dla siebie, zwłaszcza główkując, co mogło się stać ze światem ludzi i co sprawiło, że tak nagle i masowo odeszli. 

Sfora. Opuszczone miasto to bardzo dobra powieść z elementami przygody i podróży, w trakcie której bohaterowie dojrzewają i zmieniają się w prawdziwe stado. Już czekam niecierpliwie na drugą część. Polecam!


Dziękuję!

piątek, 2 listopada 2018

Joseph Delaney: Aberracje. Bestia się budzi

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Aberracje. Bestia się budzi, t.1
Stron: 343
Wydawca: Jaguar








Ciemność jest nieprzewidywalna. W Ciemności czają się potwory...
Nastoletni Colin, zwany Sprytkiem, od roku tkwi ukryty w piwnicy rodzinnego domu. Jego matka i dwaj bracia nie żyją. Ci ostatni są jedynie szeptami w głębi ziemi. Ojciec pracuje jako królewski kurier i na długo znika bez wieści. Na zewnątrz nie jest bezpiecznie. Świat pogrąża się w mroku, plamie czerni zwanej Szolem (skojarzenie z biblijnym Szeolem, jak najbardziej prawidłowe), która w niekontrolowany sposób przesuwa się w ludzkim świecie. Szol zmienia krajobraz i geografię kraju, ale przede wszystkim istoty żywe. Wszystko, co pochłonie, zmienia się w żądne krwi stworzenia. 

Któregoś dnia Sprytek zostaje przyjęty do zamku. Od tej pory będzie Czerwiem, czyli pomocnikiem baromanty, maga, który za pomocą specjalnego portalu, może zajrzeć do Szolu i badać go. Życie czerwia nie jest proste, bo, mimo że jest ich mało, nikt w zamku nie szanuje nastolatków pełniących tę funkcję. Jeśli w trakcie badań Szolu czerw zostanie ranny lub zginie, nikt po nim nie płacze. Sprytek przekonuje się o tym szybko i boleśnie. 

Okazuje się, że w Szolu żyje wiele przerażających stworów, a w samym zamku są tacy, którzy zafascynowani mrokiem Szolu i możliwością przemiany, tworzą nowy rodzaj kultu. Życie Sprytka i jego nowych przyjaciół jest zatem w niebezpieczeństwie. A w dodatku ojciec chłopca, świetny kurier, zaginął gdzieś w mroku.

Bestia się budzi to moje pierwsze spotkanie z twórczością Josepha Delaneya. O Kronikach Wardstone oczywiście słyszałam, ale jakoś nie było okazji ich przeczytać. Początek powieści jest trochę mylący i skojarzył mi się, nie wiedzieć czemu, ze Zwiadowcami. Oto chłopiec sierota, trafia do zamku, gdzie, być może, jego los się odmieni. Na tym jednak podobieństwa się kończą. To, co uznałam, za powieść dla młodszego czytelnika, szybko zmienia się w ciekawą, ale i krwawą historię o walce z Szolem, tworzącym przeróżne monstra. Plama czerni wciąż się przesuwa, chłonąc świat ludzi. Dlaczego tak się dzieje, nikt nie wie. 
Bardzo prawdopodobne, że te monstra nie są jednak najgorszym, co można spotkać w Szolu. Tam, głęboko, kryje się coś jeszcze. To coś znacznie gorszego, dysponującego ogromną siłą mentalną, zdolną czynić z ludzi bezwładne marionetki.

Sprytek będzie się musiał zmierzyć nie tylko z mniejszymi stworami. Gdy jego ojciec zaginie, zechce ruszyć mu na ratunek, ale gdzie szukać? 

Muszę przyznać, że powieść czytało się dobrze, choć nie wiem, czy poleciłabym ją młodszym czytelnikom. I nie chodzi tu o same opisy potworów, ale o brutalność i prostotę opisu. Bohaterowie niemal na każdym kroku doznają tu uszczerbku na zdrowiu i życiu, dość dokładnie opisuje się egzekucje i zranienia. Na mnie nie robi to już takiego wrażenia, bo jestem dorosła, ale czy na 10 -latku nie zrobi? Historia jest naprawdę ciekawa i barwna. Trudno tu o nudę, bo ciągle się coś dzieje, a intencje bohaterów nie są oczywiste. Autor raczy także czytelnika ciekawymi rozwiązaniami, takimi jak książę przemieniony w drzewo, czy wojownicza Królowa Bagien. Aberracje to dopiero wstęp do cyklu, ale trzeba przyznać, że zapowiada się ciekawie i chętnie sięgnę po kolejny tom, gdy tylko się pojawi.

Dziękuję!

niedziela, 28 października 2018

Jessica Sorensen: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena

Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena
Seria: Coincidence, t. 6
Stron: 260
Wydawca: Zysk i S-ka









Gdybym miała wymienić jeden, godny uwagi, cykl young adult, to byłby to bez wątpienia Coincidence. Po lekturze pierwszej części, zakochałam się w nim bez pamięci. Niecierpliwie czekałam na część drugą, a potem równie mocno przeżywałam perypetie Luke'a oraz Violet. Ci bohaterowie po prostu mają w sobie coś, co sprawia, że czytelnik nie jest w stanie przejść obok nich obojętnie. Z fascynacją i bijącym sercem śledzi się ich poczynania i desperacką walkę o normalność i miłość. 

Rozstrzygnięcie Callie i Kaydena obudziło we mnie całą gamę ciepłych uczuć. Nie wątpiłam, że tej dwójce się powiedzie i jest im pisany happy end, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po tę książkę. 
Od wydarzeń z tomu poprzedniego minął rok. Callie i Kayden są o krok od zamieszkania razem, choć obaw mają mnóstwo. Trzecia część ich życiowych zmagań przynosi jednak kolejny kryzys. Do Kaydena niespodziewanie odzywa się matka z informacją, że jego ojciec znajduje się w stanie ciężkim w szpitalu. Chłopak staje przed wyborem; czy odciąć się od przeszłości, czy po raz ostatni się z nią spotkać, celem zamknięcia pewnych kwestii. Nie jest to dla niego łatwe, dlatego pokusa, by znowu się okaleczać staje się groźnie realna. Na szczęście obok jest Callie, czujni przyjaciele, a nawet rodzina, której oboje, jak dotąd, nie brali pod uwagę. Po raz pierwszy w życiu nie są sami z problemami. To dla nich nowe i bardzo nieoczekiwane.

Finałowa część cyklu nie jest obszerna. Te 260 stron polskiego wydania czyta się lekko i szybko. Nie przewidujemy tu żadnych niebezpieczeństw i strasznych wydarzeń. To po prostu kolejne miesiące z  życia Callie, Kaydena i ich przyjaciół. Weszli w dorosłość i próbują sobie z nią radzić na co dzień. Ogółem nie jest źle, ale, gdy przeszłość puka do ich drzwi, wiedzą, że muszą stawić jej czoło. W przeciwnym bowiem razie, ich przyszłość jest zagrożona. Nie istnieje nic takiego jak szczęśliwe zakończenia od teraz. Sytuację I żyli długo i szczęśliwie bohaterowie muszą sobie sami wypracować. Wymaga to nie tylko podjęcia pewnych decyzji, ale też rozprawienia się z przeszłością, bo inaczej ciągle będzie się odbijać nieprzyjemną czkawką. Callie stanie oko w oko ze swoim gwałcicielem, zaś Kayden stanie przed perspektywą spotkania ze swoimi rodzicami. Jak to wpłynie na naszą dwójkę?

Jessica Sorensen ma talent do opisywania uczuć. Między Callie i Kaydenem wciąż iskrzy i czuje się tę chemię podczas czytania. A jednocześnie z rozrzewnieniem czyta się o miłości, którą darzą się na co dzień, o mnóstwie drobnych gestów, które sprawiają, że wiemy bez żadnych wątpliwości, że to jest właśnie miłość i nie ma innej opcji. 
Kocham tę historię i tych dwoje. Słodką, lecz dojrzałą Callie i pogubionego, a jednocześnie tak opiekuńczego Kaydena. Żal się z bohaterami rozstawać. Jednak zostawiam ich ze spokojem w sercu, wiedząc, że nic złego ich już nie spotka. Przeciwnie. Będzie już tylko lepiej. 

Polecam fanom cyklu Coincidence, dla nich to będzie prawdziwa, słodka perełka. Pozostałym czytelnikom polecam cały cykl, łącznie z historią Luke'a i Violet, to naprawdę jeden z lepszych w tej kategorii. Z głowy nie wychodzą mi Seth i Grayson. Mam cichutką nadzieję, że i ta opowieść pojawi się na naszym rynku. 

Dziękuję!