sobota, 17 października 2015

Guillermo del Toro & Daniel Kraus: Łowcy Trolli

Autorzy: Guillermo del Toro & Daniel Kraus
Tytuł: Łowcy Trolli
Stron: 381
Wydawca: Galeria Książki



Guillermo del Toro chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ten oryginalny i niezwykle pomysłowy reżyser zasłynął zwłaszcza takimi filmami jak Labirynt fauna czy Hellboy. Polskim czytelnikom dał się poznać także jako pomysłowy pisarz i twórca nowego, a jednak trochę starego typu wampirów w elektryzującej powieści Wirus, wydanej u nas jesienią ubiegłego roku.   Jedno jest pewne; del Toro potrafi tworzyć interesujące potwory i z lubością bawi się konwencjami, przełamując momenty zagrożenia, czarnym humorem. Najlepszym tego dowodem jest jego najnowsza powieść, napisana we współpracy z Danielem Krause, zatytułowana Łowcy Trolli, a wydana w Polsce przez wydawnictwo Galeria Książki.
Czym są trolle wiedzą wszyscy. Stwory te pochodzą z mitologii skandynawskiej i są równie głupie, co złośliwe i brzydkie. Niemal każde książkowe uniwersum ma swoją wersję tych stworzeń. Spotykamy je w tolkienowskim Śródziemiu, Świecie Dysku T. Pratchetta, czy w serii książek o Harrym Potterze J.K. Rowling. Najczęściej są kłopotliwe ze względu na swoje rozmiary i łatwe do pokonania ze względu na podatność do manipulacji. 
Skierowana do młodszej grupy czytelników powieść Łowcy Trolli ukazuje nam nieco inny wizerunek tych stworzeń. Ale po kolei.
Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku małe miasteczko San Bernardino przeżyło wielką tragedię, gdyż w krótkim czasie zniknęło tam blisko 200 dzieci. Zjawisko to było tak nagłe i masowe, że nie nadążano z poszukiwaniami, a kartony z mlekiem nagle zapełniły się zdjęciami zaginionych. Ostatnim dzieckiem, które zniknęło był nastoletni Jack Sturges. W rowerowym wyścigu z bratem podjechał zbyt blisko starego mostu i tam jego brat widział go po raz ostatni. Jim z trudem uszedł z życiem, gdyż dziwaczne monstrum zaczęło ścigać także i jego. Tragedia ta na zawsze zmieniła Jima Sturgesa. 45 lat później jest zmęczonym życiem człowiekiem, który zarabia na życie kosząc trawniki, ma obsesję na punkcie domowych zabezpieczeń i panicznie obawia się o bezpieczeństwo nastoletniego syna Jima.
Narratorem tej historii jest właśnie Jim, chłopiec zwyczajny. Jego najlepszy przyjaciel, puszysty Tub walczy z nadwagą i szkolnym dręczycielem Chuckiem, obaj nie cierpią wf-u, a zwłaszcza wspinania się po linie i obaj mają trochę skomplikowaną sytuację domową. 
Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy Jim zaczyna widywać rzeczy rodem z najgorszych koszmarów. Na nic zdają się domowe alarmy i kody bezpieczeństwa. Potwory wychodzą z podziemi, by przerwać spokojne życie mieszkańców. Życie dzieci znowu jest zagrożone. Trochę wbrew sobie, Jim staje się członkiem bardzo oryginalnej grupy, której celem jest powstrzymanie potworów. Czy im się to uda? Warto przekonać się samemu.
Łowców Trolli czyta się jedynym tchem, bo jest to bardzo sprawnie napisana książka i nie mam tu na myśli tylko przyjaznej czcionki, czy, co ostatnio rzadko się w książkach zdarza, ilustracji, dzięki którym łatwiej wyobrazić sobie opisywane przez autorów stwory. Nieciekawa sytuacja rodzinna Jima: odejście matki i kryzys psychiczny ojca, trwający właściwie od czasów porwania brata, spowodowały, że nastolatek jest nie tylko dojrzały jak na swój wiek i umie sobie radzić sam. Ma też niezwykły dystans do wszystkiego co go spotyka i opowiada o tym z pewną dozą dystansu i życiowej ironii, właściwej ludziom po ciężkich przejściach.
Bardzo pomysłowo są tu przedstawione trolle, które są nie tylko duże, wielokończynowe i niezwykle żarłoczne. Większość z nich jest inteligentna i świadoma zagrożenia, jakie stanowią dla świata ludzi. Wśród tej dużej grupy znajdą się jednostki, które są opiekuńcze i waleczne i potrafią walczyć o to, co słuszne. 
Łowcy Trolli to historia z ikrą i potencjałem, pełna niezwykłych i oryginalnych rozwiązań. Okazuje się, że z potworami można walczyć nie tylko mieczem; nadają się do tego też inne narzędzia, jakie nie zdradzę, aby nie zepsuć przyjemności poznawania tej historii.
Summa sumarum, Guillermo del Toro i Daniel Kraus wykazali się pomysłowością i mile mnie zaskoczyli. Jeśli okaże się, że historia będzie miała ciąg dalszy, a są ku temu pewne przesłanki, chętnie się z nią zapoznam. 


Dziękuję!

środa, 14 października 2015

Nauczyciel też człowiek :)

Pomysł na tę notkę przyszedł mi do głowy zupełnie przypadkiem, choć przeróżne spostrzeżenia z nią związane kiełkowały w mojej głowie już dawno. Nie chodzi tu o to, żeby się żalić, tylko zrobić małą refleksję, której wnioskiem przewodnim będą słowa z tytułu. 
Każdy zawód, który wymaga czynnej i częstej styczności z ludźmi, chyba prędzej czy później dociera do takiego właśnie punktu. Gombrowicz powiedziałby, że po prostu zakładamy maski społeczne i jestem skłonna się z nim zgodzić. Chodzi mi o to, że często jesteśmy tak silnie postrzegani przez pryzmat wykonywanej przez nas pracy, że chcąc nie chcąc, już nie przypisuje się nam zachowań lub spraw typowo ludzkich. Przykłady?
"Widziałem, jak pani robi zakupy w sklepie" - mówi do mnie podekscytowany uczeń. "Fajnie" mówię i chciałoby się dodać, że gratuluję spostrzegawczości. No bo co powiedzieć? Też muszę jeść, więc to jedzenie trzeba gdzieś kupić. Też zmywam naczynia, więc potrzebuję płynu do mycia naczyń. "Widziałam panią w kościele na mszy"  mówi do mnie jedna z uczennic. "Miała pani tę brązową kurtkę", dodaje. Uśmiecham się, bo sama czasem już nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony może to być próba nawiązania kontaktu, ale mnie coraz częściej kojarzy się z zaskoczeniem, że nauczyciel poza szkołą ma jeszcze jakieś inne życie i sprawy. A przecież tak właśnie jest. Nauczyciel to mój zawód, szkoła to miejsce mojej pracy, którą staram się wykonywać najlepiej jak umiem. A po wyjściu ze szkoły wracam do domu i tam zajmuję się rzeczami, które lubię, muszę, powinnam zrobić, bo nikt nie zrobi tego za mnie.

 Poniżej kilka przykładów sytuacji, które dotyczą mnie na co dzień:

Wychodzę z psem na spacer i lubię założyć legginsy w kratkę. 
Zdarza mi się odkładać zrobienie czegoś na potem, bo teraz mi się nie chce.
I mnie dopada choroba, ból głowy, senność, ziewanie. 
I ja bywam zniechęcona i zmęczona. 
I ja mam ochotę zjeść coś niezdrowego, pobuszować w Sieci, pośmiać się z głupich żartów.
I ja czekam na wolne dni, by porobić wtedy coś, na co nie starcza mi czasu w tygodniu pracy. 
Jestem podatna na pochwały, przykrości, komplementy i kłopoty, tak samo jak każdy inny człowiek. 
Nie lubię wstawać rano, jak większość chyba. Właściwie im jestem starsza, tym większy ze mnie śpioch. 
Stresuję się wieloma rzeczami, najczęściej takimi, na które nie mam wpływu. 
Zdarza mi się pomylić lub czegoś nie wiedzieć. Naprawdę nie wiem wszystkiego. :) 

To tylko niektóre z przykładów, jakie przyszły mi do głowy. A jest tego o wiele więcej. 

Tak czy siak na koniec 
składam wszystkim związanym zawodowo ze szkołą 
najlepsze życzenia zadowolenia, 
chęci i motywacji do wykonywanej pracy 
i optymizmu na co dzień!

poniedziałek, 12 października 2015

Sophie Kinsella: Nie powiesz nikomu?

Autor: Sophie Kinsella
Tytuł: Nie powiesz nikomu?
Stron: 360
Wydawca: Świat Książki






Jeszcze niedawno zachwycałam się przypadkiem znalezioną powieścią Mam twój telefon, a niedługo potem natrafiłam na coś lepszego mianowicie Nie powiesz nikomu? tej samej autorki. 
Historia z miejsca mnie zawojowała, głównie nietuzinkową bohaterką, o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest nudna. 


25-letnia Emma uważa, że każdy ma w życiu swoje sekrety, których nikomu nie zdradza. Najczęściej są to wstydliwe drobiazgi, których ujawnienie nikogo by nie skrzywdziło, ale też nie przysporzyłoby jakiejś wielkiej popularności. 
Gdyby mała Emma słuchała mamy i nie rozmawiała z nieznajomymi, wszystko by było ok. Jednak dorosła Emma nie zastosowała się do tej rady i w samolocie w klimacie turbulencji, siedzącemu obok nieznajomemu, zdradziła wszystkie swoje małe i większe sekrety. Zaczęła od zbyt małego rozmiaru majtek, przez kiepską kawę w pracy, na braku punktu G skończywszy. Potem wróciła do domu i o wszystkim zapomniała, aż do chwili, gdy okazało się, że cierpliwy nieznajomy z samolotu to... właściciel firmy, w której Emma pracuje i jej szef!
Przerażenie i konsternację bohaterki można sobie tylko wyobrażać. 

Powieść Mam twój telefon podobała mi się bardzo. Była dowcipna, zaskakująca i przyjemna w odbiorze. 
Nie powiesz nikomu? jest o niebo lepsza! 
Długa lista drobnych tajemnic Emmy to jej całe życie. Bawią one do łez, zwłaszcza gdy na arenę wchodzi Jack i z godną podziwu cierpliwością nie tylko je przyjmuje i akceptuje, ale i wychodzi im na przeciw. Sekrety Emmy, na tle rozmyślań o jej możliwościach, pracy, znajomych z najbliższego otoczenia, nieco toksycznej rodzinie z kuzynką Kerry na czele bawią, ale też dają do myślenia. Jak sama bohaterka w pewnym momencie zauważa, gdyby ludzie częściej ze sobą rozmawiali, życie i wzajemne relacje byłyby prostsze. Czasem jednak tak trudno zdobyć się na szczerość, zwłaszcza wobec bliskich. Wydaje się nam, że przecież powinni nas znać, wiedzieć od razu, domyślać się. 

Perypetie Emmy są przezabawne, a jej refleksje mimo, że tak proste i oczywiste, powodowały, że raz po raz wybuchałam śmiechem. Ciekawe jest jednak to, że często przyznawałam jej rację. No cóż, kobiety lubią szukać podobieństw. Zachwyciła mnie historia Emmy, a Jack, no cóż, po prostu cudowny facet. 
Gdyby nie Mam twój telefon nie zdołałoby zachęcić mnie do sięgnięcia po inne książki Sophie Kinsella, to Nie powiesz nikomu? obowiązkowo każe sięgnąć po kolejne pozycje. 
Jestem zachwycona. To nie tylko dobra zabawa i odmóżdżacz, ale przede wszystkim świetna lektura dla kobiet. 
Polecam!

niedziela, 11 października 2015

Przegapiona rocznica :)


Minęła wczoraj, ale pośród natłoku prac ogrodowych 
kompletnie o niej zapomniałam. Tknęło mnie dopiero dziś. :)  
Cztery lata minęły tak szybko. A wiecie co jest najlepsze? 
Że nawet przez myśl mi nie przeszło, aby przestać! 
I tego właśnie życzyłabym sobie na kolejny rok!

czwartek, 8 października 2015

Kolorowanka Ptaki od wydawnictwa Vesper

Typ: Kolorowanka Ptaki
Liczba kart do pokolorowania: 44
Wydawca: Vesper





W ostatnim półroczu, oprócz książek na półkach księgarskich zagościły różnego rodzaju kolorowanki dla dorosłych i skradły serca wielu czytelników. Mnogość i różnorodność wyboru chwyta za serce i aż żal bierze, że nie było takich pozycji, gdy byłam mała i o kolorowaniu marzyłam.  

O dobrych i pożytecznych skutkach kolorowania napisano już wiele: odstresowują, pomagają ćwiczyć koordynację oko - ręka, wyrabiają cierpliwość itp. O tym, że zapewniają przyjemne spędzanie czasu i trochę go kradną, już nie wspomnę. Kolorowanki zwyczajnie są fajne i jeśli ktoś je lubi, to nie ważne, ile ma lat. Odrobina dobrej zabawy jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 

Wydawnictwo Vesper także  wypuściło na rynek swoje kolorowanki i trzeba przyznać, że zaczęło z dość wysokiego pułapu. 
Odkąd kilka lat temu zainteresowałam się ogrodnictwem, działka została ogrodzona, a każdej roślinie można wytyczyć miejsce, którego nikt nie podepcze, w naszym ogrodzie zaczęły pojawiać się także i ptaki. Wpadliśmy więc na pomysł zbudowania kilku domków. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Już od paru lat co roku, wczesną wiosną, domki zajmują bardzo ruchliwe ptaszki, które gdy przyjdzie pora karmienia uwijają się niczym w ukropie. Ale na tym nie koniec. Wokoło roi się cały tłum wróbli, które małych dochowują się kilka razy w sezonie. Na podwórku panoszą się połyskliwie upierzone i głośne sroki, a czasem przylatują nawet sójki. Przyjemnie się obserwuje taki ruch w ogrodzie, tym bardziej, że z czasem stajemy się dla tych ptaków elementem otoczenia i jakoś nawet się za bardzo nie boją. Być może dlatego możliwość zrecenzowania kolorowanki tak mocno na mnie podziałała. 

Kolorowanka Ptaki zawiera 44 ilustracji zwanych fachowo linorytami. W końcu zanim pojawiła się możliwość fotografowania, jedynym sposobem uwiecznienia czegoś, było narysowanie tego. 
Ilustracje ptaków zaczerpnięto z dwóch książek. Pierwsza z nich to  Historia ptaków w Europie  H.E. Dressera wydana w roku 1871, a druga to  Ptaki Ameryki  Johna T. Bowena i Johna Jamesa Audubona z lat 1840-1844. 
Nie są to jednak byle jakie szkice. Kunsztem w ich tworzeniu wykazał się zwłaszcza J.J Audubon, który mieszał pastele z akwarelami, gdyż zależało mu bardzo na pokazaniu faktury i układu ptasich piór. To dlatego te ilustracje tak zapierają dech w piersiach. Uwiecznione na nich ptaki wyglądają wręcz jak żywe! Początkowe karty albumu zawierają listę ptaków wzbogaconą o pomniejszone ryciny, podpisane po polsku i po łacinie. To także ułatwia wybór.
Niniejsze wydanie ma następujący układ: obok planszy do pokolorowania  mamy oryginalny rysunek, od razu więc wiemy, jakich mamy użyć kolorów, gdzie pocieniować, itp. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, gdyż kolorowanie bez takiego wzoru po omacku, byłoby zniechęcające. Osobiście nie wyobrażam sobie szukania zdjęć danego ptaka w Internecie, aby wiedzieć, jak kolorystycznie jest ubarwiony. 
Tym sposobem można stworzyć naprawdę wspaniały album, choć od razu mówię, że nie jest to pozycja dla niecierpliwych. 
W mojej pracy z dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną znalazłam jeszcze jedno zastosowanie kolorowanek. Czasem na zajęciach rewalidacyjnych trudno przełamać pierwsze lody, albo znaleźć ćwiczenie, które odbiegałoby trochę od szkolnej rutyny. Żeby to nie było znowu pisanie, liczenie, łączenie linii. 
Kolorowanki są do tego idealne. Uczeń wybiera sobie ilustrację, ja robię xero i zaczyna się kolorowanie. Już sama możliwość wyboru, jest dla dziecka czymś fajnym, ma tę świadomość, że może częściowo choć decydować o kształcie i przebiegu naszych zajęć. 
To dlatego popieram całym sercem za każdą nową kolorowankę. To naprawdę wspaniały pomysł i oby ich było na rynku, jak najwięcej.
A na koniec moja niedzielna próba kolorowania. Najpierw nie mogłam się zdecydować, bo każda ilustracja coś w sobie ma, ale w końcu wybrałam Zniczka i Myślikrólika. Łatwo co prawda nie było, gdyż nigdy nie byłam zbyt dobra w tej dziedzinie, ale zabawy miałam co niemiara. 

Dlatego, jeśli ktoś jeszcze się waha lub nie wie, co wybrać, to polecam Kolorowankę Ptaki od wydawnictwa Vesper. Frajda będzie ogromna. 




Dziękuję!

niedziela, 4 października 2015

Meljean Brook: Żelazny Książę

Autor: Meljean Brook
Tytuł: Żelazny Książę
Seria: Opowieść z Żelaznych Mórz, t.1
Stron: 439
Wydawca: Dwójka bez Sternika






Żelazny Książę dość długo czekał na swoją kolej. Steampunku w polskim wydaniu mamy niewiele, dlatego postanowiłam zaczekać z lekturą do czasu aż naprawdę nabiorę chęci na tego typu historię. 
Rozpoczęłam lekturę pełna dobrych przeczuć i pomna pochlebnych recenzji, w którymi stykałam się, gdy książka świeciła triumfy wśród czytelników. Początkowo było całkiem fajnie, jednak z czasem, no cóż. Przyznam, że nie do końca tego oczekiwałam i jestem trochę zniesmaczona. Jednocześnie cieszy mnie fakt, że choć jest to pierwsza część serii, kolejne tomy traktują już o innych bohaterach, dzięki czemu nie muszę żałować, że mnie coś ominęło, gdyż szanse, że na wydanie następnych części są żadne. 

Żelazny Książę jest doskonałym przykładem tego, jak można położyć trupem historię z naprawdę niezwykłym potencjałem. 

Anglia. Zachwycający czas maszyn parowych, statków powietrznych, nanotechnologii, wynalazców i wynalazków. Mimo postępu technologicznego, przybity wojną z Ordą kraj, z wielkim trudem podnosi się z długiej okupacji. Ogromną zasługę w tym, że kraj w ogóle uwolnił się spod macek Ordy ma Rhys Trahaearn zwany przez wszystkich Żelaznym Księciem. Ten tajemniczy i budzący respekt człowiek były niewolnik i pirat, a obecnie właściciel handlowego imperium, nie jest kimś, kogo można nazywać dobroczyńcą ludzkości. 
Inspektor Wilhelmina Wentworth to postać równie intrygująca i tragiczna. Kobieta policjant, co już jest dość kontrowersyjne, po drugie szlachcianka z dość znanej rodziny, a po trzecie, co jest powszechnie znanym faktem, żywy dowód tego, co przed laty przytrafiło się jej matce i tego, czym dla ludzi jest rankor. Na nieszczęście Miny jej wygląd od razu zdradza jej pochodzenie, przez co młoda kobieta na każdym kroku spotyka się z nienawiścią i szykanami Anglików.

Drogi tych dwojga bohaterów spotkają się w momencie, gdy na progu domu Rhysa, ktoś porzuci zwłoki. Wezwana na miejsce zbrodni Mina, rozpocznie śledztwo i od razu wpadnie Żelaznemu Księciu w oko, o czym, ten bez zbędnych ceregieli, jej powie. 
Śledztwo poprowadzi bohaterów do porwanego okrętu, wziętych zakładników oraz tajemniczej organizacji, której celem jest pozyskanie potężnej broni. Mina będzie miała trudny orzech do zgryzienia. Będzie się nie tylko martwić o losy młodszego brata, borykać się z ludzką nienawiścią i brakiem szacunku, ale też z uczuciami do Rhysa, który jasno określił się, że jego jedyny cel, to mieć ją w swoim łóżku. 

I właśnie w tym momencie historia zaczyna tracić pazur. Początek jest świetny; niesamowicie ciekawie zarysowane tło obyczajowe, bogaty w szczegóły świat przedstawiony, i zdecydowana, jak się wydaje, główna bohaterka. Bardzo mi się podobała zdecydowanie i kompetencja Miny. Nie miała łatwego życia, wciąż musi płacić za swoje pochodzenie, w czym przecież nie ma ani winy jej matki, a tym bardziej jej samej. Jednak im dalej w całą historię tym słabiej. 

Zaczęło się bardzo obiecująco, niestety w momencie, gdy między bohaterami zaczyna się dziać coś więcej, historia traci swoją powagę i rytm i zmienia się w łzawy harlequin. Rozumiem, że w niemal każdej historii wątek romansowy między dwójką niezależnych bohaterów jest mile widziany, ale dobrze jest, gdy jest on umiejętnie wyważony, nie wpływa na charakter postaci i nie czyni z nich płaczliwych mięczaków. Rozumiem wzajemną fascynację i pożądanie, ale jest tyle sposobów na pokazanie takich relacji, przy jednoczesnym zachowaniu pazura i drapieżności historii. Dobrym tego przykładem jest choćby Kate i Curran z serii Ilony Andrews. Silni bohaterowie, pragnąc się wzajemnie, powinni jednocześnie cały czas się ścierać, bo inaczej klimat powieści poleci na łeb na szyję i stanie się zwykłą miłostką dla kucharek. 
Rozumiem też, że czytelnicy mogą oczekiwać tego typu historii, ale w tym przypadku rozdźwięk pomiędzy steampunkowym światem a wręcz pornograficznymi scenami zbliżeń jest zbyt duży, abym mogła to bezkrytycznie przyjąć.  

To dlatego z każdym kolejnym rozdziałem, książkę czytało mi się coraz wolniej, a mój zapał słabł. W niektórych przypadkach barwna okładka i zachęcający opis, to nie wszystko. Steampunk, choćby najlepiej przedstawiony, w połączeniu z czymś, co słabo do niego przystaje, sam się nie wybroni. Szkoda mi trochę, że autorka poprowadziła swoich bohaterów w takim, a ie innym kierunku. Miała to być fajna, wciągająca przygoda, a wyszło zupełnie coś innego. 

W swoim czasie książka miała wiele pochlebnych opinii i zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników mogła ująć ze serce. Jednak ja oczekiwałam czegoś znacznie więcej i pozostaję z ogromnym niedosytem.

czwartek, 1 października 2015

J. K. Rowling: Harry Potter i Insygnia Śmierci

Autor: J. K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i Insygnia Śmierci
Seria: Harry Potter, t.7
Stron: 782
Wydawca: Media Rodzina







To było nieuniknione i musiało do tego dojść. 
Ministerstwo Magii stojące na straży równowagi pomiędzy światem czarodziejów i ludzi, upada, zmieniając się w żałosną karykaturę średniowiecznej inkwizycji. Rozpoczyna się polowanie na czarodziejów bez magicznego pochodzenia, przybiera na sile dręczenie mugoli, a Harry Potter staje się poszukiwanym numer jeden. Voldemort i jego śmierciożercy przejmują kontrolę nad każdym aspektem życia czarodziejskiej społeczności. Szerzą się podejrzenia, donosy, na ulicach panuje terror. 

Tymczasem przebywający w ukryciu Harry, zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, nie wraca do Hogwartu. Trzymając się niejasnych wytycznych zmarłego tragicznie Dumbledore'a, udaje się w podróż mającą na celu odnalezienie brakujących horkruksów, których zniszczenie, zabije Voldemorta. Nasz bohater nie jest sam, ma przy sobie wiernych przyjaciół Hermionę i Rona. Nie będzie to jednak łatwa ani przyjemna podróż. Wskazówki pozostawione przez Dumbledore'a są tak niejasne, że właściwie to nie wiadomo, czy są to wskazówki, czy tylko nasi bohaterowie tak uważają. Wielokrotnie natykają się na śmierciożerców lub innych sprzyjających Voldemortowi, co naraża ich własne życie, a także życie ich rodzin na śmiertelne niebezpieczeństwo. 

W żadnej z wcześniejszych części nie było tyle wglądu w emocje i lęki głównego bohatera. Mówią, że w obliczu śmierci człowiek inaczej patrzy na wiele spraw i właśnie to naszego bohatera dopadło.  Mimo wsparcia wiernych przyjaciół, Harry często ugina się pod ciężarem przeznaczenia ku któremu zmierza. Nie sam przecież, bo z Hermioną i Ronem, ale i tak z poczuciem osamotnienia, walczy z coraz większym bólem głowy, dzieląc z Voldemortem te chwile, gdy jest on wściekły lub rozjuszony. Atakowany przez kłujące wątpliwości co do pobudek Dumbledore'a, Harry już sam w końcu nie wie, czy ukochany nauczyciel faktycznie tego od niego oczekiwał, czy nie i czy właściwie nie wymagał od niego zbyt dużo. Wszystko to sprawiło, że bohater nie tylko wydaje się czytelnikowi dojrzalszy, ale też głębszy. Takie potraktowanie postaci głównego bohatera bardzo mi się podobało. 

Wierzę, że przy siedmiu dość grubych tomach nie było to łatwe, ale autorka bardzo starała się pozamykać wszystkie wątki i wyjaśnić losy każdej, nawet mniej ważnej postaci. Tę staranność widać i, jako komuś, kto potrafi się przywiązać nawet do wykreowanego w literaturze drobnego zwierzątka, bardzo mi to odpowiadało. 

Co oprócz trudnych poszukiwań horkruksów oferuje nam lektura tomu siódmego? 
Poznajemy nieznane dotąd fakty z życia Albusa Dumbledeore'a. Stawiają one dyrektora Hogwartu w zupełnie nowym świetle i choć nie zawsze są one chlubne, to czynią go bardziej człowiekiem, niż czarodziejem. Jako człowiek też mógł popełniać błędy, bo jak wiemy ideałów nie ma i może to właśnie chciała nam pokazać autorka. 
Dowiadujemy się także wreszcie, po której stronie tak naprawdę był Severus Snape. Być może te fakty, pozwoliły wielu czytelnikom w końcu docenić i polubić znienawidzonego przez Harry'ego nauczyciela. Ja sama miałam z tym pewien kłopot. 
Motyw poszukiwania horkruksów zostaje tutaj zrównoważony przez poszukiwania innych magicznych artefaktów znanych pod nazwą Insygniów Śmierci. 
Mamy wreszcie bitwę o Hogwart, który mimo że jest tylko (albo aż) szkołą, staje się tak naprawdę centrum wydarzeń i miejscem finałowego starcia Harry'ego z Voldemortem. 
Pamiętam, że już na rok przed pojawieniem się siódmego tomu trwały zażarte spekulacje, co do wyniku pojedynku. Obstawianie, kto kogo zabije, nie miało końca. 
Mnie samej finał pozwolił odetchnąć z ulgą. Może było trochę nazbyt ckliwie, ale rozumiem, że jak się przez tyle lat o czymś pisze, to się człowiek mocno do tego przywiązuje i sama myśl o zabiciu, któregokolwiek z bohaterów, jest straszna. Dlatego cieszę się, że skończyło się tak, a nie inaczej. Niczego nie rozwiązałabym inaczej, gdyby to ode mnie zależało. No może oszczędziłabym Zgredka, którego okrzyki Harry Potter sir! zawsze niesamowicie mnie rozczulały. 

Tegoroczna ponowna lektura sagi o Harrym Potterze dała mi naprawdę masę satysfakcji. Odebrałam ją dużo bardziej świadomie i jakby z dystansem. I najlepsze jest to, że za jakiś czas z pewnością do niej wrócę! 
Cykl Harry Potter 


Harry Potter i Insygnia Śmierci