poniedziałek, 20 stycznia 2014

Cinda Williams Chima: Król Demon

Autor: Cinda Williams Chima
Tytuł: Król Demon
Seria: Siedem Królestw, t.1.
Stron: 552
Wydawca: Galeria Książki
Moja ocena: 8/10




Do rozpoczęcia przygody z tetralogią autorstwa Cindy Williams Chimy gorąco zachęcała mnie moja Mama, która jest wielką miłośniczką tego cyklu. W te święta wreszcie uległam namowom i zaczęłam czytać i lektura wciągnęła mnie tak bardzo, że w ciągu tygodnia przeczytałam wszystkie cztery tomy. 
Krótko na temat treści. 
Akcja powieści toczy się w świecie przypominającym nasze średniowiecze (nadzwyczaj wdzięczna epoka :)) w siedmiu  królestwach, a szczególnie w jednym z nich,  Fells. Świat ten ma nadzwyczaj bogatą historię, która jak się z biegiem czasu okaże, nie do końca jest zgodna z oficjalnie głoszoną wersją. W Fells od tysiąca lat rządzą królowe z dynastii Szarych Wilków, zapoczątkowanej przez legendarną królową Hanaleę. Fells jest krajem pełnym różnic; królową wspierają czarownicy i klany wojowników. Już samo to, że na tronie zasiadają kobiety jest czymś naprawdę niezwykłym; bo zazwyczaj są to silne osobowości.
Fabuła przedstawia losy dwójki skrajnie różnych bohaterów, którzy, gdyby nie splot okoliczności, raczej nigdy by się nie spotkali.
Nastoletnia Raisa jest córką królowej i następczynią tronu Szarych Wilków.  Jest także pierwszą przyszłą królową mieszanego pochodzenia, ponieważ jej ojciec, jest Strażnikiem Kolonii Demonai czyli kimś w rodzaju wodza klanowego. Raisa, mimo początkowej niedojrzałości, już ujawnia cechy, które w przyszłości uczynią z niej dobrą królową. Jest wytrwała i umie bronić własnego zdania, co w świecie dworskich intryg i przenikających się politycznych wpływów nie jest wcale łatwe. Poza tym naprawdę interesuje ją los jej ojczyzny i ludzi, którymi kiedyś będzie rządzić. Na razie jednak, ponieważ jej matka jest młoda i zdrowa, Raisa ma nadzieję, że jej panowanie prędko się nie zacznie. Dziewczyna zwyczajnie chciałaby mieć czas dorosnąć, poznać jeszcze trochę świata, a nie od razu wychodzić za mąż i to koniecznie dla dobra dynastii. Raisa chciałaby czegoś dokonać w życiu, a jej niedościgłym wzorem jest legendarna królowa Hanalea, która pokonała Króla Demona i uratowała przed nim świat.
Drugi z bohaterów, to uliczny złodziej, herszt gangu Łachmianiarzy, zwany też Bransoleciarzem, Han Alister. W chwili, gdy go poznajemy zerwał już ze złodziejskim procederem, by zająć się utrzymaniem matki i młodszej siostry. Gołym okiem widać, że Han zwykły nie jest i autorka wcale tego przed czytelnikiem nie ukrywa. Han odkąd pamięta nosi bransolety na przegubach dłoni. Nie da się ich zdjąć, mało tego, rosną one wraz z ich właścicielem. Nie mają widocznych magicznych właściwości i w zasadzie Han już przywykł do tego, że po prostu są. Teraz jego największym problemem jest utrzymanie rodziny.
Wszystko jednak komplikuje się w dniu, w którym trzech młodych czarowników przez głupotę wywołuje w lesie pożar. Drogi Micah Bayara, (syna Wielkiego Maga) i Hana Alistera, krzyżują się; z pierwszej potyczki zwycięsko wychodzą Han i jego przyjaciel Tancerz Ognia, a dodatkowo Han zabiera Micah, potężny amulet i właśnie ten amulet stanie się przyczynkiem do dalszych komplikacji w życiu bohatera.
W pewnym momencie, jak nietrudno się domyślić, skrzyżują się także drogi Raisy i Hana, choć (i tu należy się autorce ogromny plus za pomysł i jego wykonanie) żadne z bohaterów przez bardzo długi czas nie będzie miało pojęcia, kim naprawdę jest drugie. Raisa, stworzy sobie fałszywą tożsamość, a Han, jak przystało na doświadczonego złodzieja, po prostu nie odkryje wszystkich kart. Od razu jednak zaiskrzy miedzy nimi, choć przez bardzo długi czas na iskrzeniu się skończy.
Raisa i Han są przecież bardzo młodzi i głupio byłoby już w połowie pierwszego tomu zrzucać na oboje widmo miłości aż po grób. Wątek romansowy jest w części pierwszej delikatnie zarysowany i to także mi sie bardzo podobało.
Dużym plusem powieści jest cała galeria różnorodnych postaci. Co prawda od razu widać, kto jest tym dobrym, a kto tym złym, ale niczego to książce nie ujmuje. Mamy tutaj zatem silne osobowości takie jak członkowie klanów; mądra i dobra matka Tancerza, Iwa; stanowcza i mająca własne cele Elena (babcia Raisy), łagodny i będący dla Raisy ostoją Averill, Królewski Małżonek i ojciec księżniczki. Osobną grupę, stanowią czarownicy, nazywani w powieści miotaczami czarów. Oczywiście na plan pierwszy wysuwa się tu Wielki Mag Gavan Bayar oraz jego dzieci, córka Fiona i syn Micah. Gołym okiem widać, że dla Gavana, jego dzieci, choć zdolne i piękne, są tylko środkiem do celu. Malowniczości zarówno powieści, jak i światu przedstawionemu dodaje cała społeczność z nizin; kupcy, drobni złodziejaszkowi, członkowie gangów. Nie można nie wspomnieć o Amonie Byrne, najlepszym przyjacielu i przyszłym dowódcy gwardii przybocznej Raisy. Ten spokojny i opanowany młodzieniec, ze stoickim spokojem znoszący różne pomysły księżniczki, jest po prostu wspaniały.
Jedno jest pewne, bohaterów nie da się nie lubić, a to ważne przy czytaniu książki.
Kolejną ogromną zaletą jest lekki język powieści, który sprawia, że książkę czyta się naprawdę szybko i właściwie nawet nie wiadomo kiedy, a już się człowiek pochyla nad ostatnim rozdziałem.
Króla Demona specjalnie, myślę zachwalać nie trzeba, bo wielu czytelników tę historię już dobrze zna. Powiem więc tylko, że mnie się bardzo podobała, moja Mama ją uwielbia, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić ją tym czytelnikom, którzy jeszcze się ociągają z lekturą.  Nie ma co zwlekać, tylko brać się za czytanie.

sobota, 18 stycznia 2014

Hobbit. Pustkowie Smauga - garść wrażeń na początek ferii.

Najgorsze co może się zdarzyć opiekunowi na wycieczce? Pogubić nieswoje dzieci. To mój najgorszy koszmar, który na szczęście póki co pozostaje w sferze stresów i obaw.
Nieswoje dzieci nie zostały zgubione, ba nawet były bardzo grzeczne i zorganizowane, film został obejrzany w gdańskiej Krewetce, tym samym wieńcząc koniec pierwszego semestru, a ferie się rozpoczęły. 
Co do samego filmu to jest naprawdę dopracowany pod względem kostiumów i zdjęć plenerów. Bohaterowie płynnie mówią w języku orków oraz elfów, akcja toczy się dość wartko, wzbogacona o wątki, których w powieści nie ma. Biorąc pod uwagę budżet filmu oraz sumę, którą już zarobił wraz ze swoim poprzednikiem, P. Jacksonowi należy się pochwała za pomysłowość, spójność i rozmach. Ogromne wrażenie robi brzydota orków, piękno i zwinność elfów w walce, monumentalność starych, na wpół zrujnowanych budowli, a także ostateczny efekt wykonania Beorna, pająków, no i oczywiście Smauga. Chyba nie pomylę się bardzo, gdy powiem, że to na niego wszyscy czekali i to on jest gwiazdą tego filmu. Słyszałam, że pracowano nad nim 2 lata, co widać, w niezwykłej dbałości o detale jego wyglądów i ruchów, a nawet idealnie dobranego tembru głosu. Smaug jest po prostu cudowny, hipnotyzujący od pyska poczynając, przez długachną, zgrabną szyję,  gibkie odnóża, ogon, a na migoczącym brzuchu skończywszy oraz prawdziwie smokowaty i jaszczurczy. Smaug jest stuprocentowym Smaugiem i basta. 
Zachwycają obrazy Mrocznej Puszczy, Miasta na Jeziorze oraz wnętrza Samotnej Góry; na wielkim ekranie to naprawdę powala. 
Druga część filmu jest dobra i poprawna; zapewne znajdą się tacy, którym odstępstwa od książki się nie spodobają, ale myślę, że to akurat można Jacksonowi wybaczyć. 
Nie mogę nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Jak zawsze jest klimatyczna i cudna, ale moje serce podbiła zwłaszcza piosenka końcowa I see fire w wykonaniu Brytyjczyka Eda Sheerana, który choć bardzo młody, rudy i niepozorny, (:p) dysponuje magnetycznym, głębokim wokalem. Idealnie skomponowany tekst i podkład z towarzyszeniem gitary, skrzypiec i subtelnych chórków, sprawiły, ze zakochałam się w tej piosence.
A Wy? Oglądaliście? Co sądzicie? Czekam na Wasze wrażenia. Pozdrawiam!

piątek, 10 stycznia 2014

Caitlin Kittredge: Ryzykowny układ

Autor: Caitlin Kittredge
Tytuł: Ryzykowny układ
Seria: Black London, t. 1.
Stron: 391
Wydawca: Jaguar
Moja ocena: 9/10




Wbrew obiegowej opinii o nieustannej mglistości  i przenikającej wszystko wilgotności, Londyn stał się dla pisarzy bardzo wdzięcznym miejscem akcji i działań przeróżnych bohaterów. Chyba najlepiej przekonał o tym swoich czytelników Neil Gaiman powieścią Nigdziebądź. Recenzja
Z podobnego założenia wyszła C. Kittredge tworząc swój cykl opatrzony tytułem Black London. W zwyczajnym Londynie, który jest po ludzku nieprzyjazny i cuchnący, istnieje bowiem terytorium, gdzie czas płynie inaczej, a Czerń jest mroczna i okrutna, bo przepełniona nieustannie pulsującą magią. W Czerni mieszkają przeróżne istoty od elfów począwszy na satyrach i przeróżnych czarownikach skończywszy. Czas płynie tu zupełnie inaczej, a ludzkie prawa w ogóle tu nie obowiązują.
Inspektor śledcza Pete Caldecott nie przyjmuje takiego stanu rzeczy do wiadomości. Wiele lat temu ojciec wpoił jej, że należy się trzymać tylko tego co realne, a najdrobniejszy przejaw magii, należy postrzegać jako oznaki nasilającej się choroby psychicznej. 12 lat temu Pete była świadkiem czegoś, co na zawsze ją odmieniło i sprawiło, że niemal wyrzekła się swojej prawdziwej natury. 
Wraz z chłopakiem swojej siostry udała się na cmentarz, by tam odprawić pewien rytuał. Nie wszystko poszło tak jak powinno; złe moce próbowały się wymknąć z kręgu, a odprawiający rytuał Jack Winter umarł. Tak przynajmniej Pete myślała. Zapomniała. I żyje, w sposób boleśnie realny.
Teraz po latach, w trakcie prowadzenia śledztwa w sprawie porwań dzieci, Pete przekonuje się, że uznany przez nią za zmarłego Winter żyje. Jest co prawda zatwardziałym narkomanem i chamem, ale jeszcze całkiem nieźle się trzyma. Jack nie jest chętny do współpracy z Pete, ale ponieważ jest jej jedyną szansą na uwolnienie kolejnych porwanych, Pete decyduje się przyprzeć go do muru i, jeśli będzie taka potrzeba, nawet zrobić mu przymusowe odtruwanie. 
W taki oto sposób rozpoczyna się tytułowy ryzykowny układ dwojga bohaterów. Bardzo szybko okazuje się, że w porwania dzieci są zamieszane ciemne moce, które sprytnie wykorzystują ludzkich i bardzo nieudolnych czarowników. 
Główna bohaterka, mimo świadomej niechęci do tego typu zjawisk, z godnym podziwu uporem zabiera się za poszukiwanie śladów i jest gotowa zapuścić się do najgorszej speluny, byle tylko odnaleźć porwane dzieci. Pete wie, że czas nagli i każdy mijający dzień przybliża ofiary porwania do czekającego je straszliwego końca. 
Czy połączone siły Jacka i Pete wystarczą, by pomóc porwanym dzieciom? Czy sprawa sprzed 12 lat wreszcie znajdzie swój finał? Czy warto wracać do tego co było i czy w ogóle ta cała współpraca ma sens? Na ostatnie pytania odpowiedzi będą musieli sobie udzielić sami bohaterowie, a droga do nich nie będzie prosta.  
Trzeba przyznać autorce, że ma niesamowitą zdolność do tworzenia wyrazistych i barwnych postaci, których, mimo trudnego charakteru, nie da się nie lubić. 
Jack Winter, to były rockman, obecnie narkoman i niemal bezdomny. Kryje w sobie jednak tak wielką siłę, zarówno ducha, jak i tę magiczną, że aż bije ona z kart książki. Winter przypominał mi trochę cebulę, która ma wiele warstw; żadna się łatwo nie zdejmuje, a pod każdą kryje się coś ważnego lub istotnego. (P.S. Moja Mama także przeczytała książkę i ogromnie Jacka polubiła :)). 
Twarda i pyskata Pete, realnie patrząca na świat, ma w sobie więcej magii, niż się jej początkowo wydaje i nawet tak silny mag, jak Winter, zwany też Kruczym Magiem, nie poradzi sobie bez jej pomocy. 
Między bohaterami aż iskrzy, choć wątek romansowy właściwie rozgrywa się tu między słowami i naprawdę póki co jest w powijakach. Ale to nawet dobrze, bo raz jest na co czekać, a dwa, akcja powieści biegnie tak szybko, że tego drobnego braku w ogóle się nie odczuwa. Kiedy przygoda wciąga tak, że nie idzie się od książki oderwać, a sceny wywoływania demonów co rusz, powodują ciarki na plecach, nie myśli się w ogóle o amorach. 
Książka jest naprawdę świetna i niebawem mam nadzieję sięgnąć po część drugą. A Wam polecam Ryzykowny układ, bo naprawdę, naprawdę warto.

środa, 8 stycznia 2014

Anne Bishop: Pisane szkarłatem

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Pisane szkarłatem
Seria: Inni, t.1.
Stron: 560
Wydawca: INITIUM
Moja ocena: 9+/10


Gdybym umiała składać zgrabne i miłe dla ucha rymy, już dawno  ułożyłabym hymn pochwalny na cześć INITIUM  za to, że jak się już wydawnictwo zabierze za wydawanie książek danego autora, to robi to z godnym podziwu uporem i systematycznością. W dzisiejszych czasach, to naprawdę coś niesamowitego. Nie potrafię jednak dobrze i z sensem rymować, dlatego ograniczę się do przedstawienia moich wrażeń z lektury powieści Pisane szkarłatem.
Wiadomo oczywiście, że nie wszystkie książki danego autora bywają jednakowo dobre. Nic nie przebije rewelacyjnych, niesamowitych i zjawiskowych Czarnych Kamieni. To fakt. Trzeba jednak przyznać Anne Bishop, że ma ogromną wyobraźnię i jest kopalnią pozornie prostych, ale ciekawie zrealizowanych pomysłów. Trylogia Efemera także przypadła mi do gustu, choć moim zdaniem najlepsza była część pierwsza dotycząca losów Sebastiana.
Pod koniec ubiegłego roku na polskim rynku wydawniczym pojawiła się powieść otwierająca nową serię autorstwa Bishop Inni. Tym razem autorka na swój literacki warsztat wzięła społeczność zmiennokształtnych, okrasiła to delikatną nutą wampiryzmu, a na deser dodała pikantny sorbet w postaci upersonifikowanych żywiołów i sił przyrody. Ktoś może pomyśleć, że to wszystko już było i to prawda. Rzecz jednak w tym, że autorka nie skupiła się na perypetiach uczuciowych, czy egzystencjalnych tych już tak znanych w literaturze postaci. Społeczność zmiennokształtnych została tu ukazana z perspektywy tego jak funkcjonuje od wewnątrz, jakimi prawami się rządzi i jak (od razu powiem, jak mięso) postrzega i traktuje ludzi. Wszystko to czytelnik będzie obserwował oczami głównej bohaterki Meg Cobryn.
Meg to uciekinierka, wieszczka krwi, od dzieciństwa przebywająca w specjalnym ośrodku, z którego zdecydowała się uciec. Jedynym miejscem, w którym może się schronić bez obawy, że zostanie złapana i z powrotem trafi w ręce Kontrolerów, jest Terra Indigena  czyli ziemia zmiennokształtnych.
Meg zostaje zatrudniona na stanowisku łącznika z ludźmi, co w praktyce oznacza, że będzie kierować placówką pocztową, przyjmować paczki, składać zamówienia na nowe towary, a czasem nawet te paczki osobiście dostarczać. Pojawienie się Meg w społeczności Lakeside przewraca wszystko do góry nogami, nie są to jednak zmiany nagłe. Powiedziałabym, że raczej dochodzi do powolnej zmiany perspektywy i postrzegania pewnych spraw. Zmiennokształtni są bardziej zwierzętami niż ludźmi; ludzką powłokę przybierają, gdy już naprawdę muszą, najswobodniej i najbardziej sobą czują się jako wilki, niedźwiedzie, lisy, wrony i inne drapieżniki.
Autorka bardzo wnikliwie ukazała zwierzęcą stronę ich natury, pamiętając, że są gwałtowni, brutalni, krwiożerczy, ale też potrafią być wścibscy, mają w sobie chęć zabawy, rozrywki i bliskości drugiej istoty. Formalnym przywódcą Zmiennokształtnych jest Simon Wilcza Straż, który, początkowo trochę wbrew sobie, zatrudnia Meg, na wakującym stanowisku.
Praca ta jest dla Meg prawdziwą szkołą życia, nie tylko dlatego, że pracuje wśród istot, których nigdy nie widziała z bliska. Meg żyła w zamkniętym ośrodku, a świat poznawała tylko z filmów, slajdów i prezentacji, które miała być punktem odniesienia, w momencie odczytywania wizji. Ta nieświadomość, ocierająca się momentami o kompletną naiwność, okazuje się największą zaletą Meg, dziewczyna nikogo bowiem nie szufladkuje, ani nie potępia, zanim go dobrze nie pozna. Z natury dobra, skromna i rozważna, bez wysiłku, nawet sama o tym nie wiedząc, przekonuje do siebie najstarszego z wampirów, zaprzyjaźnia się z dumną, porywczą Zimą, a nawet poskramia, pozornie leniwe i krnąbrne kucyki (które kucykami- kurierami są tylko z pozoru). Kierując się sercem i zwykłą życiową potrzebą, przywróci stadu młodego skrzywdzonego przez ludzi wilczka, przez co i sama stanie się nieodzowną częścią tej społeczności.
Ogromną siłą tej powieści jest prostota przekazu. Bishop pisze o rzeczach zwykłych codziennych, takich jak wzajemna troska o drugą osobę, czerpanie przyjemności z najprostszych czynności, a także o ogromnej potrzebie przynależności do grupy. Przyznam, że takiego przyjęcia jakie Meg otrzymała od nowych przyjaciół, można jej tylko pozazdrościć. Stanęli za nią murem, wyczuwając, że jej inność także jest częścią ich krainy, a inności należy bronić i chronić za wszelką cenę.
Tym razem autorka zupełnie zrezygnowała z wątku romansowego i dobrze. Powstała powieść zabawna, błyskotliwa i dowcipna, a także wzruszająca i taka, do której chce się wracać. Najbardziej spodobały mi się uparte kucyki oraz skrzywdzony w maleńkości Sam, który dzięki Meg, zyskał szansę stania się w przyszłości pełnoprawnym członkiem stada.
Książka jest dość obszerna, ma bowiem ponad 500 stron, mnie jednak tak wciągnęła, że przeczytałam ją w jeden wolny weekendowy dzień.
Pisane szkarłatem z pewnością spodoba się fanom tej pisarki. Do czytania tej książki zachęciłam też moją Mamę i chyba się jej spodobała, bo już prawie ją kończy. Myślę, że jest to najlepszy dowód na to, że pierwsza części Innych zadowoli czytelnika w każdym wieku.
Polecam, naprawdę warto.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Leonardo Patrignani: Wszechświaty

Autor: Leonardo Patrignani
Tytuł: Wszechświaty
Stron: 268
Wydawca: Dreams
Moja ocena: 5-/10





Teoria światów istniejących równolegle przypadła mi do gustu jeszcze w czasach oglądania serialu Fringe. Historia o dwu uniwersum, które nie mają wspólnej racji bytu, bardzo mnie wciągnęła. Motyw alternatywnych rzeczywistości daje szerokie możliwości również w literaturze, dlatego gdy przeczytałam opis treści książki L. Patrignaniego, pomyślałam, że może to być fajna lektura na mgliste popołudnie przy kominku. Całości dopełniła okładka z pięknym zdjęciem, dziewczyny z jednej i chłopaka z drugiej strony. 
Wszechświaty są debiutem literackim L. Patrignaniego, który jest niemal moim rówieśnikiem.
Głównymi bohaterami swojej powieści uczynił Patrignani dwójkę nastolatków. 
Alex mieszka w Mediolanie i jest kapitanem szkolnej drużyny koszykówki. Jenny mieszka natomiast w dalekim Melbourne. Tych dwoje nigdy się ze sobą nie spotkało. Nie rozmawiali ze sobą ani przez telefon, Internet, nie wymieniali maili ani sms-ów. A jednak porozumiewają się ze sobą od dawna, połączeni cienką telepatyczną nicią, która z wiekiem staje się coraz silniejsza. Początkowo nastolatki nie potrafią zapanować nad umiejętnością, którą zostali z niewyjaśnionych przyczyn obdarzeni. Alex w chwilach kontaktu zaczyna majaczyć, traci przytomność, a Jenny dostaje drgawek i stanów epileptycznych. Objawy te budzą zrozumiały niepokój rodziców, zarówno Alexa, jak i Jenny. Kiedy jednak moc przybiera na sile, komunikacja staje się łatwiejsza, wręcz odruchowa.
Bardzo szybko telepatia przestaje wystarczać i bohaterowie postanawiają się spotkać. Alex z pomocą przyjaciela, organizuje podróż życia i przyjeżdża do Australii. Oczekiwany niecierpliwie romantyczny happy end, jednak nie nadchodzi. Bo choć i Alex i Jenny stoją na umówionym miejscu na molo, to jedno drugiego nie może zobaczyć. Dlaczego? Ponieważ żyją w rzeczywistościach równoległych. Czy to znaczy, że nigdy się nie zobaczą, a będą się porozumiewać jedynie w myślach? 
Zapewne nie, to jednak dopiero początek tej historii. 
Działania młodych zakochanych, by się spotkać, uruchamiają szereg wydarzeń, które bardzo szybko mogą doprowadzić do katastrofy, w wyniku której świat przestanie istnieć. By spróbować zapobiec temu, co ma się wydarzyć Alex i Jenny będą musieli wrócić wspomnieniami do tego co się wydarzyło, gdy byli mali i w tych właśnie wspomnieniach poszukać klucza do wydarzeń obecnych. Czy im się to uda? 
Ze smutkiem muszę przyznać, że sam zamysł był całkiem fajny i naprawdę można było go zrealizować w równie fajny sposób. Odniosłam jednak wrażenie, że nie do końca się to autorowi udało. To co początkowo miało być historią o miłości niemożliwej, zmieniło się w powieść o końcu świata. Co najgorsze wszystkiemu oczywiście mogli zapobiec tylko nasi bohaterowie. W jaki sposób? Otóż wizja ta jakby w trakcie trwania historii nieco się rozmyła, no bo w sumie, co może zrobić dwójka zwykłych nastolatków? Fakt, w finale pewne sprawy wychodzą na jaw, ale ich przyczyn nie znamy.
Sami bohaterowie są co prawda bardzo sympatyczni, ale nic poza tym. Miotają się w swoich rzeczywistościach, w sposób niekontrolowany przeskakują do równoległych, co tylko potęguje w czytelniku  uczucie dezorientacji i zagubienia. Zabrakło mi także głębszego rysu charakterologicznego postaci. Jeśli zaś chodzi o spisek o szerszym zakresie, to coś tam zostało zasygnalizowane, ale i to szybko porzucono. Nie zadowoliło mnie również samo zakończenie, zupełnie jakby autor nie mógł się zdecydować, jak tę zapętlającą się historię rozwiązać.
Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie powieść może przypaść do gustu młodszym czytelniczkom, które być może skupią się bardziej na samym wątku romansowym. Starsi, bardziej wymagający czytelnicy zwyczajnie się zawiodą, banalnością i naiwnością tej historii. Dlatego im nie polecam. Szkoda czasu.

sobota, 4 stycznia 2014

Lesley Lokko: Prywatna sprawa

Autor: Lesley Lokko
Tytuł: Prywatna sprawa
Stron: 508
Wydawca: Świat Książki
Moja ocena: 8/10




Kolejna, siódma już, w dorobku literackim powieść L. Lokko rozpoczyna się naprawdę mocnym akcentem. Czytelnik jest świadkiem brutalnej napaści nieznanego mężczyzny na zupełnie bezbronną wobec jego siły kobietę. Nie wiemy, kto napadł, ani na kogo, znamy jedynie datę (rok 2009) i miejsce (Niemcy). Taki wstęp może mieć kilka funkcji. Raz, że zaciekawia, dwa budzi podejrzliwość czytelnika, bo od teraz będzie on nieustannie się zastanawiał, kim byli ci ludzie. 
W kolejnych rozdziałach autorka prezentuje nam kilka postaci kobiecych i męskich, z których w sumie każda może być tą/tym podejrzanym. Z rozpoznaniem napastnika nie będzie większego kłopotu, bo po kilku rozdziałach widać, że w sumie tylko jeden z bohaterów może być tym okrutnym i brutalnym gwałcicielem. Trudniej będzie z rozpoznaniem kobiety, biorąc pod uwagę fakt, że niemal każda może się znaleźć w polu jego uwagi.
Najnowsza powieść autorki świetnej Gorzkiej czekolady, tym razem skupia się na trudnym i pełnym wyrzeczeń życiu żon zawodowych żołnierzy. Jest to życie polegające na nieustannych przeprowadzkach, bo akurat zmienił się przydział, i na nagłych rozstaniach, często na długie miesiące, bo akurat w jakimś miejscu na ziemi konieczna jest interwencja sił zbrojnych. 
Związki kobiet z zawodowymi żołnierzami wymagają nie tylko ogromnej siły, by zorganizować życie, dom oraz wychowanie dzieci, podczas nieobecności męża. Potrzeba też wielu kompromisów i dokładnego poznania drugiej osoby.  Długie rozstania wiążą się z ciągłym poznawaniem współmałżonka na nowo, z leczeniem wojennej traumy, z istnieniem tematów, o których się nie mówi, bo to tajemnica. Stąd już bardzo niedaleko, do kiełkujących urazów, podejrzeń, pretensji, depresji i samotności. 
Życie bohaterów, zgodnie z literackim schematem Lokko, poznajemy w kolejnych odsłonach, na przestrzeni kilkunastu lat. Autorka bardzo umiejętnie i wnikliwie pokazała, jak trudne są takie związki i jak niewiele trzeba, aby wszystko zaprzepaścić. Na przykładzie drugoplanowych postaci kobiecych widać wyraźnie, że nie każda kobieta coś takiego wytrzyma, choć oczywiście wiadomo, że w związku jest też mężczyzna i wiele zależy od obu stron.Utrzymanie takiego związku, to naprawdę duża rzecz i powód do dumy.
Głównych bohaterek mamy w powieści kilka; Abby i Meaghan są żonami oficerów, Sam zdecyduje się nią zostać, natomiast z perspektywy Dani poznamy ciemną stronę wojska, wyzwoloną przez traumę, stres, samowolkę i wiele innych czynników, które można by nazwać krótko "nieludzkim instynktem stadnym".
Tradycyjnie u Lokko każda z kobiet pochodzi z innej grupy społecznej. Abby, córka wysoko postawionego wojskowego, ciągoty do bycia żoną żołnierza wyssała z mlekiem matki, która to odziedziczyła to po babce Abby. Meaghan uciekła od brutalnego ojca i niewydolnej wychowawczo matki, a poznany przypadkiem Tom, był dla niej szansą na lepsze, kompletnie inne życie. Jednak chyba najciekawszą z postaci jest Sam. Kiedyś gruba i wyśmiewana przez kolegów, dzięki uporowi i ciężkiej pracy, zostaje dobrym prawnikiem, specjalistą w dziedzinie prawa własności intelektualnej. Pewna siebie i wygadana w kontaktach z klientami, prywatnie nie może ułożyć sobie życia, a gdy w końcu poznaje mężczyznę, który wydaje się jej właściwy, staje się uległa i rezygnuje właściwie z wszystkiego co do tej pory osiągnęła.
Młodziutka i naiwna Dani, pragnąca przede wszystkim przynależności do kogoś i uczucia drugiej osoby, jest świetnym przykładem kobiety, która złamana w młodości, mogła zaprzepaścić swoją szansę na normalne życie. Miała jednak farta, bo poznała kogoś, kto z sercem i ogromną dobrocią udowodnił jej, jak wiele jest warta i ile może zrobić, gdy otworzy się na innych.
Między opisy z życia bohaterek, autorka umiejętnie wplata wtrącenia, dotyczące napaści na kobiety, zakończonych nawet morderstwem. Dzięki temu czytelnik stale jest czujny i bardzo dokładnie przygląda się bohaterom.
Prywatna sprawa jest dobrze napisaną i wciągającą powieścią. Niecierpliwie przewracałam strony, by poznać zakończenie i jak dla mnie było ono trochę mało satysfakcjonujące. Co prawda sprawca zostaje ujęty i oddany pod sąd, ale losy głównych bohaterek pozostają niedopowiedziane. Można to rozumieć dwojako. Albo wrócą do tego jak żyły dawniej i wszystko potoczy się swoim utartym trybem, albo autorka chciała zasugerować, że wszystko może się wydarzyć, zależy to bowiem od ludzkich wyborów i wzajemnych powiązań.
Książkę czyta się naprawdę dobrze. Co prawda nie jest ona tak dobra, jak Gorzka czekolada, ale z pewnością daje do myślenia i niewykluczone, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.
Polecam!

czwartek, 2 stycznia 2014

Aimee Agresti: Olśnienie

Autor:Aimee Agresti
Tytuł: Olśnienie, t. 1
Stron: 478
Wydawca: REMI
Moja ocena: 7-8/10


Podobno we wszechświecie nieustannie trwa walka między siłami dobra i zła. Na ogół panuje równowaga, ale jak to w walce bywa, raz szala się przechyla na korzyść sił dobra, a raz na korzyść sił zła. Zazwyczaj zdarza się to, gdy w centrum konfliktu pojawi się ktoś w rodzaju wybrańca, o wyjątkowej sile, ktoś kto może zmienić losy tej walki. To także wtedy i jedna i druga strona musi się sporo natrudzić, aby owego wybrańca mieć dla siebie. Wybraniec oczywiście będzie targany mocami i namiętnościami, o których istnieniu dotąd nie miał pojęcia, przeżyje rzeczy, o których dotąd nawet mu się nie śniło i pozna istoty, które do tej pory tylko wkładał między bajki. Z czasem wybraniec nabierze sił, doświadczenia i oczywiście dokona znamiennego wyboru. Mówi Wam to coś, albo z czymś się kojarzy? Dziś to pomysł dobrze znany i wykorzystywany co rusz w literaturze i filmie. Sporo już tego było, drugie tyle zapewne jeszcze będzie, a mimo to sam motyw jakoś nigdy mi się nie nudzi. 
Na podobnym pomyśle oparła A. Agresti swoją debiutancką powieść pod tytułem Olśnienie
Główna bohaterka spełnia wszystkie warunki typowego literackiego wybrańca; jest młoda, jej wczesne dzieciństwo okrywa mgła niepamięci, a ciało znaczą dziwne szramy, które w chwilach lęku - bolą. Bohaterka jest samotnikiem, osobą niepozorną i przeciętną; trudno jej nawiązywać nowe kontakty. Teraz więc wystarczy tylko prawidłowy bodziec, by Haven się rozwinęła. Jest to więc bohaterka, którą łatwo polubić, a potem kibicować jej w jej poczynaniach. Jedyną rzeczą, która już na pierwszy rzut oka wydaje się dziwna, jest jej imię. Nieustannie kojarzyło mi się ono ze słowem niebo, choć z moich poszukiwań wynikło, że samo haven może też oznaczać spokój, oazę. Jeśli więc teraz połączyć słowo oaza ze słowem ziemia, bo to oznacza jej nazwisko Terra, to zyskujemy dość niezwykłe zestawienie. Czy w przyszłości, to okaże się znaczące? To się okaże. 
Zupełnie niespodziewanie Haven trafia się niezwykła życiowa okazja; mianowicie propozycja stażu - pracy w nowo otwartym hotelu Lexington w Chicago. Jest to miejsce, cieszące się atrakcyjną złą sławą, gdyż w latach 30. XX wieku swoje brudne interesy prowadził tam sam Al Capone. Haven wspólnie z dwoma kolegami ze szkoły: ekstrawaganckim kucharzem Dantem i spokojnym molem książkowym Lance'm, pakuje manatki i rusza, by przeżyć przygodę życia. Ekipa hotelu składa się z młodych i wręcz idealnie, nieziemsko pięknych ludzi, którym przewodzi nienaganna pod każdym względem Aurelia Brown. Już od samego początku Haven wszystko wydaje się dziwne. Hotel jest co prawda dopiero przygotowywany do oficjalnego otwarcia, ale i tak wydaje się dziwnie pusty, choć przecież wciąż ktoś się po nim kręci. Nowa szefowa jest tyle piękna co tajemnicza, a jej wspólnik (podwładny?) Lucian jednakowo dziewczynę pociąga i przeraża.
Pierwszym zadaniem Haven jest obfotografowanie wszystkich pracowników hotelu, a z powstałych w ten sposób zdjęć ma powstać wielki kolaż. Ponieważ każdy wygląda tu jak młody bóg, to i zdjęcia wychodzą idealnie. Do czasu. W dniu wystawy na zdjęciach pojawiają się ogromne skazy, deformujące wygląd znajdujących się na nich osób. Zdjęcia co prawda zostają szybko usunięte, ale gdy Haven je znajduje, okazuje się, że deformacja fotografii postępuje. Blizny coraz bardziej zaczynają bohaterce dokuczać, a jakby tego było mało, znaleziony przypadkiem czarny notes, za pomocą pojawiających się w nim wpisów, mówi Haven co ma robić i jak się przygotować, do tego co ją czeka. 
Trzeba przyznać bohaterce, że na wieść o czekających ją niebezpieczeństwach, nie załamuje rąk ani nie wypłakuje oczu. Zabiera się do pracy nad własną kondycją oraz do zdobywanie informacji na temat prawdziwej natury pracowników hotelu. Tą zaradnością i aktywnością Haven bardzo mu mnie zaplusowała.
Miała co prawda chwile, gdy wzdychała do Luciana, ale ponieważ był on tak magnetyczny i kuszący, jestem w stanie ją zrozumieć. 
Wątek deformujących się portretów wyraźnie został zaczerpnięty z książki O. Wilde'a Portret Doriana Graya i trzeba przyznać, że bardzo fajnie go autorka wykorzystała, choć nie do końca przekonała mnie teoria, że obrazy można zniszczyć dopiero, gdy zostanie się zaatakowanym. Bez sensu, choć gdyby Haven i jej przyjaciele mogli zrobić to od razu, to cała historia skończyłaby się w połowie książki. 
Klimatycznie i niezwykle barwnie odmalowała autorka cały hotel i jego niezwykłość. Miejsce to jest pełne niezwykłych korytarzy, ukrytych pokoi i uśpionych sekretów tych sprzed lat i tych budzących się obecnie do życia. Czytelnik poznaje je wraz z Haven, która z uporem szuka odpowiedzi na dręczące ją wątpliwości i lęki. 
Bardzo polubiłam również Lance'a, który początkowo sprawiał wrażenie, jakby miał być postacią drugoplanową, a z czasem jakby samoczynnie zepchnął egocentrycznego Dante, na drugi plan, by okazać się przedsiębiorczym i sympatycznym chłopakiem, kimś w stylu Clarke'a Kenta.
Olśnienie jest więc dobrą pozycją na leniwe, świąteczne popołudnie.  Zmożeni przez pyszne i sycące jadło, możemy zasiąść w fotelu i oddać się niezobowiązującej lekturze. Cała historia nie jest może wielce ambitna, ale sympatycznie opowiedziana i jeśli się tego trzymać, będzie się z lektury zadowolonym.