sobota, 7 września 2019

Z wizytą w Hotelu Winterhouse

Autor: Ben Guterson
Tytuł: Hotel Winterhouse
Seria: Hotel Winterhouse,  t.1
Stron: 382
Wydawca: Dwukropek






Na dobre i ciekawe książki często trafiam przypadkiem. Tak też było tym razem. Przy okazji dowiedziałam się o istnieniu wydawnictwa Dwukropek wydającego literaturę dla młodszej młodzieży, a co za tym idzie o kolejnych interesujących tytułach. 

12-letnia Elizabeth Sommers nie ma łatwego życia. Ponieważ jest sierotą, wychowują ją wujostwo, które nie jest do niej zbyt przyjaźnie nastawione. Dziewczynka nie ma żadnych innych krewnych, a przynajmniej o żadnych nie wie. Jakież jest więc jej zdziwienie, gdy otrzymuje zaproszenie na święta do słynnego hotelu Winterhouse. Jej ciotka i wujek tymczasem mają wyjechać na egzotyczny urlop, na który oczywiście zabrać Elizabeth nie mają zamiaru. 
Zaciekawiona i nastawiona nieufnie dziewczynka przybywa do hotelu, sądząc, że to jakaś pomyłka. Okazuje się jednak, że jest oczekiwanym gościem, a miejsce, do którego przybyła jest, krótko mówiąc, wspaniałe. 

Hotel Winterhouse oferuje gościom nie tylko szereg wygód i rozrywek, takich jak narty, piesze wycieczki, sanki, łyżwy, itp. Jest to  miejsce, w którym ludzie dobrze się czują i do którego chętnie wracają. Magiczny i cudowny jest sam gmach hotelu. Ma on nie tylko długą i bogatą historię, skrywa też wiele sekretów i niesamowitych artefaktów. Zafascynowana budynkiem i zarządzającą nim rodziną z nobliwym Norbridgem Fallsem na czele, Elizabeth od początku czuje się u siebie i na miejscu. To tutaj pozna swojego pierwszego przyjaciela, nerda Freddy'ego, odkryje w sobie niezwykłe umiejętności, przeżyje naprawdę ciepłe i magiczne święta, a przede wszystkim zbliży się do odkurzenia choć części tajemnic rodziny Falls, przebogatej hotelowej biblioteki oraz pewnej uroczej książki. 
Jedno jest pewne. To będą naprawdę niesamowite ferie świąteczne.





Tytuł: Sekrety Hotelu Winterhouse, t.2
Stron: 384
Wydawca: Dwukropek


W drugim tomie Elizbeth wraca do hotelu Winterhouse po upływie roku od poprzednich wydarzeń. Dziewczynka ma ogromną nadzieję, że jej życie wskoczy na nowe tory, skoro już wiadomo, że hotel jest jej domem. To będą więc zupełnie wyjątkowe święta, bo po ich zakończeniu Elizabeth nie będzie musiała wyjeżdżać. Tymczasem już na początku okazuje się, że starcie z Gracellą Winters było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Być może czarna owca rodziny Falls wcale nie odeszła, tym bardziej, że po hotelu zaczynają się kręcić ludzie, którym nie świętowanie w głowie. Elizabeth i Freddy będą musieli zmierzyć się z nowymi zagadkami i sekretami hotelu. 





Trzeba przyznać, że historia napisana przez Bena Gutersona, opatrzona czarno-białymi ilustracjami Chloe Bristol, jest niezwykle urokliwa. Mile zaskakuje zapał Elizabeth do wszelkiego rodzaju łamigłówek i anagramów. Zabawa w tworzenie słów z liter istniejącego już wyrazu to prawdziwa sztuka, a Elizabeth i Freddy opanowali ją do perfekcji. 
Zagmatwana i pełna sekretów historia rodziny Falls wciąga czytelnika. Jeden odkryty sekret, jest zaczątkiem następnego. Hotel jest pełen inspirujących obrazów, emblematów, ma mnóstwo pomieszczeń i ukrytych przejść. Naprawdę zazdrościłam bohaterce w trakcie czytania, że może wypoczywać i bawić się w tak cudownym otoczeniu. Odkąd Winterhouse jest jej prawdziwym domem, dziewczynka z jeszcze większym zaangażowaniem podchodzi do spraw rodziny Falls i hotelu. 
Dużo miejsca poświęca autor zasadom moralnym. Elizabeth wciąż jest narażona na pewne pokusy z powodu mocy, którą posiada i wciąż musi dokonywać wyboru, co znacząco wpływa na losy jej oraz otoczenia. 
Przezabawni są także bohaterowie drugoplanowi: hotelowi pracownicy czy stali goście, zwłaszcza dwaj panowie układający gigantyczną układankę z puzzli. 
Historia ma niezwykły klimat; czytając, miałam wrażenie, że tam jestem i naprawdę nie chciało mi się odkładać książki. 
Tym większy był mój żal, gdy skończyłam. W oryginale jest jeszcze jedna część. Mam ogromną nadzieję, że niebawem ukaże się w polskim przekładzie. 

Hotel Winterhouse to naprawdę udany literacki projekt, który, odnoszę wrażenie powstał z miłości do książek i zagadek. Spodoba się młodszym czytelnikom lubiącym historie z dreszczykiem i odrobiną magii. Sama, choć już młodsza nie jestem od dawna, jestem nim zachwycona. Naprawdę kocham takie historie i oby było ich więcej panie Benie Guterson!

środa, 4 września 2019

Tana French: Wiedźmie drzewo

Autor: Tana French
Tytuł: Wiedźmie drzewo
Stron: 640
Wydawca: ALBATROS









Drobiazgi mają znacznie. Wszak stare przysłowie mówi, że diabeł tkwi w szczegółach. Przecież każdy regulamin ma jakiś kruczek, a zasada furtkę, pozwalającą ją ominąć lub złamać bez narażenia się na konsekwencje. Każda nasza decyzja może wpłynąć na życie innych, a na nasze zwłaszcza. 

Toby Hennessy jest zadowolonym z życia 30-latkiem. Ma wspaniałą dziewczynę, dobrą pracę, oddanych kumpli, z którymi trzyma się praktycznie od dzieciństwa. Można powiedzieć, że los był dla niego łaskawy, nigdy nie chorował, nie cierpiał, jeśli coś zbroił, udawało mu się uniknąć kary. Generalnie widzi siebie jako normalnego i zwyczajnego gościa. Aż pewnego dnia jego życie ulega diametralnej zmianie. W środku nocy przyłapuje włamywaczy we własnym mieszkaniu. Zostaje przez nich brutalnie pobity i doznaje poważnego uszczerbku na zdrowiu i swojej fizycznej sprawności. Gdy trochę udaje mu się dojść do siebie, na prośbę kuzynów zamieszkuje w domu wuja Hugo. Jest to dom, w którym Toby oraz jego kuzyni: Suzanna i Leon, spędzili wiele wspaniałych wakacji, ma więc dla nich szczególne, sentymentalne znaczenie. Obecnie jednak sprawy nie mają się dobrze. Wuj Hugo jest w ostatnim stadium raka, a ponieważ jest kawalerem przydałby się w domu ktoś, kto by mu pomagał. Toby ze swoją historią wydaje się idealną osobą do tej roli. Wszystko układa się dobrze do czasu, gdy dzieci kuzynki przez przypadek odkrywają w ogrodzie w starym pniu wiązu ludzki szkielet. Znalezisko nie jest stare i uruchamia ciąg dziwnych i momentami irracjonalnych wydarzeń. Jednym z podejrzanych o zabójstwo jest Toby, który, z powodu uszkodzenia mózgu, nie pamięta zbyt wiele, albo pamięta pewne sprawy inaczej. Dotarcie do prawdy okaże się mniej przyjemne i uzmysłowi mu, jakim człowiekiem jest on sam i jego bliscy. 

Wiedźmie drzewo to moje pierwsze spotkanie z twórczością Tany French, o której powieściach wszędzie słychać same pozytywne opinie. Po lekturze, wiem, że są one jak najbardziej zasłużone.
Do najmocniejszych momentów książki należą te, w których opisuje stan zdrowia i uczuciowy bohatera, człowieka po ciężkim pobiciu, który nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Dziś trudnością dla niego są rzeczy, którym kiedyś nie poświęcał uwagi. Zawodzi go mowa, koordynacja ruchowa, a przede wszystkim pamięć. Czy jest dobrym człowiekiem? Początkowo, gdy go poznajemy, wydaje się, że jest taki w normie, sam siebie też tak widzi. Gdy zaczyna szperać we wspomnieniach oraz rozmawiać z kuzynami, dowiaduje się o sobie rzeczy mało pochlebnych i z gorzką refleksją zdaje sobie sprawę, że jest to prawda, że tak faktycznie było. Czy, biorąc pod uwagę to, co odkryje, to możliwe, że jest zabójcą Dominica? Teraz, po napadzie, łatwo wpada w gniew, może wtedy także przydarzyło mu się coś takiego? A może motyw i sprawca kryją się zupełnie gdzie indziej? Jedno jest pewne, przeszłość nie zawsze jest taka jak ją pamiętamy. Być może inni widzą to zupełnie inaczej. 

Wiedźmie drzewo to dobra powieść, ale ma bardzo gorzką i przygnębiającą wymowę. Być może dlatego jest tak prawdziwa. W sensie dziania się, nie dzieje się dużo. Większość to spotkania, rozmowy i wspomnienia. Czyta się jednak bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem.
Już teraz wiem, że sięgnę po inne książki tej autorki. Ma ona dar do kreślenia ciekawych, nietuzinkowych bohaterów, którzy zyskują przy bliższym poznaniu.
Polecam lekturę, naprawdę warto.

 

niedziela, 1 września 2019

Sarah Hilary: Ciszej niż śmierć

Autor: Sarah Hilary
Tytuł: Ciszej niż śmierć
Seria: Inspektor Marnie Rome, t.4
Stron: 502
Wydawca: Czwarta Strona






Czwarta część przygód londyńskiej inspektor policji Marnie Rome ponownie zabiera czytelnika w podróż przez ogrom ludzkiego okrucieństwa i podłości. 

Od wydarzeń z części trzeciej minęło już osiem miesięcy. Mroźna zima skuła lodem ulice miasta, sprawiając, że prowadzenie śledztwa jest jeszcze trudniejsze niż zwykle. 
Tym razem uwagę naszych śledczych przykuwają pozornie przypadkowe napady, niby ze sobą nie powiązane, a jednak mające pewien wspólny mianownik. Otóż okazuje się, że ofiarami napaści są ludzie, którzy kiedyś sami stosowali ją wobec innych. I tak. Do szpitala, ciężko pobity, trafiają: mężczyzna, który w młodości prześladował kolegę, kobieta odpowiedzialna za porwanie dziecka i człowiek, który bił żonę. Od tych wydarzeń minęły lata, jednak okazuje się, że ktoś dobrze to pamięta i dokonuje własnej wendetty, dodatkowo informując o tym byłe ofiary. Oczywistym wydaje się fakt, że mścicielem może być właśnie jedna z ofiar i tym tropem pójdą detektywi. Jednak śledztwo niespodziewanie się skomplikuję. 

Weryfikacja starych tropów i spraw mocno wpłynie na życie prywatne Marnie Rome. Rudowłosa detektyw i tak już ma pod górkę. Po pierwsze jej mentor i bliski przyjaciel komisarz Welland odchodzi z pracy, by poddać się leczeniu nawrotów raka. Choroba przyjaciela i konieczność współpracy z nową szefową są dla Marnie bardzo trudne do uniesienia. Po drugie nagle okaże się, że tajemniczy mściciel wciągnął Marnie na swoją listę osób do pomszczenia. Nieunikniony okaże się zatem kontakt z przybranym bratem Stephenem, przebywającym obecnie w więzieniu dla dorosłych. Muszę powiedzieć, że kontakty bohaterki ze Stephenem to, jak dla mnie, najmocniejszy punkt całej historii. Nikt nie wątpi w winę Keele'a, jednak motywy, którymi się kierował także są bardzo interesujące i wstrząsające. Co popchnęło 14-latka do tak okrutnej zbrodni? Od lat Marnie stara się zrozumieć i poznać przyczyny zabójstwa rodziców. Zabójstwa, którego dokonał przyjęty przez nich pod dach ich własnego domu chłopiec. Rodzice byli przecież tak przeciętni i normalni. Naturalną konkluzją jest zatem fakt, że to ze Stephenem musiało być (i musi) coś nie tak. Odkrycie tej tajemnicy będzie dla bohaterki bardzo bolesne. 

Sarah Hilary ponownie zabiera nas do tych dzielnic Londynu, których należałoby unikać jak ognia. Degeneracja, przemoc, brak perspektyw, a także brak nadziei i szans na lepszą zmianę. Prezentowany obraz jest przygnębiający. Dokonana przemoc, pomimo wyroku sądowego, nie znika. Pozostają ofiary, które odtąd codziennie muszą się zmagać z jej skutkami: przykrymi wspomnieniami, nieustannym strachem o własne życie i bezpieczeństwo, a przede wszystkim faktem, że życie toczy się dalej, ludzie zapominają, a Ty jako ofiara zostajesz pozostawiony/a same/j/mu sobie. I jeszcze po cichu wymaga się od Ciebie przejścia terapii i przyznania, że sobie poradziłeś/łaś, bo w końcu minęło już tyle lat. 

Jednocześnie jakby równolegle śledzimy wątek porwanego i przetrzymywanego 10-letniego Finna. Sprawa ta okaże się mocno związana ze śledztwem, a jej wynik zaważy na wyniku głównym. 

Dodatkowym plusem są zawarte w powieści szczegóły dotyczące brata sierżanta Noaha Jake'a, Saula. Saul uwikłany w działalność gangu chciałby z takim życiem skończyć; za bardzo się jednak boi, a duże pieniądze, które zapewnia gangsterka są kuszące. Kiedy jednak sprawy brata zagrożą bezpieczeństwu bliskich Noaha, sierżant Jake stanie przed trudnym wyborem. 

Czwarta część serii klimatem bardzo przypomina pierwszą, chyba głównie z powodu poruszania spraw prywatnych Marnie. To dlatego, choć teoretycznie można czytać Ciszej niż śmierć bez znajomości tomów poprzednich, czytelnikom myślącym o przeczytaniu całości, radziłabym czytać zgodnie z kolejnością ukazywania się tytułów. Pozwoli to uzyskać pełny obraz tej historii i poznawać ją stopniowo, bo na tym też to polega.

Serię o śledztwach Marnie Rome czyta się naprawdę dobrze. Nic się nie dłuży, bohaterów łatwo obdarzyć sympatią, a prezentowane przypadki, choć brutalne i dramatyczne, przykuwają uwagę czytelnika. Słowem nie chce się odrywać od lektury do tego stopnia, że 500 stron da się pochłonąć w jedno popołudnie. 
Polecam miłośnikom dobrych kryminałów z elementami thrillera i dobrego dramatu obyczajowego.

piątek, 30 sierpnia 2019

Corgi, psiak królowej

Tytuł: Corgi, psiak królowej
Reżyseria: Ben Stassen, Vincent Kesteloot
Scenariusz: Rob Sprackling, Johnny Smith
Wytwórnia: produkcja belgijska
Czas trwania: 92 min.








Tytułowy Corgi to ulubiony pies brytyjskiej królowej. Nie jedyny, podkreślę, bo są jeszcze trzy inne, starsze, ale być może zgodnie z regułą najmłodszego w rodzeństwie, Rex jest najbardziej przez swoją panią kochany i rozpieszczany, co bez skrupułów wykorzystuje. 

W wyniku skandalu dyplomatycznego, a konkretnie nieudanego swatania Misi, pupilki państwa Trump, z Rexem, nasz bohater popada w niełaskę. Wpada zatem na genialny pomysł, aby opuścić pałac Buckingham i poszukać sobie lepszego opiekuna. Na ulicy, a potem w schronisku, szybko przekonuje się, jak totalną głupotę popełnił i postanawia wrócić do domu. Nie będzie to jednak łatwe, gdyż na miejsce arcypsa szykuje się już ktoś inny. 

Przyznam, że gdy zobaczyłam zwiastun tego filmu, byłam zachwycona. Pomysł na film o przygodach królewskiego psa - genialny. Początkowe minuty filmu obiecujące. Do czasu, gdy na scenie pojawili się państwo Trumpowie i historia zmieniła swój klimat. W tym momencie okazało się, że to nie jest film dla dzieci, a i dorośli mogą być zdegustowani. 

Sam dubbing i to tak postaci mówią, ocieka erotyzmem i jest momentami zawstydzające. 
Trudno polubić głównego bohatera, który jest rozpieszczony do granic możliwości a i tak nie docenia tego, jak cudowne ma życie. Nawet potem, będąc w schronisku, nie potrafi dokonać porównania swojego losu z życiem innych, bezpańskich, opuszczonych i zaniedbanych psów. Nie docenia, ile robią dla niego Jack i pozostałe psy, jest naiwny i pusty. 
Do pałacu chce wrócić, bo mu się to należy i było mu tam dobrze. Ani razu nie stwierdza, że tęskni za swoją panią, która tak szczerze go opłakiwała. 

To dlatego seans trochę mnie znudził. Plusem są mocne kolory i ładnie zrobione postaci psów, jednak to trochę za mało, aby film stanowił jakąś wartość. 
Spodobała mi się końcowa piosenka o pieskim życiu zatytułowana Psia kostka, do której muzykę napisał Piotr Rubik. 
Na tym jednak koniec i dlatego mam takie wewnętrzne poczucie straty. Straty, że mogło wyjść z tego naprawdę dobre familijne kino, a nie wyszło. No nie wyszło i już. 

środa, 28 sierpnia 2019

Jennifer Probst: Mężczyzna doskonały

Autor: Jennifer Probst
Tytuł: Mężczyzna doskonały
Seria: Searching for, t. 2.
Stron: 360
Wydawca: Akapit Press









Tego lata zafundowałam sobie kolejną wizytę w biurze matrymonialnym Happy Ending, którego właścicielkami są Kate, Arilyn i Kennedy. Te przesympatyczne swatki mają ogromny talent w dobieraniu par i doprowadzaniu ich na ślubny kobierzec. 


Mężczyzna doskonały to druga powieść z serii Searching for… swoistego spin-offu innej serii autorki Marriage a billionaire. To bardzo miłe, gdy w czytanej książce spotyka się znanych już bohaterów z części poprzednich. 


Ned Dunkle, roztargniony i zapracowany nerd postanawia znaleźć sobie kobietę, z którą będzie dzielił życie. Już zbyt wiele czasu poświęcił na naukę, potem pracę i badania. Teraz czas pomyśleć o swojej przyszłości. W końcu potencjalna żona nie będzie czekać wiecznie. Tym powodowany Ned zostaje klientem biura Happy Ending i już na pierwszym randkowym kalejdoskopie beznadziejnie zakochuje się w Kennedy Ashe, swojej swatce. 


Kennedy, perfekcjonistka o wyglądzie modelki i umyśle Einsteina, nie bierze na serio wyznań Neda, choć z czasem urok burakowatego naukowca coraz bardziej na nią działa. Co z tego wyniknie?

Ogromna pochwała należy się autorce za kreację postaci Neda/Nate’a. To jak traktuje kobiety i skąd czerpie wiedzę o relacjach damsko-męskich doprowadzało mnie do serii wybuchów śmiechu.

Równie ciekawą, choć momentami irytującą, jeśli idzie o kwestie żywieniowe, jest Kennedy. Chociaż z drugiej strony, gdy się przyjrzeć jej motywacjom i temu co przeżyła jako nastolatka, nie jest to takie dziwne. 


Schemat fabuły powieści jest dość prosty, w końcu to słodki romans na jedno popołudnie. Bohaterowie są jednak zabawni, akcja nie dłuży się zbytnio, a wynikająca z tej historii mądrość jest, choć oczywista, bardzo piękna. Otóż jeśli człowiek nie otworzy się na drugą osobę, może tylko stracić. Ryzyko jest duże, to fakt i normalne, że towarzyszą temu lęki i obawy, ale w przeciwnym razie będziemy stali w miejscu. A miłość i nowo poznani ludzie to cała masa pięknych i niesamowitych możliwości rozwoju. Dlatego warto to ryzyko podjąć. 


Mężczyzna doskonały to zabawna historia na jedno wakacyjne popołudnie.  Pojawia się tu także Wolfe, wcześniej poznany w pierwszym cyklu, który teraz będzie bohaterem następnej części. Ostrzę sobie na nią wszystko, co ostrzyć można, dlatego nie tracąc czasu od razu do niej zaglądam. Mam do Wolfe’a ogromną słabość. 
 

niedziela, 25 sierpnia 2019

Sebastien De Castell: Krew Świętego

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Krew Świętego
Seria: Wielkie Płaszcze, t.3
Stron: 602
Wydawca: Insignis







Kiedy dwa lata temu zaczynałam lekturę powieści Ostrze zdrajcy, nie przypuszczałam, że historia rozrośnie się w 4-tomową serię i że nabierze takiego rozpędu. Pamiętam też, że miałam mieszane uczucia co do książki. Pomysł na opowieść w stylu płaszcza i szpady wydał mi się niezły, miałam za to niemały kłopot w połapaniu się w narracji, toczącej się na dwóch płaszczyznach. Tymczasem okazało się, że niedługo potem pojawiła się część druga, a obecnie jestem już po lekturze części trzeciej. I nadal nie mogę przestać się zastanawiać, czym jeszcze autor zaskoczy swoich czytelników. Bowiem za każdym razem, gdy już pomyślę, że nic przecież się nie wydarzy, że historia się skończyła i nie ma co tego dłużej ciągnąć, okazuje się, że Falcio i jego doborowa drużyna mają jeszcze wiele do powiedzenia i do zrobienia. A potem tak się już człowiek z nimi zżyje, przywyknie do ich wisielczego poczucia humoru, że gdy dociera do ostatniego rozdziału, bardzo chciałby mieć pod ręką kolejny tom.

Krótko dla przypomnienia. 
Akcja powieści toczy się w Tristii, kraju, w którym po śmierci króla Paelisa, zapanowały chaos i bezprawie. Doborowy odział rycerzy stworzonych przez władcę, zwany Wielkimi Płaszczami może być szansą na przywrócenie starego porządku i wprowadzenie na tron córki zmarłego władcy, młodej Aline. Sprawa jednak nie jest taka prosta ani oczywista jak mogłoby się wydawać i kiedy w końcu się to uda, okazuje się, że to dopiero początek kłopotów. Umieszczenie księżniczki na tronie jest proste, znacznie trudniejsze będzie utrzymanie jej na tym tronie i zmuszenie do posłuchu rozbite społeczeństwo. Każda z warstw ma bowiem własną wizję przyszłego kraju, a im większy ucisk najuboższych, tym lepiej. Tym razem głównym zagrożeniem są kapłani, którzy zdeterminowani, by doprowadzić do upadku ostatnich praw, powołują do życia nowego boga, którego forpocztami są fanatyczne Boże Igły. Jak można zabić Świętego lub boga i czy można? Odpowiedź na to pytanie okaże się zaskakująco krwawa.

Świat wykreowany przez Sebastiena De Castella jest niesamowicie barwny i zaskakujący. Ogromnym pozytywem jest duża dawka czarnego humoru, zarówno w kreacji bohaterów, jak i warstwie słownej. Pomysły na nazwy trucizn, czy stare słowa - określenia postaw czy zachowań, imiona świętych i bóstw nieustannie przywołują uśmiech na twarzy czytającego. Przyjaciele Falcia, Kest i Brasti uwielbiają się powoływać na Cycki Świętej Lainy czy Jaja Świętego Zagheva. 
Bardzo też zaskakują przemiany postaci. Była kurtyzana może stać się Świętą od Miłosierdzia, a ze wszystkiego co nędzne, okrutne i straszne może powstać nowe bóstwo. Niewinna nastolatka może dorosnąć do roli królowej, a przypadkowa śmierć młodego chłopca, poświęcającego się w obronie siostry, może doprowadzić do narodzin najważniejszego dla rycerza bóstwa, mianowicie Bohaterstwa. 

Ciągła walka o słuszne ideały, w świecie ogarniętym przemocą i fanatyzmem, jest, łagodnie mówiąc, trudna. Falcio i jego kompani nie raz ulegają zwątpieniu. Czy nie prościej byłoby się poddać i odpocząć? W końcu tyle się już zrobiło i nie wygląda na to, żeby coś uległo zmianie. W kolejnych przygodach bohaterów, autor zawarł wiele mądrych przemyśleń. Odwagi, miłosierdzia czy bohaterstwa nie nabywa się raz na zawsze. Trzeba pielęgnować w sobie ich zalążki i odnajdywać je wciąż na nowo. Trzeba mieć przede wszystkim siłę, by ich szukać. To w tym tkwi klucz do pokonania zła, które niestety łatwiej dostrzec niż ukryte i łagodne dobro. 

Jestem pod wielkim wrażeniem powieści Krew Świętego. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest najbardziej pomysłowa i dopracowana ze wszystkich trzech do tej pory przeze mnie poznanych. Autor niczego nie pozostawia przypadkowi. Każdy detal ma tu znaczenie i prędzej lub później wpłynie na bieg akcji. Teraz już wiem, że pomysł na serię o Wielkich Płaszczach, nawiązujący do zapomnianych już ideałów muszkieterowskich, był genialny. Przygodę z serią polecam każdemu, kto lubi przygodę, intrygi i szermiercze dygresje.  Jest brawurowo, oryginalnie i zaskakująco. Oby finałowa część serii pojawiła się jeszcze w tym roku.



Dziękuję!

piątek, 23 sierpnia 2019

Jacek Inglot: Eri i smok

Autor: Jacek Inglot
Tytuł: Eri i smok
Tom 1
Stron: 320
Wydawca: Nasza Księgarnia







Mała Eri jest odmienna od pozostałych dzieci. Rozważna, myśląca i ciekawa świata. Ta mała rudowłosa dziewczynka jest nie tylko grzeczną i posłuszną córką i troskliwą siostrą. Ma zadatki na kogoś więcej. Niezwykła więź łącząca ją ze zwierzętami oraz otwarty umysł na cuda natury sprawiają, że w przyszłości Eri może zostać szeptuchą czyli ludową czarownicą, uzdrowicielką, znachorką.

Pewnego dnia dla Eri nadchodzi czas wielkiej próby. Od szeptuchy Maruszy dziewczynka otrzymuje smocze jajo, które ma chronić i zanieść do miejsca przeznaczenia. Pomogą jej w tym towarzysze podróży: skrzat Bajazy, gnom Kołatek i poeta-zbój Wergiliusz. Naszych bohaterów czeka długa i pełna trudów podróż, a w ślad za nimi podążą sługusy złego czarodzieja Widukinda, który chce zdobyć jajo dla siebie. Nadanie narodzonemu smokowi imienia daje nad nim władzę i ta władza marzy się złemu czarownikowi. 

Historia tu opowiedziana jest prosta i obudziła we mnie dużo literackich skojarzeń. Odpowiedzialność za smocze jajo i więź, jaka nawiązuje się między małym smokiem a Eri bardzo przypominała mi nauki mistrza Antoine de Saint-Exupery'ego o przyjaźni i odpowiedzialności. 
Podróż przez dziką i nieprzyjazną krainę może pachniała trochę historiami o Hobbitach i Śródziemiem, a roztargniony rycerz Kokietko i jego giermek sprawili, że jak żywi stanęli mi przed oczami Don Kichot i Sanczo Pansa!

W swojej książce autor odwołuje się do wielu słowiańskich motywów i legend. Mamy tu więc szeptuchy czyli dobre czarownice parające się białą magią. Są skrzaty służące ludziom i przepadające za kaszą ze skwarkami. Są rzeczne boginki, gnomy oraz błędni rycerze, dla których już zabrakło smoków. No i oczywiście są też smoki.

Książka o przygodach małej Eri to ciepła, piękna opowieść o odpowiedzialności, przyjaźni i o tym, że warto trzymać się raz obranego kursu, choć czasem bywa trudno. Istnieją jednak w tym świecie sprawy, o które trzeba zawalczyć nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Inna wyraźnie przebijająca z książki nauka mówi o tym, że automatycznie boimy się tego czego nie znamy, bo łatwiej coś od razu sklasyfikować jako wrogie niż zadać sobie trud poznania. Gdyby ludzie spróbowali poznać smoki, być może losy tej krainy potoczyłyby się zupełnie inaczej, lepiej? 

Eri i smok to dobra propozycja dla młodszego czytelnika. Dobrze z nią zacząć przygodę z fantasy. Można także poczytać ją rodzinnie i o niej rozmawiać; w końcu wiele decyzji małej bohaterki warto omówić i wspólnie przedyskutować. 
Polecam gorąco lekturę przygód Eri i smoka. Rozbawi, wzruszy i zapadnie w pamięć. Bo zdecydowanie jest warta zapamiętania.



Dziękuję!