piątek, 11 listopada 2011

Recenzja książki Ofiara 44

Ostatnia już pozycja kupiona na wyprzedaży za 8 zł. Pakiet wykończyłam i muszę przyznać, że włączając w to kupioną wtedy Tarantulę, nie wyszłam na tych zakupach tak źle. Dwie kupione książki okazały się dość kiepskie, ale pozostałe 4 całkiem, całkiem. Prawda jest taka, że gdyby nie ta wyprzedaż nigdy bym tych książek nie kupiła, a tak skuszona niską ceną, poznałam dwa nowe obiecujące nazwiska pisarzy, z którymi na pewno czytelniczo jeszcze się spotkam. 
Ofiara 44 jest debiutem powieściowym pana Smitha. Akcję osadzono w realiach Rosji lat 50, co sprawiło, że klimat książki jest dość mroczny, przygnębiający, żeby nie powiedzieć depresyjny. Bo jak tu się nie przygnębiać, gdy obraz kraju i społeczeństwa jest tak beznadziejny? Rosja funkcjonuje na zasadzie propagandy, terroru i ciągłej inwigilacji wszystkiego i wszystkich. Nikomu nie można ufać. Rodzice donoszą na dzieci, bracia na braci, mężowie na żony i nic dziwnego, skoro już od najmłodszych lat dzieciom w szkole takie zasady się wpaja. Poza tym nie potrzeba do tego szkoły, gdyż ta potworna rzeczywistość jest najlepszym nauczycielem: albo ty doniesiesz na kogoś, albo ktoś doniesie na ciebie. Ten cały niby doskonale zorganizowany aparat państwowy ma jednak wiele luk, w swoim działaniu. Skupia się na łapaniu i zabijaniu wrogów państwa, kolaborantów i szpiegów. To czego nie ma, się tworzy, wystarczy tylko napisać odpowiedni dokument, by nadać sprawie bieg. Nawet zwykły weterynarz, który tak naprawdę jest tylko zwykłym weterynarzem, zostaje uznany za szpiega i tak skutecznie przesłuchiwany, że w końcu przyznaje się do zarzucanych mu przestępstw. Jednocześnie, gdy pojawia się prawdziwa zbrodnia i giną kolejne dzieci, sprawę się tuszuje i bagatelizuje, gdyż w Związku Radzieckim, zgodnie z oficjalną propagandą morderstwo nie istnieje. Ale po kolei. 
Prolog ukazuje nam jedno wydarzenie z lat 30, gdy w czasach wielkiego głodu dwaj bracia polują na ostatniego we wsi kota. Polowanie kończy się tragicznie, gdyż starszy z braci, ginie bez śladu. 
Następnie przeskakujemy do lat 50 i poznajemy głównego bohatera Lwa Demidowa. Lew jest wysokiej rangi funkcjonariuszem służb bezpieczeństwa i naprawdę wierzy w ideologię, której służy. Gdy na torach kolejowych zostaje znalezione ciało chłopca, sprawę uznaje się za nieszczęśliwy wypadek i szybko ukręca się jej łeb. Lew widzi rozpacz rodziny chłopca i ich przekonanie o tym, że nie był to wypadek, ale wtedy nie ma to dla niego znaczenia. Przełożeni każą sprawę zatuszować, więc tak robi. Niezachwiana wiara bohatera w ideologię państwa zaczyna się chwiać, gdy dostaje rozkaz śledzenia własnej żony Raisy, oskarżonej o szpiegostwo. Podejrzenie to jest dla niego tak bzdurne i wyssane z palca, że Lew przez długi czas nie wie, co ma zrobić, tym bardziej, że nawet jego rodzice radzą mu Raisę poświęcić dla dobra całej rodziny. Decyduje jednak, stanąć po stronie żony i w efekcie zostaje zdegradowany i karnie zesłany do pracy za Ural. Żona jedzie razem z nim, choć wcale nie kieruje się uczuciami żoninymi. 
Na miejscu, niedługo po przybyciu Lwa i Raisy, dochodzi do kolejnych zabójstw dzieci. Lew angażuje się w sprawę, ściągając na siebie i żonę, niebezpieczeństwo, gdyż takie jawne i prywatne śledztwo zostaje uznane, że wystąpienie przeciwko Partii, a stąd już tylko krok do tego,  by stać się wrogiem publicznym numer jeden. Sprawa okazuje się być bardzo zawikłana i szybko okazuje się, że zajęcie się nią, wszystko w życiu Lwa i Raisy przewartościuje; ich małżeństwo, uczucia, stosunek do życia, władzy, a nawet do przeszłości. Okaże się bowiem, że nie wszyscy będą tymi, za których się podają. Sytuacja wydaje się beznadziejna, bo w trakcie lektury wiedziałam (nauczona przypadkiem Winstona Smitha z Roku 1984 G. Orwella), że przecież jeden człowiek nie może wygrać z całym systemem. 
Książka nie była dla mnie lekturą łatwą, ze względu na swój mroczny klimat, wszędzie czyhała na bohaterów śmierć i ścigający ich funkcjonariusze, ciągle musieli uciekać, zdani właściwie tylko na siebie. Pomogli im tylko zwykli wieśniacy, mieszkający w malutkich wsiach, z dala od centrum kraju. Dla tych ludzi władza kojarzyła się tylko z wojną i zabijaniem, nic dobrego im nie przyniosła i nigdy nie zainteresowała się nimi na tyle, być choć trochę poprawić ich los. Dlatego solidarnie pomagali dwójce uciekinierów.
Mimo to muszę uznać tę lekturę za ciekawą. Trzyma w napięciu do samego końca, choć na początku trudno było mi zrozumieć, co ma ze sobą wspólnego porwanie dziecka w latach 30 z wydarzeniami dziejącymi się ponad 20 lat później. Oczywiście okazuje się, że ma i to sporo. W książce nie brakuje też makabry, co dodatkowo wpływało na mnie depresyjnie. Ogólnie jednak wrażenia mam pozytywne, choć realia stalinowskiej Rosji, jakoś nigdy mnie nie pociągały. Dobrze czasem zmienić i klimat i realia. Jeśli ktoś lubi takie właśnie mroczne thrillery z dobrze zarysowanym tłem politycznym i społecznym to polecam.
Autor: Tom Rob Smith
Tytuł: Ofiara 44
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Stron: 422
Oprawa twarda
Moja ocena: 9/10

czwartek, 10 listopada 2011

Recenzja książki Adam

Jakiś czas temu często spotykałam w użyciu słowo "wymiata". Oznaczało to tyle, że coś jest tak super i świetne, że już nic innego równie dobre nie będzie, bo nie ma na nie miejsca. Tak właśnie czułam się w trakcie lektury tej książki. Jako że ostatnimi czasy jestem sama na gospodarstwie, a książkę czytałam do godziny 23.00, to potem miałam lekkiego pietra idąc do toalety.  Nota bene jest to kolejna pozycja z wyprzedaży zakupiona za całe 5 zł. Jest to też moje pierwsze spotkanie z tym autorem i nie ostatnie, bo zupełnym przypadkiem odkryłam bardzo dobrego pisarza. 
Obsesją Daniela Clarka, agenta FBI i specjalisty od portretów psychologicznych jest schwytanie seryjnego zabójcy kobiet określanego imieniem Ewa. Obsesja ta trwa u Daniela już prawie dwa lata i pochłonęła jego małżeństwo, bo agent był tak oddany pracy, że zaniedbywał wszystko inne. Ewa zabił już szesnaście kobiet i jest tak skrupulatny i precyzyjny, że aż nieuchwytny. Po szesnastu miesiącach dochodzi do przełomu; ostatnia z kobiet zostaje znaleziona żywa, choć śmiertelnie chora. Daniel i pozostali agenci chcą jak najszybciej dowieźć ją do szpitala, bo kobieta jest przecież niezwykle cennym świadkiem. Wszystko to jednak okazuje się być pułapką zabójcy, który od teraz będzie polował na Daniela. Dochodzi do kolizji na drodze i Daniel zostaje postrzelony. Przez następne dwadzieścia minut przebywa w stanie śmierci klinicznej. Przywrócony do życia, mimo braku obrażeń fizycznych, nie może dojść do siebie. Wie, że na kilka sekund przed postrzałem widział twarz zabójcy, nie ma jednak dostępu do tych wspomnień. Dodatkowo męczą go niespodziewane i coraz gorsze ataki paniki, uniemożliwiające mu nie tylko normalne życie, ale także sen. Desperackie próby ponownego przeżycia własnej śmierci, nie naprowadzają agenta na żaden trop.  Kolejnym celem zabójcy jest była żona Daniela, Heather, która zostaje porwana. Desperacja Daniela, by schwytać  Ewę sięga zenitu. 
Równolegle śledzimy historię porwania dwójki rodzeństwa Alexa i Jessici, do którego to porwania doszło ponad trzydzieści lat temu. Autor ujął to w formę reportażu opublikowanego, w gazecie w dziewięciu odcinkach, ilustrowanego zdjęciami miejsc i wypowiedziami naocznych świadków. Te odcinki umieszczone w książce, na zasadzie przerywnika w toku akcji, pojawiają się co kilkadzieścia stron i na szarym, podobnym do gazetowego papierze. Artykuł jest zatytułowany "Człowiek pełen smutku (Wyprawa w mrok)". Aż chciałam od razu przeczytać wszystkie szare strony i całe szczęście, że tego nie zrobiłam, bo zepsułabym sobie zakończenie. W miarę, jak śledztwo Daniela idzie do przodu, czytelnik poznaje kolejne lata życia porwanego rodzeństwa.
Oczywiście nietrudno się domyślić, że porwany chłopiec, to ów seryjny zabójca i nie jest to żaden spoiler, bo o tym wiadomo już na początku. Ale ponieważ FBI tak naprawdę nie ma żadnego motywu, którym kierowałby się Ewa, dzięki temu reportażowi dokładnie się tego dowiadujemy i sięgamy korzeni zła, samego źródła.
Książka zaczyna się jak typowa powieść sensacyjna. Ale to tylko początek. Potem robi się coraz ciekawiej i oto okazuje się, że czytamy dobry thriller, a nawet horror,  powiedziałabym. Całość jest jednak tak dobrze skomponowana i przemyślana, że nic tu nie dziwi, ani nie wydaje się znikąd i bezpodstawne. Dziwi jedynie pomysł autora, bo trzeba mu przyznać, że stworzył  naprawdę dobrą historię i nie zmarnował pomysłu. Utrzymać napięcie do końca historii tak,  aby przerazić czytelnika mało komu się udaje. Autor umiejętnie zatarł granicę pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy psychiką, a sferą realną. Czy to obsesja rodzi szaleństwo, czy szaleństwo rodzi obsesję? Jak ma się do tego wiara? Czy jest potrzebna? Powtarzam, bałam się potem pójść do łazienki z obawy, że coś mnie obserwuje. 
Wytwórnia Lionsgate produkuje obecnie film na podstawie książki. Czy film będzie równie dobry i czy go obejrzę, nie wiem. Powiem tylko, że książka jest naprawdę świetna i jeśli ktoś ma ochotę na nieco sensacji i strachu to polecam, bo naprawdę warto.

Autor: Ted Dekker
Tytuł: Adam
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Stron: 272
Moja ocena: 10/10

środa, 9 listopada 2011

Recenzja książki Odcienie czerwieni

Odcienie czerwieni to kolejna pozycja z wyprzedaży, zakupiona za 7 złotych. To także moje pierwsze spotkanie z tą autorką i przyznam, że wypadło ono dość pozytywnie. 
Główna bohaterka książki Vera Hart to kobieta legenda. Kiedyś aktorka, dziś właścicielka ogromnego imperium, produkującego i sprzedającego kosmetyki, ale też ubrania. Jak to powiedział jeden z bohaterów: "Świat śpi w pościeli Hart Line, ubiera się Hart Line, mieszka w domach urządzonych według stylu propagowanego przez Hart Line, używa mebli Hart Line, ogląda programy Hart Line." Vera Hart, dziś kobieta dobiegająca do sześćdziesiątki jest symbolem tego wszystkiego co Ameryka kocha i podziwia. Mężczyźni pragną jej i pożądają, a porzuceni marzą, że kiedyś do nich wróci. Kobiety albo chcą być takie jak ona, co niestety nie jest możliwe, albo nienawidzą jej za to wszystko co sobą reprezentuje, a czego one same mieć nigdy nie będą. Za sukces Vera zapłaciła jednak wysoką cenę. Jej małżeństwo się rozpadło, a mąż Hugh odszedł zabierając ze sobą jedną z córek, Martie. Druga córka Greta została z Verą, jednak matka skupiona na budowaniu firmy i osiąganiu sukcesu nie poświęcała jej uwagi ani nie dała jej matczynej troski i miłości. Hugh ożenił się ponownie, wychował Martie, wspierał ją w karierze wojskowej i medycznej, pomagał w wychowaniu wnuczki Lilli. Greta natomiast przez całe życie starała się przypodobać matce, pomagając jej w firmie i marząc o uznaniu z jej strony. Niestety nie doczekała się tego. 
Książka zaczyna się w momencie, gdy w firmie Very zostają odkryte pewne nieprawidłowości, zarzuca się jej oszustwa i malwersacje, sprawa staje się głośna, a jakby tego było mało ktoś wysyła bohaterce  anonimy, w których grozi jej śmiercią. Wygląda na to, że ktoś bardzo chce Verę zniszczyć i posuwa się nawet do tego, że morduje młode kobiety za pomocą kosmetyków Hart Line. W tych trudnych chwilach, kiedy przyszłość firmy staje pod znakiem zapytania i oczy całej Ameryki zwrócone są na wszystko co z Hart Line związane, oparciem dla Very okazuje się rodzina, którą kiedyś rozbiła. Były mąż i dorosłe dziś córki są dla niej oparciem i pomocą. Czas biegnie,  a morderca uderza po raz kolejny. W niebezpieczeństwie jest życie bliskich Very. To tyle na temat treści.
Książkę przeczytałam w dwa dni. Przyjemnie było zanurzyć się w świecie, gdzie dominuje rywalizacja  i determinacja, by zdobyć upragniony cel. Autorka nakreśliła kilka ciekawych postaci kobiecych: Verę, która ze zwykłej aktoreczki stała się potentatem finansowym, ale żeby to osiągnąć musiała coś po drodze poświęcić; Gretę, która za bardzo dała się zaślepić pogoni za sukcesem i pieniędzmi i tak naprawdę nigdy nie była szczęśliwa  i Martie, która tak wiele przeszła w życiu, a mimo to stara się patrzeć w przyszłość z optymizmem. Książka na dwa wieczory ma wszystko co potrzebne: zagadkę, interesujące postaci zarówno kobiece, jak i męskie na okrasę, wątek romansowy i całkiem dobrze zbudowany moment kulminacyjny. Pod koniec można się już zorientować, kto jest zamachowcem, ale nawet to nie psuje przyjemności czytania. Myślę, że jak na jesienne wieczory jest to całkiem dobra lektura. Zachęcam.

Autor: Doris Mortman
Tytuł: Odcienie czerwieni
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Stron: 456
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 7 listopada 2011

Siostrzyca najlepszą książką na jesień

W niedzielę, 6 listopada 2011 o godzinie 11:00 podczas XV Targów Książki w Krakowie odbyło się ogłoszenie wyników kolejnej edycji konkursu i plebiscytu „Najlepsza książka na jesień”.
W kategorii Proza obca najlepsza okazała się... Siostrzyca! 
Hurrraa!
Zasłużenie, bo książka jest naprawdę dobra.
Ech nauczyciele, strzeżmy się zbyt bystrych dziewczynek!
W poście poniżej Recenzja 
Zapraszam do lektury i do dzielenia się wrażeniami.

niedziela, 6 listopada 2011

Recenzja książki Siostrzyca

Lekturę tej książki skończyłam kilka godzin temu, jednak do tej pory fabuła wiruje mi w głowie, jak natrętny owad. Mam na jej temat tyle do powiedzenia, że aż nie wiem od czego zacząć i boję się, żeby czegoś nie ominąć. Zacznę może zatem od tego, że dawno nie czytałam niczego równie dobrego. Każda książka ma w sobie to coś, przynajmniej staram się coś takiego w każdej czytanej znaleźć. Ale w przypadku Siostrzycy to coś narzuca się czytelnikowi już od pierwszej strony, nie pozwalając przerwać lektury. 
Anglia, rok 1891, Blithe House, stara posiadłość na odludziu, z dala od miasta. W tym starym, zaniedbanym domu mieszka jedenastoletnia Florencja, z młodszym bratem Gilesem. Dzieci pozostają pod opieką służby, a ich prawny opiekun i wuj, ciągle przebywa poza domem, w dalekich podróżach. Wszystkie potrzeby dzieci zaspokaja gospodyni pani Grouse. Narratorką historii jest Florencja, dziewczynka bystra, skryta i nad wiek inteligentna. Opowiada całą historię tworząc swoje własne słowa, niekiedy dziwaczne neologizmy typu: ofotelowany, powieściując, utragiczniła, niefortunnęło, itp. Słowa te nie utrudniają jednak czytania, wręcz przeciwnie nadają opowiadanej historii specyficzny klimat  i wiele mówią o samej Florencji. Gdy młodszy brat dziewczynki zostaje wysłany do szkoły, Flo tak naprawdę zostaje sama. Zgodnie z dziwacznym życzeniem wuja, dziewczynka nie powinna się uczyć, nie wolno jej wchodzić do biblioteki, nigdy nie zostanie wysłana do szkoły. Wuj uważa, że kobietom edukacja nie jest potrzebna, wręcz przeciwnie miesza im w głowie, co popycha je do wywyższania się nad mężczyznami, więc lepiej, żeby nieuczone kobiety pozostały pokornymi i uległymi analfabetkami. Florencja buntuje się przeciw takiemu stanowi rzeczy i nie tylko po kryjomu uczy się czytać, ale zakrada się do ogromnej biblioteki i potajemnie czyta książki, głownie powieści gotyckie i dzieła Szekspira. W swoim potajemnym kształceniu okazuje wiele sprytu i pomysłowości, czego nie ułatwiają jej odwiedziny chłopca z sąsiedztwa Theo. Po kilku miesiącach nauki w szkole, do domu wraca brat Florencji. Okazał się zbyt wrażliwy i podatny na dręczenie przez kolegów i władze szkoły zasugerowały, by uczył się w domu pod okiem prywatnej guwernantki. Florencja jest uradowana, znowu mając brata przy sobie i nawet wizja przybycia obcej nauczycielki tej radości nie mąci. Pierwsza guwernantka panna Whitaker, na skutek nieszczęśliwego wypadku ginie, tonąc w jeziorze. Zgodnie z tym co opowiada Florencja, dzieci zbytnio się tym nie przejęły, tym bardziej, że niebawem ma przybyć kolejna nauczycielka. I dopiero wtedy zaczynają się kłopoty. Panna Taylor okazuje się być silną osobowością, która od razu ustawia wszystkich w domu do pionu. Mały Giles jest nauczycielką zachwycony, natomiast Florencja od razu wyczuwa w obcej coś niedobrego, niepokojącego i niebezpiecznego. Dziewczynka dochodzi do wniosku, że guwernantka jest złym duchem lub demonem, który chce porwać jej brata. Postanawia temu zapobiec za wszelką cenę, co uruchamia lawinę niesamowitych zdarzeń.  
To tyle na temat treści. Nie mogłam się oderwać od książki do samego końca. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to podobieństwo do książki Tajemniczy ogród Frances Hodgson Burnett. Florencja biegająca po wielkim domu, wydającym dziwne odgłosy, tajemniczy opiekun, którego nigdy tak naprawdę nie ma i służba zamiast rodziny. Wszystko to przypominało mi Mary Lennox, poznającą tajemnice wrzosowisk. Potem jednak historia przybiera zupełnie inne niż w Tajemniczym ogrodzie tony. Florencja z zapałem czyta powieści gotyckie, jak okazuje się w toku akcji od jakiegoś czasu lunatykuje po nocy, miewa dziwne koszmarne sny, prowadzi własne śledztwo na temat nowej nauczycielki, wciągając w to niezgrabnego, piszącego dla niej wiersze Theo.
Autor książki stopniowo obdarza czytelnika szczegółami, które z pozoru wydają się zupełnie do siebie nie pasować. W pewnym momencie nie wiemy, czy to co się dzieje, jest naprawdę, czy to tylko wyobraźnia Flo tak okrutnie się z nią bawi. Gdy już się wydaje, że wiadomo na czym stoimy, autor dorzuca kolejny szczegół, który wszystko burzy lub uzupełnia obraz sytuacji rzucając na niego światło z jeszcze innej strony. Szczerze powiem, że osoba dorosła lub umiejąca logicznie poukładać te szczegóły będzie wiedziała, co się naprawdę wydarzyło. Mnie się to udało i powiem szczerze, że jestem pod wielkim wrażeniem autora, bo świetnie poprowadził akcję, wykorzystał pomysł do maksimum. Nawiązanie do tradycji powieści gotyckiej było naprawdę dobrym pisarsko posunięciem. Jestem też przerażona całym rozwojem sytuacji, bo poukładane szczegóły dają obraz, który budzi lęk i każe się trzymać na baczności. Więcej nie napiszę, bo mogłabym za wiele zdradzić, a po co psuć przyjemność z samodzielnego odkrywania tajemnicy. 
Powiem tylko, że książka jest naprawdę świetna. Ma to coś, co lubię w powieściach z dreszczykiem. Dodatkowo świat dorosłych widziany oczyma jedenastolatki diametralnie różni się od tego, jakim widziałaby go osoba dojrzała i logicznie myśląca. Czyta się szybko, bez minuty nudy, bez niecierpliwego przerzucania stron. Mnie lektura zajęła trzy godziny i nie był to czas zmarnowany. Polecam, bo naprawdę warto.
Autor: John Harding
Tytuł: Siostrzyca
Wydawnictwo: Mała Kurka
Stron:286
Moja ocena: 10/10
 


Za książkę serdecznie dziękuję pani Bożenie z wydawnictwa  Mała Kurka 
Dziękuję również za okazane serce i sympatię. Pozdrawiam serdecznie!

środa, 2 listopada 2011

Recenzja książki Nocny ogrodnik

Książka Nocny ogrodnik George'a Pelecanosa jest drugą przeczytaną przeze mnie pozycją  tego autora. Kupiona za 4 zł na wyprzedaży w internetowej księgarni Prószyński Media. Mniej więcej od czasu wakacji staram się wyrobić sobie dyscyplinę czytania  danej książki do końca w nadziei, że coś jednak zaskoczy. Metoda ta zaprocentowała w przypadku Smoczego tronu Tada Williamsa i po przebrnięciu przez 500 stron dłużyzny tak mi się reszta spodobała, że nie mogłam się doczekać zakończenia, a dzieliło mnie od niego ok. trzy tysiące stron. Wniosek z tego taki, że czasem warto dać jakiemuś dziełu szansę i przymknąwszy oko na jego mankamenty, znaleźć cechy wartościowe. 
Niestety metoda ta w przypadku Nocnego ogrodnika okazała się nieskuteczna. Jednak przeczytałam  książkę i z racji mojego szacunku do słowa pisanego uważam, że tak czy siak należy się jej słowo komentarza. Książka jest nieco lepsza od czytanej przeze mnie i recenzowanej tu kilka postów temu  Zawrócić, ale nie oszałamia, ani nie porywa, jak winna to robić z  czytelnikiem dobra powieść kryminalna. Okładka mnie przyznam zaciekawiła, choć nadal nie mogę przeboleć większej czcionki w nazwisku autora niż w tytule, no ale dobrze, nie ma idealnie. Akcja powieści dzieje się w Waszyngtonie. W jednym z ogrodów osiedlowych zostają znalezione zwłoki nastolatka. Chłopak umarł od postrzału w głowę i miał na imię Asa, co jest dla policji o tyle istotne, że imię ofiary czyta się od przodu i od tyłu identycznie. To palindrom. Niespełna 20 lat temu troje nastolatków z palindromicznymi imionami zostało zamordowanych w identyczny sposób. Sprawcy nigdy nie ujęto. Nadano mu wówczas miano nocnego ogrodnika. Policjanci prowadzący śledztwo pamiętają tamtą sprawę i zaczynają szukać powiązań. 
Bohaterów mamy trzech. Gus Ramone, wzorowy gliniarz, mąż i ojciec jest w sprawę podwójnie zaangażowany, gdyż jego syn chodził z Asą do szkoły. Dan Holiday już w policji nie pracuje, ale tamtą sprawę pamięta, a dodatkowo, to on znalazł ciało Asy. Natomiast T. C. Cook, emerytowany policjant ma na sprawę ogromne parcie, gdyż jest to jedyna w jego karierze, której nie zakończył. Miał podejrzanego, ale z braku dowodów nie mógł nawet zrobić mu rewizji w domu. Teraz trzej mężczyźni jednoczą swoje siły i starają się odnaleźć mordercę. Dokładniejsze poznanie szczegółów z życia prywatnego Asy ujawnia zaskakujące detale, które jednak śledztwo tylko komplikują. To tyle na temat  fabuły. 
Wspominałam już, że autor książki jest scenarzystą i współproducentem serialu Prawo ulicy. W trakcie lektury nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ta książka jest właśnie jednym odcinkiem tego serialu. Przyglądamy się policjantom podczas ich pracy, widzimy jak żyją prywatnie, jak praca współgra lub i nie z ich życiem rodzinnym. Tak samo jest właśnie w tym serialu. To czego mi osobiście brakowało to tego dreszczu emocji, zaciekawienia, czy bohaterowie znajdą zabójcę czy nie. Nie mogłam się pozbyć uczucia, że jakieś rozwiązanie będzie, bo skoro się książka kończy to coś być musi. Ale kryminalnego bum! mi zabrakło. Być może takie seriale jak Prawo ulicy czy inne mu podobne o życiu policjantów dobrze się sprzedają i mają oglądalność. Ale książki wychodzą nudne. A może zwyczajnie pan Pelecanos powinien pozostać przy tworzeniu scenariuszy do seriali? Bo powieści kryminalne ma zdecydowanie średnie, żeby nie powiedzieć słabe. Nie polecam. 
Autor: George Pelecanos
Tytuł: Nocny ogrodnik
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Stron: 291
Moja ocena: 4/10

wtorek, 1 listopada 2011

Refleksyjnie...

W tym szczególnym dla wszystkich dniu daruję sobie umieszczanie recenzji, choć pierwotnie zamierzałam tak właśnie zrobić.  Przygotowując jednak obiad, tym razem tylko dla jednej osoby (moja druga połowa musiała na dłużej wyjechać), słuchając miękkich, melancholijnych brzmień w radio, pomyślałam, że napiszę kilka słów o tym co mi dziś leży na sercu. Mówią, że czas leczy rany, ale albo ja jestem jakaś inna, albo to zwykłe tanie pocieszenie, bo mam wrażenie, że moje rany po Twoim gwałtownym odejściu nadal się nie zagoiły. 19 października minęło 10 lat. Mój Boże, jak ten czas umyka. Do dziś trudno mi o tym mówić i zazwyczaj tego nie robię, ale uwierz mi myślę o Tobie co dzień. Sądzę, że byłbyś ze mnie dumny i pochwalił życiowe decyzje, jakie podjęłam w ciągu kilku ostatnich lat swojego życia. Skończyłam studia, po zwyczajowych trudnościach znalazłam pracę. Związałam się z człowiekiem, którego myślę polubiłbyś, bo jest dobry, kochany i szczery. Mam kontrolę nad własnym życiem i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Tylko szczerze powiedziawszy wolałabym, abyś sam zobaczył to na własne oczy, uczestniczył w tym, mógł mi doradzić, kiedy miałam wątpliwości, zamiast odchodzić tak szybko i niespodziewanie. Ale naszej rodzinie nie było to dane i los brutalnie tę rodzinę zmniejszył. Ból po odejściu bliskiej osoby wcale nie mija. Chyba się po prostu do niego przyzwyczajamy i z czasem wydaje się jakby mniejszy. Tak samo z uczuciami. Nie przestajemy kochać, tak ja nie przestałam kochać Ciebie Tato...
 


Poniżej tekst piosenki, która najbardziej kojarzy mi się z Tobą, choć słuchana wywołuje ból serca. 
Eric Clapton:  My Father's eyes.             
Żeglując w oddali poza słońcem
Czekając, aż moj książe nadejdzie
Modląc się o uzdrowicielski deszcz
By ponownie ożywić moją duszę
Po prostu łajdak który ciągle ucieka
Skąd się tu wziąłem?
Cóż uczyniłem ?
Kiedy moje wszystkie nadzieję powstaną?
Jak ja go poznam?
Gdy patrzę w mego ojca oczy
Mego ojca oczy
Gdy patrzę w mego ojca oczy
Mego ojca oczy
Wtedy światło zaczyna świecić
I słyszę tą antyczną kołysankę
I obserwuję jak ta sadzonka rośnie
Czuję jak moje serce przepełnia
Gdzie znaleźć słowa by powiedzieć?
Jak ich uczyć?
Jak się bawić?
Krok po kroku, zrozumiałem
Wtedy gdy ich potrzebuję
Wtedy potrzebuję mego ojca oczu
Mego ojca oczy
Wtedy potrzebuję mego ojca oczu
Mego ojca oczy
Wtedy pojawiła się postrzepiona krewędź
Przez odległe chmury łez
Jestem jak most który został zmyty
Moje fundamenty zostały zbudowane z gliny
Gdy moja dusza zmierza do śmierci
Jak mogłem stracić go?
Czy się starałem?
krok po kroku, zrozumiałem
Że on był tu ze mną
Patrzyłem w mego ojca oczy
ojca oczy
Patrzyłem w mego ojca oczy
Mego ojca oczy
Mego ojca oczy
Mego ojca oczy
Patrzyłem w mego ojca oczy
Mego ojca oczy

Dla chętnych wrażeń słuchowych 
My father'e eyes
Zapraszam.