środa, 31 sierpnia 2016

D. D. Everest: Archie Greene i sekret czarodzieja

Autor: D. D. Everest
Tytuł: Archie Greene i sekret czarodzieja
Seria: Archie Greene # 1
Stron: 320
Wydawca: Rebis







12-letni Archie Green nie spodziewał się, że te właśnie urodziny będą inne. Gdy nad wyraz uprzejmy pan Horece Catchpole z firmy Folly & Catchpole doręcza mu tajemniczą przesyłkę, Archie dowiaduje się nie tylko o istnieniu krewnych ze strony ojca, ale też o tym, że on sam nie jest zwykłym chłopcem. 

Znamy już takie historie, prawda? Gdy dziecko, które miało się za przeciętne, okazuje się, kimś zupełnie innym, wręcz magicznym, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, chciałoby się powiedzieć gorszy, choć tak naprawdę wiemy, że ciekawszy. 

Akcja powieści D.D. Everest, rozpoczynającą serię o przygodach młodego zaklinacza książek Archiego Greena toczy się w Londynie, w środowisku księgarzy. Księgarnie nie są tutaj sklepami, w których kupuje się książki. Księgarnie są niemal jak sanktuaria. Można w nich kupić książki, ale też oddać te, które noszą znamiona magii, a nawet przejść do miejsc niewidocznych dla oczu zwykłych śmiertelników. 

Gdy Archie przybywa do Londynu i poznaje swoje kuzynostwo, nad magicznym światem księgarzy gromadzą się ciemne chmury. Stara tajemnica oraz złe moce, na długie lata uśpione, zagrażają książkom, zaklinaczowi i jego przyjaciołom. Wraz z kuzynami Bramble i Thistlem, Archie będzie próbował rozwikłać tajemnicę magicznych ksiąg, z których coś wysysa magię, sekretnych pomieszczeń, w których siedzą groźne stworzenia oraz szarady, którą mu przysłano. Czy mu się do uda? 

Pierwsza część przygód zaklinacza książek ma ogromny urok i od razu budzi sympatię czytelnika. Niezwykła atmosfera księgarni oraz mówiących ksiąg oderwać się od lektury. Krótkie rozdziały trzymają w napięciu, a prosta narracja jest błyskotliwa i tryska humorem.

W świecie wykreowanym przez D.D. Everest książki są największym skarbem, źródłem mocy, tej dobrej, błogosławionej, jak i tej ciemnej, czającej się w zakamarkach stronic. Muszę przyznać, że taka wizja bardzo przypadła mi do gustu. Książki mają własne sekretne życie, a z wybrańcami nawet rozmawiają! Jak dla mnie to bardzo wyszukana metafora, skrywająca oczywistą prawdę, o tym, że książki uczą myślenia, poszerzają zasób słownictwa, wpływają na wyobraźnię, budują w głowie bazę motywów, uczą nawiązywania i argumentacji. Cała historia jest jednak tak zbudowana i podana, by była atrakcyjna dla młodego czytelnika, a nieco starszemu dała do myślenia. 

Polecam pierwszą część o przygodach Archiego miłośnikom książek, czytelnikom, którzy dają się porywać zawartym w nich historiom i przeżywają je jeszcze długo, długo na jawie. Piękna i magiczna historia. Polecam.

Dziękuję!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Becky Albertalli: Simon i inni homo sapiens

Autor: Becky Albertalli
Tytuł: Simon i inni homo sapiens
Stron: 300
Wydawca: Papierowy Księżyc






Życie współczesnego nastolatka nie jest łatwe. 17-letni Simon coś o tym wie. Zewsząd czyhają na człowieka różne pokusy, problemy własne i znajomych przenikają się niczym nitki pajęczej sieci, każdy czegoś chce, rodzice mają własne wymagania, a Facebook i inne portale społecznościowe wcale nie ułatwiają sprawy. A powinny, no bo chyba w końcu po to je stworzono, co?

Simon i inni homo sapiens to debiutancka powieść Becky Albertalli, która z wykształcenia jest psychologiem klinicznym i przez kilka lat prowadziła grupę wsparcia dla nastolatków wykazujących nonkonformizm seksualny. Można zatem powiedzieć, że ta książka jest sumą przemyśleń i doświadczeń autorki. Napisana prostym i przystępnym językiem, bez zbędnych udziwnień daje czytelnikowi wgląd w psychikę dojrzewającego nastolatka, będąc przy tym dobitnym obrazem współczesnych czasów, tego jak wygląda i funkcjonuje rodzina, środowisko szkolne i towarzyskie. 

Główny bohater Simon Spier jest przeciętnym nastolatkiem. Zadeklarowany jako gej, jeszcze nie zdecydował się na ujawnienie swojej orientacji przed rodziną i przyjaciółmi. Czeka na odpowiedni moment i pewnie czekałby tak jeszcze długo, gdyby nie niespodziewany splot okoliczności. Kiedy wymieniane przez Simona maile z tajemniczym Blue zostają przeczytane przez klasowego błazna Martina, ten zaczyna szantażować Simona. Albo ten pomoże mu zdobyć serce pięknej Abby, albo Martin upubliczni maile. Simon, który nie bardzo nadaje się na swata, znajdzie się w trudnej sytuacji. Obserwując swoich przyjaciół dostrzeże, że każdy kocha się w kimś innym, co zaowocuje serią zabawnych, czasem smutnych wydarzeń. A przecież życie nie zatrzymało się nagle w jednym punkcie. Wręcz przeciwnie, biegnie na łeb na szyję do przodu. Wolny czas zabierają próby do szkolnego musicalu, myśli Simona zaprząta tajemniczy Blue, który w swoich wyznaniach staje się coraz śmielszy i koniec końców Simon staje przed trudnym wyborem: czy ujawni się sam na własnych warunkach, czy też zaczeka na rozwój wydarzeń i po prostu popłynie z prądem?  

Książka utrzymana w narracji pierwszoosobowej jest niezwykle zabawna i, choć opowiada o zwykłych, codziennych sprawach, naprawdę wciąga. Spodobali mi się bardzo rodzice Simona oraz jego siostry. W ogóle rodzina Spierów jest dobrym dowodem na to, że nawet w czasach laptopomanii i uzależnienia od Fb rodzina może spędzać czas razem i mieć ze sobą naprawdę dobry kontakt, świadczący o silnej więzi. 
Z niezwykłą swobodą autorka pisze o pragnieniu akceptacji, odnajdywaniu własnej tożsamości oraz pierwszych, często niezbyt miłych doświadczeniach, takich jak alkohol, kłótnie z rodzicami oraz walka o własną niezależność i tożsamość. Przesłanie tej historii jest nad wyraz czytelne. Każdy ma prawo do własnych wyborów i powinien być kochany i akceptowany bez względu na płeć, orientację seksualną i kolor skóry. 

Bardzo miło spędziłam czas przy lekturze powieści B. Albertalli i przyznam, że gdyby autorka napisała kolejną część perypetii Simona i jego przyjaciół, z wielką chęcią bym ją przeczytała. 
Polecam powieść dorastającym młodym ludziom, którzy czasem czują się opuszczeni lub nieco zagubieni, ale też ich rodzicom i opiekunom. Warto przeczytać tę książkę choćby po to, aby zobaczyć co się dzieje w głowie młodego człowieka,  jakimi sprawami się kieruje i co jest dla niego ważne.


Dziękuję!

sobota, 27 sierpnia 2016

Tim Johnston: W dół

Autor: Tim Johnston
Tytuł: W dół (oryg. Zejście)
Stron: 400
Wydawca: Marginesy








Kiedy rodzina Courtlandów wyjeżdża na urlop w Góry Skaliste, nic nie zapowiada tragedii. Odnosząca znaczące sukcesy w bieganiu 18-letnia Caitlin, jak co rano wstaje z łóżka,  zabiera młodszego brata i idzie biegać. Jej organizm aż się do tego rwie, bieganie jest jej życiem.
Kilka godzin później zaskoczeni rodzice odbierają telefon od miejscowego szeryfa z wiadomością, że ich nastoletni syn miał wypadek i w stanie ciężkim trafił do szpitala.  Po Caitlin ślad zaginął, tak jakby jej tam nigdy nie było. 
Od tej pory, przez najbliższe trzy lata, towarzyszymy rodzinie Courtlandów i obserwujemy co dzieje się z nimi po porwaniu. Z czasem pojawiają się też rozdziały dotyczące Caitlin, choć są to informacje bardzo szczątkowe. 

Jeśli potraktujemy tę książkę jak thriller, jak to sugeruje opis z tyłu okładki, to wyrządzimy tej historii krzywdę. Spodziewający się thrillera czytelnik będzie zwyczajnie rozczarowany. Nie ma tutaj ani napięcia typowego dla tego gatunku, ani rozwiązań fabularnych, a już na pewno nie znajdziemy tu pogłębionej analizy postaci. To, co najbardziej ceni się w tym gatunku, to przecież wgląd w motywy porywacza, obserwowanie jego pokręconej logiki, jego relacje z ofiarą. Tak samo nie dowiemy się, o czym myśli Caitlin, jak wyglądały jej pierwsze dni i miesiące po porwaniu. To wszystko otacza kurtyna niewiadomego, co tylko dodatkowo potęguje realizm całej historii. 

Jak dla mnie, thrillera mamy tutaj tylko drobne elementy, natomiast lwia część fabuły, to dramat. Dramat rozpadającej się rodziny, która staje w obliczu bezradności, bo nie ma już niczego co mogłaby zrobić, aby choć trochę przybliżyć się do odnalezienia córki, która już być może nie żyje. Uderza marazm, jaki szybko ogarnia otoczenie, gdy tylko opadną pierwsze emocje. Początkowo porwaniem żyją wszyscy. Sprawa nie schodzi z pierwszych stron gazet, trąbi się o tym w telewizji i radio, wszędzie widać plakaty ze zdjęciem zaginionej, panuje ogromne poruszenie. Przychodzi jednak w końcu taki moment, gdy sprawa po prostu staje w martwym punkcie, a jedyni ludzie, którzy wciąż szukają, myślą, mają nadzieję, to członkowie rodziny. Dla pozostałych porwana staje się już tylko "tą dziewczyną, co to porwano rok, dwa lata, trzy lata temu".  Czas biegnie, otoczenie pogrąża się w obojętności zapomnienia. Każdy z członków rodziny Cortlandów na swój sposób radzi sobie z zaistniałą sytuacją. 
Grant pozostał na miejscu, jako ten, który ma doglądać dogorywających poszukiwań. Stopniowo zaczyna być traktowany jak dziwak. Angela wróciła do domu i ewidentnie z niczym sobie nie radzi. Matka pamięta najdłużej i patrząc na bohaterkę, jestem w stanie się z tym zgodzić. Nie pomaga jej ani powrót do pracy, ani azyl domowego zacisza, bo nic już nie jest takie, jak przed zaginięciem córki. Syn, jedyny świadek porwania, bo bolesnym wejściu w dorosłość, nie umie sobie znaleźć miejsca. Pakuje się w kłopoty, balansuje na granicy prawa, bywa w miejscach, które mogłyby go naprowadzić na jakiś ślad tamtego człowieka. 

Istnieją przypadki, gdy po latach odnajduje się już tylko szczątki ofiary, bywa, że turyści przypadkowo odnajdują ciało takiej osoby. W większości takich sytuacji, do odnalezienia porwanej nigdy nie dochodzi. Porywacz, który opanował tę sztukę do perfekcji, zbyt dobrze się maskuje swoją przeciętnością, zwykłością, które sprawiają, że jest poza podejrzeniem. Jak będzie w przypadku porwania córki Courtlandów? Najlepiej przekonać się samemu, choć przypominam: trzeba się przygotować na wolne tempo opowiadania, ponury klimat i dość długie przestoje związane z prezentowaniem sytuacji, pozornie bez związku z wątkiem głównym. Wszystko to jednak wynagradza dobrze skonstruowane zakończenie, które dosłownie wbija czytelnika w fotel. 
Dlatego, jeśli sięgniecie po powieść Johnstona, to z nastawieniem na dramat, a wtedy będziecie zadowoleni z lektury.

Dziękuję!

czwartek, 25 sierpnia 2016

Anna Lange: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Autor: Anna Lange
Tytuł: Clovis Lafay. Magiczne akta Scotland Yardu
Stron: 448
Wydawca: SQN






Mglista Anglia, roku 1873. Wszędzie panuje wiktoriański szyk i blichtr, kobiety stopniowo się emancypują, mężczyźni mają nadzieję, że to tylko moda i że minie, a dookoła panoszy się magia w przeróżnej postaci. Najczęściej są to duchy, które się błąkają i które trzeba wyegzorcyzmować, albo czary, które ktoś na kogoś rzucił, ale bywa na przykład, że z duszy przedwcześnie zmarłego noworodka powstał ghul i wtedy problem jest większy. 

Przez takiego właśnie cmentarnego ghula splatają się losy trójki bohaterów, którzy uwikłają się w całkiem niezłą intrygę. 
John Dobson to były żołnierz, obecnie nadinspektor świeżo utworzonego wydziału do spraw magii i egzorcyzmów. Ponieważ wydział jest nowy, boryka się z takimi problemami jak brak wykwalifikowanych ludzi, a przede wszystkim środków finansowych. Jednak sprawy z pracą, to nie jedyne problemy Dobsona. Pod jego opiekę trafia młodsza siostra Alicja, która powinna już szukać męża, ale zamiast tego woli się uczyć magii, w końcu wykazuje spory i dość obiecujący potencjał w tej dziedzinie. Tytułowy Clovis LaFay to dawny znajomy Dobsona ze szkoły i członek rodziny o wątpliwej reputacji. O jego nieżyjącym ojcu mówi się, że był czarnym magiem, zaś starszy brat i bratanek wcale nie wyglądają na milszych. 

Właściwa fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy Dobson proponuje Clovisowi pracę w charakterze egzorcysty konsultanta. Clovis oczywiście się zgadza i choć nic początkowo na to nie wskazuje, współpraca okaże się równie owocna, co niebezpieczna, gdyż wspólne działania bohaterów nadepną na odcisk zabójcy młodych dziewcząt, człowieka zdeprawowanego i nieobliczalnego. 

Magiczne akta Scotland Yardu to debiut literacki pisarki posługującej się pseudonimem Anna Lange. Od razu trzeba powiedzieć, że jest to debiut bardzo udany. 
Przede wszystkim autorce udało się znakomicie oddać klimat epoki, ale też całej opowieści. To era wiktoriańska, więc nie można zapomnieć o takich sprawach, jak co wypada, a co nie, jak długo powinna trwać wizyta i czy kobieta może spożyć posiłek z mężczyzną w tym samym pomieszczeniu bez przyzwoitki. Postronnego czytelnika mogą te sprawy bawić, ale raz, że faktycznie oddają rzeczywistość, a dwa, że idealnie oddają klimat tamtych czasów. Przecież XIX wiek to epoka konwenansów społecznych stopniowo dopiero przełamywanych zbliżającym się końcem stulecia. 

Nie da się nie lubić głównych bohaterów. Prawy i uczciwy John Dobson od razu budzi szacunek i naprawdę chciałoby się mieć takiego starszego brata. Zaś Clovis jest po prostu obłędny; niewinny w swoim pochodzeniu (a mógłby być przecież zepsuty do cna, biorąc pod uwagę geny), niby obyty towarzysko, a tak rozczulający w swoim  roztrzepaniu. Od razu ma się ochotę przygarnąć pod swój dach, usadowić w fotelu i częstować herbatką. Alicja posiadająca znamiona kobiety emancypującej się może być dla Clovisa idealną partnerką, tylko czy tych dwoje dojdzie do porozumienia? 

Swoisty czar maja też, pojawiające się co jakiś czas retrospekcje, z których dowiadujemy się o sprawach, które w pozostałych rozdziałach są tylko wspomnieniem. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko pełniejszy obraz całej sytuacji, ale też lepiej poznajemy bohaterów, zwłaszcza Clovisa i Dobsona oraz początki ich przyjaźni. 

Swojski i przyjazny klimat opowieści sprawiają, że czyta się tak, jakby człowiek siedział na przyjemnym, obfitującym w pyszne przekąski podwieczorku. A co najważniejsze, można jeść całymi garściami bez obawy, że człowiek przytyje! A na deser mamy mówiące ludzkim głosem czaszki, zdezorientowane duchy zmarłych, Zaklęcia Paraliżu i Uśpienia i wiele, wiele innych. 

Magiczne akta Scotland Yardu to wciągająca lektura, którą aż żal kończyć, czasy wiktoriańskie wszak budzą ogromny sentyment. Polecam miłośnikom tej epoki, hobbystom zainteresowanym magią, wynalazkami i egzorcyzmowaniem ghuli. Zabawna, przyjemna w odbiorze lektura; czyta się ją z uśmiechem na twarzy.
Dziękuję!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Sarah Waters: Ktoś we mnie

Autor: Sarah Waters
Tytuł: Ktoś we mnie
Stron: 600
Wydawca: Prószyński i S-ka







Po raz kolejny Sarah Waters zabrała mnie w podróż do Anglii początków XX wieku. Wróciłam z niej trochę zasmucona, z głową pełną wątpliwości i domysłów. 
Rodzinna, wiekowa rezydencja rodziny Ayresów jest cieniem dawnej siebie. Niegdyś pełna życia, licznej służby, urządzona z niesamowitym przepychem, była doskonała i całą sobą aż krzyczała o świetności epoki i zamieszkującego ją rodu. Dziś,  opuszczona i zaniedbana, chyli się ku upadkowi; wionie chłodem i wilgocią nieogrzewanych pomieszczeń, pustką pozamykanych pokoi, ciszą spowodowaną brakiem służby i smutkiem ostatnich swoich mieszkańców, którzy nie chcą/nie umieją dopasować się do nowych postfeudalnych czasów. 

Do tego właśnie domu, wezwany do chorej służącej, trafia doktor Faraday, czterdziestolatek, wywodzący się z biedy, człowiek nieżonaty, który nie dorobił się majątku, gdyż jak na tamte czasy, jak na lekarza przystało, moim zdaniem miał za dobre serce. Ta właśnie wizyta zapoczątkuje znajomość doktora z ostatnimi żyjącymi Ayresami: zdziwaczałą panią Ayres i jej dziećmi: byłym pilotem wojskowym Roderickiem i ekscentryczną, niezamężną córką Caroline. Pomimo oczywistego ubóstwa i wiszącej nad farmą groźby bankructwa, Ayresowie starają się z godnością żyć i mieszkać w Hundreds Hall. Doktor interesuje się stanem zdrowia rodziny i wkrótce staje się ich naczelnym lekarzem i przyjacielem. Nie bierze pod uwagę krążących o rodzinie plotek. 

Z czasem jednak w rezydencji zaczynają się dziać rzeczy, które trudno wyjaśnić logiką i które zaczynają jeżyć włos na głowie. Początkowo wszyscy składają to na karby choroby Rodericka, jednak stopniowo staje się jasne, że nie wszystko to może być sprawką tego młodego człowieka. Sceptyczny, bo przecież jest człowiekiem nauki, doktor Faraday, stara się wszystko wyjaśnić rozumowo, przyczyn upatrując w chorobowych stanach umysłu członków rodziny, jednak po pewnym czasie sam już nie jest pewien, co uznać za pewnik i fakt, a co za wynurzenia zagubionego umysłu. 

Sarah Waters mistrzowsko i z klimatem przedstawiła upadek dawnej świetności rodu. Wyniszczony dom, o który nie ma kto zadbać, bo już nie ma na to środków. Bankrutująca farma, na której nie ma kto pracować i która nie przynosi żadnego dochodu. Ogromny areał, który trzeba sprzedać i pogodzić się z jego rozparcelowaniem. I rodzina, która co prawda nie jest niczemu winna, a znajduje się w sytuacji bez wyjścia: starzejąca się matka, coraz bardziej żyjąca przeszłością, znerwicowany syn, z traumą pourazową z wojny i nieco zdziwaczała córka, już przez wszystkich uznana za starą pannę. Faraday stara się im pomóc, służy radą, wsparciem i pomocą, jednocześnie zakochując się w Caroline. Czy kobieta odwzajemni jego uczucia? 

Ciekawym zabiegiem było uczynienie głównym bohaterem mężczyzny i oddanie mu roli narratora. Dotychczas w przeczytanych przeze mnie powieściach S. Waters były to kobiety i przyznam, że naprawdę była to miła odmiana. 
Napięcie w powieści budowane jest stopniowo i bez pośpiechu, autorka miała naprawdę dużo pomysłów, dzięki czemu dom i jego zakamarki przypominały mi gotycką budowlę. Drzwi, które nie chcą się otworzyć, choć klamka działa, dzwonki, które same natrętnie dzwonią, szepty, które rozbrzmiewają w ścianach, zimne powiewy, napisy na ścianach. To wszystko zdrowego człowieka doprowadziłoby do nerwicy, a co dopiero kogoś, kto jest bardziej podatny, bo wiele już przeżył. Stopniowo robi się coraz bardziej groźnie i czytelnik sam już nie wie, czy faktycznie coś złego zalęgło się w murach domu, czy to klątwa zaciążyła nad Ayresami, czy ktoś umyślnie robi te wszystkie rzeczy. 

Dużym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie i choć nie jestem na sto procent pewna, obstawiałabym jednak czynnik ludzki w tym wszystkim. 
Tak czy siak, jestem bardzo zadowolona z lektury. Przyjemnie było dać się porwać gotyckim klimatom i pozwolić sobie na chwilę refleksji nad ideałami, które odeszły, bo zmieniła się epoka. Sarah Waters jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Polecam powieść miłośnikom pisarki oraz cierpliwym czytelnikom, dla których niejednoznaczność fabuły, jest powodem do długich rozmyślań.

 Dziękuję!

niedziela, 21 sierpnia 2016

Czas na safari czyli Madagaskar odsłona druga

Tytuł: Madagaskar 2
Reżyseria: Eric Darnell, Tom McGrath
Scenariusz: Tom McGrath, Eric Darnell, Etan Cohen
Czas trwania: 89 min.
Wytwórnia: Dream Works







Wesołe stadko z Aleksem na czele, po wyremontowaniu starego samolotu, postanawia wrócić do Nowego Jorku. Niniejszą eskapadę chcą potraktować jako bonusowe wakacje. Teraz już naprawdę bardzo chcą wrócić do swojego życia w zoo. Do samolotu wsiadają również Pingwiny pod wodzą Skippera, dwa cyniczne szympansy oraz król Julian z Morrisem. Lemurzy władca uznał, że czas na podbój świata. 
Na skutek awarii nasi bohaterowie lądują w rezerwacie (daleko nie ulecieli), gdzie będą musieli się zmierzyć z nowymi wyzwaniami. Wyjdzie także na jaw kilka starych sekretów. Tak w skrócie prezentuje się fabuła drugiej części animacji Madagaskar. 

Tym razem akcję umiejscowiono w Afryce, gdzie ku zdziwieniu naszych bohaterów, żyje cała masa zebr, lwów, hipopotamów, żyraf i innych. Jest tu tego całe zatrzęsienie, więc trudno tu o indywidualność. 
Przyznam, że byłam nastawiona nieco sceptycznie do kontynuacji, ale okazało się, że naprawdę niepotrzebnie. Druga część jest równie zabawna, jak pierwsza, a może nawet bardziej. 
Lwi celebryta Alex sięgnie do swoich korzeni i będzie musiał przejść rytuał, co zaowocuje przewrotem, a potem jeszcze jednym. 
Zebra Marty zacznie się zastanawiać, czy w stadzie tylu zebr wyróżnia się czymś jeszcze oprócz blizny na pośladku po ugryzieniu kumpla lwa? Jego przyjaźń z Alexem będzie musiała przejść kolejną próbę. 
Hipopotamica Gloria postanowi zacząć randkować. Czy atrakcyjny Moto Moto będzie tym jedynym? 
Tymczasem rozczulający i rozbrajający swoją hipochondrią żyrafa Melman wejdzie w zupełnie nową rolę, a także przyzna się do czegoś bardzo ważnego. 

Swoje trzy grosze dorzucą do wszystkiego Pingwiny, a także Julian. Znalazło się też miejsce dla szalonej babuni, która jest nie do pobicia, jeśli idzie o stawianie lwów do pionu. 
Druga część serii jest zabawna, obfituje w znane nam, kultowe już dziś teksty, zaskakuje rozwiązaniami, ma także ważne przesłanie. Okazuje się, że w tak trudnym do życia miejscu największym skarbem jest...woda. Bo woda to życie. 
Oczywiście, gdy już ma się wodę, warto zatroszczyć się o rodzinę i przyjaciół, którzy niekoniecznie muszą być połączeni z nami więzami krwi, czy być tego samego gatunku. 

Podczas oglądania drugiej części nie można się nudzić, aż do ciekawie skonstruowanego finału, a przecież to jeszcze nie koniec perypetii szalonej czwórki z zoo z Central Parku. 
Dlatego jeśli ktoś jeszcze nie widział, w co wątpię, bo w sumie to już niemal klasyk, to zachęcam do obejrzenia. I to jak najszybciej. 
Jak to powiedział król Julian: Szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu. 
Polecam. Fajna zabawa i miłe, przyjemne odmóżdżenie.

piątek, 19 sierpnia 2016

Eve Chase: Tajemnica Black Rabbit Hall

Autor: Eve Chase
Tytuł: Tajemnica Black Rabbit Hall
Stron: 430
Wydawca: Świat Książki







Uwielbiam historie o starych domach i rodzinnych tajemnicach z posmakiem gotyckiego klimatu. Myślę sobie, że gdyby stare mury mogły mówić, opowiedziałby to i owo, ale że nie mogą, no cóż. W tym  miejscu musi wkroczyć pisarska wena, która odda głos nielicznym żyjącym świadkom, starym listom i dokumentom.

O czym cicho szepcą mury Black Rabbit Hall? Czy też może raczej Pencraw Hall? Kim były dzieci, których imiona wyryto na starym drzewie? Dlaczego ten wielki, stary dom, kiedyś tak piękny i pełen życia, dziś sprawia wrażenie przeklętego?

Kornwalia, koniec lat 60 XX wieku. Sielankowe życie rodziny Altonów przerywa nagła, tragiczna śmierć Nancy Alton, ukochanej żony i matki czwórki dorastających dzieci. Oczami najstarszej córki Nancy, Amber śledzić będziemy stopniowy rozpad rodziny, która pozbawiona opieki i czujnej ręki matki, zaczyna dryfować, niczym dziurawa łódź. Ojciec rodziny Hugo, pogrążony w żałobie, nie potrafi się zająć dziećmi. Dorastający syn Toby, nie radzi sobie z wybuchami agresji i z fanatyzmem apokaliptycznego proroka oczekuje katastrofy. Małoletni Kitty i Barney wciąż potrzebują dużo uwagi i czułości, którą w tej chwili daje im tylko gosposia Peggy. Głębokie rany może z czasem by się zagoiły, gdyby nie decyzja ojca rodziny o powtórnym ożenku. I tak, gdy w życie rodziny wkracza Caroline, zła macocha niczym w bajce dla dorosłych, Altonowie tracą te nieliczne szanse na powrót do normalności. 

30 lat później, poszukująca lokalu na wesele Lorna, przypadkiem trafia na ogłoszenie, w którym oferuje się salę balową Pencraw Hall. Zafascynowana domem i miejscem, które wydają się jej znajome i niewytłumaczalnie bliskie, Lorna udaje się w podróż do Kornwalii, by odkryć nie tylko tajemnicę domu, ale też i sekret własnego pochodzenia. 

Debiutancką powieść Eve Chase czyta się z zapartym tchem i doprawdy trudno się od niej oderwać. Niesamowita atmosfera tamtego roku w Black Rabbit Hall, dotkliwość straty, która u każdego objawia się inaczej, czar pierwszej, młodzieńczej miłości z zakazanym posmakiem oraz kłamstwo, które położyło się cieniem na życiu całej rodziny na długie lata. Wszystko to sprawia, że powieść zyskuje nieco mroczny, gotycki klimat, którego dopełnia osoba stojącej na progu śmierci Caroline Alton. Z wielką przyjemnością gubiłam się w domysłach i tak jak Toby niecierpliwie oczekiwałam zapowiadanej katastrofy. 

Tajemnica Black Rabbit Hall to wciągająca i pełna magnetyzmu historia, która mimo swojej mroczności ma wiele jasnych punktów, takich jak osoba Nancy, miłość Amber i Luciana, czy postać wspaniałego, kochającego Jona. To właśnie dzięki temu połączeniu powieść staje się taka niezwykła. Jestem doprawdy zauroczona i wzruszona. 
Polecam historię Black Rabbit Hall wielbicielom prozy Kate Morton i Sarah Waters. Pozycja godna uwagi.


Dziękuję!