środa, 26 lutego 2014

Mark Hodder: Wyprawa w Góry Księżycowe

Autor: Mark Hodder
Tytuł: Wyprawa w Góry Księżycowe
Seria: Burton & Swinburne
Stron: 578
Wydawca: Fabryka Słów
Moja ocena: 7/10




Wyprawa w Góry Księżycowe to trzecia już część przygód Burtona, Swinburne'a ich przyjaciół: Spencera, Honesty'ego, Trounce'a, a także kilku innych. Nie można nie wspomnieć o zaciekłych wrogach naszych bohaterów oraz licznych przypadkowych personach zamieszanych w całą tę awanturę.
W finale części drugiej bohaterowie, a Burton zwłaszcza, przekonali się, że będą musieli się udać z ekspedycją do źródeł Nilu w poszukiwaniu czarnego diamentu zwanego Okiem Naga. 
Burton, który wie, że mimo że mamy rok 1863, to jednak nie jest to ten tor historii i wydarzeń, który być powinien, nie ma wyjścia i daje się porwać przygotowaniom. Jednocześnie cały czas zastanawia się, co mógłby zrobić, aby wydarzenia nie rozegrały się w tak fatalnej i niefartownej partii. Niszczycielska wojna jest nieunikniona, a ambicje premiera Palmarstona są już kolosalnie wielkie. Odnalezienie jednego kamienia przeważy szalę na korzyść Anglii lub Prus.
Niemal od samego początku akcja powieści toczy się dwutorowo. Śledzimy losy wyprawy Burtona i jego przyjaciół, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak i że lepiej byłoby w ogóle nie wyruszać. Szybko okazuje się, że najgorszym wrogiem wędrowców nie jest Afryka, ani dzikie plemiona ją zamieszkujące. Najgorszym ich wrogiem jest czas, który lubi się zapętlać i supłać. 
Jednocześnie, nagle razem z Burtonem budzimy się w Afryce w roku 1914. Bohater ma całkowitą amnezję i ani krztyny pojęcia jak tu trafił. Tym bardziej bolesny jest fakt, że nie ma jak wrócić tam, skąd przybył, a kolejno znajdywane ślady zapełniające luki w jego pamięci prowadzą go do strasznej prawdy na temat wyprawy sprzed pół wieku. Rzeczywistość, w której znajduje się obecnie, także nie jest zadowalająca; wojna  zniszczyła wszystko, a wielcy tyrani i szaleńcy tego świata, którzy winni już gnić w piekle, w najlepsze krzywdzą innych.
Bystry czytelnik od razu zorientuje się, że te dwie płaszczyzny są ze sobą połączone i że Burton nie znalazł się w przyszłości przez przypadek. Co się jednak stało i jak to naprawić? Ano właśnie. Na wyjaśnienia przyjdzie nam zaczekać niemal do samego końca.
Wyprawa w Góry Księżycowe; to brzmi tak magicznie, z przytupem i rozmachem. Sam tytuł obiecuje naprawdę wiele. Jako wielki fan Burtona, Swinburne'a i ich kompanów, przyjaciół oraz tak samo licznych wrogów obiecywałam sobie naprawdę wiele po książce, która miała być ukoronowaniem trylogii. Co prawda czytałam w wywiadzie z Markiem Hodderem, że pisze on dalszy ciąg, ale zrozumiałam to tak, że ma to być oddzielna trylogia. Wydawało mi się zatem, że w części trzeciej sporo wątków powinno się wyjaśnić, rozwiązać ku uciesze i satysfakcji czytelnika. Czytałam zatem z zapartym tchem, choć przydługi opis podróży przez Afrykę, zbyt wciągający nie był. Trochę się to dłużyło, a ciągłe przeskoki akcji między rokiem 1864 a 1914 często powodowały moją dezorientację. Z jeszcze większą niecierpliwością oczekiwałam na finalny bum oraz na moment, w którym wspaniały Francis Burton wróci z Afryki, odnajdzie przyczynę wszystkich nieszczęść własnych i kraju, a potem niczym cudowny, pomysłowy zbawca, naprawi wszystko jednym ruchem ręki. No dobra bez przesady, co do tego ruchu ręki. Ale kilka mądrych decyzji i jedna spektakularna akcja naprawdę mogły wszystko skorygować. Tymczasem autor powieści najpierw bardzo długo odwlekał zakończenie, a potem zwyczajnie zagrał czytelnikowi na nosie. Nie kończy się tu bowiem nic. Spisek okazuje się mieć szerszy kontekst niż się początkowo wydawało, a  sam finał jest tak przykry i lakoniczny, że i Burton i ja byliśmy chyba jednakowo zszokowani. Okazuje się bowiem, że Burton..., no właśnie. Tego nie zdradzę, powiem tylko, że nie tego się spodziewałam i jest mi zwyczajnie, tak po czytelniczemu, smutno. Nie znaczy to, że nie sięgnęłabym po kolejne książki Hoddera. Chodzi mi jedynie o to, że nie można pewnych spraw fabuły odwlekać w nieskończoność, bo nie dość, że dochodzi do coraz częstszych dłużyzn, to jeszcze czytelnik się niecierpliwi. Jednocześnie takim zakończeniem Mark Hodder postawił sobie bardzo wysoką poprzeczkę. Jak poprowadzi bohaterów, jak rozwiąże pewne komplikacje, co zrobi ze światem przedtawionym? Szczerze się obawiam, że na te wszystkie pytania, które być może (podkreślam być może) daje odpowiedzi powieść o egzotycznym tytule The Secret of Abdu El Yezdi, jeszcze przyjdzie nam długo poczekać. I chyba to jest w tym wszystkim najgorsze. Ale cóż zrobić, cierpliwość fana, to jego największa cnota. 

1 komentarz:

  1. Nie czytałam poprzednich dwóch tomów, więc musiałabym zacząć od początku :P

    OdpowiedzUsuń

Co jednemu się podoba, drugiemu nie musi i na odwrót. Szanujmy się wzajemnie wyrażając własne opinie.
Wszystkie komentarze o treści obraźliwej, wulgarnej i tym podobnej będą usuwane.
Jeśli nie potrafisz wyrazić własnego zdania, bez obrażania drugiej osoby, to lepiej nie wyrażaj go wcale.

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.