niedziela, 30 sierpnia 2015

Dan Simmons: Terror

Autor: Dan Simmons
Tytuł: Terror
Stron: 692
Wydawca: Vesper






Stare przysłowie mówi, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jest w tym trochę racji, ale gdyby człowiek nie był ciekawy świata, o ileż uboższe byłoby jego życie i o ileż węższe horyzonty. Jednak ten sam pęd do poznawania i zgłębiania tajemnic świata może być zgubny i zabójczy. Od czasu przeczytania powieści Dana Simmonsa myślę o tym znacznie częściej. Ceną ludzkiej ciekawości świata i chęci odkrywania go jest śmierć i to wcale nie ta nagła i gwałtowna, ale często ta powolna, czająca się gdzieś w ukryciu, jakby czekała na właściwy moment. 

Dan Simmons jest jednym z tych autorów, którego prozę poznać trzeba, choćby z tego powodu, że pisze ciekawie i robi to naprawdę dobrze. Jego powieści mogą się spodobać miłośnikom fantastyki, sensacji, kryminału, a nawet dramatu. To typowe cegły, ale tak skonstruowane, że zapomina się o objętości, a po prostu pochłania kolejne rozdziały, chcąc się dowiedzieć, jakie będzie zakończenie. 
Do tej pory przeczytałam, genialne moim zdaniem, Trupią otuchę i Drooda, teraz do tej grupy dołączył jeszcze Terror i widać, że autor przy tworzeniu swoich historii stosuje podobną zasadę. Faktyczne wydarzenia i historyczne postaci oplata nićmi fantastycznych, ponadzmysłowych motywów, które idealnie ze sobą współgrają. Z jednej strony otrzymujemy rzetelnie opisany, pełen ciekawych szczegółów świat przedstawiony, z interesującymi postaciami, z drugiej, wydarzenia, które, choć nierealne i niemożliwe, wydają się tak logiczne i prawdziwe, że trudno czasem określić, gdzie jest granica między jednym a drugim. Tak opowiedziana historia wciąga od początku do końca i co ważne, długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Po lekturze Drooda, już nigdy nie spojrzę na Charlesa Dickensa tak jak dotąd, a wampiry i czasy II wojny światowej nabrały dla mnie, po przeczytaniu Trupiej otuchy, zupełnie innego wydźwięku. 
Podobnie jest w przypadku powieści Terror. Tym razem autor zajął się historią ekspedycji badawczej. 
Większość rozdziałów tej tragicznej w skutkach opowieści napisało samo życie, a literacka wyobraźnia Dana Simmonsa wypełniła białe plamy, tworząc zupełnie coś nowego. 

Rok 1845. Era wypraw morskich trwa. Obiektem zainteresowania człowieka stają się rejony podbiegunowe. Zadaniem członków załogi dwóch okrętów HMS Erebus i HMS Terror będzie znalezienie Przejścia Północno-Zachodniego. Jest to na tyle ważne, że pozwoliłoby to na opłynięcie Ameryki Północnej bez konieczności opływania wybrzeży Atlantyku i Pacyfiku. Kierownictwo wyprawy obejmuje sir John Franklin. Dowództwo jest dobrej myśli: okręty są starannie wykonane i doskonale wyposażone, a załoga odpowiednio dobrana. Jednak to, z czym przyjdzie się zmierzyć załodze, przejdzie ich najgorsze wyobrażenia. 
Oczami poszczególnych członków załogi śledzimy losy bohaterów. Dzięki temu, że perspektyw mamy kilka, nie tylko lepiej poznajemy samych bohaterów, ale też całą sytuację. Gdy zaczynamy czytać, okręty od kilkunastu miesięcy tkwią uwięzione w lodzie. Życie załogi skupia się teraz na przykrej codzienności, która inaczej wygląda z punktu widzenia dowódców (John Franklin, Francis Crozier), a inaczej z punktu widzenia lekarzy okrętowych (Goodsir), stewardów, czy matów. 
Obojętnie jak  starannie wyprawa nie byłaby przygotowana, okazuje się, że nic nie mogło przygotować bohaterów na to, z czym się tutaj spotkają. Autor starannie i drobiazgowo opisuje zmagania z zimnem, głodem, bezlitosną aurą oraz panoszącą się wszędzie beznadzieją, gdy stopniowo staje się jasne, że być może wiosną, lód wcale nie stopnieje. (Wiosną, dobre sobie). 
Ale to nie wszystko. Bo w lodzie czai się coś jeszcze. Coś pierwotnego, nieuchwytnego, co wcale nie ma dobrych zamiarów, czego kule się nie imają, a lód, jakby nie był gruby, nie stanowi żadnego problemu.

Początkowo miałam trochę obaw, bo opis sugeruje tematykę bardziej przyjazną dla męskiego grona czytelników, ale były to niepotrzebne obawy. Powieść wciąga od pierwszych stron, a starannie budowane napięcie, nie pozwala się od książki oderwać. Jednocześnie, co bardzo lubię w  tego typu historiach, czytelnik, chcąc nie chcąc, dowiaduje się mnóstwa ciekawych rzeczy na temat XIX-wiecznej żeglugi, ludzkiej mentalności w tamtych czasach oraz co najważniejsze, surowych i zabójczych warunków panujących na biegunie. 
Nowe wydanie powieści jest wzbogacone nie tylko o mapy, ryciny i zdjęcia, dotyczące wyprawy. Na końcu książki znajduje się bardzo ciekawe posłowie autorstwa Grzegorza Rachlewicza z Wydziału Nauk Geograficznych i Geologicznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor pokrótce przybliża czytelnikowi historię wypraw polarnych, których początek sięga XVI wieku. 

Trudno mi nie zachęcać do sięgnięcia po tę pozycję. Obawiam się, że w swoim pobożnym zachwycie mogę nie być obiektywna, ale książka jest naprawdę godna uwagi i niesamowicie wciąga. Chylę czoła przed autorem, który naprawdę starannie zebrał materiał, a potem przełożył go na język literackich wydarzeń. Opisać coś tak, aby chciało się to czytać z wypiekami na twarzy, jest sztuką. Stworzyć historię, w której zacierają się granice między tym co rzeczywiste, a tym co ponadzmysłowe, to prawdziwy kunszt. 
Lektura Terroru to prawdziwa uczta duchowa. Polecam, bo naprawdę warto. 

Dziękuję!

Tego autora przeczytałam także:
Drood 
oraz
Trupia otucha  
 

piątek, 28 sierpnia 2015

J.K. Rowling: Harry Potter i więzień Azkabanu

Autor: J.K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i więzień Azkabanu
Seria: Harry Potter, t.3
Stron: 460
Wydawca: Media Rodzina






Wakacje w domu Dursleyów znowu wloką się niemiłosiernie wolno i Harry niecierpliwie czeka na rozpoczęcie roku szkolnego. Kiedy już wydaje mu się, że nic złego nie może się wydarzyć, w odwiedziny przyjeżdża znienawidzona ciotka Marge, która, o ile to możliwe, jest jeszcze gorsza niż wujostwo. Jej wizyta kończy się wielką katastrofą, w wyniku której Harry jest zmuszony opuścić dom Dursleyów i przenieść się na ulicę Pokątną, aby tam doczekać końca wakacji. 

Takim oto mocnym i niespodziewanym akcentem zaczyna się trzeci tom przygód nastoletniego czarodzieja. Harry'ego i jego przyjaciół czekają nowe perypetie, przygody i wyzwania. W tomie trzecim pojawiają się nie tylko nowi bohaterowie, którzy odegrają kluczową rolę w kolejnych częściach serii, ale też kolejne magiczne istoty, stworzenia i lokalizacje. Z każdym kolejnym tomem serii, jest trochę tak, jak ze zdobywaniem lvl w grze; pojawia się coraz więcej szczegółów i detali, które znacznie wzbogacają świat przedstawiony.  

Fabuła tomu trzeciego skupia się na wydarzeniach związanych z ucieczką Syriusza Blacka z więzienia w Azkabanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Black był bardzo związany z nieżyjącymi rodzicami Harry'ego. W związku z tym, w Hogwarcie pojawiają się więzienni strażnicy zwani Dementorami. Ich obecność, trudna i nieprzyjemna dla wszystkich, a dla Harry'ego szczególnie, będzie wymagać od bohatera nauczenia się sposobu obrony przed ich niszczącym wpływem. 
Oprócz tego w zupełnie nowej roli, oczyszczony z zarzutów w poprzednim tomie, objawi się Hagrid, z czego wynikną kolejne komplikacje. 
Stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią obejmie profesor Remus Lupin. Czy okaże się lepszy od swoich poprzedników Quirrella i Lockhearta?

W tomie trzecim świat przedstawiony wzbogaci się o nową lokalizację, jaką będzie Hogsmeade czyli wioska zamieszkana wyłącznie przez czarodziejów. Odwiedziny w tzw. Miodowym Królestwie będą dla uczniów spełnieniem marzeń.
Ponieważ życie w Hogwarcie ma swój stały rytm, znowu będziemy uczestniczyć w świątecznych ucztach, kibicować drużynom w rywalizacji domów oraz oczywiście w rozgrywkach Quiditcha. 
Harry, niespodziewanie dla samego siebie, pozna szczegóły z przeszłości swoich rodziców, dowie się, dlaczego profesor Snape, tak bardzo go nie lubi, a także jak zwykle, będzie próbował wpłynąć na bieg wydarzeń, bo przecież nie można zostawić wszystkiego na głowie dorosłych. 

Akcja tomu trzeciego nie zwalnia ani na chwilę; jest zabawnie, intrygująco i wciągająco. Do samego końca nie wiadomo, kto stoi po czyjej stronie i jak potoczą się losy bohaterów. I kiedy już wydaje się, że to koniec, zawsze może okazać się, że jednak jeszcze nie wszystko stracone. 
W moim odczuciu tom trzeci jest w pewnym sensie przełomowy i kończy weselszy etap przygód Harry'ego. Póki co jeszcze nikt  na poważnie nie ucierpiał, nie było o co płakać, bo wszystko dało się naprawić i uratować. Doszło po prostu do masy różnych zbiegów okoliczności, w wyniku których potem zdarzą się różne rzeczy. W tomie czwartym będzie już zupełnie inaczej. Ale o tym niebawem. :)

środa, 26 sierpnia 2015

Kai Meyer: Upadek Arkadii

Autor: Kai Meyer
Tytuł: Upadek Arkadii
Seria: Trylogia Arkadyjska , t.3
Stron: 456
Wydawca: Media Rodzina





Z dawnej mitycznej Arkadii, w której dwanaście niesamowitych dynastii żyło, niczym bogowie, nie zostało praktycznie nic. 
Współcześni żyjący członkowie Rodzin, dziś muszą ukrywać swoją prawdziwą naturę i działania pod płaszczykiem mafii. Zmiennokształtność, kiedyś powód do dumy, dziś jest niebezpiecznym i niewygodnym sekretem. 
Czy wychodzący na wolność po trzydziestu latach więzienia, Głodomór odnowi stare tradycje i na nowo zjednoczy rody? 

Rosa i Alessandro dobrze wiedzą, że ich kłopoty nie skończyły się, wręcz przeciwnie; nadciąga nowe zagrożenie. Canevarowie i Alcantarowie niezadowoleni, że na czele rodzin stoi dwójka nastolatków, która za nic nie daje sobą manipulować, nie słucha nikogo, a na dodatek, wbrew odwiecznym zakazom, połączyła się w parę, postanawiają raz na zawsze pozbyć się dwójki niewygodnych, niedojrzałych capo. 
W trakcie spotkania z sędzią Quattrini, która próbuje przekonać młodych, by poszli na współpracę z policją, dochodzi do ataku: dwie olbrzymie harpiopodobne sowy zabijają sędzię oraz próbują porwać Rosę i Alessandra. 

Od tej pory bohaterowie niczym Bonnie i Clyde,  z policjantką zakładniczką w bagażniku, będą uciekać, a po piętach będą im deptać nie tylko wściekła policja, ale też zdeterminowane, by ich zlikwidować, rodziny. 
W trakcie ucieczki młodzi będą nadal odkrywać rodzinne tajemnice. 
Przed Rosą stanie nie lada wyzwanie, by wreszcie zapanować nad swoimi przemianami oraz by dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z jej ojcem i kim jest tajemniczy Apolonio. Wspólnie z ukochanym Alessandro spróbują odnaleźć starą księgę, w której dokładnie opisano przyczyny, wedle których Lamiom i Panterom nie wolno się łączyć. Stało się to podstawą do stworzenia konkordatu, który ostatnio został zerwany. 
W tomie trzecim wreszcie poznajemy tajemniczego Thanassisa, który mieszka na olbrzymim statku, będącym czymś w rodzaju azylu dla ludzko-zwierzęcych hybryd, efektów eksperymentów Sigismondisa. 

Chyba po raz pierwszy spotykam się z trylogią, w której tom pierwszy jest średni, drugi znacznie lepszy, a trzeci najlepszy. 
W tomie trzecim akcja pędzi na łeb, na szyję. Bohaterowie nigdzie nie mogą zatrzymać się na dłużej, bo nieustannie ktoś ich ściga. A to policja, a to mafia, a to krwiożercze Malandry. Nie wiadomo, komu można zaufać, bo każdy tutaj przędzie dla własnej korzyści i nie zawaha się zdradzić, sprzedać, a nawet zabić. W swoim dążeniu do władzy i panowania nad innymi Arkadyjczycy są straszni, co gorsza po tylu wiekach upadku, niczego się nie nauczyli. Nie potrafią się ze sobą zjednoczyć, bo jedyne co umieją, to walczyć i zabijać. Nie przemawiają do nich rozumowe, logiczne argumenty Alessandra, że we współczesnym świecie, ich życie nie może wyglądać tak jak to było w starożytności. Za to naiwnie wierzą oszalałemu starcowi, że rytualne zabójstwo dwojga niewinnych nastolatków, przywróci to, co dawno stracili. 

Upadek Arkadii to najlepsza cześć trylogii i czytało mi się ją świetnie. Jest tu wszystko co lubię: szybka akcja, nieckliwy romans i dojrzewający na oczach czytelnika bohaterowie. Autor także umiejętnie balansuje między tym co realne, a tym co ponadzmysłowe. Finał i takie potraktowanie greckich bóstw (a konkretnie ich istnienia) bardzo mi przypadł do gustu. 
Zakończenie jest w pewnym sensie otwarte, co też jest uzasadnione, bo przecież bohaterowie są tak młodzi, że ich życie i to, kim będą może się jeszcze różne ułożyć. 
Mimo początkowych trudności w czytaniu tomu pierwszego bardzo się cieszę, że na nim nie poprzestałam. Cała trylogia jest naprawdę świetna i godna poznania. Może to być niezła gratka dla miłośników mitologii, mafii i zmiennokształtnych. Polecam.


Trylogia Arkadyjska 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

J. K. Rowling: Harry Potter i Komnata Tajemnic

Autor: J. K. Rowling 
Tytuł: Harry Potter i Komnata Tajemnic
Seria: Harry Potter, t.2
Stron: 359
Wydawca: Media Rodzina 






Po pełnym przygód i niezapomnianych wrażeń pierwszym roku w Hogwarcie, Harry spędza wakacje w domu Dursleyów. W ich wzajemnych relacjach nie ma polepszenia, właściwie jest nawet gorzej. Wujostwo przerażeni i niepogodzeni z tym, że siostrzeniec jest czarodziejem, z trudem znoszą obecność chłopca pod swoim dachem. Teoretycznie niby traktują go lepiej, bo ma teraz własny pokój, ale nie zaprzestali zakazów, złośliwych docinków i aluzji na temat rodziców chłopca. 
Dodatkowo Harry czuje się zapomniany przez przyjaciół, gdyż nie dostał od nich ani jednego listu. 

W dzień ważnej kolacji, Harry'ego odwiedza skrzat domowy Zgredek i mówi, że chłopiec nie może wrócić w tym roku do Hogwartu, bo czeka go tam niebezpieczeństwo. Bohater oczywiście nie bierze tych ostrzeżeń na poważnie, zresztą Hogwart stał się dla niego domem, którego nigdy nie miał, jakże by więc miał teraz tam nie wracać? 

Drugi tom cyklu o przygodach młodego czarodzieja i jego przyjaciół ukazuje nam drugi rok nauki w Szkole Czarodziejstwa i Magii Hogwarcie. 
Na początku wspólnie z Harrym odwiedzamy Norę, czyli szalone domostwo rodziny Weasleyów. Potem czeka nas szalona podróż zaczarowanym samochodem i spotkanie z Bijącą Wierzbą, a potem to już jazda i intryga na całego. 
Gdy w szkole zaczynają się dziać dziwne rzeczy i niepokojące wypadki, narastają pogłoski o otwarciu legendarnej Komnaty Tajemnic, w której podobno kryje się straszliwa bestia i nad którą zapanować może tylko prawowity dziedzic Salazara Slytherina. Kto nim jest? Harry, wraz z przyjaciółmi Ronem i Hermioną, spróbuje się tego dowiedzieć. Klucz do tajemnicy sprzed 50 lat jest bliżej niż mogłoby się wydawać. 
W tomie drugim niebezpieczeństwo przybiera poważne i realne rozmiary; ucierpią nie tylko zwierzęta i ludzie, ale nawet duchy. 
Co jeszcze? 
W Hogwarcie zostanie zatrudniony nowy nauczyciel obrony przed czarną magią, istny celebryta i laluś Gilderoy Lockheart. Wszystkie wydarzenia i perypetie z nim związane przysporzą czytelnikowi masę śmiechu i dobrej zabawy. 
Ponadto.
Dowiemy się, jak działa Eliksir Wielosokowy. Zawitamy na nietypowe przyjęcie z okazji rocznicy śmierci. Poznamy kolejne zwierzątka z inwentarza Hagrida. Powalczymy w klubie pojedynków. Nauczymy się, jak opiekować się mandragorami, odgnomić ogródek i poznamy cenę sławy. 
Oczywiście obowiązkowo zgłębimy kolejne tajemnice Lorda Voldemorta. 

Drugi tom gwarantuje dużo dobrej zabawy, napięcia i suspensu. Podobnie jak część pierwszą, tom drugi czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. 
Kto pół wieku temu otworzył Komnatę Tajemnic i co z niej wyszło? Dlaczego Jęcząca Marta stale zalewa łazienkę dla dziewczyn? Jakie właściwości mają łzy Feniksa? Kim są szlama i charłak? Która kara jest gorsza: pucowanie trofeów czy odpisywanie na listy wielbicielek?
Na te i wiele innych pytań odpowiedzi daje druga część cyklu. 
Wspaniała czytelnicza uczta, super zabawa, dobra lektura na leniwe popołudnie. 
Polecam.

sobota, 22 sierpnia 2015

Scott Westerfeld: Brzydcy

Autor: Scott Westerfeld
Tytuł: Brzydcy
Seria: Brzydcy, t.1
Stron: 436
Wydawca: Egmont






Do lektury powieści Brzydcy nie zachęcił mnie ani tytuł, ani okładka, ani opis. Wszystko to wydawało mi się takie jakieś banalne. Szalę przeważyło nazwisko autora, którego znam z fantastycznego, utrzymanego w steampunkowym klimacie cyklu Lewiatan. Pomyślałam, że coś co wyszło spod pióra tego autora, nie może być nijakie. I miałam rację. 




Nie ma, a jeśli jest, to niewiele takich osób, które nie chciałby w sobie czegoś zmienić lub poprawić. Mam na myśli rzecz jasna cechy zewnętrzne naszego wyglądu. Gdyby istniała taka możliwość, jedni chętnie skorygowaliby sobie nosy, inni wygładzili cerę, zniwelowali zmarszczki. Kobietom marzy się powiększanie biustu, odsysanie tłuszczu, czy wypełnianie warg. Mężczyźni chcieliby być wysocy, z rzeźbą na brzuchu, na widok której kobiety by mdlały. 

Na tym właśnie pomyśle oparł swoją trylogię Scott Westerfeld. W stworzonym przez niego świecie każdy obywatel w wieku lat 16 przechodzi gruntowną operację, w wyniku której staje się śliczny. Dosłownie. Od tego momentu życie takiego obywatela przypomina raj. Jego uroda zachwyca i jest bezkonkurencyjna, bo nie ma ani jednego mankamentu. Teraz czeka go życie pełne imprez, szalonych zabaw i wyszukanych rozrywek. 
Niespełna 16-letnia Tally niecierpliwie odlicza dni, zostało jej 3 miesiące, gdy wreszcie stanie się śliczna i dołączy do przyjaciół, którzy już zabieg przeszli. Nie znaczy to, że obecnie Tally i inni, którzy operacji nie przeszli, są jacyś zdeformowani, czy koszmarnie szpetni. Można powiedzieć, że są przeciętni, jednak warunkowanie umysłowe obywateli jest tak głęboko zakorzenione, że owa przeciętność jest uważana za brzydotę, dlatego wszyscy tak niecierpliwie oczekują momentu, w którym będą mogli przejść operację.

Tęskniąc za ukochanym przyjacielem Perisem, Tally snuje się po mieście i przypadkiem poznaje Shy, którą też niebawem czeka zabieg. Dziewczyny zaprzyjaźniają się i wtedy Shy zdradza Tally, że planuje ucieczkę poza miasto. Shy nie ma ochoty na zabieg; woli dołączyć do przyjaciół, mieszkających w osadzie poza granicami miasta. Tally jest zbulwersowana i nie rozumie motywów przyjaciółki. 
Przyjdzie jednak czas, gdy będzie musiała dokonać wyboru pomiędzy tym, czy chce w końcu stać się wymarzoną śliczną i żyć jak pączek w słodkim maśle, czy poznać inną stronę życia, w której nie wszystko jest symetryczne i idealne. 

Muszę przyznać, że mimo że nie polubiłam głównej bohaterki, to na jej przykładzie autor świetnie pokazuje pogoń wielu ludzi za zewnętrzną urodą i pięknem spod skalpela. Ile jest w stanie zrobić człowiek, by wyglądać jak z komputerowo wygenerowanego obrazka? Czy po zabiegu nadal będzie sobą? Czy to, kim był w środku, jakim był człowiekiem, pozostanie takie samo? Czy może stanie się pusty, płytki i ogłupiały, niezdolny do samokrytyki, autoanalizy i głębszych uczuć? 

Krótko mówiąc pierwszy tom cyklu jest naprawdę świetny i czyta się go z wielką przyjemnością. Przekaz tej historii jest niezwykle czytelny: zewnętrzne piękno może skrywać wewnętrzny chłód i nieczułość na drugiego człowieka, na piękno świata, a nawet czyste okrucieństwo, bo gdy coś się tak za mocno ulepsza, to należałoby też pamiętać o wnętrzu, które jest równie ważne, a może nawet ważniejsze. 
Polecam, bardzo mądra historia.

czwartek, 20 sierpnia 2015

K. Bromberg: W zderzeniu z miłością

Autor: K. Bromberg
Tytuł: W zderzeniu z miłością
Cykl: Driven, t.3
Stron: 504
Wydawca: Helion





Czy związek grzecznej dziewczyny o typowo samarytańskich pobudkach, na wskroś dobrej i kochającej  z egoistą, playboyem, ukrywającym mrok w duszy ma szansę przetrwać? Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jedyne co ich może połączyć, to szybki seks bez zobowiązań, a potem nagłe rozstanie. On szybko by zapomniał, ona za to cierpiałaby bardzo długo, bo mimo że niczego jej nie obiecywał, to oczywiście od razu zdążyła się w nim zakochać. 
Jeśli jednak przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, to można zaryzykować stwierdzenie, że być może istnieje pewna szansa na romantyczny happy end. 

Drugi tom serii zakończył się bardzo dramatycznie; Colton miał poważny wypadek na torze. Autorka pozostawiła Rylee i czytelnika z ogromnym dylematem. W to, że bohater przeżyje nikt nie wątpił, ale co będzie z nim dalej, w jakim stanie będzie i jak ułożą się jego relacje z Rylee, której przecież wyznał wreszcie swoje uczucia? Takie zakończenie nie pozostawia czytelnikowi wyjścia, po prostu sięga się po część trzecią i zaczyna czytać. 

Trzeci tom serii jest największy objętościowo i myślę, że wynika to ze starań autorki, która chciała, jak sama pisze w końcowym posłowiu, sprostać wymaganiom czytelników, przedstawić historię rzetelnie i zgrabnie rozwiązać wszystkie wątki. Pomysłów miała całkiem sporo, no i wyszła z tego 500-stronicowa powieść, ale trzeba przyznać, że mimo takiej objętości nudzić się nie dało. 
W tomie trzecim obserwujemy zatem liczne komplikacje w związku Rylee i Coltona, którzy teraz już jako para będą musieli im stawić czoło. Nie znaczy to jednak, że między tą dwójką jest już słodko, romantycznie i gładko. Będą oczywiście ostre sprzeczki, niedomówienia i przykre słowa. Będą obawy i rozdrapywanie ran, ale wszystko to wejdzie już na zupełnie nowy poziom, bo od tej pory będą się zajmować tym wszystkim razem. 

Oprócz tragicznych ran z dzieciństwa, Colton dostanie w wypadku nowe, z którymi też będzie musiał się uporać. Luki w pamięci, niesprawna ręka i strach przed ponownym wejściem do samochodu czy na tor, sprawią, że będzie równie ciężki w obyciu, jak wcześniej, a może nawet jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Rylee z godną podziwu cierpliwością, ale i większą stanowczością niż dawniej  będzie go wspierać i kochać. 
Dwójka głównych bohaterów przechodzi naprawdę dużą przemianę. Rylee z cichej myszki, którą wcześniej była, ewoluuje wręcz do lwicy, która wściekle broni bliskich w obliczu zagrożenia i nie chodzi tu tylko o Coltona, ale też o chłopców z Domu. 
Colton natomiast z cynicznego bawidamka, który przygodnym seksem stara się zagłuszyć wewnętrzny ból, nagle zaczyna myśleć o rzeczach, na których wspomnienie jeszcze nie tak dawno wpadał w gniew pomieszany z paniką. Zanim jednak do tego dojdzie bohater będzie musiał uporać się z przeszłością, odbyć kilka szczerych, bolesnych rozmów, trochę się pociskać, jak to ma we zwyczaju i zwyczajnie o siebie powalczyć. A naprawdę ma dla kogo. Adopcyjnej rodziny można mu tylko zazdrościć, a Becksa, (przyjaciela i brata w jednym), no cóż... Becks jest po prostu wspaniały. 

Finałowy tom trylogii pokazuje wychodzenie bohatera z murów, które, powodowany lękiem, wstydem i poczuciem winy, wybudował wokół siebie przez lata. Nie dzieje się to z rozdziału na rozdział, jak za dotknięciem różdżki, czy wciśnięcia pstryczka. To długi proces, który najprościej opisują słowa: jeden krok do przodu, dwa kroki w tył. W tomie trzecim udaje się, choć w części, wyobrazić sobie (bo żeby dokładnie zrozumieć, to chyba niemożliwe), z jakim ogromnym ciężarem na co dzień i w kontaktach międzyludzkich musi borykać się ktoś, kto w dzieciństwie przeżył to, co Colton. W świetle tego uzasadnione są huśtawki nastrojów, niewchodzenie w związki i notoryczne odpychanie od siebie kochających ludzi. 

Narratorką powieści przeważnie jest Rylee, ale od czasu do czasu autorka oddaje głos Coltonowi, który na swój czasami szczeniacki, często wulgarny sposób, opowiada co też się obecnie dzieje w jego głowie i sercu. Dzięki temu cała historia jest pełniejsza i niejednostronna. 

Myślę, że trylogia może przypaść do gustu dwóm grupom czytelników. Jeśli ktoś lubi dużą liczbę scen erotycznych z dokładnymi opisami, to, nie licząc części pierwszej, bo tam w sumie nie było tego dużo, będzie lekturą usatysfakcjonowany. Jeśli natomiast czytelnik lubi zajrzeć pod powierzchnię, tego co niby oczywiste i poszukać tam dramatu psychologicznego, to też powinien być zadowolony. A jeśli ktoś lubi i jedno i drugie, (to w sumie wychodzą teraz trzy grupy), to trylogię Driven musi przeczytać obowiązkowo.


Wyścigowa trylogia Driven 

wtorek, 18 sierpnia 2015

J. K. Rowling: Harry Potter i kamień filozoficzny

Autor: J. K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i kamień filozoficzny
Seria: Harry Potter, t.1
Stron: 384
Wydawca: Media Rodzina




Moja przygoda z cyklem zaczęła się ponad 10 lat temu, w dość trudnym dla mnie czasie. Zmiany spowodowane śmiercią bliskiej mi osoby, były trudne do zaakceptowania, a zmieniło się naprawdę dużo. Książkę dostałam na imieniny od Mamy i przepadłam na całe popołudnie. Powieść, choć adresowana głównie do młodszego czytelnika, była dla mnie miłą odskocznią od przykrej rzeczywistości, która ułożyła się tak bardzo nie po mojej myśli.
W ciągu kilku najbliższych lat cykl stopniowo stawał się coraz większym literackim i kulturowym fenomenem, budząc zachwyty, kontrowersje i przyciągając coraz to nowsze rzesze czytelników. 
Gdy zaczynałam czytać, cykl liczył on sobie dopiero 4 tomy i pamiętam jak niecierpliwie oczekiwaliśmy z przyjaciółmi na nadejście piątki, szóstki, a w końcu siódemki. Spekulacjom nie było końca. 

Harry'ego Pottera poznajemy, gdy jest niemowlęciem. Jego rodzice zginęli w starciu z potężnym czarnoksiężnikiem Voldemortem, chłopiec z nieznanych nikomu powodów, ocalał. Jedyną pamiątką po tamtym wydarzeniu jest blizna na czole w kształcie błyskawicy. Ponieważ nie miał on innych krewnych, przyjaciele rodziców, umieścili chłopca w domu wujostwa Dursleyów, rodziny określanej mianej mugolskiej czyli niemagicznej. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Dursleyowie, zapewnili chłopcu dach nad głową i nic poza tym. Kolejnych 10 lat będzie dla dorastającego Harry'ego pasmem upokorzeń, przykrości, docinków i niekiedy dziwnych przypadków, za które winą jest obarczany właśnie on.
Wszystko ulega zmianie na kilka dni przed 11 urodzinami chłopca. Dom Dursley'ów dosłownie zostaje zasypany listami adresowanymi do Harry'ego. W liście znajduje się informacja, że Harry został przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jest to dla niego tym większy szok, że nie miał on pojęcia o tym, ani kim byli jego rodzice, ani jak zginęli. Wujostwo na prywatny użytek wymyślili historię o wypadku samochodowym. 
W ten oto sposób zaczyna się przygoda życia Harry'ego i rzecz jasna czytelnika :).
Wspólnie z bohaterem trafiamy do szkoły magii, mieszczącej się w ogromnym zamku, oczywiście ukrytym przed oczami zwykłych śmiertelników. Świat czarodziejów mieści się jakby w naszej rzeczywistości, ale nie dla wszystkich jest on widoczny. Dbaniem o to, by pozostał ukryty, zajmuje się Ministerstwo Magii. 
W nowej szkole Harry pozna dwójkę swoich najlepszych przyjaciół: rudowłosego Rona Wesleya i przemądrzałą prymuskę Hermionę Granger, zaprzyjaźni się także z gajowym Hagridem. 
Stopniowo Hogwart stanie się dla chłopca prawdziwym domem, o którego bezpieczeństwo będzie walczył i w którym odkryje mnóstwo tajemnic. Hogwart jest bowiem niczym pudełko skrytka; postaci w ściennych portretach ruszają się i mogą się przemieszczać. Między żywymi przechadzają się najprawdziwsze duchy, a mnogość komnat kryje w sobie liczne zagadki, dramaty i sekrety. Hogwart to także niezwykłe i barwne grono pedagogiczne z  mądrym i szlachetnym profesorem Albusem Dumbledorem na czele.
Motywem przewodnim, wokół którego obraca się cała intryga jest tutaj tytułowy kamień filozoficzny. Ta tajemnicza substancja, która może obdarować swojego posiadacza nieśmiertelnością, stanie się pierwszym podejściem Voldemorta do tego, by powrócić do świata żywych, bowiem w to, że nie żyje, czytelnik nie wierzy. Wiemy jedynie, że zniknął, a jego imię budzi wśród czarodziejów taki lęk, że boją się go nawet wypowiadać. 
Harry wspólnie z przyjaciółmi, spróbuje odkryć tajemnicę skrytki bankowej, a po drodze będzie walczył z górskim trollem, trafi do drużyny quiditcha,   zobaczy swoich krewnych w tafli magicznego zwierciadła, ale przede wszystkim po raz pierwszy spotka swojego zaprzysięgłego wroga, z którym odtąd w każdym tomie będzie się ścierał, odkrywając przed czytelnikiem tajemnice Czarnego Pana.
Harry Potter i kamień filozoficzny to tak naprawdę dopiero początek wielkiej przygody młodego czarodzieja. Póki co jest jeszcze względnie bezpiecznie, z czasem jednak atmosfera zagęści się. Książka jest zabawna i widać, że autorka ma naprawdę dużo ciekawych pomysłów. Postaci mogą się wydawać dość jednoznaczne, ale z tomu na tom, ten podział będzie się zacierał i trudno będzie zgadnąć, po której stronie kto jest. 
Sięgam po cykl po raz trzeci, tym razem skuszona adaptacją filmową, serwowaną nam co tydzień na ekranach tv. Filmy oglądam po raz pierwszy i z tygodnia na tydzień narastało we mnie pragnienie, by odświeżyć sobie książki. Pierwszy tom przeczytałam w jedno popołudnie. 
A Wy? Znacie, czytaliście, macie w planach? A może ze zwykłej przekory unikacie?