niedziela, 31 lipca 2016

Planeta bazgrołów. Doodle fusion.

Autorzy: Zifflin, Lei Melendres
Tytuł: Planeta bazgrołów. Doodle fusion.
Seria: Sztuka kolorowania
Stron: 104
Wydawca: Nasza Księgarnia 







W dziedzinie kolorowanek daje się ostatnio zauważyć pewna tendencja. Im większy jest na nie popyt, tym bardziej specjalizują się one tematycznie, ale w sumie nic w tym dziwnego. Gdyby kolorowanki były zwykłe, ich przeciętny amator szybko by się nimi znudził. Jak w każdym biznesie, trzeba szukać takich tematów, które podtrzymywałyby zaciekawienie odbiorcy, aby wciąż chciał po kolorowanki sięgać. Dlatego pójście w kierunku pozornie nieuporządkowanych bazgrołów uważam za bardzo dobry pomysł. 



Planeta bazgrołów jest swoistą kontynuacją Inwazji bazgrołów. Jak sama nazwa mówi, świat został opanowany przez rozmaite stworki, które licznie i szturmem obsiadły strony tej książki. 
Na pierwszy rzut oka trudno się w tym dopatrzeć jakiegokolwiek ładu. Rysunki, przypominające szalone zlepki przeróżnych elementów, bardziej przypominają chaotyczną gmatwaninę niż jeden uporządkowany obraz. Kiedy się jednak przyjrzeć temu dokładniej, da się wyróżnić wiele małych stworków, stworzeń i cosiów, które złożyły się na jeden kolaż. 

Bardzo często wielki chaos jest tylko pozorny i potrzebny jest tylko ktoś, kto poszuka w nim zasady, porządku, klucza, według którego został on stworzony. 
Planeta bazgrołów skierowana jest właśnie do takich odbiorców. Przy odrobinie cierpliwości i skupienia z tej plątaniny może wyłonić się coś naprawdę fajnego, co zachwyci kolorem i drobiazgowością. Tak naprawdę bowiem efekt widać dopiero po dobraniu kolorów.


Dlatego, jeśli ktoś nastawia się na szybki koniec tej zabawy, to lepiej się w ogóle za nią nie zabierać. To trochę tak, jak z licznymi puzzlami. Jeszcze dobrze człowiek wszystkich nie odwróci na właściwą stronę, a już mu się odechciewa układania. 
Plansze z Planety bazgrołów są dla tych, co lubią komplikacje, mają dużo czasu i potrafią, co dziś wbrew pozorom nie jest łatwe, przez dłuższy czas skupić się na jednej czynności. 
Ponieważ elementy są ciasno ułożone i niekiedy bardzo małe, do kolorowania polecam cienkopisy lub cienko zaostrzone kredki. Pozwoli to uniknąć zlewania się ze sobą poszczególnych elementów. 

Kogo zachęcam do przygody z bazgrołami? Jak już wcześniej wspomniałam cierpliwych, ale nie tylko. 
Książka może być świetnym treningiem uwagi i koncentracji dla tych, którzy mają z tym kłopot. Dziś w dobie szybkich kopii i xero nie ma z tym problemu. Można dany rysunek podzielić na mniejsze elementy i dać dziecku do pokolorowania, a w miarę możliwości dokładać kolejne kawałki. Sama ciekawość, co wyjdzie po ich złożeniu, będzie najlepszym motywatorem do pracy. 
Plansze są grube, więc nadają się na przykład do oprawienia czy naklejenia na twardszy karton. Przyjemnie sobie coś takiego powiesić i popatrzeć od czasu do czasu. 

Planeta bazgrołów to naprawdę pomysłowa i wartościowa pozycja wśród kolorowanek. Starsi się przy niej odstresują, młodsi mogą zacząć przygodę z dobieraniem barw. Nic tak nie rozwija wyobraźni jak kolorowanie. Całym sercem jestem za. Żadna gra na komputerze czy smartfonie, nie da takich efektów, jak ręczne pokolorowanie dowolnego rysunku. 
Polecam! Coś wspaniałego! 

Dziękuję!

sobota, 30 lipca 2016

Sarah Hilary: W obcej skórze

Autor: Sarah Hilary
Tytuł: W obcej skórze
Seria: Inspektor Marnie Rome #1
Stron: 544
Wydawca: Czwarta Strona





Powieść W obcej skórze została uznana za najlepszy kryminał roku 2015 w Wielkiej Brytanii. Jest to pierwszy tom otwierający trylogię o młodej inspektor policji Marnie Rome. Zaciekawił mnie okładkowy opis i dlatego po książkę sięgnęłam, jednak muszę przyznać, że ani tytuł, ani opis ani okładkowe zdjęcie nie są w stanie przygotować czytelnika na to, co spotka go w trakcie lektury. Bo powieść jest po prostu obłędnie wciągająca, zaskakuje rozwiązaniami fabularnymi i wszystkie pozytywne opinie na jej temat są naprawdę zasłużone. 

Współczesny Londyn, jaki dobrze znamy. Ponury, deszczowy, niezbyt przyjazny. Inspektor Marnie Rome i jej czarnoskóry partner Noah Jake udają się do ośrodka dla ofiar przemocy domowej. Mają nadzieję porozmawiać z jedną z przebywających tam kobiet. Jej zeznania mogłyby doprowadzić do postępu w śledztwie. Kiedy jednak policjanci przybywają na miejsce, trafiają w centrum makabrycznego zdarzenia. Na podłodze leży mężczyzna z raną zadaną nożem. Okazuje się, że to mąż jednej z kobiet przebywających w ośrodku. Jak i dlaczego doszło do tragedii, skoro drzwi wejściowe miały być cały czas zamknięte? Pytania mnożą się i nagle pierwotne śledztwo schodzi na boczny tor, a sprawa Leo i Hope Proctorów okazuje się bardziej zawikłana niż się początkowo wydawało.

Chyba największą siłą tej historii jest to, że początkowo sprawa wydaje się czytelnikowi dość oczywista. Oto zaborczy mąż, poznał miejsce schronienia maltretowanej przez siebie żony i poszedł tam zabrać ją ponownie do domu. Co prawda fakty dość trudno ustalić, gdyż świadkowie wydarzenia czyli inne kobiety są w szoku i składają sprzeczne zeznania, ale wszystko wydaje się jasne. Pierwsze wrażenie bywa jednak mylne. Przenikliwa inspektor Rome, skrupulatnie bada ślady, przygląda się domowemu życiu Proctorów i dochodzi do zaskakujących wniosków. 

Granie na oczywistościach celem zdezorientowania czytelnika to nie jedyny atut tej powieści. Na uwagę zasługuje główna bohaterka. Marnie Rome jest dobrą policjantką i ma dryg do tego co robi. Jednak jej życie prywatne nie jest już tak poukładane. Kobieta wciąż żyje tragedią sprzed kilku lat, kiedy to adoptowany przez jej rodziców nastolatek, zabił ich. Marnie nie potrafi zerwać z chłopakiem kontaktu i regularnie odwiedza go w domu poprawczym, mając nadzieję, że zdoła w końcu zrozumieć motywy nim kierujące. Jej rodzice byli przeciętnymi ludźmi. Co takiego spowodowało, że zamknięty w sobie chłopak sięgnął po kuchenny nóż i dokonał takiej zbrodni? Ta sprawa nie pozwala pójść bohaterce dalej. Wspomnienia wciąż kotłują się w jej głowie, a dezorientacja rośnie, bo przecież powinna czuć do przybranego brata nienawiść, być przekonana o jego winie, a zamiast tego kiełkuje w niej coś na kształt współczucia. Niejednoznaczność tej sprawy to klucz do zrozumienia bohaterki, myślę jednak, że do tego dojdzie dopiero w finale trylogii. 

Trzeci ważny aspekt powieści to przemoc domowa w różnych aspektach. Mamy więc tutaj maltretowane przez mężów i partnerów kobiety, ale też ofiarę arabskiego pojęcia obrony honoru rodziny w osobie Ayany. Sarah Hilary dogłębnie pokazała psychikę bitych i upokarzanych kobiet, które nie tylko nie są w stanie podejmować samodzielnych decyzji. To akurat było najmniej szokujące. Najbardziej wstrząsnęło mną przywiązanie, jakim kobiety darzą swoich mężczyzn, mimo że ci tak źle je traktowali. Próbują ich tłumaczyć, obwiniają siebie, a przede wszystkim martwią się, kto im ugotuje i posprząta, gdy ich nie będzie w domu. To naprawdę straszne. Z tego powodu kobiety te są raczej kiepskimi świadkami, gdyż wewnętrzny obronny przymus kłamania, by uniknąć bólu, powoduje, że nie są wiarygodne w swoich zeznaniach. 
Przemoc domowa to swoisty łańcuch. Na przykładzie Hope, Simone widać, jak wzrastanie w takich warunkach wpływa na psychikę dziecka, które kiedyś dorośnie, założy rodzinę, będzie rodzicem. 

W obcej skórze to mocna, dobitnie napisana powieść, którą polecam każdemu. Dobrze się czyta jako historia sensacyjna z elementami dramatu psychologicznego. Jednak jeśli ktoś szuka wnikliwego studium przemocy i jej skutków, to z pewnością będzie zadowolony z lektury. 
Jesienią ma się ukazać druga część trylogii zatytułowana Nie ma innej ciemności i już na nią niecierpliwie czekam. Nie przepadam za określeniem must have w stosunku do książek, ale kontynuacja losów inspektor Rome, do takich właśnie należy. Polecam i zachęcam. Nie przeczytać tej książki, czy minąć ją obojętnie, to duży błąd, a zagorzały czytelnik nie może sobie na coś takiego pozwolić.

Dziękuję!

piątek, 29 lipca 2016

Victoria Scott: Tytany

Autor: Victoria Scott
Tytuł: Tytany
Stron: 320
Wydawca: IUVI






Świat nie oferuje zbyt wielu szans dorastającej Astrid. Mający skłonności do hazardu ojciec nie może znaleźć pracy przez co pięcioosobowej rodzinie grozi eksmisja. Skutkiem tego będzie zapewne konieczność wyprowadzki do innego miasta. Dojrzała, jak na swój wiek, Astrid chciałaby coś zrobić, ale ma ani pomysłu, ani perspektyw. W podobnej sytuacji znajduje się rodzina najbliższej przyjaciółki dziewczyny, Magnolii. Połączone wspólnym nieszczęściem nastolatki, wymykają się na pobliski tor wyścigowy, by, obserwując treningi dżokejów, choć na chwilę zapomnieć o przykrej rzeczywistości. 

Zresztą całe Detroit żyje wyścigami. A nie są to zwykłe wyścigi, ani w tradycyjnym rozumieniu. Zasady są z grubsza te same, jednak wierzchowce są takie, jakich świat dotąd nie wiedział. To Tytany. Swoista hybryda konia i samochodu, skomputeryzowana, napędzana benzyną, wyposażona w końskie odruchy, reakcje i emocje. Taki wierzchowiec się nie zmęczy, nie musi jeść, ani odpoczywać, nie czuje strachu. Wygrany dżokej jest ustawiony finansowo do końca życia. Astrid też mogłaby wziąć udział, gdyby nie wysokie wpisowe. 

W tegorocznym derby zmieniają się jednak trochę zasady. Zupełnie niespodziewanie Astrid dostaje możliwość wzięcia udziału w wyścigu. Poznaje nieco gburowatego mechanika przezwiskiem Gałgan, który pozwala jej trenować na Tytanie starej generacji. Dziewczyna staje przed ogromną szansą. Jeśli wygra wyścig uratuje rodzinę, dom, rodzinę przyjaciółki. Stawka jest naprawdę wysoka, ale czy możliwa do spełniania?

Nowa powieść Victorii Scott, autorki bestsellerowych powieści Ogień i woda oraz Kamień i sól, oscyluje w temacie wyścigów. 
Astrid, obdarzona matematycznym umysłem, jest przekonana, że dałaby sobie radę podczas wyścigu, że mogłaby pokonać doświadczonych dżokejów. Kiedy jednak zaczyna trenować z wierzchowcem, który pomimo stalowej obudowy, ma serce i duszę pełnokrwistego konia, przekonuje się, że chodzi nie tylko, aby na tym koniu jechać. Kluczem do zwycięstwa jest zgodna współpraca dżokeja z wierzchowcem. Musi istnieć między nimi więź, inaczej nie ma o czym mówić. Zraniona przez życie i bliskich Astrid bardzo długo nie może się zdobyć na to, by obdarzyć Skobla zaufaniem. Czy zdoła się przełamać?

Powieść Tytany to klasyczna historia o wyścigu po marzenia i lepszą przyszłość. Do stracenia nie ma nic, do zyskania jest wszystko. Z pomocą wiernych przyjaciół Astrid spróbuje po te marzenia sięgnąć, przekona się jednocześnie, że aby coś zyskać, trzeba na ślepo komuś zaufać. 

Tytany to piękna i mądra opowieść o przyjaźni, dorastaniu do zaufania, do podejmowania ważnych decyzji oraz do ponoszenia ich konsekwencji. Zakończenie wyciska łzy wzruszenia i aż chciałoby się usłyszeć, że będzie kontynuacja, że to jednak nie koniec. 
Polecam książkę miłośnikom koni i wyścigów, ale nie tylko. Tytany spodobają się każdemu, kto lubi historie o przyjaźni, z nutką rywalizacji i adrenaliny. Polecam. Warto.

Dziękuję!

środa, 27 lipca 2016

Bo w każdym drzemie strongman czyli Roman Barbarzyńca

Tytuł: Roman Barbarzyńca
Reżyser: Kresten Vestbjerg Andersen,
Thorbjorn Christoffersen, Philip Einstein Lipski
Scenariusz: Thorbjørn Christoffersen
Czas trwania: 89 min.
Wytwórnia: Einstein Films A/S






Gdyby mi ktoś powiedział, że Duńczycy mają takie fajne poczucie humoru, to chyba nie uwierzyłabym tak na słowo. Po seansie Romana Barbarzyńcy już nigdy w to nie zwątpię. 

Kraina Wszechściemia. Plemię osiłkowatych Barbarzyńców żyje sobie spokojnie, w przekonaniu, że skoro są potomkami silnego Crona, nie mają sobie równych. Jak widać pycha bywa zgubna, bo oto nasi Barbarzyńcy zostają nagle zaatakowani przez odział księcia Zamordora, który ma własne ciemne plany. Jak nietrudno się domyślić banda osiłków jest mu potrzebna do ich realizacji.
Z pogromu żywcem uchodzi jedynie bystry umysłem, lecz wątły i ubogi w bicepsy Roman. Jego naczelną powinnością jest teraz uwolnić ziomków i pokonać Zamordora. Jednak łatwiej zrobić niż powiedzieć. 
Nasz bohater, który wcale się bohaterem nie czuje, wyrusza w podróż, w której towarzyszyć mu będą kiepski w swym fachu bard Wrzaskier, bojowniczo nastawiona Ksenia oraz nieco zakręcony elf Lameras. Czy bohaterom uda się dotrzeć w jednym kawałku do celu podróży i pokonać wroga? To się okaże. 

Po przeczytaniu opinii innych użytkowników, zasiadałam do seansu z pewną dozą sceptycyzmu. Pisano tam m.in. że to nie dla dzieci, że trochę wulgarny itp., itd. 
Z jednym mogę się zgodzić. Nie poleciłabym tego filmu dzieciom. Kolory są bure i przygnębiające, a czaszki i trup ścielą się dość gęsto. Oprócz tego błyszczące na czerwono oczy Zamordora raczej nie byłyby miłe we śnie. Tematyka też raczej nie jest dla dzieci. Bohaterowie biegają półnago, więc wszystkie intymne części ciała mocno odznaczają się pod skąpymi odzieniami, a aluzji erotycznych mamy tu całą masę. Wiem, że dzieci mogą ich nie wyłapać, ale po co im już tak za młodu to sugerować, gdy jest tyle innych bardziej przystępnych dla nich bajek. 

Jeśli jednak potraktujemy to jako film dla nieco starszej młodzieży, to zagwarantujemy sobie blisko 1,5 godziny naprawdę dobrej zabawy. Oczywiście duża w tym zasługa polskiego dubbingu, a trio Stuhr/Mozil/Mucha to naprawdę niezły tandem. Ale nie tylko o dubbing chodzi. 
Historia jest dowcipna i z polotem, teksty błyskotliwe i nie raz, a wiele razy uśmiałam się do bólu brzucha. 
Roman Barbarzyńca to historia człowieka, który nie czuł się dobrze w swoim plemieniu, a już winy w tym, że akurat dla jego przodka zabrakło krwi Crona, przecież nie było. Kiedy jednak trzeba, Roman rusza w drogę, bo jakie ma inne wyjście? Oczywiście nie ma pojęcia jak uratuje swoich braci, ale coś zrobić trzeba i chyba właśnie to w głównym bohaterze jest najlepsze. Nie zyskuje nagle super mocy, nie staje się napakowanym mięśniakiem, po prostu pozostaje sobą.

Jak już pisałam nie poleciłabym seansu rodzicom i ich dzieciom, to po prostu nie ta liga. Niemniej jednak, jeśli ktoś lubi soczysty, nieco przaśny humor, jest w stanie znieść aluzje i jednoznaczne gesty i jeszcze się z tego uśmiać, to myślę, że może obejrzeć Romana Barbarzyńcę. Dziś, kilka dni po seansie, gdy przypominam sobie niektóre sceny, śmieję się sama do siebie.
Ten obraz to naprawdę świetna komedia i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze trafić na podobne, utrzymane w tym klimacie.
Polecam, ale tylko osobom, których nie obrazi i nie zniesmaczy garść dowcipów fizjologicznych i erotycznych.  Jeśli trochę przymkniecie na to oko, będziecie się świetnie bawić.

wtorek, 26 lipca 2016

Elle Kennedy: Błąd

Autor: Elle Kennedy
Tytuł: Błąd
Seria: Off-Campus #2
Stron: 376
Wydawca: Zysk i S-ka







Kiedy wczesną wiosną poznałam wzruszającą i trafiającą do serca historię Hannah i Garretta, bardzo ucieszyły mnie pogłoski, że autorka napisze także historie przyjaciół i współlokatorów hokeisty. No i doczekałam się. Lato rozpoczęło się bardzo miło, bo nie dość, że urlopem, to jeszcze premierą drugiej części cyklu Off-Campus, traktującej o miłosnych perypetiach drugiego z paczki, Logana. 

Zadurzony w dziewczynie najlepszego kumpla Logan nie radzi sobie ostatnio najlepiej. Nie potrafi zdusić w sobie kiełkujących z coraz większą mocą uczuć. Jednak jakby tego było mało, to zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów sympatycznego zawodnika. Przed bohaterami ostatni rok studiów, a problemy i zobowiązania rodzinne coraz mocniej upominają się o Logana. Trochę tego dużo, jak na jedną osobę. Przydałaby się mała chwila zapomnienia. No bo niby jak inaczej radzić sobie z tym wszystkim? 

Zdołowany i izolujący się od przyjaciół Logan myli adres imprezy i w ten sposób poznaje studentkę pierwszego roku, Grace. Sympatyczna i nieśmiała dziewczyna, z tendencjami do niesamowitego gadulstwa, wydaje się dobrym materiałem na zapomnienie. Co jednak, gdy zwykła sympatia przerodzi się w coś więcej? Czy Logan nie popełni największej głupoty w życiu? A jeśli już popełni, bo tak może sugerować tytuł, to czy zdoła ten błąd naprawić? 

Co ważne w każdej z tego typu historii, to to, że bohaterowie są sympatyczni i tacy ludzcy. U Logana pod wierzchnią powłoką szpanu i pewności siebie, kryje się naprawdę wartościowy i porządny chłopak, który umie się przyznać do błędu i nie dość, że jest w tym niewypowiedzianie komiczny, to i bardzo skuteczny. Grace natomiast jest naprawdę zwyczajną dziewczyną i może właśnie w tym tkwi sekret fascynacji Logana jej osobą? Może komuś, kto ma status gwiazdy potrzebny jest właśnie taki ktoś przeciętny, aby te dwie sprawy się równoważyły? 

Smaczku lekturze dodają te fragmenty, w których chłopcy z drużyny dokuczają sobie nawzajem. Ich wynurzenia na temat kobiecej natury czy też postępowania z kobietami, sprawiały, że co rusz wybuchałam śmiechem. 

Kilkakrotnie w tle przewijają się Hannah i Garrett, jako ci, co obecnie mają status żelaznej pary i te akcenty również były bardzo miłe.  Lubię czytać o rzeczach stałych, a wiadomo, że historia pary nie kończy się wraz z ostatnią stroną książki, dlatego bardzo miło było się dowiedzieć, jak dalej sobie radzą i co u nich. 

Pomimo tych kilku zalet wymienionych powyżej, historia nie ma tak ostrego pazura, jak jej poprzedniczka. Może po części chodzi o to, że nie licząc rodzinnych problemów Logana, bohaterowie nie są tak dramatycznie poranieni przez bliskich, jak to było w przypadku Garretta i Hannah. Ich traumatyczne doświadczenia czyniły ich głębszymi i lubiło się ich jakby z automatu, bo doznali cierpienia, na które wcale nie zasłużyli. Najprzyjemniej i z łzą w oku śledziło się właśnie ich wspólne wychodzenie z tej traumy. W przypadku Logana i Grace chodzi raczej o zawalczenie o siebie, o to, by móc decydować o własnym życiu, bez oglądania się na powracające niczym bumerang błędy najbliższych. To one bowiem najbardziej hamują nasz rozwój, a głębokie poczucie lojalności nie pozwala na to, by pójść do przodu, pamiętając o tym, że każdy jest kowalem własnego losu. 
Mimo to lektura Błędu była bardzo przyjemna i odprężająca, dlatego z chęcią sięgnę po trzecią część cyklu, gdy tylko się pojawi, bo jedno jest pewne. Chłopaków z drużyny i ich dziewczyn nie można nie polubić.

niedziela, 24 lipca 2016

Ian Tregillis: Wojny alchemiczne. Mechaniczny

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Mechaniczny
Seria: Wojny alchemiczne #1
Stron: 464
Wydawca: SQN





Mechaniczne serce na okładce pierwszego tomu powieści I. Tregillisa to obietnica niezłej, oryginalnej i wciągającej historii. Muszę jednak powiedzieć, że nic nie może przygotować czytelnika na to, co czai się w środku. 
Choć akcja powieści toczy się współcześnie, świat przedstawiony kojarzy się z wiekiem XVII/XVIII, głównie ze względu na stroje z epoki, obyczajowość, środki lokomocji czy tytuły szlacheckie. To jednak nie wszystko i gdyby to tak zostawić wyszłaby z tego powieść quasi historyczna. Autor jednak wzbogacił ten świat o szeroko rozbudowaną dziedzinę alchemii, graniczącą z prawdziwą magią, dzięki czemu uzyskał zupełnie nową jakość, która mnie jako czytelnika, zaszokowała i  zafascynowała. 

Wszystko zaczęło się w XVII wieku od wynalazku holenderskiego uczonego Christiaana Huygensa. Ten genialny matematyk i fizyk był nie tylko autorem teorii gry w kości, pierwszej soczewki, czy odkrywcą księżyca Saturna Tytana. Był także pierwszym konstruktorem precyzyjnych zegarów mechanicznych, które to opisał w swojej książce pt.  Horologium oscillatorium. To właśnie na bazie tych faktów z życia uczonego, Ian Tregillis tworząc fabułę swojej powieści, każe Huygensowi pójść dużo dalej i czyni go twórcą pierwszego człowieka mechanicznego. 
Ten rewolucyjny wynalazek powoduje, że Niderlandy stają się super mocarstwem nie do pokonania i jedynie Francja staje się ogniskiem, choć słabym, oporu. Mechaniczni ludzie zwani klakierami (od francuskiego oklaskiwać, przytakiwać) stają się niezawodnymi służącymi, a także w wersji bardziej zaawansowanej żołnierzami.  Niby nic niezwykłego, w końcu dziś także mamy niemal inteligentne maszyny, wykonujące pracę za ciężką dla człowieka. Ale klakierzy z powieści są naprawdę niezwykli. Są niesamowicie wytrzymali i niemal nigdy się nie psują, jeśli tylko regularnie ich konserwować, mogą więc funkcjonować setki lat. Ale to nie wszystko. Ogromne, trzymane w ścisłej tajemnicy osiągnięcia alchemii pozwoliły tak uwarunkować klakierów, że muszą, powiedziałabym nawet MUSZĄ, wykonać każde dane im polecenie. Ten wewnętrzny nakaz zwany potocznie geas, powoduje, że klakier mający wykonać polecenie czuje silny, odśrodkowy przymus, wręcz fizyczny ból, który nie zmaleje, dopóki polecenie nie zostanie wykonane tak jak należy. Powszechnie panujące przekonanie, że klakierzy to tylko maszyny, bez uczuć i świadomości, sprawia, że nikt nie traktuje serio siły geas.  Bo skoro maszyna jest maszyną, to nie może czuć bólu, prawda? Nie ma rozterek, wątpliwości, dylematów moralnych, jest maszyną i kropka. 
Na przykładzie jednego z głównych bohaterów powieści tytułowego mechanicznego o imieniu Jax, wiemy, że jest trochę inaczej. Klakierzy mają świadomość i choć służba ludziom jest ich priorytetem, zdarzają się przypadki, że klakierzy się buntują, zyskując wolną wolę. Takich oczywiście szybko i, co ważne, publicznie się eliminuje, utrzymując społeczeństwo w powszechnym przekonaniu, że maszyna została opętana przez demony. Nie wiadomo dokładnie, co powoduje przemianę, dlatego ludzie tak się tego boją. 
Jax jest służącym, jak setki innych. Wykonuje masę zadań, balansując na granicy bólu i szaleństwa, gdy priorytety zadań się na siebie nakładają, a on się przecież nie rozdwoi. I któregoś dnia tę wolną wolę zyskuje... Co z tego wyniknie?
Dwójka pozostałych bohaterów to ludzie z krwi i kości, których wciągnie wir wydarzeń, by splątać ich drogi z drogami Jaxa. 
Pierwszą jest francuska hrabina Berenice, kobieta naukowiec, szpiegmistrzyni wysoko postawiona na królewskim dworze. Jej życiowym celem jest odkrycie, co takiego powoduje u klakierów posłuszeństwo lub jego brak. Swoje badania oczywiście prowadzi na żywym materiale. Czy próba zbadania unieruchomionego na murach obronnych żołnierza, zdeterminowanego przez metageas (czyli nakaz najwyższego priorytetu) okaże się dobrym pomysłem? Ryzyko jest ogromne. 
Drugi bohater, postać tragiczna ze wszech miar, to katolicki duchowny Visser, członek tajnej siatki szpiegowskiej, człowiek głębokiej wiary. Schwytany przez nadwornego kata stanie w obliczu wyzwania i boleśnie przekona się, czym tak naprawdę jest wolna wola. Przyznam, że wątek tego bohatera wstrząsnął mną najmocniej, dlaczego nie zdradzę, co by za wiele nie spoilerować. 

Pierwszy tom powieści to tak naprawdę wstęp do całej historii. Autor spokojnie prezentuje nam świat przedstawiony, ukazuje poczynania bohaterów, każe nam ich polubić i przywiązać się do nich, by lepiej zrozumieć kierujące nimi motywy. Nie boi się także, ani nie brzydzi nieco ich uszkodzić, dlatego nie brakuje tu scen, gdy krew leje się gęstą posoką, a granica między człowiekiem a bestią mocno się zaciera. Wojna między Niderlandami a Francją jest nieunikniona, a działania naszych bohaterów tylko ją przybliżają. Ale wiadomo, że status quo wiecznie trwać nie może. 

Pierwszy tom Wojen alchemicznych zjednał mnie sobie na dobre i jestem zachwycona. Zachwycona wykreowanym światem, klakierami i Jaxem. Gorąco wspieram pęd mechanicznych ku wyzwoleniu i niecierpliwie czekam na Rising (Powstanie, Rebelia?) czyli tom drugi. Oj będzie się działo. Oby jeszcze w tym roku. 
Polecam Mechanicznego miłośnikom rozumnych maszyn, alternatywnej wersji historii Europy i dobrej powieści przygodowej. Naprawdę warto.

Dziękuję!

sobota, 23 lipca 2016

Żeby książę z bajki, ale jednak katolik czyli Za jakie grzechy, dobry Boże?

Tytuł: Za jakie grzechy, dobry Boże?
Reżyseria: Philippe de Chauveron
Scenariusz: Philippe de Chauveron, Guy Laurent
Czas trwania: 97 min.
Gatunek: komedia obyczajowa, romantyczna







Każdy rodzic pragnie dobra własnego dziecka, a marzenie, by zawarło dobry, udany związek małżeński jest kulminacją rodzicielskich pragnień. Rodzice czterech pięknych i zdolnych córek, Marie i Claude, właśnie o tym marzą. Nie są to w końcu takie wygórowane pragnienia, czyż nie? Jednak życie lubi płatać figle, więc najbliższe lata wystawią na ciężką próbę tolerancję, empatię i miłość głównych bohaterów do córek, a także do siebie nawzajem. 

Zaczyna się od ślubu pierwszej córki Odile, która mimo że wybiera człowieka sympatycznego i darzącego ją miłością, to Żyda. Druga córka Isabelle wychodzi za mąż za Araba, a trzecia Segolene za Chińczyka. Generalnie wszyscy zięciowie są w porządku, ale nie są białymi francuskimi katolikami, o jakich marzyli teściowie. Z biegiem czasu i pojawieniem się wnuków zgnębieni rodzice jakoś godzą się z sytuacją. Wtedy bombę zrzuca najmłodsza z córek Laure. Wychodzi za mąż za katolika. Jednak pochodzącego z Afryki. Tego już dla rodziny zdecydowanie za dużo, a kiedy dojdzie do spotkania z rodziną Charlesa, cała organizacja wesela staje pod znakiem zapytania. Czy rodzina, dom, a zwłaszcza Marie i Claude to wytrzymają? Warto się o tym przekonać i zafundować sobie seans z filmem Za jakie grzechy, dobry Boże?

Stara prawda mówi, że związek małżeński zawiera się z wybranką/wybrankiem, a nie jej/jego rodziną, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Być  może w przypadku naszych bohaterów chodzi o to, że każdy ma przecież własne widzimisię, pochodzi z innej kultury, odebrał inne wychowanie. Na przykładzie trzech pierwszych zięciów widać, jaka przepaść kulturowa i religijna ich dzieli i wystarczy byle komentarz, by doszło do awantury. Jednak na tym polega cały koncept tego filmu: im więcej różnic, tym większe pole do manewru, by znaleźć wspólny język, a stąd już blisko do osiągnięcia porozumienia. 
Pojawienie się na progu czarnoskórej rodziny Koffich z gburowatym seniorem rodu na czele nie wróży dobrze imprezie weselnej ani porozumieniu. Czyż jednak szczęście dzieci nie jest ważniejsze od własnej dumy i głupich uprzedzeń? 

Komedia de Chauverone'a to dobry film na wieczór. Zarówno romantycy, jak i miłośnicy dowcipu Christiana Claviera znajdą tu coś dla siebie. Nie będzie tu może rozwiązań, które często gwarantuje nam Hollywood czyli ckliwych dylematów i cukierkowych wyznań, ale z pewnością będzie zabawnie. I co dla mnie było ważne: będzie życiowo. Bo akceptacja wybranka przez rodzinę to jedno, a dalsze życie z nim, sprawy rodzinne, dzieci, praca, kredyty, to już co innego. Bohaterowie są zabawni w swoich uprzedzeniach, ale nie ma w tym przesady, a a czasem okazuje się, że gdy wchodzi się do takiej rodziny wszystkie poglądy i uprzedzenia trzeba trochę utemperować, a nawet zostawić za drzwiami. Marie, w roli teściowej, jest najlepszym tego przykładem. 
Ogląda się przyjemnie, z uśmiechem, czasem aż się głową pokręci z dezaprobatą, słowem jest miło, rodzinnie i optymistycznie. Polecam.