sobota, 4 lutego 2012

Terry Goodkind: Kamień łez

Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Kamień łez, tom 2
Nazwa cyklu: Miecz prawdy
Wydawca: Rebis
Stron: 890
Moja ocena: 10/10
Drugie prawo magii: Najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody. 
Kamień łez to drugi, po Pierwszym prawie magii, tom bestsellerowego cyklu Terry'ego Goodkinda, Miecz prawdy. Jest to także moje prywatne wyzwanie czytelnicze, jakie sobie ustaliłam na ten rok. Recenzję części pierwszej można przeczytać tutaj .
Akcja części drugiej zaczyna się w momencie, w którym zakończyła się część pierwsza. Odesłanie Rahla Posępnego do Zaświatów okazało się mieć groźne konsekwencje. Naruszeniu uległa Zasłona oddzielająca świat żywych od świata umarłych i teraz Opiekun, władca Zaświatów, zwany także przez niektórych Bezimiennym, pragnie się przedostać do świata żywych. Tytułowy Kamień łez jest czymś w rodzaju pieczęci, która odpadła, podczas uszkodzenia Zasłony. Jeśli artefakt wróci na swoje miejsce, wszystko wróci do normy, a Opiekun zostanie tam gdzie jest. Jednakże nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać, a w dodatku bohaterowie mają masę innych problemów, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. 
Fabuła tomu drugiego wyraźnie dzieli się na kilka przeplatających się ze sobą wątków.
Richard już nie jest zwykłym leśnym przewodnikiem, czego jest boleśnie świadomy. Magia, która wdarła się niespodziewanie do jego życia najpierw  zabrała mu dom, ojca i spokój, a teraz w dodatku, będąc dziedzictwem zarówno po ojcu, jak i po matce powoduje u młodzieńca uporczywe bóle głowy, na które wydaje się nie być lekarstwa. W tym momencie w wiosce Błotnych Ludzi, gdzie przebywają Richard i Kahlan, pojawiają się trzy kobiety, nazywające siebie Siostrami Światła. Chcą one, by Richard udał się z nimi do odległego Pałacu Proroków, by tam nauczył się kontrolować przepełniającą go moc. Wiąże się to z założeniem na szyję magicznej obręczy Rada'Han i oddaniem się pod całkowitą władzę sióstr. Świeże wspomnienia po mękach, jakie zadawała mu Mord Sith, powodują, że Richard odrzuca tę propozycję. Potem jednak, nie mając wyjścia, godzi się i wyrusza w długą, pełną niebezpieczeństw i przygód podróż z jedyną pozostałą przy życiu Siostrą, Verną. 
Osamotniona Kahlan w towarzystwie trzech Błotnych Ludzi wyrusza w przeciwnym kierunku, by odnaleźć Zedda. Podróżują przez kraj ogarnięty chaosem i wojną. Armia Ładu Imperialnego miażdży wszystko, co napotka na swojej drodze. Będzie to okazja, by dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu i koneksjach Kahlan, a także by zobaczyć w praktyce, jakie wykształcenie wojenne zapewnił Spowiedniczce jej ojciec.
Inne pomniejsze wątki prezentują podróż Zedda i kościanej czarodziejki Adie, a także ukazują  wewnętrzne zepsucie, jakim w ciągu lat uległ Pałac Sióstr, bowiem okazuje się, że wśród tych dobrych i prawych czarodziejek są także te, które zaprzedały się Opiekunowi, czyniąc z siebie Siostry Mroku. 
To tyle na temat treści. 
Z przyjemnością stwierdzam, że część druga przerosła moje oczekiwania; nie jest ani trochę gorsza, wręcz przeciwnie stanowi nie tylko niesamowitą kontynuację części pierwszej, ale także jest wartościowa sama w sobie. 
Autor ani na chwilę nie pozwala się czytelnikowi nudzić. Sam początek powieści, kiedy to przysłany przez Opiekuna screeling czyni krwawą jatkę w pałacu Rahlów narzuca szybkie, sprawne tempo i sugeruje nowe zagrożenie i nowe przygody. Nie była też dla mnie uciążliwa objętość powieści, gdyż autor umiejętnie stopniuje nie tylko napięcie, ale też co chwilę zdradza nowe sekrety, utrzymując czytelnika w stałym zaciekawieniu. Gdy się już wydaje, że wiemy wszystko, okazuje się, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Dużo mówi się o naturze magii, jaką jest obdarzony Richard i o tym, jak młodzieniec powinien nad nią zapanować. Podróż bohatera z Siostrą Verną jest swoistym starciem poglądów oraz wiedzy, zdobytej przez praktykę, (w przypadku Richarda) z ciasnotą umysłową i nie dającymi się nagiąć regułami, których sztywno trzyma się Czarodziejka. Nietrudno się oczywiście domyślić, że tych dwoje wiele się wzajemnie od siebie nauczy, choć nie polubią się szybko.
Także Kahlan, podczas swojej podróży będzie musiała zweryfikować większość swoich poglądów na wiele spraw.Spowiedniczka wykaże się nie lada odwagą i doświadczeniem, którego mógłby jej pozazdrościć niejeden mężczyzna.
Na deser dostajemy całą plejadę magicznych stworzeń; od tych krwiożerczych i mrocznych, jak screeling czy mriswith, do tych groźnych, ale szlachetnych jak szkarłatna smoczyca Scarlett, czy dziwaczny, acz kochany chimera Gratch. Kto nie chciałby mieć oswojonego dzikiego zwierzątka o ludzkiej inteligencji? No chyba nie ma takiej osoby. W takich chwilach człowiek mocniej kocha swojego labradora. 
Kamień łez to naprawdę dobra kontynuacja i chylę czoło przed inwencją i warsztatem pisarskim pana Goodkinda. Książka wciąga, nie pozwala się od siebie oderwać i unosi z siłą wodospadu. Wzrusza, bawi, daje poczucie, jakby samemu się w tym magicznym świecie było. Jest naprawdę niesamowita. 
Polecam, bo warto.





czwartek, 2 lutego 2012

Joe Abercrombie: Zemsta najlepiej smakuje na zimno

Autor: Joe Abercrombie
 Stron: 812
Wydawca: Mag
Moja ocena: 9/10
Oto ona: Monza Murcatto. Generał Tysiąca Ostrzy, Wąż Talinsu, Rzeźniczka Caprile. Bezlitosna, okrutna najemniczka, którą jej miażdżące zwycięstwa na polu walki uczyniły słynną. Ma na rękach krew tysięcy ludzi, a jedyną osobą, która jest jej droga, jest jej młodszy brat Benna, również żołnierz. Rodzeństwo jest na usługach wielkiego księcia Orso i w jego imieniu, dowodząc świetnie uzbrojonymi armiami, podbija kolejne krainy zjednoczone pod nazwą Liga Ośmiu. Cały kraj jest skąpany we krwi, płoną kolejne miasta, trwa bezkompromisowa walka o władzę. Nie ma tu miejsca na lojalność, przyjaźń, czy miłosierdzie, nikomu nie można ufać, bo na pewno za jakiś czas zdradzi. 
Główną bohaterkę poznajemy w chwili, gdy wraca do domu po kolejnej udanej kampanii wojennej. Zastanawia się nawet, czy nie zrezygnować z tego co robi i pożyć nieco spokojniej, ale szybko o tej myśli zapomina. Książę Orso wita ją z honorami, niemal jak rodzoną córkę, by już po chwili z pomocą zaufanych poddanych, zabić jej brata, a ją samą strącić z górskiego szczytu. Monza stała się bowiem zbyt sławna i zbyt lubiana, bardziej niż swój pracodawca, a historia była już świadkiem wielu takich sytuacji, że najemnik zostawał królem, zabijając swojego pana. Tego właśnie książę Orso chce uniknąć, dlatego każe Monzę zabić. Ta, która zabijała i zdradzała, sama zostaje zdradzona.
Cudem, (jakim nie zdradzę) ocalała najemniczka, przez długie miesiące wraca do zdrowia, nie odzyskuje jednak pełnej sprawności. Od tej pory do działania będą ją popychać dwie rzeczy: zemsta i narkotyk, który będzie palić, by uśmierzyć ból. Zemsta staje się obsesją, a zgromadzone i ukradzione przez lata pracodawcy złoto, pomoże jej ten cel osiągnąć. Monza skupi przy sobie ludzi godnych pożałowania i za grosz godnych zaufania: Mistrza Trucizn i jego młodą uczennicę, swojego byłego przełożonego-generała pijaka, mordercę z obsesją na punkcie liczenia i liczb oraz barbarzyńcę, który niby to chce czynić dobro, ale zawsze wychodzi na odwrót. Ta podejrzana gromada zostawi za sobą krwawy ślad i pozbawi życia wielu ludzi. 
To tyle na temat treści, bo ze względu na objętość książki, można by pisać jeszcze wiele, ale całość jest tak złożona i ze sobą powiązana, że lepiej się ograniczyć. 
Autorowi udało się stworzyć epicką historię wojny i bezpardonowej walki o władzę. W tym świecie nie ma bohaterów pozytywnych; głównej bohaterki też nie da się polubić, czy jej kibicować. Sama wybrała taką drogę i w zasadzie dostała to, co wcześniej serwowała innym, można więc jedynie obserwować jej poczynania i zastanawiać się, jak się to wszystko potoczy i czy zrealizuje to, co sobie zamierzyła. 
Język, jakim napisana jest książka jest niezwykle dobitny i brutalny, a opisy walk i morderstw niezwykle sugestywne i krwawe. Przyznam, że czasami żołądek mi się nieco wywracał. 
Oryginalne są także imiona bohaterów: Dreszcz, Przyjazny, Dzionek, czy Wierny, w toku lektury stają się one jednak uzasadnione. 
Autor świetnie przedstawił mechanizmy walki o władzę, moc złota, ludzką chciwość i brak skrupułów wobec kogokolwiek. Czasem aż mi się robiło przykro, gdy taki czy inny bohater okazywał się łotrem, ukazując skrytą do tej pory, tę stronę swojej natury. Jeżeli zatem lubicie dźwięk wojennej pieśni, epicki rozmach i szaleństwo zdrady to ta książka jest dla Was. Polecam. 
Za egzemplarz do recenzji bardzo serdecznie dziękuję
Pani Katarzynie z Wydawnictwa Mag.
Pozdrawiam serdecznie!

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Kevin Hearne: Między młotem a piorunem

Autor: Kevin Hearne
Tytuł cyklu: Kroniki Żelaznego Druida
Stron: 402
Wydawca:  Rebis
Moja ocena: 9/10
Drugie imię Atticusa winno brzmieć Pakuję Się w Kłopoty Na Własne Życzenie. Trochę przydługie, ale takie skojarzenie nasuwa się po lekturze wydanych dotychczas tomów jego przygód. Tak to już jest z Żelaznym Druidem, że rozwiązując jeden problem, wplątuje się w kolejny, a wszystko za sprawą  znajomości, jakie zawiera z rozmaitymi istotami, żyjącymi nieopodal niego. Taka symbioza z czarownicami, wilkołakami i wampirami musi się przecież opierać na wzajemnych przysługach. Ktoś robi coś dla druida, więc on musi się odwdzięczyć tym samym. Zazwyczaj te przysługi są bardzo karkołomne i krwawe. W części drugiej zatytułowanej Raz wiedźmie śmierć, której recenzja tutaj, indyjska bogini Laksha pomogła Atticusowi pozbyć się krwiożerczych bachantek, w zamian za złote jabłko nordyckiej bogini Idunn. 
Logicznym jest więc, że na początku tomu trzeciego Atticus uda się do Asgardu, by dopełnić zobowiązania. Z wielką wprawą omota naiwną wiewiórkę Ratatoska, która to przeniesie go po pniu Yggdrasila, Drzewa Życia do krainy nordyckich bogów. Warto wspomnieć, że wiewiórka jest wielkości betoniarki i jest bardzo łatwowierna, co niestety odbije się na jej niekorzyść. Przygoda z kradzieżą jabłka ukazana jest bardzo pomysłowo i stanowi jeden z mocniejszych momentów fabuły książki. Włamanie do Asgardu uruchamia lawinę wydarzeń, gniew Odyna i walkirii, i sprawia, że druid jest zmuszony znaleźć sobie nowe miejsce zamieszkania. A to przecież nie koniec awantur, gdyż Atticus obiecał zaprzyjaźnionemu wampirowi Leifowi zupełnie odrębną wyprawę do Asgardu, w celu zabicia boga piorunów Thora. Tym razem nad głową bohatera gromadzą się naprawdę czarne chmury. 
Atticus musi więc pomyśleć, jak zabezpieczyć przyjaciół przed ewentualnymi atakami ze strony złych mocy, pożegnać się z tymi, których zdążył pokochać i pozbyć się wątpliwości, związanych z niebezpieczną wyprawą. 
W trakcie lektury nie mogłam się pozbyć wrażenia, że ten tom miał być ostatnim. Druid spoważniał, stał się skłonny do przemyśleń i refleksji, a z kart książki dobitnie przebijała atmosfera końca i pożegnania. 
W części trzeciej nie ma już tyle śmiechu, co w dwóch poprzednich, choć rzecz jasna znajdą się one i tutaj. Gdy Atticus wraz z przyjaciółmi wyprawia się do Asgardu, czytelnik otrzymuje całkiem przyzwoity kawałek powieści przygodowej, a nawet elementy powieści szkatułkowej, gdy w opowiadanej przez autora historii, pojawiają się historie poszczególnych członków wyprawy, co rzuca nam nieco światła na postać Thora i przyczyny nienawiści, jaką darzą go inni. Tym razem autor nie oszczędza swoich bohaterów i nie wszystkim pozwoli wrócić cało z tej wyprawy. 
Zakończenie książki sugeruje kolejną część, zresztą na oficjalnej stronie Kevina Hearne już widnieje okładka części czwartej. Gdy nadarzy się okazja sięgnę po nią, bo jestem ciekawa co dalej, a poza tym bardzo łatwo się przyzwyczaić do klimatu, jaki serwuje czytelnikowi autor. To niesamowita czytelnicza podróż pełna śmiechu, wzruszeń i ciekawych postaci. 
Polecam serdecznie! To kawałek naprawdę porządnej urban fantasy, które moim zdaniem zadowoli nawet najbardziej wymagających fanów tego gatunku. 
Za możliwośc poznania Żelaznego Druida i jego szalonych przyjaciół
bardzo serdecznie dziękuję Panu Bogusławowi 
z Domu Wydawniczego Rebis 
Pozdrawiam!

niedziela, 29 stycznia 2012

Kevin Hearne: Raz wiedźmie śmierć

Autor: Kevin Hearne
Tytuł cyklu: Kroniki Żelaznego Druida
Stron: 398
Wydawca:  Rebis
Moja ocena: 10/10
Raz wiedźmie śmierć to druga po Na psa urok część przygód Żelaznego Druida przez przyjaciół nazywanego Atticusem. Recenzja części pierwszej znajduje się tutaj. Od wydarzeń z poprzedniej  części minęło trzy tygodnie i bohater chciałby odpocząć i zająć się własnymi sprawami, ale niestety nie ma tak dobrze. Zwycięska walka z  Aenghusem Ógiem uczyniła go sławnym i od tej pory do druida przychodzą bogowie z rozmaitych wierzeń i mitologii i proszą go, by usunął dla nich niewygodnych im rywali. Nawet najbliżsi przyjaciele, jak renesansowy prawnik wampir Leif prosi o to Atticusa. Największą niechęcią wszystkich cieszy się nordycki bóg piorunów Thor i to o niego jest najwięcej próśb, by go zgładzić. Myślę, że częściowo jest to zapowiedź wydarzeń z części trzeciej, gdzie czytelnik będzie miał okazję bliżej przyjrzeć się nordyckiemu panteonowi. 
Atticus jest na szczęście za mądry, by się na takie prośby godzić, ale spokoju i tak nie zazna. Pojedynek z Aenghusem Ógiem spowodował  powstanie portalu, przez który wydostało się na ziemię kilka groźnych demonów, których trzeba się teraz pozbyć. I tak oto indiański bóg - oszust o wdzięcznej nazwie Kojot żąda, by druid unicestwił demona, który w jego okolicy poluje na ludzi. Jakby tego było mało szykuje się krwawa walka z bachantkami, które postanowiły się tutaj osiedlić, by zorganizować sobie  nowe gniazdo rozpusty. Łatwym przeciwnikiem one nie będą. Ale to nie koniec kłopotów. W miasteczku pojawiają się heksy, nazistowskie wiedźmy, przypominające piersiaste bohaterki z gier komputerowych. Polują one nie tylko na Atticusa, ale także na polski sabat, znanych już z pierwszej części wiedźm, pod wodzą jasnowłosej Maliny. Główny bohater będzie więc miał całą masę roboty, a jeśli dodać do tego jeszcze dziwacznych rabina i katolickiego księdza, policję węszącą na miejscu wydarzeń, pojawiającą się znienacka Morrigan, pałającą cielesną żądzą oraz przyjaciół, których druid musi bronić, to mamy oto niezwykłą jazdę bez trzymanki, pełną śmiechu, zabawnych dialogów i scen, w których współczesność miesza się z tradycją. 
Drugi tom trzyma poziom pierwszego i można powiedzieć, że jest nawet nieco lepszy. Kolorytu dodają opowiadanej historii ciekawie wykreowane postaci takie jak urocza sąsiadka Atticusa, pani MacDonagh, czy para niezwykłych wspólników prawników: obrażalski wampir Leif i troskliwy wilkołak Hal. 
Cięte dialogi, wartka akcja i masa śmiechu; oto co gwarantuje druga część przygód druida. Przeszło mi przez myśl, że tak jak Atticus jest odporny na wszelką magię i zaklęcia, tak mógłby też nieco się uodpornić na wdzięki kobiece, wobec których jest totalnie bezbronny. Ale z drugiej strony nikt doskonały nie jest, a poza tym już nie byłoby wtedy tak zabawnie. Dlatego w sumie można mu to wybaczyć. 
Polecam serdecznie. Pokochacie druida i jego oryginalnych znajomych. Tymczasem ja zabieram się za część trzecią. 
Pozdrawiam i dobrego dnia dla wszystkich!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie          
panu Bogusławowi z Domu Wydawniczego Rebis.
Pozdrawiam!
 

wtorek, 24 stycznia 2012

Kevin Hearne: Na psa urok

Autor: Kevin Hearne
Tytuł:  Na psa urok
Tytuł cyklu: Kroniki Żelaznego Druida
Stron: 299
Wydawca:  Rebis
Moja ocena: 10/10
Za lekturę pierwszej części Kronik Żelaznego Druida zabrałam się pełna dobrych przeczuć. Na temat tego cyklu słyszałam jak do tej pory same pozytywne opinie i moja ciekawość rosła. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że książka nie zawiodła moich oczekiwań i że kolejne tomy mogą być już tylko lepsze.
Cykl autorstwa Kevina Hearna reprezentuje nurt urban fantasy czyli taki, w którym starożytna magia i nowoczesna technika całkiem dobrze ze sobą współgrają, a jeśli pojawią się jakieś dysonanse, to tylko po to, by spowodować zabawne komplikacje, perypetie lub wywołać salwy śmiechu.
Głównym bohaterem cyklu jest Irlandczyk, druid, liczący sobie już ponad dwa tysiące lat, a mimo to wyglądający nadal na 21-latka. Atticus O'Sullivan to tytułowy Żelazny Driud, który obecnie żyje sobie spokojnie w małym amerykańskim miasteczku, prowadzi sklep zielarski, przyrządza staruszkom zdrowotne herbatki, a w wolnej chwili kosi swojej sąsiadce trawnik. Pozornie wygląda całkiem niewinnie, ale oczywiście to tylko pozory. Atticus nie tylko jest druidem o potężnej mocy magicznej, nagromadzonej przez dwa tysiące lat doświadczeń, ale też solą w oku celtyckiego boga Aenghus Óga, którego miecz sobie przywłaszczył podczas jednej z dawnych bitew. Miecz jest nie byle jaki i bóstwo koniecznie chce go odzyskać. Od czasu do czasu wysyła więc do druida rozmaitych cudaków, którzy mają odebrać mu miecz i zabić go. Bohater jest oczywiście na to za sprytny i ze wszystkimi wysłannikami boga radzi sobie śpiewająco.
To właśnie wokół magicznego miecza Fragaracha obraca się akcja części pierwszej cyklu zatytułowanej Na psa urok.
Kevin Hearne serwuje kochającym fantasy czytelnikom nie tylko dobrą powieść przygodowo – awanturniczą, ale też niesamowity misz - masz istot, bóstw i stworów z różnych mitologii i tradycji. Mamy zatem tutaj gadającego wilczarza irlandzkiego o imieniu Oberon, który jest najwierniejszym przyjacielem Atticusa, marzy by być Czyngis chanem psów i mieć harem z francuskich pudlic. Rozmowy Atticusa i Oberona to majstersztyk, co rusz wzbudzający salwy śmiechu. Mało tego, główny bohater korzysta z usług firmy prawniczej, opierającej się na spółce wilkołaka z wampirem; w czasie wolnym poluje z zaprzyjaźnioną watahą wikołaków - wikingów, a w jego ulubionym barze pracuje przeurocza barmanka, opętana przez hinduską boginię. Na deser mamy sabat wścibskich i wrednych wiedźm polskiego pochodzenia, które narobią druidowi masę kłopotów, bo już taka ich wiedźmowa natura. Na tym jednak nie koniec. Co jakiś czas do Atticusa przylatuje bogini śmierci Morrigan, pod postacią czarnej wrony i raczy głównego bohatera przepowiedniami na temat śmierci, jaka niechybnie go niebawem czeka.
Mocną stroną powieści jest przejrzysty język, cięte i błyskotliwe dialogi, dobre tempo akcji i spójność fabuły. Główny bohater, jak na tak wiekowego, niesamowicie dobrze przystosowuje się do czasów, w których przychodzi mu żyć. Jest bystry, inteligentny i niełatwo go wyprowadzić w pole. Bywa, że jego brak odporności na wdzięki kobiece wpędza go w kłopotliwe sytuacje, ale czy to jego wina, że wpada w oko feminizującym boginiom? Nigdy nie przepadałam za chudymi i bladymi rudzielcami, ale odkąd znam Atticusa, lubię ich zdecydowanie bardziej. Atticus jest także poniekąd ekologiem; jako druid czerpiący moc z ziemi, bardzo ją ceni i o nią dba, dlatego jego szalony gniew wzbudzają ci, którzy bezmyślnie ziemię niszczą.
Na uwagę zasługuje wydanie cyklu; piękny biały papier i kolorowo ilustrowane okładki z wizerunkiem głównego bohatera naprawdę mnie urzekły.
Podejrzewam, że przygody druida i jego specyficznych przyjaciół dopiero nabierają rozpędu, dlatego nie ma na co czekać i trzeba zabierać się za kolejny tom. A tym, którzy jeszcze nie czytali, a chcieliby się odrobinę pośmiać z niesamowitej mieszanki mitów i współczesności, polecam gorąco tom pierwszy Na psa urok. Ulegniecie na pewno. Tak jak ja. 

Kevin Hearne, autor cyklu Kroniki Żelaznego Druida, urodzony w Arizonie. Wielbiciel komiksów, bazylii, pieszych wycieczek. Nauczyciel angielskiego, w wolnych chwilach amatorsko maluje pejzaże. 







Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję               
Panu Bogusławowi z Domu Wydawniczego Rebis  
To naprawdę był czytelniczy strzał w dziesiątkę! Pozdrawiam! 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

J. M. McDermott: Dzieci demonów

Autor:  J. M. McDermott
Tytuł:  Dzieci demonów
Tytuł cyklu: Psia Ziemia
Tytuł oryginalny: Never Knew Another
Stron: 270
Data wydania: 17 stycznia 2012 r.
Moja ocena: 5/6
Od momentu pojawienia się na rynku wydawniczym książka Dzieci demonów zbiera same pozytywne opinie; mówi się o niej, że jest mroczna, wyjątkowa, że zapewni swojemu twórcy wielką karierę, że szokuje i każe do siebie wracać. Czy tak jest faktycznie? Jestem świeżo po lekturze, więc mogę dorzucić do tych pozytywów garść własnych wrażeń.
Kilka słów na temat treści.
Obok zwykłych ludzi w świecie zwanym Psią Ziemią, mieszkają także potomkowie rozmaitych demonów. Często tak dobrze wtapiają się w otoczenie, że trudno ich rozpoznać, ale nic w tym dziwnego. Mając świadomość własnej inności, nauczyli się dobrze maskować swoje łuski, szpony, rozwidlone języki oraz fakt, że nie rzucają cienia, a ich krew i ślina roztapiają wszystko, na co tylko upadną. Jedna kropla może skazić połać ziemi, powodując że nic na niej nie urośnie, a jedzenie z tej samej miski, czy picie z tego samego kubka, przyniesie chorobę i śmierć każdemu śmiertelnikowi. Powszechna opinia na ich temat jest wielce negatywna: to pomiot demonów, plugawiący ziemie, przeklęta krew i jeśli się takiego znajdzie, należy go natychmiast zabić, spalić wszystko co do niego należało, a całe jego otoczenie odkazić i regularnie oczyszczać przez kilka następnych lat. Tropieniem potomków demonów zajmują się Wędrowcy, służący Erin Błogosławionej, biegający z wilkami, członkowie watahy. Są niezwykle skuteczni, ponieważ po zabiciu takiej istoty potrafią dzięki błogosławieństwu swojej bogini, wniknąć w jej umysł i poznać większość szczegółów z jej życia i otoczenia. Ułatwia to tropienie kolejnych osobników.
Narratorką historii jest kobieta, Wędrowiec, która wraz ze swoim mężem tropi dwoje dzieci demonów; młodą sentę Rachel i cwanego złodziejaszka Salvatore. Dzięki wspomnieniom zabitego Jony, Wędrowcy trafiają na kolejne ślady i stopniowo krąg się zacieśnia. Czytelnik nie poznaje imion Wędrowców, do końca pozostają oni anonimowi.
Ciekawym zabiegiem jest narracja. Gdy już zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że śledzę fabułę, dzięki trzecioosobowemu narratorowi, nagle pojawiał się komentarz, pochodzący od kobiety Wędrowca i musiałam sobie przypomnieć, że to wszystko jest odtwarzane w jej umyśle dzięki błogosławieństwu bogini. Z takim zabiegiem narratorskim do tej pory się nie spotkałam i muszę przyznać, że czyni on lekturę ciekawszą.
Szczególny jest również język, jakim opowiadana jest historia. Jest nie tylko niezwykle oszczędny i konkretny, ale ma w sobie coś poetyckiego, jakby w opowiadaniu kobiety pobrzmiewały echa pieśni skierowanej do bogini, której służą. Nie utrudnia to jednak odbioru fabuły.
Przyznam, że na początku lektury spodziewałam się po niej czegoś innego; okrutnych tropicieli, ścigających bezbronne istoty, których jedyną winą jest ich inność, na którą przecież nie mieli wpływu. Bowiem wiele takich istot jest owocami zniewolenia lub gwałtu. Kobieta Wędrowiec nie ma dla nich zrozumienia ani współczucia; uważa, że w końcu ukryte w nich zło zwycięży, dlatego wcześniej należy ich odnaleźć i zabić.
Autor książki stara się pokazać drugą stronę sytuacji i przybliża czytelnikowi dwoje dzieci demonów. Pierwszym jest nieżyjący już Jona, młody strażnik. Ciekawe, że na początku dowiadujemy się, że Jona już nie żyje, a dopiero potem obserwujemy jak do tego doszło. Muszę przyznać, że wieść o śmierci bohatera na samym początku książki, nieco mnie zmieszała.
Drugą bohaterką powieści jest młoda dziewczyna Rachel, która wraz ze zwykłym, ludzkim bratem ukrywa się i podróżuje z miejsca na miejsce. Mimo swojej odrażającej czasami inności, pracowita i starająca się normalnie żyć Rachel, budzi znacznie więcej sympatii, niż butny, skory do przemocy i przelewania krwi Jona. Okazuje się, że każde dziecko demona cechuje pragnienie bycia akceptowanym i chęć odnalezienia sobie podobnych, bo nic tak nie boli, jak bycie jedynym odmieńcem wśród zwykłych ludzi. Jak już jednak wspomniałam te cechy nie są usprawiedliwieniem, a wadą i nie sprawią, że Wędrowcy zrezygnują z pościgu.
Tym, co mnie zdziwiło, jest objętość książki. Zdarza mi się narzekać na zbyt dużą liczbę stron, podczas gdy można było się streścić i zmieścić na połowie tego co jest, na czym skorzystałaby i fabuła i czytelnik. Tymczasem pan McDermott zmieścił się na 270 stronach i właściwie nie wiem, jak mu się to udało. Rzadko który pisarz wykazuje się taką oszczędnością słowa i miejsca. Jednak i to wyszło książce na dobre.
Gdy już uda się oswoić z charakterystycznym sposobem narracji i językiem, co do którego nie mogę nie użyć określenia poetycki, okazuje się, że mamy przed sobą całkiem dobry kawałek fantastyki, bez zbędnych dłużyzn i nudziarstwa. W finale pierwszej części zagadki się kumulują i należy już tylko czekać na część drugą.
I na koniec jeszcze słowo o polskiej okładce. Podoba mi się ona znacznie bardziej od oryginalnej, choć spotkałam się z przeciwnymi opiniami koleżanek blogerek. Ale o gustach się nie dyskutuje, poza tym przecież każdy ma inną percepcję, do której co innego przemawia. Mnie podoba się czerwień szaty tej kobiety, którą można postrzegać nie tylko jako barwę materiału, ale i krew, o której specyfice tyle się w książce mówi. Natomiast, gdy spojrzeć na okładkę pod kątem, widać fragmenty nieznanego pisma, które mnie kojarzy się z elfickim.
Książkę mogę polecić fanom fantastyki. Jeżeli nie zniechęci Was początkowo specyficznie brzmiący styl, na pewno znajdziecie w niej coś dla siebie.
Polecam. 
                                             ***********************
J.M. McDermott
Amerykanin, absolwent University of Houston, gdzie uczył się kreatywnego pisania, oraz University of Southern Maine, na którym robił licencjat z literatury popularnej. Autor książek "The Last Dragon", "Women and Monsters" oraz "Dzieci demonów", które są pierwszym tomem trylogii "Psia Ziemia".






Za egzemplarz recenzyjny bardzo dziękuję panu Marcinowi
z Wydawnictwa Prószyński i s-ka
 . 









niedziela, 22 stycznia 2012

Pierwszy w blogowym życiu stosik do recenzji!

W Nowym Roku dopisało mi szczęście i oto mogę się podzielić swoją radością z Wami. Rozpoczynam współpracę z Wydawnictwami. W moim odczuciu wydają one naprawdę wartościową fantastykę, godną uwagi i polecenia, dlatego stosik, który tutaj prezentuję napawa mnie dumą i radością tak wielką, że mam ochotę podskakiwać jak mała dziewczynka. Ale żeby już niepotrzebnie nie bajdurzyć i nie przedłużać (trudno się przed tym powstrzymać, wierzcie) oto, co zajmie moje wieczory i zbliżające się wielkimi krokami ferie. 
Od góry kolejno:
1. J. M. McDermott: Dzieci demonów (część pierwsza trylogii Psia Ziemia), 
od Pana Marcina z Wydawnictwa Prószyński i s-kaRecenzja
2. K. Hearne: cykl Kroniki Żelaznego Druida, na który składają się:  
Na psa urok, Recenzja
Raz wiedźmie śmierć  Recenzja
i Między młotem a piorunem Recenzja
od Pana Bogusława z Domu Wydawniczego Rebis. Wiele dobrego już słyszałam o przystojnym druidzie i mam nadzieję, że w trakcie lektury będę się dobrze bawić, bo kocham urban fantasy. Dziś zaczynam czytać pierwszą część. 
3. J. Abercrombie: Zemsta najlepiej smakuje na zimnoRecenzja
od Pani Katarzyny z Wydawnictwa Mag. 812 stron! Dacie wiarę? Jak ja kocham takie cegły!
Radość niesamowita mnie przepełnia, ale o tym już mówiłam. Czeka mnie dość zabiegany tydzień w pracy, a takie książki po prostu dodają mi skrzydeł. Maniak ze mnie, wiem. Ale co tam. Kocham czytać!
Panom Marcinowi i Bogusławowi, a także Pani Katarzynie bardzo dziękuję za zaufanie; będę się starać i mam nadzieję, że nasza współpraca będzie się dobrze układała.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie!
A wy kochani blogerzy cieszcie się razem ze mną!
Dobrej niedzieli wszystkim życzę!