niedziela, 11 grudnia 2011

Recenzja książki Straż

Na niedzielę wybrałam lekturę niewymagającą, zwłaszcza że Rufi  jest naprawdę absorbujący i trudno byłoby mi się skupić na czymś trudniejszym. Ale po tygodniu już widzę, że jest dużo lepiej niż było. Ustają lamenty, zaczyna panować regularność, a Rufi staje się spokojniejszy. To w tych momentach, gdy nie psoci, a psocenie zdarza mu się to dość często. Jest jednak na tyle bystry, że wystarczy mu raz powiedzieć nie i zostawia to co miał zamiar gryźć. 
Książka Straż jest pierwszym tomem cyklu Strażnicy Veridianu. Powieść jest przeznaczona dla młodzieży, jednak i starszy niewymagający czytelnik też będzie zadowolony.
Tytułowi strażnicy stoją na straży historii i pilnują, by toczyła się ona korzystnie dla ludzkości. Największym wrogiem Straży jest Zakon uosabiający Chaos i próbujący tak pokierować wydarzeniami w historii, by ludzkość jak najbardziej na tym ucierpiała. Członkiem Straży jest główny bohater Ethan. Na co dzień chłopak jest normalnym nastolatkiem, choć sytuację w domu rodzinnym ma nieciekawą od czasu, gdy ponad dwanaście lat temu tragicznie zmarła jego siostra. Rodzice nie umieją się pozbierać po tej tragedii, dlatego synowi poświęcają mało uwagi. Akcja części pierwszej rozpoczyna się w momencie, gdy Ethan w dowód zaufania zwierzchników ma za zadanie wyszkolić Isabel, siostrę swojego najlepszego niegdyś przyjaciela. Isabel okazuje się niezwykle zdolna i pojętna i między nią a Ethanem szybko nawiązuje się przyjaźń. Takie rozwiązanie mi się bardzo podobało, bo okazało się, że tym dwojgu jest pisana nie miłość, a szczera przyjaźń. Te momentalne zakochiwania w paranormalnych są dla mnie niekiedy zbyt nieuzasadnione.   
Wraz z dwójką przyjaciół czytelnik ma okazję obserwować sposób w jaki wypełniają oni zadania strażników i na plus autorce trzeba powiedzieć, że watek duchowej (bo ciało pozostaje we śnie) podróży w czasie, został przedstawiony w sposób spójny i interesujący.
Narracja jest prowadzona z dwóch punktów widzenia: raz opowiada Ethan, a raz Isabel. Dzięki temu czytelnik zyskuje pełniejszy obraz sytuacji. Akcja toczy się sprawnie i nie ma momentów nudnych. Po kilku rozdziałach wstępno- zapoznawczych, w których poznajemy też innych bohaterów, takich jak brat Isabel Matt, Rochelle jego dziewczyna, czy Arkarian, mistrz Ethana, rozpoczyna się przygoda. Do Ethana i jego bliskich wraca tragiczna przeszłość. Pojawia się dawny wróg, wysłannik Chaosu. Okazuje się, że to jak wydarzenia potoczą się w przeszłości ma także wpływ na obecne losy bohaterów. Całość szybko i sprawnie zmierza do momentu kulminacyjnego. Strażnicy muszą się zjednoczyć, by pokonać zło i uratować nie tylko bliskich, ale także historię.
Powieść pani Curley to dobra lektura na zimowe popołudnia pełne deszczowej pluchy za oknem. Rufi posapywał sobie przez sen tuż przy moich stopach, a ja mogłam poznawać kolejne przygody Ethana i Isabel. Książka mi się podobała, przyjemnie spędziłam czas i chętnie sięgnę po drugi tom. Zaplanowana jest trylogia, cieszę się więc, że nie będzie sztucznego rozciągania fabuły. Trzy tomy to optimum. 
Polecam serdecznie.
Autor: Marianne Curley
Tytuł cyklu: Strażnicy Veridianu
Tytuł t. 1: Straż
Wydawnictwo: Jaguar
Stron: 431
Moja ocena: 8/10

sobota, 10 grudnia 2011

Rufi w obiektywie

Zgodnie z obietnicą zamieszczam zdjęcia Rufiego. Od razu mówię, że nie jest łatwo zrobić mu fotkę, bo gdy widzi, że uwaga się mocno na nim koncentruje, zaczyna się kręcić i wiercić, machając ogonem. Poza tym pogoda nadal paskudna i niedobre światło do zdjęć. Ale choć ogólny zarys czekoladowego pieska chciałam zamieścić. Światło jest o tyle ważne, że w sztucznym Rufi wydaje się być czarny. Dopiero dzienne światło pokazuje jego piękny, głęboki brąz. 
Dziś mija tydzień odkąd jest z nami. Dość szalony i niełatwy tydzień. Ale nie od razu Kraków zbudowano. Do nauki potrzebny jest czas, a tego mamy dużo. 
Pozdrawiam i dobrej niedzieli.





















piątek, 9 grudnia 2011

Recenzja książek z cyklu Akademia mroku

Całe szczęście, że zyskałam te książki fuksem w konkursie internetowym, bo celowo dla siebie bym ich nie kupiła. Jak wiadomo paranormali mamy obecnie na rynku istny zalew, z czego większość to kicz i chłam. 
Czytane niedawno Mroczne serce byłam w stanie przełknąć i raczej przeczytam kolejną część, bo dzięki niektórym postaciom historia się wybroniła. Akademia mroku niestety nie ma niczego, co byłoby ją w stanie uratować. Rozczarowałam się fabułą, a brak logicznego uzasadnienia niektórych wydarzeń, ujawniły tylko braki w warsztacie pisarskim autorki. 
Główną bohaterką jest Cassie Bell, która jako stypendystka dostaje się do szkoły tytułowej Akademii. Szkoła co pół roku przenosi się do innego miasta. Podobno Cassie wybrano ze względu na jej wyjątkowość, niestety lektura dwóch części jeszcze tej wyjątkowości nie ujawniła. A może jestem mało bystra i nie zauważyłam. Szybko daje się zauważyć, że w szkole wiedzie prym grupa uczniów bogatych i wyjątkowych. Na czym ta ich wyjątkowość polega idzie się nietrudno się domyślić. Wybrani są wampirami, ale żeby było oryginalniej wampirami energetycznymi czyli żywią się energią ludzką. Noszą w sobie duchy i to te duchy tej energii potrzebują. Oczywiście początkowo Cassie jeszcze tego nie wie. Próbuje się zaaklimatyzować, poznać otoczenie, zdobyć przyjaciół. Potem dochodzi do rozwiązania zagadka tajemniczych zgonów uczniów, a zamieszani są w to Wybrani. 
Akcja książka to rama czasowa pół roku. Kiedy to minęło, nie wiem. Początkowe rozdziały to pierwsze dni, potem kilka tygodni, a pod koniec, który następuje dość szybko okazuje się, że minęło już pół roku. Cassie nie wiedziała, kiedy ten czas minął. Ja też nie. 
W drugiej części, po krótkiej przerwie Cassie wraca do szkoły. Odmieniona i głodna. Wybrani podstępem poddali ją tajemniczemu rytuałowi i zrobili z niej energetycznego wampira. Czy jej to wyszło na dobre, nie wiadomo. 
Kolejne co mi się nie podobało; chłopak, który w pierwszej części ledwie Cassie dostrzegał, z którym zamieniła może trzy na krzyż słowa, teraz od początku książki jest jej chłopakiem, takim super wymarzonym i godnym pozazdroszczenia. Akcja drugiej części skupia się na powrocie byłej uczennicy,  żądnej zemsty. Wszyscy od razu domyślają się, że to ona i całe napięcie bierze w łeb.
Książki budzą skojarzenia z Harrym Potterem i Błękitnokrwistymi, ale nędzne to nawiązania. Z Cassie kiepski Harry Potter, a Alaric Drake Dumbledore'owi do pięt nie sięga. Sama Akademia ma tylko tajemnicze  i ciemne korytarze, gdzie jej tam do Hogwartu. 
Z Błękitnokrwistymi łączy książki chyba tylko zamiłowanie przyjaciółki Cassie, Isabelli do drogich ciuchów.  
Postaci płaskie i papierowe,  napięcie zerowe. Po kolejną część nie sięgnę, gdyż zakończenie drugiej w ogóle mnie nie zaciekawiło. 
Z drugiej strony przyszło mi do głowy, że może jestem za stara na takie książki i spodziewam się po nich Bóg wie czego. Choć taką łatwiznę mało kto wytrzyma. Przeczytałam, więc trzymam się postanowienia przelewania na bloga wrażeń, ale już dawno nic mnie tak nie rozczarowało. Dlatego nie polecam. Szkoda czasu.
Autor: Gabriella Poole
Tytuł cyklu: Akademia mroku 
Tytuł: cz. I Wybrańcy losu s. 280
cz. II Więzy krwi s. 280
Wydawnictwo: Mak Verlag
Moja ocena: 3/10



poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czekoladowy labrador od Mikołaja

No i stało się. Nadarzyła się taka okazja, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Po miesiącach wyczekiwania i wertowania stron rozmaitych hodowli, a także odkładania i gromadzenia  funduszy  kupiliśmy psa! To dlatego od paru dni mam tyły w czytaniu i nie tylko w czytaniu. Kto kiedykolwiek miał szczeniaka w domu ten wie, o czym mówię. W chwili obecnej Rufi, bo takie mu daliśmy imię posapuje sobie przez sen, a śpi na moich stopach. Jest czekoladowy, mocnej budowy ciała, (matko nigdy nie widziałam takich grubych łapek u psa) i ma cztery miesiące. Właściwie to przypomina małego niedźwiadka. Jak to w przypadku maluchów bywa, nawet tych dużachnych, ma jeszcze kłopoty z sikaniem i kupką, więc obecnie jesteśmy na etapie wdrażania się w rytm. Ale już mogę powiedzieć o nim jedno; jest niesamowicie czuły i przylepny. Wszystko go ciekawi i  chętnie przygląda się każdej czynności w domu. Dwugodzinną podróż samochodem do nowego domu zniósł niemal idealnie; przytulony do moich kolan, od czasu do czasu tylko zmieniał pozycję, by wyjrzeć przez okno. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Zdjęć na razie nie zamieszczam, bo nie miałam głowy do ich robienia, a pogoda tak paskudna, że światło do fotografowania też nie najlepsze. Ale postaram się to nadrobić i za parę dni coś wrzucę. W każdym razie w tym roku mój, nasz Mikołaj naprawdę się sprawił. Pozdrawiam wszystkich i dobrego tygodnia życzę!

czwartek, 1 grudnia 2011

Recenzja książki W naszym domu

Kiedy decydujemy się na daną książkę różne rzeczy nas do niej skłaniają: okładka, cena, osobiste upodobania, itp. Mnie zachęciła notatka z tyłu, a przeważyły dwa słowa: zespół Aspergera. W moim otoczeniu na co dzień mam okazję obserwować takiego człowieka i trzeba przyznać, że ludzie z Aspergerem łatwo nie mają. 
Zespół Aspergera określa się mianem  łagodnej postaci autyzmu. Jak to wygląda w praktyce? Otóż ludzie z zespołem Aspergera są niesamowicie dosłowni, nie rozumieją żartów, aluzji, dwuznaczności, nie pojmują mowy ciała, nie znoszą dotyku, są nadwrażliwi na dźwięki, zapachy, kolory. Podczas rozmowy nigdy nie patrzą drugiej osobie w oczy, kontakt wzrokowy jest dla nich wręcz bolesny. Ich życiem rządzi rutyna, wszystko musi mieć dla nich stały czas i stałe miejsce. Zawsze jednakowo, bez żadnych zmian i odstępstw od normy. Najmniejsze zakłócenie tej rutyny powoduje u Aspegerowców najpierw drżenie i niepokój, potem wybuchy gniewu, krzyki, rzucanie się po podłodze, a nawet uderzanie głową o ścianę. Co wtedy pomaga? Przywołanie czegoś co lubią, np słów piosenki, dosłowne przygwożdżenie go do podłogi, tak by nie mógł się ruszyć, a jeśli zdarzyło się to w domu, zakopanie go pod stertą ubrań lub kołder, tak aby czuł się jak w kokonie. Aspergerowcy to także pasjonaci i fiksaci. Gdy zainteresują się jednym tematem, chłoną wiedzę jak gąbka, dopóki nie dowiedzą się wszystkiego. Często nieświadomi wrażenia jakie wywołują na innych ludziach potrafią znienacka zacząć mówić na bliski sobie temat, głosem jak z automatu. Zdarzają się wśród tych ludzi geniusze matematyczni. Najgorsze jest chyba to, że nie są i nie będą nigdy empatami, tzn. nie umieją się postawić w sytuacji drugiej osoby, nie potrafią współczuć, ani się martwić.
Taki właśnie jest Jacob Hunt, główny bohater książki. Jacob ma lat 18, mieszka z mamą i młodszym bratem Theo. Jacob uwielbia kryminalistykę i wszystko co wiąże się z dochodzeniami i śledztwem. Jest wielkim fanem serialu "Pogromcy zbrodni" i ogląda go na okrągło; każdy odcinek oglądał już blisko 38 razy i  z każdego odcinka robi dokładne notatki. Będąc w posiadaniu radia z policyjną częstotliwością, Jacob często przychodzi na miejsce wydarzenia i poucza dochodzeniowców. Gdy trzyma się swojej codziennej rutyny, funkcjonuje dość dobrze, gdy coś rutynę zakłóci -  dostaje ataku. Ktoś powie: nic trudnego utrzymać taką rutynę, wystarczy po prostu trzymać się tego co się ustaliło. Być może, gdyby nie wychodzić z domu, byłoby to łatwe. Ale życia wśród ludzi nie da się przewidzieć. Dlatego nie jest łatwe życie ani człowieka z Aspergerem, ani jego bliskich. Na uwagę zasługuje matka Jacoba, Emma, która większość swojego życia poświeciła opiece nad synem, co w praktyce oznaczało rezygnację z własnych celów, ambicji i zamierzeń. Wzrusza również Theo, bohater drugiego planu; młodszy brat, któremu jednak przypadło grać rolę starszego. Theo wie, że to Jacob zawsze jest najważniejszy i godzi się z takim stanem rzeczy, bo co ma innego zrobić. Domowa zasada mówi: Szanuj brata swego, masz tylko jednego. Koniec, kropka, bez dyskusji.
Życie rodziny ulega drastycznej zmianie, gdy prywatna instruktorka Jacoba, ucząca go umiejętności i interakcji społecznych zostaje znaleziona martwa. Czy Jacob ze swoim upodobaniem do kryminalistyki ma coś wspólnego z jej śmiercią? Każda cecha zespołu Aspergera czyni chłopaka coraz bardziej podejrzanym. A jak jest naprawdę? Zachęcam, byście przekonali się na własnej skórze. 
To moje drugie spotkanie z panią Picoult i muszę przyznać, że udane. Schemat fabularny jest podobny jak w powieści Bez mojej zgody, tzn. autorka oddaje głos bohaterom, co poszerza perspektywę i rozprasza czytelnicze znużenie. Wypowiada się także sam Jacob i choć mam świadomość, że zespół Aspergera nie jest powodem do śmiechu, to muszę przyznać, że gdy czytałam jego wypowiedzi śmiałam się nieraz. No bo jak tu się opanować, gdy główny bohater w ramach szkolnej prezentacji na temat prawa ciążenia i grawitacji zupełnie na serio planuje zdjąć przed klasą spodnie, by to ciążenie zademonstrować i na dodatek nie widzi w tym niczego niewłaściwego? Takich sytuacji jest w tej książce sporo i powodują one, że czyta się z naprawdę wielkim zaciekawieniem. Znużyły mnie same przygotowania do procesu i przepychanki adwokatów, to mogła autorka nieco skrócić, ale w ogólnym rozrachunku nie wyszło to tak źle i przeboleć się dało. Dlatego polecam tę książkę i fanom pani Picoult i  wszystkim zainteresowanym tematem i wreszcie takim, którzy szukają ciekawej lektury. 
A na koniec mały fragment wypowiedzi Jacoba, który mnie wzruszył, bo pokazał dobitnie jak trudno jest funkcjonować ludziom z zespołem Aspergera w naszym głośnym, wielobarwnym, szybko zmieniającym zasady świecie: 
Gdzie jestem, kiedy mnie niema?
W pokoju bez okien i drzwi, gdzie ściany są tak cienkie,że widzę i słyszę wszystko, co jest na zewnątrz, ale jednocześnie za grube, żebym mógł się przez nie przebić.
Jestem tam, ale mnie tam niema.
Dobijam się, żeby mnie wypuścili,ale nikt nie słyszy.
Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?
W krainie, gdzie nie jestem podobny do nikogo innego,gdzie ludzie porozumiewają się, milcząc, a powietrze, którym oddychamy, przesycone jest hałasem.
Wpadłem między wrony i chcę krakać tak jak one; chcę się porozumieć, ale nikt nie raczył mi
powiedzieć, że ci ludzie są głusi.
Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?
W miejscu, które jest całkowicie,nieopisanie pomarańczowe.
Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?
W miejscu, gdzie moje ciało zamienia się w klawiaturę złożoną z samych czarnych klawiszy, tylko -is i -es, a przecież wiadomo, że aby zagrać piosenkę, której inni zechcą słuchać,potrzeba jeszcze trochę tych drugich, białych.
A po co wracam?
Żeby znaleźć te białe klawisze.



Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W naszym domu
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Stron: 692
Moja ocena: 9/10

niedziela, 27 listopada 2011

Recenzja książki Mroczne serce

Mimo, że większość paranormali jest uważana za przewidywalne i schematyczne, to i tak wszyscy od czasu do czasu je czytamy. Cenimy je za lekkość fabuły, szybkie tempo czytania i prostotę. Szczerze przyznam, że przeszłabym obok cyklu obojętnie, ale fuksem zdobyłam część drugą, a że nie lubię zaczynać czytania od środka, to kupiłam sobie część pierwszą. Fabuła jest bardzo prosta i lepiej byłoby dla całej historii, gdyby autorka zrobiła z tego jedną, nieco grubszą książkę, zamiast dzielić ją na trylogię, zgodnie z zasadą marketingowych chwytów. Jakis czas temu recenzowałam książkę pt. Lucian Jej autorka pani Abedi stworzyła całkiem znośną historię i zmieściła się w jednej części. Wyszło to na dobre i całej powieści i mnie jako czytelnikowi. Trylogie paranormalne dla młodzieży mają to do siebie, że początkowo niewiele się w nich dzieje, akcja wlecze się jak ślimak, a bohaterowie tylko wzdychają i się zastanawiają czy kocha, czy nie kocha. A jeśli już dojdzie do pocałunku, to jest wielkie halo.
Dlatego postanowiłam, że o obydwu częściach opowiem w jednej recenzji. Główną bohaterką jest szesnastoletnia Jane Jonas, samotniczka i zamknięta w sobie dziewczyna. Od pewnego czasu nie chodzi do szkoły i uczy się w domu, gdyż koleżanki tak jej dokuczały, że uczęszczanie do szkoły stało się dla niej niemożliwe. Dlatego Jane jest bardzo nieufna, niepewna siebie i w ogóle nie ma znajomych. Jane ma również dziwne sny, w których spotyka tajemniczego chłopca. Jane wyczuwa w nim ogromny smutek i jednocześnie jest pewna, że jest on jej bratnią duszą. Tymczasem w świecie realnym bohaterka poznaje Evana, przystojnego, pewnego siebie i również tajemniczego nieznajomego. Od tej pory Jane, lawiruje pomiędzy realnym i bardzo nią zauroczonym Evanem, a Luką, który jest znacznie mniej realny, smutny, ale za to bardzo pociągający. Okazuje się, że Luka jest wilkołakiem, mieszka w Nissilum, magicznej krainie pełnej wampirów, wilkołaków, czarownic i aniołów. Pewnego dnia Jane dostaje od Luki, stary pamiętnik. Zawiera on zapiski młodej dziewczyny, która straciła ukochanego. Pamiętnik ma pomóc Jane zrozumieć całą sytuację. Oczywiście bystry czytelnik od razu się domyśli, kim była autorka pamiętnika. Cała powieść to rozterki Jane, która nie potrafi zdecydować, na którym z chłopaków bardziej jej zależy. Trudno ją zresztą o to winić, bo Luka stwarza między nimi spory dystans, tłumacząc to tym, że w Nissilum związki ze śmiertelnikami nie są mile widziane i właściwie skazane z góry na porażkę. Dopiero na koniec książki akcja nieco przyśpiesza, ale wtedy jako czytelnik jesteśmy w takiej sytuacji, że albo sobie dajemy spokój, albo czytamy dalej, bo tak naprawdę wiemy niewiele. Jako że miałam pod ręką część drugą od razu zabrałam się za lekturę.
Mimo że pierwsza część zasugerowała happy end dla Jane i Luki, który naskładał dziewczynie masę obietnic, w drugiej części nic z tych obietnic nie zostało. Luka ugina się pod naciskami rodziny i zaręcza się z wybraną przez matkę Lilą. Jane musi zapomnieć, bo wiele zrobić nie może. Wyjeżdża więc na wakacje do babci, a po powrocie zaczyna studia. Rozpaczliwie tęskni, ale chłód i dystans Luki paraliżuje wszystkie jej działania. Kiedy przypadkiem poznaje Sorena, zupełnie niespodziewanie zyskuje nowego sojusznika, co być może pozwoli jej odzyskać Lukę. 
W drugiej części dowiadujemy się więcej na temat funkcjonowania społeczności w Nissilum, poznajemy nową twarz Evana  alias Rafaela i to jego oczyma dostrzegamy błędy i nieprawidłowości w Nissilum. Pozorne dążenie do wzajemnej harmonii ras, okazuje się w rzeczywistości, unikaniem uczuć, gubieniem siebie i godzeniem się na związki bez miłości i uczuć, byle tylko zachować czystość rasy i zadowolić rodzinę. 
Jane nadal sprawia wrażenie jakby się miotała, choć przyznam, że dostrzegam dla niej promyk nadziei. Za to Luka zwiódł mnie kompletnie. Okazał się ciepłymi kluchami, bez woli walki i własnego zdania. Po prostu pozwalał się nieść na fali wydarzeń. 
Na uwagę zasługuje za to Rafael, jako ten który chce zmian i reform; i Soren, który wydaje mi się dużo lepszą partią dla Jane niż Luka. Jest stanowczy, błyskotliwy, zaradny i zwyczajnie mądry, że nie wspomnę o tym, że jest też bardzo sexy. Niestety, gdy główna bohaterka też zaczęła dostrzegać zalety tego ostatniego, tom drugi się skończył, a Jane wylądowała w ramionach Luki, zakochana i niepomna na to co było. A szkoda, bo moim zdaniem, czasem to co pod okiem i przy nas, jest znacznie lepsze od tego, za czym tak uparcie gonimy. Czy Jane pokierowana piórem pani Monroe zmieni punkt widzenia, tego niestety nie wiem, uważam jednak, że taka zmiana wyszłaby fabule na dobre. Trzecia część ukaże się dopiero w roku przyszłym, na rozwiązanie przyjdzie więc jeszcze nieco poczekać.
Pozycje książkowe dobre na jesienną niedzielną zawieruchę, ale nie spodziewajcie się zbyt wiele. Trzeba raczej wrzucić na luz, bo przy wielce krytycznym i poważnym podejściu do cyklu zbyt wiele się z niego wyłuskać nie da. Dlatego polecam albo fanom gatunku, albo szukającym lekkiej, naprawdę lekkiej lektury. 

Autor: Lee Monroe
Tytuł cyklu: Mroczne serce
Tytuł: Przeznaczeni cz.1,
Nieśmiertelni cz. 2
Wydawnictwo: Mak Verlag
Stron: cz. 1: 363
cz. 2: 366
Moja ocena 6-7/10

sobota, 26 listopada 2011

Recenzja książki Niewyznane grzechy siostry Juany

Na Pomorzu szaleje wicher i nie omija nawet naszego Pępka Trójmiasta. 
Kłębiaste chmury pędzą po niebie, w kominku buzuje ogień, czarując swoim blaskiem i łaskawie przypomina, że jest weekend i można, a nawet trzeba zapomnieć o pracy i oddać się lenistwu, jakże słodkiemu, bo wyrażanemu poprzez zatopienie się w przytulnym fotelu z książką w dłoniach. W dniu wczorajszym pan listonosz przyniósł mi książkę o tajemniczej siostrze Juanie i tak mnie te jej tytułowe grzechy zaciekawiły, że od razu zabrałam się za czytanie. Tym bardziej, że mój Maciek, na widok tytułu powiedział: "O, to chyba jakaś erotyczna będzie. Ja też przeczytam". Trudno mieć mu za złe to skojarzenie, w końcu, gdy się słyszy w jednym zdaniu grzechy i siostra,  erotyzm sam na myśl przychodzi. Jestem świeżo po lekturze i muszę powiedzieć, że erotyzm tu się znajdzie, to fakt, ale tak naprawdę ta książka kipi od tylu uczuć, że aż trudno je wymienić w jednym zdaniu.
Główną bohaterką jest młoda doktorantka Laura. Dużo czasu spędza w Sewilskim Archiwum Indii Zachodnich i podczas przeglądania starych dokumentów natrafia na siedemnastowieczne zapiski, które wcale nie powinny się tam znaleźć, bo tematycznie nie pasują do reszty. Są to dzienniki - wspomnienia zakonnicy Isabel Marii de San Jose, siostrzenicy słynnej i tytułowej siostry Juany. Świadoma wagi odkrycia, Laura zaczyna przeglądać zapiski i  wpada na trop, prowadzący ją do wielkiej przygody, która przekracza granice czasu. 
Tytułową siostrę Juane poznajemy z zapisków jej siostrzenicy Isabel. Isabel, jako mała dziewczynka, została oddana przez rodziców na wychowanie do klasztoru, tam trafiła pod opiekę swojej ciotki, kształciła się pod jej okiem, aż w końcu sama wybrała zakonne życie, przekonana, że uchroni ją ono od złego losu, jaki w tamtych czasach był udziałem słabej płci. Pod pojęciem zły los, zarówno i Juana, jak i Isabel rozumiały uległość kobiet wobec uczuć mężczyzn, niemożność samodzielnego decydowania o własnym życiu i niemożność kształcenia się, gdyż wówczas, tylko mężczyźni bez przeszkód mogli to wykształcenie zdobywać.  Obie kobiety były sobie bardzo bliskie, darzyły się ogromnym zaufaniem, do tego stopnia, że Juana zleciła Isabel spisanie wspomnień i uczyniła ją swoją spadkobierczynią i powiernicą swoich sekretów. A tych sekretów Juana miała w swoim barwnym życiu całkiem sporo. Przyszła na świat z głodem wiedzy, wciąż chciała się uczyć, czytać książki, podróżować, poznawać nowe kraje i nowych ludzi. Świadoma, że na wykształcone kobiety nie patrzy się życzliwym okiem, z biegiem czasu nauczyła się wykorzystywać zdobyte umiejętności, do manipulowania innymi, tak, by dbać nie tylko o własne potrzeby, ale też o bezpieczeństwo bliskich. Owa umiejętność manipulacji zrodziła się w niej wtedy, gdy była damą na dworze wicekrólowej Meksyku. Życie dworskie pełne intryg, dwuznaczności szybko nauczyło Juane, że nikomu nie powinno się ufać, a wszędzie pełno jest oczu i uszu, które tylko czyhają na jakieś nowe rewelacje. Po kilku latach spędzonych na dworze, przekonała się, że najlepszym sposobem zachowania wolności osobistej, będzie dobrowolne i jakże pozorne jej oddanie czyli wstąpienie do klasztoru i wdzianie habitu. Zapiski Isabel pokazują, że Juana nie była zwykłą zakonnicą. Żyjąc w klasztorze przeprojektowała ogród, pisała sonety, interesowała się malarstwem i sztuką, spotykała się z wybitnymi osobistościami renesansu. Rzecz jasna, gdyby trzymała się reguł klasztornych nie dokonałaby tylu rzeczy, nie trudno się zatem domyślić, że łamała śluby ubóstwa, posłuszeństwa, a nawet czystości. Ludzi obracających się wokół niej nie zostawiała obojętnymi, albo ją szanowano i kochano, albo zaciekle nienawidzono. Swoim życiem i działalnością zwróciła nawet na siebie uwagę Świętego Oficjum. 
Razem z Laurą czytamy zapiski Isabel i zagłębiamy się w historię życia Juany, a jednocześnie wplątujemy się w międzynarodową intrygę, która dopiero teraz po trzystu latach ma swój finał. Dowiadujemy się, dlaczego Oficjum tak interesowało się osobą Juany, poznajemy wszystkie białe plamy w jej życiorysie, dowiadujemy się o istnieniu tajemniczego portretu, którego tak zawzięcie szukano, a mimo to nigdy nie odnaleziono.  Jednocześnie poznajemy rozterki uczuciowe Laury, która przyłapuje swojego chłopaka na zdradzie i dowiaduje się, że sama zostanie matką. Historia Juany i Isabel pozwala Laurze lepiej zrozumieć siebie samą i podjąć decyzję w sprawie swojej przyszłości.  Tym, co mnie w Laurze denerwowało, była zbytnia łatwość, z jaką zapomniała i wybaczyła zdrady. Choć z drugiej strony wydaje mi się, że zapiski Isabel na temat Juany, tak ją wciągnęły, że  zwyczajnie łatwiej było jej to przeboleć. A że częściowo sama bez winy nie była, to na resztę przymknęła oko.
Czytało mi się bardzo przyjemnie i dość zachłannie, bo o istnieniu tajemniczego obrazu wspomina się już w prologu, a bardzo się chciałam dowiedzieć co na nim było. Powieść kipi od emocji i namiętności. Juana, głodna wiedzy i świata, dokonała w swoim klasztornym życiu więcej,  niż niejedna kobieta współcześnie.  iA w dodatku zrobiła to w czasach, gdy mądre i zaradne kobiety miały tak niewielkie pole manewru, a ich jedyną bronią  było ciało, wzbudzające męskie pragnienia. Jednocześnie nazwy słodyczy i łakoci, o których wspomina Isabel sprawiały, że ślinka mi ciekła, a opisy upalnych hiszpańskich dni, sprawiały, że tym mocniej otulałam się kocem, marząc o gorącym lecie, z lazurowym niebem.
Bardzo lubię historie, owiane mgłą tajemnicy i zapomnienia; historie, które odkrywane na nowo, mają swój finał w czasach współczesnych. Jeśli Wy też takie lubicie, to "Niewyznane grzechy siostry Juany "są  lekturą właśnie dla Was. Zachęcam.
Autor: Kyra Galvan
Tytuł: Niewyznane grzechy siostry Juany
Wydawnictwo: Mała Kurka
Stron: 240
Moja ocena: 10/10
 Za książkę serdecznie dziękuję pani Bożenie z wydawnictwa Mała Kurka
Dziękuję również za okazane serce i sympatię. Pozdrawiam serdecznie!