niedziela, 11 listopada 2012

Kevin Hearne: Zbrodnia i Kojot

Autor: Kevin Hearne
Tytuł: Zbrodnia i kojot, cz. 4. 
Tytuł cyklu: Kroniki Żelaznego Druida
Wydawca: Rebis
Stron: 414
Moja ocena: 7/10

Powieść Zbrodnia i kojot to czwarty już tom Kronik Żelaznego Druida. Początkowo autor planował stworzyć trylogię i takie właśnie echa pożegnania i dopinania na ostatni guzik wielu spraw pobrzmiewały w trzeciej części cyklu. Szybko jednak okazało się, że to jeszcze nie koniec, bo tej jesieni Wydawnictwo Rebis wydało czwartą część cyklu, a niebawem w Ameryce światło dzienne ujrzy część piąta. Czy kontynuowanie przygód celtyckiego druida i mieszanie go w kolejne awantury było dobrym pomysłem? Czy czwarta część genialnej trylogii spełniła moje oczekiwania? O tym poniżej. 
Dla przypomnienia. 
Atticus O'Sullivan liczy sobie ponad 2 tysiące lat, choć swoim wyglądem przypomina góra dwudziestolatka. Jest ostatnim żyjącym druidem, co stara się zmienić, przyjmując na uczennicę znajomą barmankę o zwichrowanej osobowości. Atticus bardzo często musi zmieniać miejsce swojego pobytu, ponieważ ma na pieńku z przeróżnymi bogami od staroirlandzkich począwszy na skandynawskich skończywszy. W świecie wykreowanym przez Kevina Hearne interesy wielu mniejszych i większych bóstw zazębiają się, pomoc jednemu może przynieść drugiemu szkodę, a zabicie tego, czy tamtego może zmienić, zazwyczaj na gorsze, losy całego ludzkiego świata. Atticus wbrew swojej woli często staje się kimś w rodzaju bufora, który musi te działania od siebie separować, spowalniać, a nawet niwelować. Wszystko to dzieje się oczywiście kosztem jego własnego spokoju, zdrowia i życia prywatnego.
Najtrudniej jest mu zachować neutralność i zazwyczaj jest stawiany w sytuacji wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem. Gdyby Atticus musiał myśleć tylko o sobie, może pewne sprawy byłyby prostsze, ale gdzie by się nie osiedlił, siłą rzeczy zyskuje sąsiadów, znajomych i przyjaciół. Poza tym ma ukochanego psa Oberona, z którym komunikuje się mentalnie. Wszystko to sprawia, że każda decyzja podjęta przez druida musi być dobrze przemyślana i skalkulowana. A i tak strat i porażek uniknąć się nie da. 
W częściach 1-3 akcja pędziła na łeb na szyję, z jednej awantury druid wpadał w kolejną, zanim zdążył w ogóle ochłonąć. Obracał się w kręgu wampirów, wilkołaków - wikingów, polskich wiedźm, walczył z nazistowskimi heksami, bachantkami, przyczynił się do śmierci Aenghusa Óga oraz nordyckiego boga piorunów Thora, że o biednej wiewiórce Ratatosku nie wspomnę.
Siłą powieści K. Hearne'a był cięty, błyskotliwy język, dobre tempo akcji i spójna fabuła. Smaczku dodawała niesamowita mieszanka bóstw z różnych mitologii: celtyckiej, nordyckiej, hinduskiej, a nawet z indiańskich legend. Przygoda pędziła na łeb na szyję, wciągając czytelnika w swój wir i zostawiając go z bolącym od śmiechu brzuchem i głodnego kontynuacji.
Jak już wspomniałam w recenzji części trzeciej finał przygód druida pachniał pożegnaniem. Druid miał zniknąć i wreszcie odpocząć od wszystkich, którzy mogliby chcieć go zabić, lub w ogóle czegoś od niego chcieć. Jednak zupełnie niespodziewanie w samej końcówce autor zostawił sobie kilka haczyków, dzięki którym mógł pociągnąć całą fabułę dalej. 
Kilka dni temu w moje ręce trafiła czwarta część pt. Zbrodnia i kojot. Dziś jestem świeżo po lekturze i dzielę się wrażeniami. 
Atticus i jego uczennica Granuaile wraz z psem druida Oberonem, postanawiają zniknąć. Nie jest to takie łatwe i wymaga pomocy osób trzecich, a zwłaszcza indiańskiego boga oszustów Kojota. Ten ochoczo daje się za druida rozszarpać, bo przecież następnego dnia i tak się odrodzi, nie robi tego jednak bezinteresownie. Ma dla druida pozornie łatwe zadanie, które jak zwykle przerodzi się w krwawą katastrofę i będzie wymagało nie lada gimnastyki nie tylko fizycznej, ale i umysłowej. 
Czwarty akt przygód druida i jego potyczek z istotami nadnaturalnymi rozgrywa się na pustyni Kolorado. Grasuje tam banda zmiennoskórokształtnych, wyjątkowo silnych, krwiożerczych i dodatkowo nawiedzonych przez czyste zło. Zadanie, które miał dla Atticusa Kojot nagle nabiera cech dramatycznego survivalu, a nasz bohater musi się zdrowo nagłówkować, przez co przypominał mi MacGyvera łączącego siły z zespołem śledczych rodem z seriali sądowych.
Fabuła czwartej części jest zbudowana bardzo poprawnie i naprawdę wszystko tu do siebie ładnie pasuje. Druid dwoi się i troi, krwawi z licznych ran, przy okazji musi przewartościować swoje sądy na temat niektórych bliskich mu do tej pory osób, co do których do tej pory miał stuprocentowe zaufanie. 
Zaczęłam lekturę z ogromnym entuzjazmem i po pierwszych stu stronach nadal czekałam na dobrze już mi znany cięty dowcip, zabawne przepychanki słowne Atticusa z Oberonem i zaskakujące rozwiązania. Na pewno dostałam to ostatnie czyli rozwiązania, za to dowcipu było niestety jak na lekarstwo. Zupełnie jakby historia straciła pazur i tę cenną drapieżność, którą cechowały się tomy 1-3. Odniosłam wrażenie, że zamiast tego autor skupił się na dopracowaniu detali fabularnych i szczegółowości opisów. Walcząc z przeciwnikiem, w większości na sposób magiczny, druid raczy czytelnika opisami jak to rozplecie ten, czy tamten splot i w ten sposób zniszczy potwora. Faktycznie mu się to udaje, ale przez rozkładanie magii na czynniki pierwsze traci ona na magiczności i tajemniczości.
Kevin Hearne stworzył dobrą powieść przygodowo-sensacyjną. Przygody druida prezentują się poprawnie, ale niestety nie mają tego, do czego autor przyzwyczaił czytelników w poprzednich tomach. Nie mnie tu wyrokować, jaka jest tego przyczyna, więc robić tego nie będę. 
Natomiast Zbrodnię i Kojota polecam tym czytelnikom, którzy znają już cykl i zwyczajnie chcą się dowiedzieć, co dalej z druidem i jego przyjaciółmi. Tym, którzy swoją znajomość z druidem chcą dopiero rozpocząć, radzę zacząć od pierwszej części. 
Co do mnie, to doczytałam się na stronie autora, że niebawem swoją premierę będzie miała część piąta cyklu i że Granuaile w końcu zostanie druidką. Odżyła we mnie tym samym nadzieja, że może ta odsłona przygód druida będzie lepsza. Bo w końcu co druidów dwoje, to nie jeden, prawda?
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję 
panu Bogusławowi z Domu Wydawniczego Rebis
Pozdrawiam!








sobota, 10 listopada 2012

Moja lista czytadeł

Do stworzenia mojej własnej Listy Czytadeł zaprosiła mnie Miqa, za co bardzo jej dziękuję. Wczoraj przy okazji zabawy Liebster blog zdałam sobie sprawę, że było to we wrześniu! Kto by pomyślał, że czas biegnie tak szybko! Fakt, trochę chorowałam i cały czas byłam zawalona robotą, ale żeby aż tyle czasu? Swoja listę ułożyłam dziś i przy okazji jej układania pojawił się kolejny problem. Okazało się bowiem, że ja chyba nie umiem stworzyć takiej listy!  :(  Po prostu nie umiem wybrać jednego cyklu lub tytułu, nie mając jednocześnie wyrzutów sumienia w stosunku do innych. Traktuję książki jak ludzi. Każdą za coś lubię. 
Sięgnęłam więc do tych książek, które najlepiej pamiętam z dzieciństwa i mojej młodości lat nastu. Bardzo zależało mi na znalezieniu w necie takich okładek, jakie sama posiadam i niestety czasem było to niemożliwe.
Dlatego umieszczam w tej notce, tylko niektóre, bo gdyby chciała znaleźć wszystkie..., hmm...
 1. Lassie, wróć E. Knighta z Naszej Księgarni. Losy wiernej Lassie wzruszały mnie wielokrotnie i wylewałam nad jej przygodami morze łez, zwłaszcza w scenie, gdy Lassie staje w obronie wędrownego komiwojażera czy też gdy opuszcza dwoje staruszków, bo musi kontynuować swoją podróż i  wracać do Joego. Ech... nawet teraz łza mi się w oku kręci. 
Kupiona przez Mamę, na pocieszenie w chorobie, chyba w klasie 6. do dziś ma dla mnie wartość sentymentalną. 




2. Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren. Niestety nie znalazłam zdjęcia okładki, pamiętam tylko, że była czerwona. Jak ja kochałam czytać o przygodach tych dzieci!  

3.  Seria o Ani z Zielonego Wzgórza L. M. Montgomery w wydaniu Naszej Księgarni. To moje ulubione okładki, choć wydanie było dość nietrwałe. Po jednym przeczytaniu, klejone, nie szyte kartki zaczynały się od siebie oddzielać. Mam je do dziś, a czytałam dziesiątki razy. Po "Aniach" przyszła kolej na "Emilkę"  
Nie mogłam się doczekać finału, w którym Emilka i Ted wreszcie wyznają sobie miłość. A ile lat stracili...
Przeczytałam kiedyś, że właśnie trylogia o Emilce zawiera najwięcej wątków autobiograficznych.
I chyba sporo w tym racji. 
Równie mocno cenię dylogię o Patrycji ze Srebrnego Gaju, Dzban Ciotki Becky, czy Jane ze Wzgórza Latarni, choć nie mam ich akurat w moim księgozbiorze. 
Ale dwie inne, może mniej znane, zawsze rozbawiały mnie do łez. 
To dylogia Wakacje na starej farmie i Złoty Gościniec. 
Zabawne perypetie kuzynostwa w sielskiej atmosferze i pierwszych rozterkach dorastania, opisane piórem jednego z nich, ale już dorosłego, naprawdę chwytały za serce.




Kamieniem milowym w mojej przygodzie z fantastyką jest seria o Harrym Potterze. Przeczytana przeze mnie chyba ze 3-4 razy. 

A na koniec, tak przy okazji szperania w pamięci, przypomniałam sobie o emocjach, jakie budziła we mnie seria wydana kilkanaście lat temu przez Świat Książki. Mowa tutaj o Markizie Angelice Anny i Serge'a Gollon.


Ze względów finansowych nie byłam w stanie kupić wszystkich części, ale kilka lat potem na studiach, doczytałam do końca. 13-tomowa seria o pięknej markizie i jej przygodach w XVII-wiecznej Francji, Maroko, a nawet Ameryce. Momentami trącała już dłużyzną i niezbyt miłymi dla czytelnika rozwiązaniami. Za niektóre do dziś mam do autorów żal. Ale rozmach tej historii i dobrze opisane tło obyczajowe oraz wątki romansowe zadowolą nawet najbardziej wymagającą miłośniczkę romansów historycznych. (tak, Tirin to o Tobie ^^). 
No i na tym zakończę moją listę. Podejrzewam, że część z Was na pewno te książki zna. I podkreślam raz jeszcze: to zaledwie wierzchołek góry lodowej. 
Pozdrawiam i dobrego popołudnia!


piątek, 9 listopada 2012

Liebster Blog



Do zabawy zaprosiła mnie Trinity za co bardzo jej dziękuję.


1. Jaką umiejętność chciałabyś nabyć? 
Nie uwierzysz, albo pomyślisz, że ściągnęłam od Ciebie, ale też pomyślałam o prawie jazdy. Mam także przeczucie, że niebawem wręcz zmusi mnie do tego sytuacja życiowa i boję się tej chwili. Jakoś nie widzę siebie w roli kierowcy. Wiem, że nie święci garnki lepią, ale łatwiej rzec, niż dokonać. 
Od kilku lat zabieram się za naukę hiszpańskiego, niestety brak czasu i nawał obowiązków domowych skutecznie mi to uniemożliwiają.

2. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Nie. Wierzę jednak, że po kilku rozmowach i wymianie myśli może się coś między dwojgiem ludzi zadziać. Jednak na pewno nie w pierwszej sekundzie spotkania.
 
3. Co jest Twoim ulubionym daniem?
Ogólnie uważam, że je się aby żyć, a nie żyje, aby jeść. Lubię makarony w różnych postaciach, czy to w rosole, czy w spaghetti. Ostatnimi czasy mam tak, że albo długo na coś nie mam ochoty, albo jem coś, dopóki mi się nie znudzi. Wszystko zależy od stanu zdrowia i pory roku. Nie lubię za to flaków. Kilka razy próbowałam się do nich przekonać, jak na razie bez skutku.
 
4. Jakiej cechy charakteru najbardziej w sobie nie lubisz?
W rożnych sytuacjach nie jestem tak silna, jakbym chciała. Staram się zrozumieć, że każdy ma jakieś sprawy i nie mógł czegoś zrobić na czas. Poza tym łatwo wpadam w złość, czego potem bardzo się wstydzę.
 

5. Wybaczyłabyś zdradę facetowi?
Chciałabym powiedzieć zdecydowanie, że nie. Nie jestem jednak tego taka pewna.  

6. Co najbardziej cenisz u płci przeciwnej?
Cenię mężczyzn inteligentnych w rozmowie i umiejących słuchać. Te dwie cechy według mnie warunkują o dobrym związku.
 

7. Na jak poważne i wielkie poświęcenie bliskiej osobie byłabyś zdolna?
Oj duże i oj poważne. Wiem co mówię, wierzcie mi.
 

8. Pomogłabyś swojemu największemu wrogowi w ciężkiej sytuacji?
Hmm, żeby to nie było jak w tej bajce o skorpionie i żabie. Trudno orzec. Choć w sumie, tak mi się wydaje, raczej nie mam wrogów. Przynajmniej nic mi o takich nie wiadomo.
 

9. Jaki jest Twój ulubiony cytat?
Nigdy nie mogę go zapamiętać, bo nie zapisuję ani nie zaznaczam takich treści, ale jako pierwszy przyszedł mi do głowy ten: 

Panie daj mi odwagę, abym mógł zmienić to, co zmienić mogę,
Daj cierpliwość, abym mógł przyjąć to, czego zmienić nie mogę,
Ale nade wszystko daj mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.
  (Marek Aureliusz)

10. Częściej kierujesz się sercem czy rozumem?
Na pewno długo zastanawiam się, zanim coś zrobię lub podejmę jakąś decyzję. Myślę, że raczej nie chodzi tu ani o rozum, ani o serce, ale o ewentualne korzyści, straty lub potrzebę zrobienia tego czegoś.
 

11. Czy istnieje książka, która zmieniła Twoje spojrzenie na życie?
Każda przeczytana, ponieważ starannie dobieram sobie lektury i obracam się w bliskim mi kręgu literatury fantastycznej. Każda poszerza mój horyzont i pozwala mi budować jak ja to prywatnie nazywam "myślową bazę motywów i odniesień do naszej rzeczywistości". To ostatnie akurat przydaje mi się w pracy. 
 
Uff, udało się! 
Nie układam swojej listy pytań, bo podobają mi się te, które są tutaj. Do zabawy zapraszam zaś każdego, kto tylko ma na to ochotę. 
Jednocześnie pamiętam cały czas o tym, że Miqa zapraszała mnie do stworzenia listy czytadeł, co mam nadzieję w końcu zrobić w ten weekend.
 

niedziela, 4 listopada 2012

Saladin Ahmed: Tron Półksiężyca

Autor: Saladin Ahmed
Tytuł: Tron Półksiężyca
Wydawca: Prószyński i S-ka
Stron: 366
Moja ocena: 9/10
Któż z nas nie czytał Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy? Historie te rozbudzały wyobraźnię czytelnika i pozwalały przenieść się do innego świata pełnego magii, dżinów, ukrytych skarbów i pałacowych intryg, związanych z walką o panowanie nad pałacem kalifów. 
W swojej debiutanckiej powieści o intrygującym tytule Tron Półksiężyca Saladin Ahmed przenosi czytelnika do tego magicznego świata. 
Akcja dzieje się w mieście Dhamsawaat, w którym na Tronie Półksiężyca zasiada młody kalif. Nie jest ani zbyt dobry ani zbyt zły, ma swoich zwolenników i przeciwników. Władca nie jest jednak do końca świadomy, że królestwo stoi na skraju rebelii. Reputację władcy podważa bowiem działalność złodzieja zwanego Księciem Sokołów, który rabuje bogatych, aby oddać biednym, a co za tym idzie zaskarbić sobie ich wdzięczność i zyskać popularność. 
Z drugiej strony jest to świat, gdzie na niemal każdym kroku panoszy się magia; czy to w postaci magicznych proszków, zaklęć obronnych, tajemniczych ksiąg i manuskryptów, czy też krwiożerczych i bezmyślnych ghuli. Zabijaniem tych ostatnich zajmuje się dość już wiekowy i bardzo w tej walce zaprawiony Adulla Machslud, zwany przez wszystkich doktorem. Adulla czuje zmęczenie swoją profesją i najchętniej przeszedłby na emeryturę. I właśnie w chwili, gdy próbuje taką decyzję podjąć, (co wcale nie jest dla niego łatwe, gdyż ma świadomość, że prawdziwych, a  co za tym idzie skutecznych łowców ghuli jest coraz mniej), otrzymuje wiadomość, że ghule ostatnio są wyjątkowo aktywne i atakują coraz więcej ludzi. Rozpaczliwa wiadomość od byłej kochanki zmusza Adullę do działania. 
Tym razem ghule okazują się wyjątkowo silne, co świadczy o wielkiej mocy tego, kto je stworzył. Razem ze swoim młodym pomocnikiem derwiszem Raseedem oraz przypadkowo poznaną Zamią, dziewczyną o niezwykłych umiejętnościach, odkrywają powiązania między zabójstwami a zbliżającym się przewrotem. Okazuje się, że ktoś dawno już zapomniany i zlekceważony próbuje przejąć Tron Półksiężyca.
Bohaterowie zostaną uwikłani w krwawy i śmiertelnie niebezpieczny konflikt z siłami zła w swojej najczystszej postaci. Czy pokonają armię ludzkich ghuli i uratują kalifa? Tego nie zdradzę. 
Powieść została podzielona na trzy części, z których każda jest poprzedzona krótkim rozdziałem, opisującym historię porwania i tortur nieznanego czytelnikowi człowieka. Jak ma się to do akcji głównej, okazuje się dopiero pod koniec historii, wtedy wszystko nabiera sensu. Dodam tylko, że cierpienia, jakim jest poddawany ten człowiek są wyjątkowo wymyślne i przez to właśnie nie poleciłabym książki niepełnoletniemu czytelnikowi. 
Saladin Ahmed wykazał się wyjątkową umiejętnością podczas tworzenia swojej historii, a mianowicie w sposób niezwykle barwny i żywy odmalował nie tylko miasto, będące miejscem akcji i tętniące życiem, gwarem oraz zapachami różnorakich przypraw. Niesamowicie realnie i sugestywnie przedstawił zarówno ghule, jak i często, gęsto lejącą się krew. Posoka spływa strumieniami nie tylko z licznych ran i odrąbanych części ciała, ale też jest wykorzystywana do zaklęć, uroków i działań magicznych. 
Bardzo prawdziwi są również bohaterowie. Adulla ze swoim doświadczeniem i rubasznością, Raseed ze swoimi ciągłym rozterkami i praworządnością zakrawającą na dewocję oraz Zamia, emanująca dzikością i nieokrzesaniem dziewczyna - lwica.
Intryga jest pomysłowa i sprytnie ułożona. Największym zaskoczeniem dla mnie było zorientowanie się, że niektórzy bohaterowie mogą mieć mroczną stronę, a pewne ich chwalebne działania są tylko środkiem do celu. Z takim zabiegiem spotykamy się dość rzadko i sądzę, że zasługuje on na pochwałę, bo w toku akcji nie idzie się tego domyślić, a to oznacza, że czytelnik na pewno będzie pewnymi sprawami zaskoczony. Lektura jest przez to ciekawsza i nie pozwala się od siebie oderwać. 
Powieść nie jest zbyt obszerna i w sprzyjających warunkach te 366 stron da się przeczytać w jedno leniwe popołudnie. Zakończenie jest niby zamknięte, choć doczytałam się, że autor ma w planach trylogię. Co umieści w kolejnych częściach tego trudno się domyślić, ale zachęcona takim początkiem, chętnie zapoznam się z kontynuacją przygód Adulli i jego towarzyszy.
Opowieść o podstarzałym, ale bystrym i upartym pogromcy ghuli, dla którego największą tragedią są zniszczone księgi, na pewno znajdzie swoich zwolenników. Warto na dłuższą chwilę wejść do tego magicznego świata i niczym Sindbad otworzyć sezam ze skarbami, jakimi niewątpliwie są historie rodem z Tysiąca i Jednej Nocy. Świeży posmak egzotycznych przypraw i niepowtarzalnych zaklęć z pewnością poprawi Wam humor, nieco nadwątlony szarą, jesienną aurą.
Polecam, bo naprawdę warto!
Za książkę serdecznie dziękuję 
Panu Marcinowi 
z Wydawnictwa Prószyński i S-ka. 
Pozdrawiam!

piątek, 2 listopada 2012

Adrian Tchaikovsky: Spadkobiercy ostrza

Autor: Adrian Tchaikovsky
Tytuł: Spadkobiercy ostrza
Tytuł cyklu: Cienie Pojętnych, t. 7.
Wydawca: Rebis
Stron: 668
Moja ocena: 7/10
Spadkobiercy ostrza to siódma już część cyklu Cienie Pojętnych. Bohaterami tego rozbudowanego i niezwykle skomplikowanego świata są  ludzie, posiadający  owadzie cechy; pojętni, zajmujący się nauką i budową machin oraz niepojętni, władający tzw. sztuką, noszącą znamiona magii. 
Ludzie z cechami owadów, to może brzmieć nieco dziwnie i kojarzyć się z komiksowymi mutantami, okazuje się jednak, że może to być połączenie nad wyraz udane. Brawa należą się autorowi już za sam pomysł, a kolejne za jego umiejętne wykonanie i wdrożenie w całą opowiadaną przez siebie historię.
Przyznam, że na Spadkobierców ostrza czekałam z niecierpliwością, bardzo się bowiem chciałam dowiedzieć jak dalej potoczą się losy bohaterów. Po rewelacyjnej części szóstej wymagania miałam spore. Czy zostały one zaspokojone? O tym poniżej.
Krótko na temat treści. 
Imperatorowa Os, młodziutka Seda marzy o prastarej mocy z zamierzchłej przeszłości; mocy ukrytej w labiryntach sennego miasta Khanaphes. Świadoma oczekującej ją przyszłości i zdecydowana na wszystko, udaje się tam w konkretnym celu: by stawić starożytnym jedno żądanie. Czy sprosta ich wymogom, czy  narazi się na ich destrukcyjny gniew? A może otrzyma odpowiedź nie zupełnie taką, jakiej się spodziewała?
Ogarnięta szaleństwem i bólem Tynisa nadal ucieka przed demonami, które zagnieździły się w jej umyśle. Wojowniczka wciąż rozpamiętuje śmierć trzech bliskich jej mężczyzn: ojca, zabitego na jej oczach przez siepaczy cesarza Os; Salmy, który zginął w słusznej sprawie, jak bohater oraz Achaeosa, ukochanego jej siostry Che. O tym ostatnim Tynisa nie chce pamiętać, tym bardziej, że sama się do tej śmierci przyczyniła.
Osamotniona, otumaniona bólem, z mrocznym demonem, który czai się w zakamarkach jej umysłu, Tynisa próbuje znaleźć swoje miejsce wśród Ważców i zacząć od nowa. Wspólnota kieruje się jednak swoimi prawami i niezrozumiałymi konwenansami, co może raczej Tynisie zaszkodzić niż pomóc. Czy z morza przelanej krwi i z mroku szaleństwa uda się jej znaleźć wyjście ku normalności i światłu? Co zwycięży: mordercza natura Modliszek, czy pokrętne, uwodzicielskie dziedzictwo Pająków?
Trzeci wątek dotyczy Che, która wraz z Thalrykiem, poszukuje przybranej siostry, świadoma, że bez jej pomocy, Tynisa stoczy się po równi pochyłej. Ze skromnej i nieudolnej żukczanki, Che stanie się godnym przeciwnikiem, no właśnie kogo? Tego nie zdradzę, powiem jednak, że sam pomysł postawienia przeciwko sobie tych dwóch bohaterek niezmiernie mi się podoba i aż żal, że na konfrontację trzeba będzie jeszcze zaczekać. Che będzie również walczyła z własnym bólem i wspomnieniami. Czy Thalryk, dawny wróg, obecnie towarzysz podróży i opiekun, stanie się kimś więcej? Związek tych dwoje nie będzie taki łatwy jak mogłoby się wydawać. 
Nie da się nie zauważyć, że tym razem autor dał pole do popisu bohaterkom kobiecym i to one wiodą prym zarówno w podejmowaniu decyzji, jak i w działaniu. Bohaterowie męscy zostali zredukowani do niezbędnego minimum, a ich głównym zadaniem jest towarzyszenie, ewentualnie wspomaganie w walce. Przyznam, że takie rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu, a sam autor zaskoczył mnie umiejętnością ukazywania głębi kobiecej psychiki, czy to tej dojrzewającej do magicznej wielkości, jak w przypadku Che, czy też tej pogrążającej się w odmętach opętania, na przykładzie Tynisy. 
Postać Sedy w pewnym momencie zostaje odsunięta na bok, czytelnik ma jednak świadomość, że to dopiero początek jej działań i rosnących ambicji. Ogromny potencjał tej postaci budzi we mnie dreszcze, ponieważ to co może zrobić i zmienić w całym tym świecie, jest niewyobrażalne.
Siódma część została podzielona na cztery mniejsze księgi zatytułowane Samotniczka, Wdowa, Łowczyni oraz Zerwane więzy. Ułatwia to znacznie orientację w fabule i sprawia, że jest bardziej przejrzysta. 
Początkowo akcja rozwija się bardzo powoli, stopniowo jednak przyśpiesza. Szkoda tylko, że w sumie w najciekawszym momencie powieść się kończy, zostawiając czytelnika z uczuciem niedosytu. 
Tym razem nie spotkamy się ze Stenowoldem ani Totho, na temat sytuacji na Nizinach będą się pojawiały tylko strzępy informacji i można podejrzewać, że w kolejnej części to właśnie tam przeniesie się akcja, co będzie się równało, że znowu nie dowiemy się niczego na temat Che i Tynisy. Dla czytelnika pochłaniającego cały cykl księga po księdze jest to nie lada próba na cierpliwość, tym bardziej, że finałowe powieści cyklu są dopiero w przygotowaniu.
Powieść polecam przede wszystkim tym czytelnikom, którzy mają za sobą części od pierwszej do szóstej. O ile w przypadku Morskiej Straży można było sobie pozwolić na lekturę od środka, ewentualne zrobienie sobie smaku i sięgnięcie po pozostałe części, o tyle w przypadku Spadkobierców ostrza zrobić się tego nie da. Za dużo tu wspominania wydarzeń z poprzednich części, nawiązań do tego co już było, a jeśli się nie wie, o czym mowa, to lektura traci na atrakcyjności i zrozumieniu.
Czytając część siódmą zdałam sobie również sprawę z tego, dlaczego tak lubię cykle powieściowe. Przyjemnie jest wracać do bohaterów, którym się kibicuje i których się lubi, widzieć ich w nowych dla nich sytuacjach i podejmujących nowe wyzwania. Gdy porównałam sobie Che i Tynisę z części siódmej z tymi niedoświadczonymi dziewczątkami z pierwszej części cyklu, byłam pod wrażeniem tego, jak długą drogę przeszły. A co jeszcze je czeka? Strach pomyśleć i aż żal ogarnia, że trzeba czekać na tę wiedzę. 
Kolejna część cyklu budzi we mnie jako w czytelniku pewną swojskość, co daje niesamowite poczucie komfortu. Mam już świadomość, jaką techniką posługuje się autor, jak kreuje świat przedstawiony, a jednocześnie jest mi przyjemnie, że wciąż potrafi wieloma rzeczami zaskoczyć. Dlatego mimo że na finałowe trzy części przyjdzie mi pewnie jeszcze poczekać, to w sumie się cieszę, że to jeszcze nie koniec. Uczucie czytelniczego niedosytu jest bezcenne i nie da się go porównać z niczym innym. 
Na uwagę zasługuje również okładka oraz ilustracja na stronie tytułowej autorstwa Jona Sullivana. Surowość bieli przemieszanej z szarością i zielenią jest idealnie wyważona i po prostu genialna, nie mówiąc już o tym, że znakomicie oddaje stan psychiczny jednej z głównych bohaterek. Do tej pory według mnie najlepsza była okładka części szóstej (tak, turkusowa toń wody przemawia do mnie jak żadna inna barwa), ale teraz okładka Spadkobierców ostrza stała się jej godną rywalką.
Zachęcam raz jeszcze do zapoznania się z cyklem A. Tchaikovsky'ego. 
Za egzemplarz do recenzji dziękuję 
jak zwykle niezawodnemu Panu Bogusławowi 
z Domu Wydawniczego Rebis
Pozdrawiam serdecznie!









środa, 31 października 2012

Wreszcie weekend.

Czekałam tego wolnego jak zbawienia. Co prawda za godzinę wychodzę na zajęcia indywidualne, ale to już tak na luzie. Dlatego, jak dla mnie, już jest długi weekend. Pierwszy taki, bo jak na razie wszystkie wolne dni dodatkowe wypadały w niedzielę. Masakra. 
Nie nastawiam się na jakieś wielkie odrabianie zaległości takich czy owakich. Po prostu dobrze, że to wolne będzie. Najważniejsze to odetchnąć psychicznie. 
Oczywiście chcę poczytać, bo mam kilka fajnych książek, ale nic na wariata i na siłę. 
Poza tym chcę się wykurować zdrowotnie, bo ostatnio gardło i głos odmówiły współpracy, a w moim zawodzie to podstawa. 
W tym roku szkolnym w ramach obowiązków dodatkowych przypadła mi w udziale opieka nad szkolną kroniką. Miałam sporo wątpliwości, czy podołam, bo raz, że jestem mało manualna, a dwa, że w ogóle mało artystyczna. Okazało się jednak, że kierunek, który obrałam w prowadzeniu kroniki zyskał akceptację i to mnie bardzo cieszy. Tego będę się trzymać. 
Będzie też mała chwila na wspominanie i refleksję, bo tak już musi być, gdy niektórych bliskich już nie ma wśród żywych. Ból przygasł, ale nadal daje o sobie znać. 
To tyle. 
Życzę wszystkim udanego, spokojnego i refleksyjnego weekendu. Mała chwila zamyślenia potrafi zdziałać cuda. 

 

piątek, 26 października 2012

Stos październikowy. Dwunasty.


Czas zaprezentować kolejny stos, który uzbierał się w ciągu ostatnich tygodni. Zawiera on tzw. grupę przedpremierową, z której to recenzje już się ukazały oraz najnowsze nabytki.
Kolejno tym razem od dołu: 
1. P. Bacigalupi: Zatopione miasta, od Secretum i Wydawnictwa Literackiego. (Recenzja)
2. L. Troisi: Marzenie Talithy, od pana Bartosza z Wydawnictwa Zielona Sowa. (Recenzja)
3. B. Mull: Pozaświatowcy, od pani Katarzyny z Wydawnictwa MAG. (Recenzja)
4. M. Meyer: Cinder, od pani Katarzyny z Wydawnictwa EGMONT (Recenzja)
5. J. Flanagan: Najeźdźcy, od Secretum i Wydawnictwa Jaguar. (Recenzja)
6. A. Tchaikovsky: Spadkobiercy ostrza, od pana Bogusława z Domu Wydawniczego REBIS. (Recenzja)
7. S. Ahmed: Tron Półksiężyca, od pana Marcina z Wydawnictwa Prószyński i S-ka. (Recenzja)
Wszystkim serdecznie dziękuję za książki. Pozdrawiam ciepło. 
A Wy, czy znajdujecie tu coś dla siebie? A może już coś przeczytaliście?