środa, 13 sierpnia 2014

Cassandra Clare: Miasto Kości

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Miasto Kości
Cykl: Dary Anioła, t.1
Stron: 507
Wydawca: MAG






Kiedy dana książka święci triumfy w Sieci i wszyscy się nią zachwycają, a ja nie mam czasu ani ochoty, by po nią sięgnąć, mimo wszystko czuję się trochę jak ignorant. 
Serii Dary Anioła chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, bo podejrzewam, że już każdy ją zna, oprócz mnie. Moja niewiedza jednak stopniowo maleje, bo w chwili gdy to piszę, czytam już drugi tom. 
Główna bohaterka Clary Fray ma 16 lat. Mieszka z mamą, ma najlepszego przyjaciela Simona, ukochanego wujka Luke'a. O wampirach, wilkołakach czy innych istotach spod znaku nie z tego świata nie ma pojęcia. Wszystko ulega zmianie, gdy w dyskotece jest świadkiem napaści na nastolatka. Sęk w tym, że całe zdarzenie widzi tylko ona, choć w dyskotece jest pełno ludzi. Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, a nawet stadami, niedługo potem mama Clary zostaje porwana, a ich dom zdemolowany. Gdy dziewczyna wraca do mieszkania, zostaje zaatakowana przez krwiożerczego syczącego potwora, który w myśl  zdrowej logiki i rozumu w ogóle nie powinien istnieć. Z opresji ratuje bohaterkę wysoki, blond włosy i przemądrzały przystojniak o imieniu Jace. W ten sposób Clary dowiaduje się o istnieniu istot i świata, o którym dotąd nie miała pojęcia. Mało tego, wszystko przemawia za tym, że Clary jest integralną częścią tego świata, że jest tak jak Jace i jego przyjaciele, Nocnym Łowcą.
Nocni Łowcy to specjalna kasta myśliwych i wojowników walczących z demonami, wywodzący się od samego anioła Razjela, który istnienie tej kasty zapoczątkował. Ich zadaniem jest ochrona niczego nieświadomych ludzi, zwanych pogardliwie Przyziemnymi, przed złem. 
Zdeterminowana, by odnaleźć mamę, Clary wchodzi do świata Nocnych Łowców, poznaje zasady, którymi się rządzą, problemy, z którymi się borykają oraz niebezpieczeństwo, które po latach uśpienia, wraca. Okazuje się także, że to we wspomnieniach bohaterki znajduje się odpowiedź na pytanie, gdzie ukryto cenny artefakt - Kielich Razjela, który w praktyce pozwala "tworzyć' kolejnych Nocnych Łowców. Kielicha poszukuje także główny czarny charakter opowieści - Valentine Morgenstern. 
Poznanie Jace'a i Nocnych Łowców oraz porwanie mamy Clary rozpoczyna lawinę wydarzeń, które doprowadzą naszych bohaterów nie tylko do odkrycia tajemnic całej społeczności, ale też ich własnych, których niestety nie są świadomi. 
Świat wykreowany przez Cassandrę Clare jest niezwykle barwny i interesujący. W porównaniu z innymi seriami, w których także występują zmiennokształtni, wampiry oraz inne magiczne istoty, Dary Anioła nie są może zbyt odkrywcze, bo w sumie nie dowiadujemy się na ich temat niczego, czego by już nie powiedziano. Dlatego myślę, że sekret popularności serii tkwi głównie w sympatycznych postaciach, błyskotliwych, naprawdę zabawnych dialogach i lekkości przedstawianej historii. Czego jak czego, ale budowania zabawnych dialogów niejeden pisarz mógłby się od Cassandry Clare uczyć. 
Każda z postaci ma w sobie pewien potencjał, który z pewnością zostanie wykorzystany, co widać dobrze, po części drugiej. Ma tu na myśli choćby Simona, który zaczyna od zwykłego Przyziemnego, ale wątpię, żeby na tym poprzestał. Sporo może dać od siebie także Alec, któremu w udziale przypadła dość trudna rola. Oprócz tego autorka stworzyła obiecującą historię miłosną, która po zakończeniu pierwszej części na pewno każdemu czytelnikowi da do myślenia. Plus należy się jej za to, że tych scen miłosno - całuśnych nie było zbyt wiele, dzięki czemu historia nie została przesłodzona. 
Podczas czytania nie mogłam się pozbyć skojarzeń z cyklem J.K.Rowling Harry Potter i w sumie nie wiem czemu. Najwięcej tych skojarzeń budził powracający po latach Valentine, marzący o czystości rasy i poszukujący cennych artefaktów, ale nie tylko. Jest w tej historii także stary sługa, który nie przestał być wierny, jest Instytut, który jest dla bohaterów enklawą. Sądzę, że w kolejnych częściach tych punktów wspólnych pojawi się więcej, co jednak nie wpływa ujemnie na odbiór powieści. 
Niezbyt podobają mi się ilustracje okładkowe. Pierwsze są zbyt, nie wiem jak to określić, sztuczne, dzieciuchowate, a te filmowe zbyt sugestywne, bo przecież nie każdy czytając książkę, chce mieć przed oczami twarz tego czy innego aktora. Nie wiem, czy są jakieś oryginale okładki, bo teraz wszędzie królują te filmowe. Niemniej jednak fajnie byłoby, gdy takowe istniały.
Po przeczytaniu książki, obejrzałam sobie także film i choć pod względem zgodności z oryginałem wersja filmowa pozostawia wiele do życzenia, to muszę powiedzieć, że bardzo podobał mi się aktor odtwarzający rolę Jace'a. Przyjemnie też patrzyło się na efekty specjalne. Z reguły nie oglądam ekranizacji, bo mało kiedy są zgodne z książką, a niezgodności nie cierpię. Tym razem zrobiłam wyjątek i choć szału nie było, to całkiem miło się oglądało.

P.S. Skończyłam czytać trzecią część. Ten cykl naprawdę wciąga! A część 4 i 5 kochana Mama przyśle dopiero jutro. Ech!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Antonia Michaelis: Baśniarz

Autor: Antonia Michaelis
Tytuł: Baśniarz
Stron: 398
Wydawca: Dreams






Podobno, gdy kogoś mocno i naprawdę głęboko kochamy, jesteśmy w stanie zrobić dla ukochanej osoby wszystko, łącznie z poświęceniem samego siebie.  Taka miłość nie ma granic i jest naprawdę wielka. Tak kochać mogą małżonkowie, matka swoje dzieci, a nawet brat siostrę. 
Tytułowy bohater powieści Antonii Michaelis, Abel dla swojej 6-letniej siostry zrobiłby wszystko. I jak pokazuje fabuła powieści, robi. 
Początkowo poznajemy Abla z rozmów jego szkolnych kolegów, którzy uważają go za odludka, dziwaka, śmieją się z jego czapki, przydługich włosów, niemodnej kurtki, ale gdy szykuje się impreza uderzają właśnie do "polskiego handlarza pasmanterią".
Potem zaczynamy poznawać Abla oczami Anny, drugiej głównej bohaterki. Młodych dzieli wszystko; status społeczny, plany życiowe, spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, wizja przyszłości, doświadczenie. Właściwie porównanie to jest bardzo proste, bo w przypadku Anny wystarczyłoby tylko odhaczyć powyższe pozycje jako zaliczone, a w przypadku Abla napisać obok brak. No może z wyjątkiem tego ostatniego, bo o ile Anna doświadczenie i to gorzkie, dopiero zdobędzie, o tyle Abel, będąc tak młodym, ma tego doświadczenia aż za dużo.
Mimo złej reputacji i niezbyt przyjaznego zachowania Abla, Anna stara się wkroczyć w życie chłopaka, a  siła, która ją do niego przyciąga jest coraz silniejsza. Dziewczyna ulega magii snutych przez Abla opowieści, jednak z czasem dostrzega, że ta opowieść jest tak naprawdę tym co się dzieje teraz. Każde wydarzenie i każda postać mają swoje odpowiedniki w rzeczywistym świecie, jednak ze względu na to, że jest to przecież baśń dla młodszej ukochanej siostry, wszystko ubrane jest w łagodną otoczkę bajkowych stworów i rozwiązań. Wytrawny słuchacz tej baśni dostrzeże jednak, że pozornie piękna i łagodna historia ma drugie gorzkie i bolesne dno. W tej baśni nikt nie jest tym, za kogo się podaje; biały kot może jest i piękny, ale jest przecież ślepy, róże są cudne, ale mają kolce, mors jest wierny i opiekuńczy, ale i on ma swoje tajemnice; nawet latarnik nie jest całkiem bezinteresowny. Czy ta baśń ma swoje szczęśliwe zakończenie i czy Mała Królowa uratuje swoje diamentowe serce przed łowcami cennych klejnotów? 
Początkowo powieść czytało mi się ciężko, głównie ze względu na te baśniowe rozwiązania w snutej opowieści. Dla dziecka, nawet jeśli coś nie ma logiki, to po prostu tak jest i już. Jako osoba w miarę dorosła, momentami gubiłam się w gąszczu metafor i personifikacji. Gdy jednak w rzeczywistym świecie zaczynają ginąć osoby powiązane z Ablem i Michi, atmosfera się zagęszcza, a czytelnik mocniej skupia się na snutej opowieści, starając się z niej wyłowić aluzje do rzeczywistych wydarzeń. Prawdziwa historia, która wyłania się z opowiadanej baśni jest straszna i mocno mną wstrząsnęła, a potem zasmuciła. Jak bardzo trzeba kogoś kochać, żeby przekroczyć dla niego wszelkie granice moralności i człowieczeństwa?
Klimat powieści jest smutny i przytłaczający. Mimo że autorka pisze przecież także o dobrych rzeczach i miłych chwilach, to wciąż odczuwamy dojmujący smutek i życiową beznadzieję, która wrosła w życie Abla, niczym najbardziej uparty chwast i trudno ją wypielić. Na usta ciśnie się pytanie, czy Abel nie mógł zmienić swojego życia, zerwać z tym co robił do tej pory? Nie wiem i naprawdę trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Możliwe, że gdy człowiek w tak młodym wieku ma już za sobą tyle przeżyć i jest nimi tak złamany, to nie widzi innych możliwości, jak tylko te, które ma teraz.
Mądre przysłowia mówią, że szewc nie zrobi dla siebie butów, a lekarz sam się nie uleczy. W myśl tej dziwnej zasady baśniarz, choćby nie wiem jak utalentowany, nie opowie dla siebie szczęśliwego zakończenia. Wiadomo też, że szczęśliwe zakończenia są tylko w bajkach dla dzieci. Gdy dorastamy i musimy zmierzyć się z dorosłym światem, często trudno o happy end. Ponoć wszystko zależy od nas samych, jednak często wokół nas tyle się dzieje, że na niektóre sprawy po prostu nie mamy wpływu. Baśniarz to właśnie historia o tym, że w dorosłym życiu nie wszystko układa się tak pięknie i łatwo, jakbyśmy chcieli. Czasem poświęcenie jednego życia gwarantuje szczęście dla kogoś innego i w tym właśnie ukryte jest prawdziwe, choć bolesne piękno.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Tricia Rayburn: Mroczna toń

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń, cz.3. 
Stron: 389
Wydawca: Dolnośląskie



Po dramatycznych zmaganiach z łaknącymi zemsty syrenami z Winter Harbour nadszedł czas na finał historii autorstwa T. Rayburn.
Minął rok. W tym czasie w życiu Vanessy i jej bliskich wiele się zmieniło. Bohaterka ukończyła szkołę średnią i ku radości rodziców, wybiera się na studia. Żałoba po śmierci jej siostry także powoli mija i wydaje się, że rodzice się z niej podnoszą. Gdy zaczyna się część trzecia, cała rodzina Sands wybiera się na wakacje. Mają w planach sprzedać stary dom nad jeziorem i kupić coś bliżej oceanu, tak aby Vanessa miała łatwy i natychmiastowy kontakt ze słoną wodą. Dodatkowym plusem tych wakacji będzie spotkanie z Paige, która stara się ratować przed bankructwem rodzinną restaurację oraz spotkanie z Simonem, z którym Vanessa, z bólem serca się rozstała. Jakie będą te wakacje? 
Początkowo wszystko układa się dobrze, choć nasilające się kłopoty Vanessy ze zdrowiem, wiele rzeczy bohaterce utrudniają. Picie słonej wody i przesalanie jedzenia oraz kąpiele w słonej wodzie, nie pomagają już tak jak kiedyś. Skuteczne są flirty i zainteresowanie innych mężczyzn, ale tej metody akurat Vanessa wykorzystywać nie chce. Trudno jej jednak walczyć z syrenią naturą, tym bardziej, że w głębi duszy dziewczyna kocha Simona i to z nim chce być.
Przez kilka pierwszych rozdziałów, nie dzieje się praktycznie nic. Czyta się przyjemnie, ale autorka nie wprowadza do fabuły nic nowego, są to raczej przypomnienia tego co już się wydarzyło lub opisy stanów ducha głównej bohaterki. 
Atmosfera zagęszcza się, gdy do miasta przyjeżdża biologiczna matka Vanessy, Charlote. Wraz z jej przyjazdem w mieście dochodzi do napaści na młode kobiety. Podnoszą się głosy na temat minionych wydarzeń i coraz częściej pada słowo syrena. Jakby tego było mało ktoś wysyła do Vanessy maile, a bohaterka ma wrażenie, że jest śledzona. Czyżby ktoś wiedział kim jest i czyhał na jej życie?
Na wstępie można by zapytać o zasadność tworzenia tej trzeciej części. Skoro w finale drugiej syreny zostały pokonane, to po co pisać część trzecią? Czy nie lepiej stworzyć dylogię? Czego miałaby dotyczyć część trzecia i czy to nie tylko odcinanie kuponów? Trylogie są ostatnio bardzo modne, tylko czy ta moda nie szkodzi fabule? No właśnie. 
W czasie lektury Mrocznej toni często nasuwała mi się taka myśl, że o ile na początku autorka miała jasną wizję tego, jak powinna się potoczyć ta historia, o tyle po usunięciu syren, te pomysły jakby się rozmyły, albo zupełnie ich zabrakło. 
Sprawę z napaściami na młode kobiety jeszcze jakoś da się przełknąć, choć i ona jest mocno naciągana, bo początkowo się zastanawiałam, co to w ogóle ma wspólnego z syrenami? Jedyną prawdopodobną odpowiedzią było, że ktoś mści się i zabija, bo uważa te kobiety za syreny. Tylko, że to już trochę za daleko idąca logika. 
Niekorzystnej zmianie uległa także główna bohaterka. Odkąd do głosu doszły jej syrenie potrzeby, stała się słaba, płaczliwa, chwiejna, a przecież syreny to wyrachowane uwodzicielki i manipulantki. W dodatku cały czas mówi się, że ród, z którego pochodzi Vanessa jest wyjątkowo potężny. Po głównej bohaterce jakoś tej potęgi nie widać.
Na pysk padło także całe zakończenie. Vanessa miała podjąć ciężką decyzję, która nie tylko zaważy na jej dalszym życiu, ale też w pewnym sensie odseparuje ją od bliskich. Miłość nie jest dla syreny korzystna, właściwie nic jej nie daje. Dziewczyna miota się,  a w zakończeniu cała sprawa zostaje zamieciona pod dywan. W poprzednich rozdziałach pół dnia nie mogła przeżyć bez męskiego podziwu i uległości, słabła i bardzo źle się czuła. W rozdziale końcowym nagle o jej dolegliwościach nie ma już mowy, a w zamian mówi się o... nadziei. Brzmi to trochę jak kiepski żart. Wiem, że powieść jest skierowana do młodzieży, ale pewna logika powinna mimo wszystko być zachowana. A tu autorka na siłę stworzyła przesłodki happy end z wielką szczęśliwą rodziną i bohaterką, która z optymizmem patrzy w przyszłość. 
Jako czytelnik czuję się oszukana. Kiedy zaczynam czytać dany cykl, lubię go skończyć, choćby dla samej świadomości, co jak się potoczyło. A jednak takie zakończenie trylogii, która jak na młodzieżówkę rokowała całkiem nieźle, jest po prostu kpiną z czytelnika i odbiorcy. 
Czytając trylogię, miałam przed oczami wizję syren stworzoną  na potrzeby filmu Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach. Syreny były tam nie tylko piękne, ale też okrutne i bardzo silne. Fakt, że jako stworzenia wodne, bez wody słabły, ale trudno osią istnienia czynić fakt, że to męski podziw czyni je silnymi.
Dlatego na tle pierwszej i drugiej części, finałową, trzecią część oceniam jako słabą.  Historia ma potencjał, którego niestety autorka nie wykorzystała. Zaczęło się lepiej niż dobrze, zakończyło tak, że szkoda mówić. 

piątek, 8 sierpnia 2014

Stephen King & Joe Hill: W wysokiej trawie

Autorzy: Stephen King & Joe Hill
Tytuł: W wysokiej trawie
Stron: 46
Format: e-book
Wydawca: ALBATROS. A. Kuryłowicz




Dawno temu, kiedy miałam 8-9 lat, podczas luźnej rozmowy koleżanka powiedziała mi, że w wysokiej, nieskoszonej trawie mogą być węże i żmije. Nie poczułam się po tym stwierdzeniu zbyt pewnie, zwłaszcza że w takiej trawie właśnie stałam. Koleżanka nie chciała być złośliwa ani mnie nastraszyć, raczej było to stwierdzenie czysto informacyjne. Nieważne, że ówczesna trawa sięgała mi do połowy łydek i nie była zbyt gęsta. Nieważne, że naprawdę nic tam nie było, może z wyjątkiem pająków czy biedronek. Pomijam sam fakt, że w naszym klimacie tych żmij mamy raczej mało. Nieważne, że ja sama dobrze wiem, że w trawie tego typu stworzenia ani się nie czają, ani nie czekają na mnie specjalnie, aby mnie capnąć za kostkę. Nieważne. Od tamtej pory, a minęło już blisko 20 lat, nie cierpię trawy, chaszczy ani zarośli. Jeśli już muszę tam wejść, to zakładam buty z cholewkami i długie spodnie. Powtarzam: nie cierpię nieskoszonej, wysokiej trawy. 
A co by mogło powstać, gdyby fantazja literacka dwóch inteligentnych pisarzy wzięła na warsztat właśnie wysoką trawę? Ale taką naprawdę wysoką, na 2-2,5 metra. Co mogłoby się kryć w takim gąszczu? 
Na opowiadanie W wysokiej trawie trafiłam kompletnie przypadkiem i gdy miałam chwilę czasu, zakupiłam sobie e-book, bo w takiej formie zostało ono wydane, biorąc pod uwagę jego niewielkie rozmiary.  Dla lubiących słuchać, wydano też audiobook. Sam tytuł i opis treści zelektryzował mnie i od razu przypomniała mi się tamta rozmowa z dzieciństwa. To było zupełnie tak, jakby ktoś włożył klucz do zamkniętej szuflady i mechanizm  zaskoczył tak mocno, że szuflada sama się otworzyła. 
Główni bohaterowie opowiadania to zżyte ze sobą rodzeństwo: Cal i Becky.  Niedawno okazało się, że Becky zaszła w ciążę, co zmieniło jej plany życiowe, dlatego brat decyduje się pomóc siostrze i odwieźć ją do rodziny na drugim końcu Stanów. Podróżują bocznymi drogami i gdzieś na granicy Kansas z Colorado natrafiają na namiastkę ludzkich osiedli: ot kilka domów zabitych deskami,  dziwaczny kościół, a przy drodze jak okiem sięgnąć pole wysokiej trawy. Kiedy na chwilę się zatrzymują, gdzieś ze środka pola, wydaje się, że całkiem blisko dobiega ich wołanie o pomoc. Krzyczy mały chłopiec, który twierdzi, że się zgubił. Potem słychać też jego matkę, która mimo wyraźnego lęku w głosie, nie każe rodzeństwu wchodzić na pole, wręcz przeciwnie, stara się ich do tego zniechęcić. Wołanie jednak przybiera na sile, więc Cal i Becky decydują się wejść, odszukać małego i wyprowadzić go. Wydaje się to banalnie proste, tym bardziej, że na poboczu stoi jeszcze jeden samochód, a więc chyba właśnie tych zgubionych.
Młodzi wchodzą w trawę i wtedy się zaczyna. 
Dość szybko się rozdzielają i choć próbują się znowu połączyć, nie mogą. Słyszą się i wydaje się, jakby byli tuż obok, a jednak się nie widzą. Pole wydaje się nieprzebrane i ogromne, a szosa oddala się coraz bardziej. Zmęczenie, frustracja i pragnienie, bo jest bardzo gorąco, szybko dają się im we znaki. Gdy próbują wrócić do szosy, nie mogą. W trawie spotykają też innych ludzi. A w samym jej środku znajduje się...
A! A! A! Tego nie powiem! 
Muszę przyznać, że to krótkie opowiadanie jest rewelacyjne. Czyta się bardzo szybko, raz że jest krótkie, a dwa, tak bardzo chce się wiedzieć, co będzie dalej. Kiedy do głosu dochodzą wspomnienia Becky z chwili, kiedy pracowała jako niańka, czytelnik daje się złapać na myśli, że może to tylko senny koszmar, jakaś kara za dawne przewiny. A kiedy bohaterowie zaczynają słabnąć z pragnienia, a potem z głodu, kolejne wydarzenia wybrane w iluzoryczne majaki, przerażają jeszcze mocniej, bo trudno stwierdzić, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko się majaczy. 
Jako zagorzały miłośnik cyklu Mroczna Wieża dostrzegam tu pewien ukłon w jej stronę. Tak już mam, że wszystko co u Kinga złe, wykoślawione i ponadzmysłowe, a także obleśnie nieludzkie, pochodzi z tamtej właśnie strony. 
Trudno rozgraniczyć ile kto z siebie dał; czy ojciec mistrz, czy syn, który dopiero zaczyna zdobywać pisarskie szlify. Ale chyba nie ma to znaczenia, gdyż opowiadanie jest po prostu dobre i warto się z nim zapoznać. 
Uważacie, że fajnie byłoby sobie pobrodzić w wysokiej trawie? Posłuchać jej szelestu na wietrze, zatracić się w jej miarowym falowaniu? Przeczytajcie to opowiadanie, a każdy gąszcz czy chaszcze już nigdy nie wydadzą się Wam przyjazne.
Polecam. Naprawdę super!

środa, 6 sierpnia 2014

Mira Grant: Przegląd Końca Świata.Deadline.

Autor: Mira Grant
Tytuł:  Przegląd Końca Świata.Deadline, cz.2.
Stron: 496
Wydawca: Sine Qua Non





Zombie nikomu przedstawiać nie trzeba. Nawet dziecko z podstawówki wie, co to takiego i jak funkcjonuje. Kwestię: I want your brain, też zna niemal każdy. Dzięki filmom o tej tematyce, serialowi, książkom, a nawet komiksom zombie wrosły w kulturę masową i ludzką świadomość i raczej już w niej zostaną, czy to się komuś podoba czy nie. 
Jak już wcześniej wspomniałam nie przepadam za umarlakami, głównie dlatego, że historie o nich skupiają się głównie na ucieczce przed nimi i ich pędowi do gryzienia, a  co za tym idzie do zarażania. Poza tym ich połamane i powyginane koniczyny, ślinienie się i ogólny rozkład (a one mimo wszystko pełzną!) obrzydzają mnie. Nie znaczy to jednak, że unikam takich historii. Od czasu do czasu obejrzę nawet jakiś film i dotrwam do końca. 
O istnieniu książek Miry Grant bardzo długo nie miałam pojęcia. W sumie nie wiem dlaczego. Możliwe, że gdzieś tam na granicy świadomości te tytuły się przewinęły, ale jakoś nie wzbudziły mojego zainteresowania. Bieżące wakacje są dla mnie prawdziwym czasem odpoczynku po wyjątkowo ciężkim roku, być może dlatego wreszcie zwróciłam uwagę na hasło Przegląd Końca Świata. 
Mira Grant sprawę zombie uczyniła jedynie osią i tłem swojej historii, a na bazie tego stworzyła wciągającą i aż kipiącą od spisków i sensacji powieść. Oprócz tego narratorami mianowała blogerów, do których jednak bardziej pasowałoby miano dziennikarzy. Sytuacja przedstawia się bowiem następująco. Na skutek połączenia się dwóch wirusów, które pierwotnie miały być lekarstwami na grypę i raka, doszło do wybuchu epidemii, która sporą część ludności zamieniła w jęczące, już nieludzkie, kreatury, których celem jest gryźć i zarażać. Ten nowy szczep wirusa, fachowo nazywany Kellis - Amberlee, potrzebuje ludzkiej powłoki by się przemieszczać, a gryzienia, by się rozmnażać. Od wybuchu epidemii, nazywanej też Powstaniem, ludzkie życie uległo drastycznej zmianie. Najważniejszym priorytetem stało się zachowywanie ostrożności, przez ciągłe dokonywanie badań krwi, stała dezynfekcja ubrań, sprzętów oraz życie we względnej izolacji. Nikt już się publicznie nie gromadzi, niemal wszystko robi się przez Internet, który urósł do rangi najważniejszego i najcenniejszego medium. To dlatego pisanie blogów i zamieszczanie na nich newsów, relacji, ogłoszeń, wierszy, opowiadań i mnóstwa innych rzeczy stało się tak powszechne, a co najważniejsze dla blogerów, płatne. 
Właścicielami serwisu Przegląd Końca Świata jest rodzeństwo: Georgia i Shaun Masonowie. Dzięki temu, że wybrano ich do relacjonowania kampanii prezydenckiej Rymana, PKŚ stał się najczęściej odwiedzaną i najbardziej poczytną stroną na świecie. Ten zawodowy sukces nie chciał jednak iść w parze z życiem prywatnym. Bardzo szybko okazało się, że ktoś sabotuje kampanię i działania Masonów, a kiedy młodzi dziennikarze wręcz dotknęli samego źródła spisku, Georgia została zarażona wirusem i zmarła. 
Druga część pod niejednoznacznym tytułem Deadline zaczyna się kilka miesięcy po wydarzeniach z finału Feed.  PKŚ funkcjonuje nadal, jednak Shaun Mason, zaprzestał akcji w stylu; tykanie kijem zombiaka. To właśnie relacje z tych wydarzeń przysparzały mu najwięcej fanów i mocno podnosiły statystyki. Pogrążony w żalu, zagubiony i osamotniony, nie ma zamiaru wrócić do normalności i stale prowadzi rozmowy ze zmarłą siostrą, której wspomnienia wypełniają jego głowę. Współpracownicy z redakcji już przyzwyczaili się, że kiedy Shaun mówi coś na głos, to w rzeczywistości zwraca się do siostry.
Tymczasem któregoś dnia do siedziby PKŚ przychodzi naukowiec, który według oficjalnych doniesień nie żyje.  Sprawa związana ze spiskiem, na nowo rusza pełną parą, tym bardziej, że niebawem siedziba (super chroniona i bez ryzyka epidemii) zostaje zrównana z ziemią, bo ponoć stała się ogniskiem zarazy. Po szybkiej ewakuacji ekipa Shauna rozpoczyna śledztwo, które da im zupełnie nowe fakty na temat epidemii, Powstania i prac nad zneutralizowaniem wirusa Kellis - Amberlee. Z rozdziału na rozdział czytelnik będzie wręcz zasypywany nowymi mniejszymi lub większymi bombami faktowymi, istnienia których nawet nie podejrzewaliśmy.
Zombiech będzie tu jeszcze mniej niż w części pierwszej. Autorka postanowiła skupić się raczej na drążeniu spisku niż pokazywaniu czytelnikowi tego co już przecież znamy z filmów choćby George'a Romero. 
Wspólnie z bohaterami poznamy kilka stanowisk naukowych związanych z rozwojem i przenoszeniem się wirusa, poznamy próby jego zneutralizowania oraz dowiemy się czym są zespoły rezewuarowe u ludzi i zwierząt. Mimo, że książka zawiera sporo informacji, którymi szczodrze raczy się czytelnika, powieść czyta się naprawdę szybko i z ogromnym zainteresowaniem. Być może dlatego, że pokazuje epidemię i jej wytwory z zupełnie innej strony.
Czy połączenie się wirusów było wypadkiem przy pracy czy świadomym działaniem?  Odpowiedź na to pytanie nie będzie tak łatwa, jak można by sądzić. 
W zakończeniu autorka przeszła samą siebie, rzucając dwie naprawdę duże bomby. Dlatego od razu chciałoby się sięgnąć po finałową część trylogii pt. Blackout.
Czy polecam Deadline? Tak. Po pierwsze dlatego, że na tle wszystkich historii o zombie jest zwyczajnie inna. A po drugie dlatego, że jest napisana sprawnie i z pomysłem, który nie tylko ma potencjał, ale też został umiejętnie przelany na papier.
Powtórzę po raz kolejny: nie lubię zombie. Ale Przegląd Końca Świata przeczytać powinien każdy, kto chce być choć trochę w temacie lub mianuje się fanem tego typu historii.



Dziękuję!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Tricia Rayburn: Głębia

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Głębia, cz.2. 
Stron: 368
Wydawca: Dolnośląskie




Ubiegłego lata Vanessie i jej przyjaciołom udało się dokonać czegoś niezwykłego. Ich starania doprowadziły do tego, że w samym środku lata jezioro w Winter Harbour pokryło się grubą warstwą lodu.
Tym sposobem syreny nie tylko nie zabiły mężczyzn z miasteczka, ale też same zginęły pod lodem. Czy aby na pewno?
Minęły trzy miesiące od śmierci Justine i od ostatecznej rozprawy z syrenami. 
Vanessa rozpoczyna naukę w klasie maturalnej ze świadomością, iż przeżycia związane z wyborem uczelni, rekrutacją, itp. powinny być przeżyciami Justine. Sytuacja w domu nie uległa poprawie; rodzicom nadal trudno przyzwyczaić się do faktu, że starsza córka nie żyje. 
Vanessie jest jednak chyba najciężej. W finale części pierwszej dowiedziała się na swój temat rzeczy, które zamiast rozwiać wątpliwości, tylko je zagęściły. 
Kim była biologiczna matka Vanessy i co się z nią stało? Dlaczego rodzice na całą historię spuścili grubą zasłonę milczenia? Oprócz niewiadomych bohaterkę dręczą dolegliwości związane z przebytą przemianą. Gdy w jej organizmie skończy się sól, Vanessa słabnie i musi natychmiast uzupełnić braki, inaczej zachoruje.
Vanessa nie jest co prawda w tym wszystkim sama. Tymczasowo mieszka z nimi Paige, która przeniosła się do tutejszej szkoły; dziewczyna może też liczyć na kochającego ją Simona. Jednak związek z Simonem, mimo że udany, nie wydaje się Vanessie prawdziwy. W głębi ducha bohaterka uważa, że Simon uległ magii jej syreniej strony i uczucie, którym ją darzy, nie jest szczere. Wie, że powinna mu powiedzieć prawdę na swój temat, ale nie ma odwagi i wciąż to odwleka. 
Wraz z początkiem nowego roku szkolnego Vanessa i Paige doświadczają niezwykłych przypadków. Każdej z nich wydaje się, że widują Rainę i Zarę. Początkowo biorą to za efekty przeżytej traumy, ale gdy w mieście dochodzi do dziwnych wypadków, w których giną młodzi mężczyźni, Vanessa zaczyna się obawiać, że zamrożenie jeziora mogło nie wystarczyć.
Z czasem bohaterka wpada w prawdziwy kołowrotek. Próbuje odkryć sekrety rodziców, miota się odnośnie wyboru szkoły, walczy z pogarszającym się stanem zdrowia oraz... stopniowo oddala się od Simona. Osamotniona, zdesperowana i trochę przestraszona, Vanessa zaczyna doceniać towarzystwo szkolnego przystojniaka Parkera. 
Do czego to wszystko ją zaprowadzi?
Czy syreny naprawdę wróciły? Jak powiedzieć Simonowi prawdę? A może lepiej z nim zerwać? Czy wybrać Darmouth czy nie wybierać nic? Do kogo tata codziennie pisze maile? Dlaczego babcia Betty i Oliver tak dziwnie się zachowują?
Pytania i niewiadome mnożą się, a wyjścia z labiryntu nie widać.
Drugą część czyta się dobrze i plus należy się autorce za utrzymanie klimatu tajemnicy i grozy. Pojawiają się nowi bohaterowie (Parker, Willa), dzięki czemu akcja toczy się wartko. Jedyne do czego mogłabym się "przyczepić" to zachowanie Vanessy, choć to można by złożyć na karby dwoistości jej natury, z którą nie mogła sobie poradzić. 
Czy w trzeciej części bohaterka naprawi to, co uległo zniszczeniu w części drugiej? Dziś po południu się o tym przekonam. 
Głębia, podobnie jak Syrena, jest dobrą lekturą na wakacyjne upały. Trochę zagadki, szczypta nastoletniego romansu i zmagań z życiem. To jest to, co w takie dni sprawdza się najlepiej.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Ben Aaronovitch: Księżyc nad Soho

Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł: Księżyc nad Soho
Stron: 339
Wydawca: MAG




Kiedy wczesną wiosną tego roku przeczytałam Rzeki Londynu, wpadłam w zachwyt. Powieść twórcy scenariuszy do takich seriali jak  Doctor Who czy Jupiter Moon, będąca czymś pomiędzy Sherlockiem Holmesem a Harrym Dresdenem, osadzona w magicznym Gaimanowskim Londynie, była strzałem w dziesiątkę. Po zakończeniu lektury nie pozostało mi niestety nic innego, jak czekać na kontynuację. Czekałam, czekałam i doczekałam się. Tego lata Księżyc nad Soho zaświecił wyjątkowo jasno, a posterunkowy Peter Grant podjął prowadzenia kolejnego śledztwa. 
Dla przypomnienia. W poprzedniej części londyński posterunkowy okazał się policjantem z potencjałem, choć wcale na to nie wyglądał, tym bardziej, że jest to potencjał magiczny, o którym głośno się nie mówi. Zjawiska nadnaturalne określa się tutaj oględnym mianem czegoś niezwykłego i gdy takie coś w sprawie się pojawi, wtedy wzywany jest Peter. W londyńskiej policji istnieje co prawa wydział magiczny, ale wszystko funkcjonuje tak, jakby go nie było. 
Od wydarzeń z pierwszej części minęło kilka tygodni. Zakończyło się dramatycznie. Co prawda złośliwego ducha poskromiono, ale mentor Petera, Nightingale został poważnie ranny, a przyjaciółka z pracy, Lesley została przez ducha potwornie oszpecona na twarzy i cudem uszła z życiem. Obecnie przechodzi szereg operacji, a twarz ukrywa pod warstwami kapturów i czapek. 
Ponieważ Nightingale także przechodzi rekonwalescencję, to na barkach Petera spoczywa prowadzenie kolejnego śledztwa, w którym początkowo jest raczej konsultantem. Otóż okazuje się, że w krótkich odstępach czasu zmarli dość młodzi muzycy jazzowi. Wszyscy byli w miarę zdrowi, nie mieli wrogów i nagle zmarli na zawał. Przy jednym z ciał Peter wyczuwa ślady magii, sugerujące, że coś lub ktoś maczało palce w sprawie. Trop prowadzi Petera do trzech tajemniczych sióstr. Równolegle, w innej sprawie, powraca poznana już w części pierwszej, dziwaczna kobieta odgryzająca mężczyznom członki. Jakby tego było mało drobne zbiegi okoliczności sugerują, że w mieście jest jeszcze jeden czarodziej. Czy te trzy kwestie łączą się ze sobą? Zapewne, ale jak, nie zdradzę. 
Z przyjemnością stwierdzam, że część druga jest równie zabawna, jak pierwsza. Posterunkowy Grant błyskotliwie i ironicznym dystansem opisuje prowadzone śledztwo, spotkanych ludzi, codzienne życie, własne dokształcanie z magii i łaciny oraz namiętny romans, w który się wplątuje, bez żadnych oporów. 
Razem z nim spotykamy starych znajomych, poznanych w części pierwszej, a więc członków obu rzecznych rodzin. Poznamy także nowych przyjaciół z zespołu jazzowego, będziemy uczestniczyć w porwaniu karetki pogotowia oraz w akcji mającej na celu odkrycie kryjówki czarodzieja Anonima, który z magią poczyna sobie nadzwyczaj śmiało, tworząc dziwaczne hybrydy, w sobie tylko znanym celu. Wspólnie z ojcem bohatera zgłębimy także tajniki jazzu, jako gatunku muzycznego. 
Tym, co mi się bardzo podobało w prowadzonej narracji, jest cięty humor i fajne spostrzeżenia na temat policji, związków, relacji rodziców z dorosłym już dzieckiem, itp. 
Choć odnosi się wrażenie, że akcja toczy się nieco wolniej niż w części pierwszej, to właśnie humor powoduje, że tak bardzo się tego nie odczuwa. Czyta się z prawdziwą przyjemnością.
Tym, co mi się nie podobało, bo zwyczajnie było ze strony bohatera nieprofesjonalne, to wdanie się w romans z potencjalną podejrzaną, która wcześniej była uczuciowo związana z jednym z nieżyjących już muzyków. Grant jest zwyczajnym facetem i cenię go za bystrość oraz dociekliwość, w które wyposażył go jego twórca. Jednak taki głupi romans? Z drugiej strony wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje małe i duże słabości i może właśnie to chciał pokazać autor.
Zakończenie części drugiej jest otwarte, tak jak tylko da się to zrobić. Nie dowiadujemy się, kim jest czarodziej Anonim. Śledztwo odnośnie śmierci muzyków zostaje zakończone tylko połowicznie, bo główne podejrzane..., no właśnie. W części trzeciej do gry na pewno wróci Lesley, która wystąpi w zupełnie nowej roli.
Księżyc nad Soho jest dowcipną, błyskotliwą powieścią. Jeśli lubicie Londyn, śledztwa w trochę sherlockowskim stylu, oryginalne rozwiązania, to jest to książka dla Was. Polecam!


Recenzja dla portalu Secretum.pl