wtorek, 30 grudnia 2014

Gabrielle Zevin: Moja mroczna strona

Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł: Moja mroczna strona
Stron: 380
Wydawca: Grupa Wydawnicza Foksal








Niedaleka przyszłość. Nowy Jork, rok 2084. Światem rządzą mafijne rodziny, mające monopol na produkcję kawy i czekolady, towarów uznanych za nielegalne. Produkty takie jak papier czy woda są racjonowane. Owoce i mięso są trudno dostępne. 
Główna bohaterka Anya, znajduje się w nieciekawej sytuacji. Jest córką mafijnego bossa, a obecnie nieformalną głową rodziny. Ojciec Anyi nie żyje, babcia jest umierająca, a starszy brat w wyniku doznanego wypadku  nie jest dawnym sobą. Kontrola nad rodzinnymi finansami, opieka nad młodszą siostrą, chorą babcią, a także starszym bratem, spoczywa na barkach 16-latki. To jednak nie wszystko. Anya jako córka gangstera, jest pod ciągłym obstrzałem mediów, co często obraca się przeciw rodzinie. Kiedy więc jej były chłopak trafia do szpitala, z podejrzeniem zatrucia czekoladą produkcji Balanchime'ów, Anyę czekają poważne kłopoty. 
Trzeba przyznać, że jak na tak niezwyczajną sytuację, główna bohaterka jest nad wyraz normalna, niezmanierowana i całkiem sympatyczna. Nie ma przerostu ego, nie uważa się za kogoś lepszego od innych. Na co dzień chodzi do szkoły, troszczy się o młodszą siostrę oraz brata, który na skutek swojej naiwności może wpakować się w kłopoty. Ku własnemu zaskoczeniu zakochuje się w chłopaku, który niestety jest synem nowego prokuratora, a więc osobą najmniej dla niej odpowiednią. Anya boryka się też z innymi, drobniejszymi kłopotami, takimi jak pójście do spowiedzi (jest katoliczką ze względu na zmarłą mamę), zadaniem z chemii, weselem u krewnych, czy ospą wietrzną. 
Bohaterka nie jest sztuczna, choć momentami wydawało mi się, że powinna mieć więcej niż 16 lat. Podobało mi się co prawda, że starała się być rozważna i przewidująca, ale dobrze wiem, że nastolatki w tym wieku mało mają tego typu umiejętności. Gdy się ma naście lat myśli się kategoriami teraz, a nie, co będzie
Niemniej jednak takie postępowanie bohaterki zyskało moją aprobatę, głównie dlatego, że podejmując decyzję myślała nie tylko, co to zmieni w jej życiu, ale również jak wpłynie to na losy jej siostry, brata oraz na wizerunek całej rodziny.
Pewne strzępki rozmów, wypowiadane opinie członków rodziny pozwalają podejrzewać, że w przyszłości Anya naprawdę stanie na czele rodziny Balanchime. Motyw młodej dziewczyny na czele organizacji przestępczej jest bardzo ciekawy, tylko nie wiem, czy Anya się na to stanowisko nadaje. Póki co jest zbyt praworządna i dobra, a wiadomo, że tego typu zajęcie wymaga bezkompromisowości oraz brutalności. Czyżby Anya faktycznie miała się taka stać? Okaże się. 
Powieść czyta się dobrze. Historia opowiadana z punktu widzenia młodej dziewczyny jest zabawna i przystępna. Łatwo wczuć się w sytuację bohaterki i kibicować jej w różnych poczynaniach. Smaczku dodają dialogi Anyi z jej przyjaciółką, żywiołową Scarlett oraz młodszą, ale bardzo inteligentną siostrą Natty. Jeśli zaś chodzi o Wina, to jeszcze tak do końca się do niego nie przekonałam. Wydaje się sympatyczny i dobry, ale trochę naiwny. Czy będzie w stanie przeciwstawić się despotycznemu ojcu?
Nie podaje się przyczyn, dla których popularne dotychczas produkty stały się nagle towarem deficytowym, ba, nawet zakazanym. Dlaczego świat podzielono na dystrykty, a życie ludzi tak bardzo się zmieniło? Można się domyślać, że nastąpiło to w wyniku kryzysu w gospodarce, ale przydałoby się trochę więcej informacji. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach dowiem się czegoś więcej na ten temat.
Moja mroczna strona to sympatyczna, lekka lektura na  niedzielne popołudnie. Miło spędziłam czas w towarzystwie mafijnej księżniczki i chętnie poznam jej dalsze losy.

Dziękuję!

niedziela, 28 grudnia 2014

Salla Simukka: Czerwone jak krew

Autor: Salla Simukka
Tytuł: Czerwone jak krew
Stron: 253
Wydawca: Grupa Wydawnicza Foksal






Do przeczytania książki o tytule nawiązującym do baśni o Snieżce, zachęcił mnie właśnie sam tytuł. Nie pachniało mi tu co prawda za bardzo fantastyką, ale im dłużej się o czymś myśli, tym bardziej chce się to poznać i tak było w przypadku tej książki. 
Skandynawia jest dla czytelników egzotyczna na swój, oryginalny sposób. Kraina ta zarówno w rzeczywistości, jak i w literaturze, wieje chłodem i mroźną zimą, dziejące się w niej historie są na wskroś realne, a bohaterowie wydają się zdystansowani i zamknięci. Ale co wspólnego może mieć motyw baśni ze zwykłym fińskim miasteczkiem i ze zwykłą dziewczyną? 
17-letnia Lumikki to fińska Śnieżka (to oznacza jej imię). Dziewczyna uczy się w prestiżowym liceum artystycznym. Lumikki to trochę taka Lisbeth Salander dla nastolatek, zresztą sama któregoś razu o niej wspomina i myślę, że zabieg ten był celowy. 
Lumikki jest samotniczką, bardzo mocno odbierającą rzeczywistość, która ją otacza. Nie jest uczestniczką wydarzeń, woli raczej obserwować je z boku, analizować, stawać się niewidzialna, jak element tła o tej samej barwie. Jest wnikliwa, ostrożna i rozważna. Dba o swoją prywatność, drzemiący w niej gniew stara się ukierunkować ćwicząc aerobik z elementami samoobrony, całkiem nieźle zna się na komputerach. Nie ma przyjaciół. Wszystko to oczywiście ma swoje źródło w dzieciństwie Lumikki, ale o tym czytelnik dowiaduje się z czasem, ze skąpych informacji lub strzępków wspomnień. 
Mimo niechęci do wtrącania się w sprawy innych, gdy Lumikki znajduje w szkolnej ciemni fotograficznej suszące się banknoty ze śladami krwi, już wie, że ani ona tej sprawy nie zostawi, ani sprawa nie zostawi jej. W sprawę są zmieszani szkolni koledzy Lumikki, w tym córka policjanta Elisa, ale nie tylko. Znalezione banknoty to zaledwie wierzchołek góry lodowej, utkanej z mafijnych powiązań, gangsterskich porachunków i skorumpowanej policji. Afera nie jest prosta ani bezpieczna, ale Lumikki z pomocą Elisy, Kaspra i Tukkiego postanawia dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej, narażając się tym samym na wielkie niebezpieczeństwo. 
Akcja toczy się mroźną zimą i to na tę biel śniegu poleje się mnóstwo krwi, a trup będzie się słał gęsto. Będą pościgi, niespodziewane strzały, podstępy, a kluczem do wszystkiego będzie tajemniczy Biały Niedźwiedź, gangster, który  jest bardzo tajemniczy i nie okazuje litości nikomu.
Muszę przyznać, że mimo iż nie przepadam za kryminałami, Czerwone jak krew czytało mi się nad wyraz dobrze. Powieść jest napisana prostym, ale bardzo oszczędnym językiem. Rozdziały są krótkie, a i sama objętość też jest niewielka. Główna bohaterka mimo że trzyma na dystans, budzi sympatię swoją konsekwencją i trzymaniem się pewnych zasad. Odkrywanie tajemnic jej wnętrza to jedna z większych przyjemności tej książki. Nie ma w tej historii ubarwień i zbędnego słodzenia. Nikt tu nie staje się od razu dobry, ani przyjacielski po jednym spędzonym wspólnie popołudniu. Autorce udało się utrzymać klimat realizmu i między innymi dlatego historia jest tak fajna. Prawdziwe jest także zakończenie, które kończy wątek banknotów i zapowiada, że to jeszcze nie koniec innych perypetii Lumikki.
Uwagę przykuwa także okładka, która choć surowa i skąpa w kolory, naprawdę nieustannie przyciąga wzrok. Idealny balans bieli i czerni z rubinowymi kroplami krwi bardzo mi się podoba.
Czerwone jak krew jest nie tylko dobrze napisanym kryminałem dla nieco młodszego czytelnika. To naprawdę wciągająca historia z sugestywnym klimatem i ciekawą bohaterką, ale też miły oddech po tych wszystkich naszpikowanych elementami fantasy historiach. 
Salla Simukka stworzyła coś naprawdę godnego uwagi. 
Polecam. 


Dziękuję!

piątek, 26 grudnia 2014

Isobelle Carmody: Kroniki Obernwetyn

Autor: Isobelle Carmody
Tytuł: Kroniki Obernewtyn, t.1.
Stron: 211
Wydawca: Editio





Pierwsza część Kronik Obernwetyn nie jest historią nową, powstała bowiem w roku 1987. Kiedy książka liczy sobie tyle lat, a więc blisko 3 dekady i pojawia się na rynku wydawniczym, w momencie gdy tego typu historii mamy naprawdę mnóstwo, niesie to za sobą pewne ryzyko. Czy się spodoba? Czy jeszcze czymś może zaskoczyć, zachwycić, wzruszyć?
Początkowo akcja toczy się dość wolno. Poznajemy główną bohaterkę, która skrywa sekret. Jego wyjawienie może kosztować ją życie, Elspeth więc kryje się z tym jak może. Wydaje się, że wyjazd do owianego złą sławą Obernewtyn, dziwacznego gospodarstwa, w którym umieszcza się wszelkiej maści Odmieńców, coś zmieni i akcja wreszcie ruszy do przodu, jednak tak się nie dzieje. Przez dłuższy czas oczami głównej bohaterki poznajemy sposób funkcjonowania gospodarstwa i jego dziwacznych mieszkańców od młodych Odmieńców o różnych umiejętnościach, przez zwykłych pracowników i służbę aż do samego Mistrza Obernewtyn i jego zaufanych. Dopiero w końcowych rozdziałach akcja nabiera tempa i rośnie napięcie, które jednak ponownie opada. Finał, który w zamierzeniu miał być dramatyczny, kończy się może i kilkoma niewiadomymi, ale nie jest tak spektakularny, jak mógł być. 
Sama Elspeth także nie przypomina swoich współczesnych odpowiedników. Nie do końca świadoma posiadanych mocy, dziewczyna jest wycofana i bardzo niepewna siebie. Wyraźnie boi się podjąć jakiekolwiek działania, co głównie wynika z faktu, że czuje się osamotniona. Kiedy wreszcie coś robi, nie wychodzi to tak, jakby się chciało i gdyby nie szczęśliwe zbiegi okoliczności lub pomoc innych bohaterów, byłoby z nią krucho.
Bardzo ciekawy natomiast był sam pomysł świata po katastrofie. W krótkim wstępie autorka dokładnie tłumaczy, co się stało i jakie były tego skutki. Zagłada nazywana Wielką Bielą i promieniowanie, jakie za sobą niosła, nie tylko wyniszczyły życie na ziemi i cofnęły społeczeństwo po względem osiągnięć cywilizacyjnych. Spowodowały także wszelkiego rodzaju mutacje, objawiające się tak tutaj tępioną innością. Świadomość, że nikt nie ma na to wpływu, a i tak może stracić z tego powodu życie, jest przerażająca. 
Idea Odmieńców; obecnie każdy bohater ma to coś, więc już tak to nie zaskakuje. Przyznam jednak, że bardzo podobał mi się pomysł zwierząt, które w dość zabawny sposób postrzegają ludzi i mogą się z nimi porozumiewać za pomocą telepatii.
Książka, jak na współczesne standardy jest dość niewielka objętościowo, ma bowiem tylko 200 stron i można by ją potraktować jak minipowieść, albo dłuższe opowiadanie.  Czyta się ją dość szybko, bo  (tu należy się autorce duży plus),  jest napisana starannym i przystępnym językiem, bez żadnych udziwnień w nazewnictwie.
Tomów Kronik Obernewtyn jest już 7 i kolejny, ósmy w zapowiedzi, więc od razu wiadomo, że na tym przygody Elspeth się nie skończą.  Mimo, że pierwszy tom oceniam dość ostrożnie, chętnie poznałabym treść kolejnych. Chciałabym dowiedzieć się, czy na przestrzeni lat, gdy powstawały kolejne książki, a ich autorce przybywało lat, czy sama Elspeth w skutek tego także się zmieniła. Wiadomo, że często bohaterowie i ich twórca razem dorastają. Choćby z tego powodu, gdy nadarzy się okazja, sięgnę po tom drugi.



Dziękuję!

czwartek, 25 grudnia 2014

Spadł!

Prezenty drobne, niekiedy ulotne, cieszą mnie najbardziej. 
Wigilia była do południa deszczowa, a potem strasznie wietrzna. Gdy byłam mała, moja Mama mawiała, że to biesy z wiatrem tańcują. Nie przepadam za taką pogodą. Poza tym trochę brakowało atmosfery, bo co to za wieczerza wigilijna, gdy za oknem ani grama śniegu. 
Dziś mój Rufik zażyczył sobie spacer o 6.30. Wyszliśmy, w tym ja na tzw. półautomacie, ale wtedy jeszcze nic nie było. 1,5 godziny potem po wstaniu z łóżka, zobaczyliśmy za oknem przyprószone śniegiem podwórko! Nigdy jeszcze widok śniegu aż tak mnie nie ucieszył! Temperatura jest póki co na plusie, więc nie ma gwarancji, że śnieg się długo utrzyma, ale cieszymy się chwilą! 
A u Was? Też trochę zaśnieżyło?
Pozdrawiam i jeszcze raz Wesołych Świąt!

wtorek, 23 grudnia 2014

Gdy choinka już ubrana...

Najlepsze życzenia radosnych i spokojnych chwil spędzonych 
przy pięknie ubranej choince, koniecznie w gronie rodzinnym. 
Pięknie i smacznie zastawionego stołu, dźwięcznie brzmiących kolęd 
i umiejętności cieszenia się z rzeczy i prezentów drobnych i małych, 
bo to one składają się na te większe. 
Najlepsze życzenia! 

P.S. Nasza choinka już ubrana. A Wasze? 
Królewski piernik już upieczony. A jutro od rana czeka nas lepienie pierogów, uszek, gotowanie barszczu i smażenie karpia. 
A jak u Was? 
Pozdrawiam i udanych przygotowań! 


sobota, 20 grudnia 2014

K. A. Tucker: Dziesięć płytkich oddechów

Autor: K.A. Tucker
Tytuł: Dziesięć płytkich oddechów
Stron: 421
Wydawca: FILIA





Po przeczytaniu powieści Jedno małe kłamstwo zdałam sobie sprawę, że jest to jakby druga część losów sióstr Cleary i w zasadzie najpierw powinnam przeczytać właśnie Dziesięć płytkich oddechów. Piszę jakby, bo tak naprawdę, każda z książek przedstawia losy Kacey i Livvie w odstępie kilku lat.
W książce Dziesięć płytkich oddechów poznajemy szczegóły tragicznego wypadku, ale i bez ich znajomości, można z powodzeniem czytać książki w dowolnej kolejności, jako dwie oddzielne historie, połączone jedynie pokrewieństwem bohaterek. 
Główną bohaterką tej książki jest Kacey Cleary. Dziewczyna brała bezpośredni udział w wypadku, w którym zginęli jej rodzice, chłopak i najlepsza przyjaciółka, a sama Kacey uwięziona w uszkodzonym samochodzie doznała poważnych obrażeń nie tylko na ciele, ale też na duszy. O ile rany cielesne zagoiły się dość ładnie, o tyle kondycja psychiczna dziewczyny jest w opłakanym stanie. Kacey ma już za sobą kilkuletni romans z narkotykami, alkoholem i przypadkowym seksem i póki co udało się jej z tym zerwać ze względu na młodszą siostrę Livvie, która pozostaje pod jej opieką.  To jednak nie wszystko. Zachowaniem Kacey rządzi niepohamowana agresja, fobia w postaci niepodawania nikomu ręki oraz chroniczna niechęć przed  dopuszczeniem kogokolwiek do siebie choćby odrobinę bliżej.
Wygląda jednak na to, że zła passa sióstr powinna minąć. Po nieciekawym i niezbyt udanym mieszkaniu u wujostwa, dziewczyny wyjeżdżają do Miami i tu postanawiają rozpocząć wszystko od nowa.
Wprowadzają się do wynajętego mieszkania, Kacey znajduje pracę, a Livvie idzie do nowej szkoły. Kacey najchętniej na tym by poprzestała, ale okazuje się, że nie da się żyć, nie dopuszczając do swojego życia ludzi żyjących tuż obok. W ten sposób dziewczęta poznają nową sąsiadkę Norę z córeczką Mią, dziwacznego gospodarza domu Tannera oraz tajemniczego i magnetycznego Trenta. Ten ostatni od razu się Kacey spodoba i wyzwoli w niej pragnienia, o których myślała, że już nigdy ich nie doświadczy. 
Co mi się bardzo w budowie fabuły spodobało, to po pierwsze kreacja postaci Kacey oraz fakt, że pomimo oczywistego iskrzenia między główną bohaterką i Trentem, nie wybucha od razu ognisty, oparty na łóżkowych igraszkach romans. 
Kacey ma problem i to naprawdę poważny. Cierpi na Zespół Stresu Pourazowego i choć nie chce się do tego przyznać, nie umniejszają go treningi na siłowni ani, wbrew temu co sądzi sama zainteresowana, nie pomoże w tym seks. Tym trudniej zrozumieć Trenta, który od początku Kacey hamuje i powtarza, że nie chce jej wykorzystać. Wszelkimi sposobami stara się też namówić dziewczynę na terapię lub przyjęcie fachowej pomocy. Skąd tak dobrze wie, czego jej trzeba? Odpowiedź na to pytanie okaże się dość zaskakującą, choć w połowie książki, na podstawie jednej z rozmów, już można się samemu domyślić, o co chodzi. 
Powieść jest napisana prostym językiem, dzięki czemu jest zabawna i czyta się naprawdę szybko. Moim zdaniem jest znacznie lepsza od swojej kontynuacji, choć tu rzecz jasna można by się sprzeczać. Wszystko zależy od tego, którą parę się bardziej polubi: Kacey i Trenta czy Livvie i Ashtona. Mimo wszystko wątek Kacey i Trenta był ciekawszy. Nieprzepracowany stres i noszony w sobie uraz, czynił z obojga nie tylko wybuchową parę, ale i bardzo ciekawych ludzi. Żadna z tych postaci nie jest papierowa, wręcz przeciwnie oboje są głęboko prawdziwi. Smaczku dodaje fabule postać dr Staynera; takiego terapeuty tylko pozazdrościć!
Dziesięć płytkich oddechów to bardzo fajnie napisana książka. Czyta się jeszcze lepiej. Polecam!

 Dziesięć płytkich oddechów |Jedno małe kłamstwo


wtorek, 16 grudnia 2014

Ratunku! Potwory opanowały Tokio!

Autor: Richard Garfield
Tytuł: Potwory w Tokio
Wydawca: EGMONT
Limit wieku: 8+
Gra Roku 2014 











Trzeba przyznać krainom i stworom z gier planszowych, że nie próżnują i na różne sposoby próbują wciągnąć nowych graczy w swoje rewiry.  Jeszcze dobrze nie wyzwoliłam się spod wpływu Mumii w bandażach, już mnie dopadli Apacze i Komancze. Teraz zaś w magicznej scenerii zbliżających się Świąt przychodzi pora, by rozprawić się z Potworami w Tokio.
Tytuł Gry Roku 2104 jest jak najbardziej zasłużony. Najpierw wpada w oczy kolorowe pudełko i sympatyczna grafika z potworami na pierwszym planie. Oto mamy niepowtarzalną okazję nie walczyć z potworami, a wcielić się w jednego z nich! Od teraz jako wybrana bestia będziemy mogli niszczyć, rujnować i budzić grozę. Już same role, jakie przypadają graczom, są swego rodzaju novum. Ale to nie wszystko. Otwieramy pudełko i...
Oddycham z ulgą, bo dla mnie zawsze najważniejsza jest instrukcja obsługi. Jest. 
Kolorowa, z dokładnymi opisami akcji i funkcji poszczególnych elementów oraz bezcennym dodatkiem, który wyjaśnia najczęstsze wątpliwości, które mogą budzić się u graczy. 
Potem uwagę zwraca dość mała plansza, ale nie należy się tym przejmować, bo plansza tak naprawdę pełni w tej grze rolę drugorzędną. Ważniejsze będą wykonywane akcje i oczywiście potwory, która nie tylko są cudnie namalowane na twardych kartonikach, ale także mają podstawki, dzięki czemu będzie je można postawić! Coś pięknego!
Oprócz tego w skład zestawu wchodzą kości w liczbie ośmiu. Dotyczą one akcji związanych z potworami, a umieszczone na nich symbole zawierają punkty zwycięstwa, zdobywanej energii, ataku czy leczenia urazów. To jednak nie wszystko. 
Każdy potwór ma swoją planszę, na której w trakcie gry uczestnicy rozgrywki będą zaznaczać ile punktów zwycięstwa zdobyła ich bestia oraz ile punktów życia zyskała, bądź straciła.
Super!
Ale i to nie wszystko. 
Dodatkowo mamy tu 66 kart z przeróżnymi akcjami, bonusami i zadaniami,  28 małych żetonów - znaczników dymu, imitacji, zmniejszenia i trucizny, a także zielone kosteczki energii. 
Celem gry jest zdobywanie punktów, maksymalnie można ich zdobyć 20. Wygrywa ten gracz, który albo wspomniane punkty zdobędzie, albo jako jedyny pozostanie na placu boju. 
Grę rozpoczynamy od wyboru swojego potwora (i pasującej do niego planszy), a naprawdę jest w czym wybierać. Mamy tu: Meka Dragona, Alienoida, Krakena, Kinga, Cyber Bunny'ego oraz Giga Zaura.
Na planszy potwora punkty ustawiamy na zero. 
Karty z zadaniami należy potasować i razem z pozostałymi elementami rozłożyć na stole. 3 karty ze stosu, obrazkami do góry kładziemy obok; od tej pory będą one stanowić bank kart. 
Ten gracz, który wyda z siebie najbardziej przerażający ryk, może rozpocząć grę. W przypadku, gdyby ryki wyszły słabo, zaczynamy od najmłodszego. :)
Gracze mają do wyboru kilka działań: rzuty kostkami, wykorzystanie symboli, które na nich są, zakupienie kart czy zakończenie tury. 

Jeśli gracz zdecyduje się na rzut kostkami może wtedy wykonać maksymalnie 3 rzuty w swojej turze. Po każdym rzucie odkłada wybrane kości, a po 3 rzutach wykonuje działania, wynikające z symboli na kościach. Przykładowo mogą to być: zdobycie punktów życia, zaatakowanie wybranego gracza, czy też zajęcie jego miejsca, po tym jak ranny opuści Tokio. Na koniec tury kości zostają przekazane graczowi po lewej. 
Gracz może też zdecydować, że zakupi karty, ale musi za nie zapłacić energią. Istnieje opcja wymiany kart, jeśli graczowi nie podeszły, ale tylko wtedy, gdy ma czym za nie zapłacić. W końcu tej energii wcale tak dużo przecież nie ma, a każda akcja kosztuje. Trzeba więc mądrze gospodarować siłami życiowymi naszej bestii i uważnie śledzić poczynania innych potworów. Należy też pamiętać, że ranić możemy wszystkie bestie poza  Tokio, jeśli sami w nim jesteśmy, a jeśli jesteśmy poza Tokio, to ranimy tych w mieście. 
Jak się dostać do Tokio? Otóż należy wylosować w kościach konkretny symbol.
Potwory w Tokio to rozgrywka, która naprawdę wciąga. Gdy opanujemy już wariant podstawowy, mamy możliwość rozegrania zaawansowanego. 
Gdy za oknem mamy ni to jesień, ni to zimę i trudno o bajkowy klimat, planszówka autorstwa Richarda Garfielda zapewni tam to, czego odmawia nam aura; atmosferę walki i wyzwania, a także możliwość pokazania innym graczom, jak zaciekła bestia w nas tkwi. 
Polecam i zachęcam. Potwory w Tokio to wspaniała rozrywka nie tylko dla grupy przyjaciół, ale też dla całej rodziny!

Dziękuję!


Zostań władcą prerii.  Apacze i Komancze
Nie daj się złapać Mumia w bandażach