wtorek, 8 października 2013

George R. R. Martin, Lisa Tuttle: Przystań Wiatrów

Autor: George Martin, Lisa Tuttle
Tytuł: Przystań Wiatrów
Stron: 409
Wydawca: Zysk i S-ka
Moja ocena: 8/10





 Przystań Wiatrów jest historią dość starą, ponieważ jej pierwsze wydanie ukazało się w roku 1981. Książka może się zatem poszczycić naprawdę pięknym wiekiem "kobiety  balzakowskiej".  Nie znaczy to jednak, że jeśli coś ma już trochę lat, to wyszło z mody lub jest nieciekawe.  Bardzo często w powieściach, które już trochę "przeżyły" można znaleźć coś naprawdę cennego, fajnego i pouczającego. Niekoniecznie będzie to okraszone fajerwerkami mnóstwa reklam i gorącej promocji, ale jeśli trafi na właściwego odbiorcę, czytelnika skłonnego do refleksji, wtedy cała, pozornie zwykła historia  odsłoni się w całej okazałości. 
Akcja powieści toczy się na planecie, na której dominują dwa żywioły: woda i wiatr. Większość planety jest pokryta oceanami, a ludzie żyją na skalnych, oddalonych od siebie wyspach. Przez to ostatnie komunikacja jest utrudniona, bo statki płyną do celu bardzo długo, a zdarza się, że daną informację trzeba przekazać już, teraz. 
I tu właśnie do akcji wkraczają lotnicy. Są to ludzie, którzy wykorzystując powietrzne prądy, latają, a właściwie szybują, tak jak kanie rude czy lelki zwyczajne. Dzieje się tak dzięki skrzydłom wykonanym z niezwykłego metalu, pochodzącego z porzuconego na planecie statku. Należy bowiem dodać, że ludzie żyjący na tej planecie są potomkami ludzi z planety Ziemia. Obecnie ich wspomnienia są niemal świętością i nie nazywa się ich inaczej jak "gwiezdnymi lotnikami". Latanie to nie jest łatwe, ale nie niemożliwe. Wymaga długich lat ćwiczeń i samodyscypliny, znajomości prądów przenikających się w powietrzu oraz przede wszystkim dużego samozaparcia. Nie każdy jednak może latać. Liczba skrzydeł jest ograniczona i zgodnie ze starym zwyczajem są one dziedziczone z rodzica na dziecko. W efekcie społeczeństwo dzieli się na lotników i lądowców. Nietrudno się domyślić, że lotnicy przez długie lata stali się czymś w rodzaju kasty, grupy bardzo zamkniętej, uważającej się za lepszą od innych. Zazdrośnie strzegą starych zasad i bardzo niechętnie rozstają się ze skrzydłami, które są dla nich czymś najcenniejszym. Cenniejszym od zdrowia, szczęścia osobistego, a nawet własnego życia. Zwykły lądowiec, czy człowiek z nizin nie ma szans na to, by lotnikiem zostać. Ta przykra prawda najmocniej uderza w tych, którzy mimo niskiego pochodzenia mają naprawdę wielkie umiejętności i zerowe szanse, by zaistnieć i choć spróbować się zrealizować.
Z tą prawdą i dyskryminacją będzie próbowała się zmierzyć Maris z Amberly, młoda dziewczyna z nizin społecznych. Maris ma umiejętności i upór, ale nie ma wymaganego pochodzenia, ani koneksji. Boli ją taki stan rzeczy i postanawia to zmienić. Ale tak to już na świecie bywa, że jedna zmiana pociąga za sobą kolejne, zarówno na lepsze jak i na gorsze. Samo wprowadzenie zmiany, to jednak nie wszystko, bo wiadomo, że nie da się jednocześnie zmienić mentalności i poglądów ludzi. 
Życie Maris obserwuje czytelnik w trzech odsłonach. 
Młodziutka Maris w części pt. Burze będzie próbowała dokonać tej zmiany, zawalczyć, o tak cenne dla niej skrzydła i posadę lotnika. 
W części drugiej zatytułowanej Jednoskrzydły, dojrzała już bohaterka zmierzy się z wciąż niechętną nowym zasadom kastą lotników, a w trzeciej pt. Upadek z własnymi ograniczeniami, związanymi z wiekiem i niełatwym życiem lotnika. Bohaterka będzie musiała zadać sobie pytanie, gdzie kończy się lotnik, a zaczyna ona sama, jako kobieta, siostra, czy nauczyciel. 
Czy kasta lotników wreszcie się zjednoczy? Czy zmieni się postrzeganie lotników przez lądowców? Czy latanie naprawdę jest dla głównej bohaterki wszystkim? A może okaże się, że są także inne ważniejsze rzeczy? 
Postawa Maris niejednokrotnie kojarzyła mi się z ludźmi, którzy są tak pochłonięci dążeniem do jednego celu, że w pewnym momencie z bólem zdają sobie sprawę, że nie mają nic poza tym i co gorsza nie wiedzą jak mają dalej żyć. 
Przystań Wiatrów nie porywa czytelnika z siłą wodospadu. Miłośnicy Sagi Lodu i Ognia też nie znajdą tu rzeczy, które oferuje im najbardziej znany cykl G. Martina. Być może zadecydował o tym, czas, w którym książka powstała, być może miała na to wpływ współpraca autorska G. Martina z Lisą Tuttle. Nie znaczy to jednak, że książka nie ma zalet. Bo ma. 
Wykreowany świat przedstawiony, nieco zimny w swoim klimacie, ale  niewątpliwie fascynujący, właśnie tym chłodem. Bohaterowie, prawdziwi, bo tak strasznie uparci i zawzięci. A także wiele prostych prawd skłaniających do refleksji. 
Dlatego polecam raczej czytelnikom dojrzałym, lubiącym czasem zatrzymać się podczas czytania, by podumać na tym lub owym. Ta historia naprawdę może się podobać. Wystarczy tylko odpowiednio do niej podejść. 
Za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka
Pozdrawiam ciepło!



Recenzja opublikowana także na:
Księgarnia Matras
Księgarnia Gandalf
Księgarnia Fabryka.pl

4 komentarze:

  1. Martina znam z sagi lodu i ognia. Tej nie znałam ale wydaje się super, przynajmniej to co o niej napisałaś. No i nie jest taka gruba jak gra o tron

    OdpowiedzUsuń
  2. Chętnie sięgnę kiedyś, ale na razie nadrabiam Grę o Tron ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam zamiar się niebawem zaopatrzyć w tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń

Co jednemu się podoba, drugiemu nie musi i na odwrót. Szanujmy się wzajemnie wyrażając własne opinie.
Wszystkie komentarze o treści obraźliwej, wulgarnej i tym podobnej będą usuwane.
Jeśli nie potrafisz wyrazić własnego zdania, bez obrażania drugiej osoby, to lepiej nie wyrażaj go wcale.

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.